Każdy chce i potrzebuje rozmowy, tylko o rozmówcę trudno

Każdy powinien mieć kogoś

Mema udostępniła jedna z moich znajomych na swoim koncie Fejsbuka. Treść ma głęboki sens, bo została napisana przez wybitnego autora i  chyba nikt nie będzie kwestionował jej słuszności. Ja również się z nią zgadzam, tylko że ktoś połączył w całość treść z nie pasującym do tego przesłania zdjęciem. Ten osiłek i bokser jest niby symbolem owego „każdego”?, a do tego założył słuchawki żeby nie słuchać rozmówcy?  Rękawice bokserskie sprzyjają dobrej rozmowie? A może to ona przyszła do niego aby pogadać i nawiązawszy nim  full kontakt czołami nawet nie zadbała o to, aby on zdjął te słuchawki?
Ponieważ lubię tę moją znajomą to postanowiłem ją zapytać:
– On, mając słuchawki na uszach chyba tylko mówi, co?
– Może to on właśnie potrzebuje się wygadać – odpowiedziała
– W rękawicach bokserskich łatwiej trafić … do przekonania – pytałem dalej
– Dokładnie – odpowiedziała bez zwłoki
–  Bo według niego bardziej liczy się argument siły, a nie siła argumentu, co?
Tu nasza rozmowa się przerwała i tylko lajk przy ostatniej zaczepce potwierdzał, że trafiłem w sedno.
Powie ktoś, że się czepiam, a ja tylko zgłaszam swoje wątpliwości do ważnego społecznie problemu jakim jest dobra, szczera i oczyszczająca rozmowa. Każdy chce mieć kogoś z kim… Dlaczego jednak nie każdy może sobie to zapewnić? Chcemy się tylko wygadać? Tak jak w zasłyszanej kiedyś opowieści, z której wynikało, że w pewnym mieście funkcjonuje pewna pani, która przychodzi do kawiarni i stawia na stoliku ogłoszenie : – Jestem gotowa cię wysłuchać. Okazuje się, że na brak zajęcia nie narzeka. Kolejek nie było, ale zawsze ktoś czekał aż zwolni się miejsce obok tej pani. A może jednak ta rozmowa ma czemuś służyć, np. wyjaśnieniu wątpliwości, znalezieniu kompromisu, a potem nawet zażegnania jakiegoś tam kryzysu i wypracowanie warunków do zgody?
Aby zilustrować tok moich myśli posłużę się przykładem.
Podczas ostatniej mojej wizyty u mojej Ani nasza rozmowa zeszła na aktywność w zakresie konwersacji jaką przejawia moja wnusia Marysia. Ona – co chyba typowe dla dzieci w jej wieku – może zamęczyć pytaniami, stawianymi opiniami, domaganiem się tego, co akurat wydało się jej najpotrzebniejsze i atrakcyjne. Ania mówi, że to jest bardzo ciekawe, ale – jak to mawiał pewien góral – bywa menconce. Przy takim właśnie spędzania czasu w oczekiwaniu na autobus Marysia bawiła mamę rozmową, której przysłuchiwali się również czekający tam ludzie. Jeden z panów będąc wyraźnie poruszony treścią rozmowy odezwał się do Ani następującymi słowami:
Przepraszam ale tak mimo woli przysłuchuję się waszej rozmowie i zupełnie przypomniała mi się moja córka. Jest w podobnym wieku i podobnie reaguje na rozmowę. Tylko, że moja żona odeszła ode mnie i zabrała za sobą córeczkę, a teraz uniemożliwia mi kontakt z dzieckiem. Bardzo mnie tym skrzywdziła…
Tu dało się zauważyć, że ten człowiek był lekko pod wpływem, co może było czynnikiem sprzyjającym otwarciu się wobec obcej osoby. Nie był jednak pijany. Był wyraźnie przygnębiony i jakby zainteresowany okazją do wygadania się. Ania odpowiedziała pocieszająco, że może nie wszystko stracone, że trzeba szukać okazji do porozumienia się w tej sprawie, a gdyby nawet nie dało się tego załatwić w rodzinie, to niech pamięta, że nie jest sam. Zawsze może np. pójść do kościoła, bo tam jest Ktoś, kto wysłucha każdego, i nawet może podsunąć jakieś rozwiązanie…
Rozmówca Ani bardzo jej dziękował i niemal płakał. Pożegnał się całując ją w rękę i zauważył, iż dziwny to przypadek, że akurat los go zetknął z nimi na tym przystanku. Ot przypadkowe spotkanie, prawda?
Napisałem wczoraj do Ani:
– Zapamiętałem Twoją opowieść o spotkanym na przystanku facecie, któremu podpowiedziałaś, aby poszedł do kościoła i tam opowiedział Bogu o swoich rodzicielskich problemach. Nie wiem czy skorzystał z Twojej rady? Jak myślisz?
– Oj myślę że tak. Płakała jego dusza cała. Oczekiwał Spotkania. A to był tylko pretekst. Jego oczy…. ON BYL GOTOWY. A Pan posyła takich jak ja. To Jego dzieło, nie moje.
– Jak będziesz u nas, to sobie zapiszę kilka takich opowieści , dobrze?
– Sure. Mogłam ja zapisywać. Pamięć jest ulotna – odpowiedziała.
– Ja bym to rozpowszechniał u siebie na blogu przy okazji kolejnych opowieści.
– A, to super. To zaczniemy współdziałać 🙂 A jak Pan tego chce, Papa, to będzie więcej takich sytuacji
– Nie masz nic przeciw temu abym nazywał mego rozmówcę „Moja Ania”?
– Nie. Jestem Twoją Anią.
– Tak też myślałem…

Spotkanie na lunchu

Panią Betty poznaliśmy przed wielu już laty. Opisywałem tu kiedyś lunch w stylu Hawai, na którym występowaliśmy w strojach z elementami ubioru hawajskiego, albo przynajmniej w barwnych naszyjnikach z kwiatów. Do dzisiaj pamiętam część ludzi jakich tam spotkałem, rozmowy tam prowadzone i świetną zabawę, chociaż nie byliśmy na całości przygotowanego perfekcyjnie spotkania. Zapraszam do tamtych relacji: http://tatulowe.blog.onet.pl/2009/07/28/hawajskie-spotkanie/

Tym razem było inaczej. Przypadkowy telefon pani Betty wykonany do domu Małgosi odebrała żona. Wzajemne przedstawianie przerodziło się w dłuższą i serdeczną rozmowę, która zakończyła się propozycją spotkania na lunchu właśnie, po to aby swobodnie porozmawiać i pobyć ze sobą. Panie doprecyzowały daty i w uzgodnionym dniu przed nasz dom zajechał biały Mercedes (taki  jak mój, ale znacznie młodszy i w innej klasie). Zabraliśmy ze sobą chłopców Małgosi i podjechaliśmy pod młody wiekiem lokal Fogo de Chao – Brazylian SteakHouse w Rosemont. http://fogodechao.com/

Wnętrze lokalu było dość ciemne i bardzo ciekawie zaaranżowane. Oczy szybko dostosowujące się do natężenia światła dostrzegły nowe dla nas, a interesujące akcenty. Obsługę stanowili panowie o urodzie typowej dla Indian . Ciemna cera, kruczoczarne włosy i ubiory w stylu gauchos złożone ze  spodni typu „pompki” jak je nazywaliśmy, koszuli z zawiązaną pod szyją czerwoną apaszką i coś na kształt kamizelki. Zajęliśmy zaproponowany stolik i wysłuchaliśmy powitania oraz informacji o zasadach funkcjonowania lokalu. Każdy z nas otrzymał dwubarwny żeton z instrukcją aby obok nakrycia eksponować właściwą jego stronę. Czerwona zawierała napis: „No thanks” i dawała wytchnienie od biegających wśród stolikow gauchos oferujących prosto z rożna różne gatunki mięs odcinane bardzo ostrymi i długimi niczym maczety nożami. Zielona strona żetonu stanowiła zaproszenie sformowane w napisie: „Yes, Please” i wtedy kelnerzy jeden po drugim zjawiali się jak za dotknięciem czarodziejskiej różczki. Mieliśmy zatem możliwość poznania nieco egzotycznej kuchni poczynając od oferty baru sałatkowego, poprzez dania główne aż po desery. Trzeba jednak powiedzieć, że nie tylko po wrażenia smakowe tam zawędrowaliśmy. Wspominaliśmy to dawne spotkanie w stylu hawajskim i dopytywaliśmy się o los ludzi tam poznanych, prosiliśmy o informacje na temat realizacji życiowych pasji pani Betty zaangażowanej w wiele projektów społecznych realizowanych na zasadzie wolontariatu, o sukcesy jej chóru, w działalność którego mocno się angażuje, a także o wiele innych spraw. Urocza rozmówczyni odpowiadała nam na zadawane pytania, a przy okazji na zasadzie dygresji  poszerzała swoje opowieści o wrażenia z wielu podróży do Brazylii oraz Argentyny gdzie poznawała kulturę no i kuchnię tamtych krajów. W trakcie pobytu w lokalu robiłem zdjęcia, a przy wyjściu poprosiliśmy jednego z gauchos o wspólne zdjęcie, na co przystał bez zastrzeżeń.  Będę mogł je udostępnić dopiero po powrocie do kraju. W drodze powrotnej mieliśmy okazję posłuchać pięknej muzyki dobiegającej z pokładowego radia. Na moją uwagę, że nagranie przypomina mi niegdysiejsze koncerty noworoczne muzyki Sztrausa nadawane niegdyś przez TVP wprost z Wiednia, pani Betty odpowiedziała:
– Tak, to jest muzyka Straussa. Wraz z mężem byliśmy wielokrotnie na takich koncertach, a zarazem balach organizowanych jeszcze w pałacu należącym do rodziny Jego Cesarskiej Mości. Były perfekcyjnie przygotowane i prowadzone. Dbano o każdy szczegół i wszyscy czuli tam powiew wielkiego świata i to sięgających samych szczytów europejskiej i światowej elity. Tamte czasy bezpowrotnie minęły. Dzisiaj tamte bale są tylko wspomnieniem zanikającego świata…
Dojechaliśmy szybko na miejsce i opowieść pani Betty musiała być przerwana. Dziękując za to spotkanie, za świetne jedzonko, opowieści różnej treści, w czasie których przewędrowaliśmy wspólnie kawał świata usłyszałem…
– To ja panu dziękuję za pomoc jakiej udzielił mi pan w czasie przygotowania wystawy katyńskiej w Polskim Muzeum w Ameryce. Mieliśmy wtedy bardzo napięte terminy i pańska pomoc okazała się bezcenna…

–   Bardzo lubię takie niespodzianki – odpowiedziałem z trudem, bo zapomniałem na chwilę języka w gębie. Małgosia prosiła o wsparcie, mówiła jakie to ważne i że splecione terminami z innymi projektami o podobnej treści, no i że Pani za tym stoi organizując i finansując przedsięwzięcie. Bardzo się cieszę, że mogłem z oddali w tym uczestniczyć…

Do zobaczenia na muzealnym balu. Do miłego spotkania…

Jeden problem – zdjęcia dwa

Przeglądając rankiem nowości udostępnione na Fb natrafiłem na dopiero co wklejone zdjęcie, któremu nadałem numer 1. Ponieważ nie udaje mi się go tu zamieścić, to je opiszę. Oto uśmiechnięta para młodych ludzi, a w tle pytanie:
– Dlaczego tak dobrze układa ci się z żoną?
–  Po prostu ożeniłem się z najlepszą przyjaciółką – brzmiała odpowiedź Czytaj dalej

Macierzyństwo, aż po grób?

Gdy przeglądałem rankiem na swoim „kawałku podłogi” zaszłości z nocy, to natknąłem się Fejsbuku na wpis młodej mamy Justyny:

Justyna  – Śpiąca. Uroki macierzyństwa pobudka o 4 rano. Odpowiedziałem w tonie prowokacji:

Ja – Pierwsze trzydzieści lat bywają ciężkie, ale jest szansa na to, że się przyzwyczaisz…

Justyna – Dopiero pierwszy miesiąc za mną wiec jeszcze dłuuuga droga:)

Postanowiłem przemówić treścią wiersza napotkanego w kąciku wierszokletów w tygodniku Angora:Macierzyństwo

 

 

 

Aby ukierunkować dyskusję wystąpiłem jeszcze z pytaniem: – Ile matek tak ma?

Justyna – no zapewne wiele… jeszcze wszystko przede mną. Jak to mówią małe dzieci mały problem:)

Nie udało mi się wciągnąć młodej mamy i jej znajomych w rozmowę na tematy poruszane w wierszu. Pojawiły się natomiast rady i wyrazy zrozumienia od koleżanek:

Lena – pamiętaj angażuj mężusia!

Urszula – Dasz radę

Magdalena – O, z imprezy o tej godzinie wrócił i cię obudził ?

Liczyłem na ciekawą rozmowę, a tymczasem pudło.

Przywołując ten temat na blogu pozwalam sobie zadać pytanie:

– Czy autorka wiersza Macierzyństwo przesadziła w opisie rozterek tamtej mamy?

Moja szkoła – chciałem kiedyś tam powrócić…

chcialbym_kiedysGdy odchodziłem ze szkoły na zasłużoną – jak zwykło się powiadać emeryturę, to dałem sobie zrobić z absolwentami jednej z klas zdjęcie na tle zamieszczonego w dekoracji napisu, który brzmiał: Chciałbym kiedyś tu powrócić, chciałbym tu zapukać, by dzisiejszy dzień poszukać… Opisałem to, co wtedy czułem w tekście noszącym tytuł: Koło się zamknęło.  http://tatulowe.blog.onet.pl/2011/06/ Czytaj dalej

Pani premier nie pyta, ale zapewne słucha…

Napotkałem dzisiaj w Onecie na artykuł z Wyborczej pod wdzięcznym tytułem: Jedna dobra rada. Autor znany i szanowany, a rady (nie jedna, niestety) też interesujące. Zobaczcie zresztą sami http://wyborcza.pl/1,75968,16643422.html Przeczytałem i westchnąłem cicho. Łatwo radzić – pomyślałem, gorzej będzie spełnić te wszystkie oczekiwania… Przyszedł mi zaraz na myśl zarzut sformułowany kiedyś przez mojego szwagra, którego się o coś radziłem. Odpowiedział z widocznym zniecierpliwieniem: – Pytasz co zrobić, a potem tego nie słuchasz, tylko robisz po swojemu…
   Miał pewnie rację wychodząc z egocentrycznego założenia, że to co on podpowiada jest najsłuszniejszym i jedynym rozwiązaniem jakiejś kwestii, a tak przecież myślimy niemal wszyscy. Ja, zanim podejmę decyzję mam jednak zwyczaj czerpania z wiedzy i doświadczenia wielu osób, a i tak często wychodzi nie tak jak sobie zaplanowałem. Dlatego też zabrałem głos w tej sprawie pisząc następujący komentarz:
Jedna rada ???: Przeczytać możliwie wszystkie rady i robić to, co zrobić się da, ale tak do końca, ale tak – do dna…
Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75968,16643422,Jedna_dobra_rada.html#ixzz3DMWtqeHr

 

Czy łatwo zastąpić poprzednią „elytę”?

Wstaję rano, raniusieńko, robię sobie kawusię, gotuję płateczki, a później z tą kawusią zasiadam przed komputerem, aby sprawdzić co nowego pojawiło się w moich kącikach i na moim kawałku internetowej podłogi. Nie było mnie przez kilka dni, a tam gdzie byłem panowała na ogół cisza medialna. Nawet radio w moim samochodzie nie chciało grać na żadnej z zaprogramowanych stacji i dopiero w drodze powrotnej dało mi szansą posłuchania nowin i nowinek. Wieczorem doszła do tego telewizja, no i Internet.  Czytaj dalej

Pocieszać każdy może…

PocieszaniePocieszać każdy może – trochę lepiej, lub trochę gorzej… Oto moja przygoda, jaka zdarzyła mi się już po lekturze opisanych w poprzednim poście materiałów na temat pocieszania. Ciekawe, czy autor cytowanych tam fragmentów przemyśleń wystawi mi pozytywną, czy negatywną cenzurkę.

A było tak …Wśród ukazujących się w tempie karabinu maszynowego wpisów na Fb zauważyłem pewnego dnia, jakoś tak bliżej północy, bardzo skromny  w słowach, ale bogaty w treść wpis:

– Deprecha 😦

Miniaturka zdjęcia osoby udostępniającej posta nie mówiła mi zbyt wiele, ale i nie była mi całkiem obca. Młodziutka, ładna dziewczyna jakich wiele. Co ją skłoniło do wrzucenia w netową przestrzeń takiej informacji? Czego mogła oczekiwać od swoich znajomych oraz innych użytkowników Fb?

Mimo wykonywania pilnej pracy postanowiłem odpowiedzieć na ten list i uczyniłem to w następujących słowach:

Ja: – Deprecha??? –  to już prędzej w listopadzie, ale we wrześniu?

W. – Ha, ha, ha … Pan to umie podtrzymać na duchu…

Ja –  Mam doświadczenie, bo przestrzegam zasady, z której wynika że: … każdy sukces, każdy dół, trzeba dzielić pół na pół – co wynika z tej piosenki: https://www.youtube.com/watch?v=D8VrJri1-qM

Tu nastąpiła krótka przerwa w wymianie słów potrzebna na słuchanie piosenki, a potem W. przełączyła się na czat i napisała:

W –Tak, tylko że ja nie mam z kim dzielić pół na pół. O wszystkim muszę sama myśleć, a to przerasta mnie

Ja – Biedactwo… Wyjechał?

W – Tak. I  zostawił bez niczego nie myśląc o dziecku. Popadam w coraz gorsza depreche

Ja – Nie ma słów, aby to podsumować. Tyle jest teraz rozbitych małżeństw, że rozmiar nieszczęścia jest jak ocean…

W – Jaka ślepa byłam, to Bóg jeden wie. Za kogo się brałam? Świat chciałam zmieniać… Jezu, myślę o rozwodzie, bo już tak od dwóch lat tkwię. Jego zazdrość stała sie chorobliwa. Boje się o to, że coś nam zrobi. Jest nieobliczalny…

Ja – Masz rację, że tak to nazywasz. Jako nauczyciel poznałem dużo dziewczyn będących teraz w podobnej sytuacji, ale jakoś sobie radzą. Rodzice, teściowie, a czasem i dom samotnej matki … Smutne. Dlaczego tak ślepną ci młodzi ludzie?

W – Rodzice zawsze mi pomogą. O teściach to nawet nie chce mówić. Ja nie wiem jak dam radę. Muszę, mam synka i dla niego musze się otrząsnąć. Boje sie iść do opieki po pomoc, boje sie ludzi…

Ja – Nie dziwię się. Mus, to mus. Widocznie nie jest jeszcze tak źle, ale trzeba się otrząsnąć i trzeźwo ocenić możliwości. Sama nie dasz rady

W – Nie mam nikogo żeby mi pomógł. Rodzicom to nawet głowy zawracać nie chce. Bo i tak mam szczęście, że jeszcze mieszkam u nich. I w tym, że mi pomagają, tak jak mogą. Ja nie widziałam tego jak on mną poniewierał, jak oszukiwał, zdradzał, szkoda słów. Nie uwierzę już żadnemu facetowi

Ja – Nawet mnie? – zapytałem, tak z głupia frant, aby wywołać choćby uśmiech na jej twarzy

W – Pan mnie uczył, pana znam, tak, że to inna bajka.

Tu wymieniliśmy parę zdań na temat naszej znajomości z czasów szkolnych, po czym wróciłem do tematu naszej rozmowy.

Ja – A więc stąd ten post o depresji? Pogadaliśmy sobie troszkę? Ulżyło ci? Będziesz lepiej spała?

W – Mhm, przepraszam, że zwaliłam sie Panu na głowę

Ja – A tam. Piszę coś i mam otwarte dodatkowe okienko dialogowe,

W – Dziękuje. Pan jest jak dobry duszekDziękuje za poświecony mi czas, dobranoc

Ja – Trzymaj się jakoś i pomachaj czasem łapką dobremu duszkowi

W – Postaram się, dziękuje.

Ja – I nie wyrzekaj się niczego. Znajdziesz odpowiedzialnego faceta, przyjdzie jeszcze czas na dobry związek i na miłość. To doświadczenie jakie teraz zdobywasz bardzo ci się przyda.

W – Wiem, już ktoś powiedział mi, że jak na młody wiek mądrze gadam. I znam życie, tylko o to chodzi, że ja już tak przejechałam się w moim krótkim  życiu, że boje sie zaufać I odpycham od siebie tych, którzy wcale nie chcą mnie zranić. Już nie wiem co jest kłamstwem, a co prawdą. Nie umiem tego odróżnić. Nie chce się zakochać, bo się boję, że znów wpakuje sie w jakieś bagno…

Ja –To nie czas na nowy związek. Najpierw ureguluj swoje sprawy z mężem i sprawy Twojego dziecka z jego ojcem, a później szukaj spokoju i nowego rozdania kart. A teraz spać. Dobranoc

W – Dziękuje, dobranoc

Koniec rozmowy na czacie. Teraz toczymy dalej tę rozmowę, ale tylko w wewnętrznym dialogu. Jesteśmy tylko znajomymi Facebook`a

 

 

 

Pierścień Króla Salomona na codzienny użytek

W niedzielę rano, w Familijnej Jedynce Polskiego Radia usłyszałem przypowieść użytą jako interpretacja do czytań z Pisma Świętego przewidzianych na tamtą niedzielę. Ponieważ nie dosłyszałem jej początku, a zrobiła na mnie mocne wrażenie, to postanowiłem dopytać uczonych o uzupełnienie jej treści. Zwróciłem się w tej sprawie do czytelników bloga Siostry Małgorzaty, gdzie bywają ludzie lepiej zorientowani ode mnie. Zamieściłem tam opis tego, co usłyszałem;

Władca zażądał sformułowania krótkiej sentencji mającej pocieszać go, gdy będzie smutny, jak i studzić jego nadmierną wesołość, gdy zajdzie taka okoliczność. Otrzymał mądrość zawartą w trzech słowach: I to przeminie„.
W interpretacji znalazło się ponadto właściwie jedno zdanie: Wszystko przemija. Powinniśmy wiec szukać jedynego, który nie przemija, czyli Jezusa Chrystusa… Mam nadzieję, że te słowa wywrą – podobne jak to było w moim przypadku – wrażenie na czytelnikach bloga i dlatego je tu wpisuję.
Prośba moja brzmi następująco:.
– Powiedzcie mi, kto zażądał takiej sentencji i kto ją sformułował. Miłej niedzieli życzę
– Je Légionnaire  – odpowiedział: – Bajka o Pierścieniu króla Salomona, chociaż historyjka pojawia się wcześniej w pracach perskich poetów sufickich, Sanai i Attar z Nishapur.
<errata>, dopowiedziała ponadto :
– Kiedyś pewien wschodni władca, mniejsza o to który, poprosił swoich mędrców by wymyślili mu zdanie prawdziwe i odpowiednie w każdym czasie i sytuacji. Zdanie to brzmiało: “I to przeminie.”

   Podziękowałem. Spodobało mi się to, że wymyślili to mędrcy i zaakceptował sam Król Salomon, a więc mądrość ta przetrwała przez wieki i nadal poraża swą wymową. Tego samego dnia sprzedałem swoje fascynacje żonie i kilku spokrewnionym osobom , Następnego dnia kupiły to ode mnie moje córki i w ten sposób moje odkrycie mądrości starożytnych powędrowała nawet do Chicago, a gdzie dalej? Tego już nie dochodziłem.
 Zastanawialiśmy się wspólnie nad praktycznym zastosowaniem tego odkrycia. Tam był pierścień, no ale to dla króla go wykonano. Potrzebny byłby kruszec, złotnik, grawer, a więc złożone przedsięwzięcie .
   Na użytek tej opowieści moja żona umieściła na swojej bransoletce ten słynny napis „I to przeminie” i pozwoliła zrobić zdjęcie nowego elementu starej biżuterii. Mam świadomość tego, że nie w każdej sytuacji nosi się bransoletkę, a nawet pierścienie, ale na pociechę warto zauważyć, że z czasem treść tej mądrości zapadnie nam w pamięć i już obejdziemy się bez biżuterii. Z czasem nauczymy się panować nad swoim stanem emocjonalnym i będzie nam łatwiej żyć. Skoro sam Król Salomon tak robił, to dlaczego by go nie naśladować?
Pisząc tę opowieść zaglądnąłem do wujka Google i bez trudu znalazłem jedną z wielu wersji tej baśni. Oto jedna z nich:

„Król Salomon otrzymał w młodości od pewnego mędrca pierścień. Starzec powiedział, że kiedy będzie mu bardzo źle i smutno, albo ogarnie go lęk ma wziąć pierścień i potrzymać go w dłoniach. Pewnego razu królestwo Salomona dotknął nieurodzaj. Przyszedł głód, a wraz z nim zaraza i pomór. Umierały kobiety i dzieci. Nawet zdrowi, silni mężczyźni tracili siły z każdym dniem. Król kazał otworzyć dla ludzi swoje spiżarnie i wysłał kupców, by sprzedawali kosztowności z królewskiego skarbca i kupowali chleb dla poddanych. Ostatnim klejnotem Salomona był darowany niegdyś pierścień. Król przypomniał sobie słowa mędrca i ujął pierścień w dłonie. Nic się jednak nie wydarzyło. Nagle Salomon zauważył napis na zewnętrznej stronie pierścienia:„WSZYSTKO PRZEMIJA”.

Minęło wiele lat od tamtego nieszczęścia. Król stał się sławny i cieszył się poważaniem. Ożenił się i był szczęśliwy. Kobieta, którą poślubił stała się jego najbliższym, najbardziej zaufanym przyjacielem i doradcą. Gdy nagle umarła, to smutek i rozpacz stały się udziałem króla. Znikąd nie nadchodziło ukojenie, tylko smutek i samotność. Salomon starzał się z dnia na dzień i coraz częściej wypatrywał śmierci. Ponownie ujął pierścień w dłonie i spojrzał na napis „Wszystko przemija”. Tęsknota ścisnęła mu serce. Pomyślał, że te słowa są zbyt okrutne i odrzucił pierścień ze złością, a ten potoczył się po podłodze. Wewnątrz pierścienia coś błysnęło. Król podniósł klejnot i dojrzał napis wyryty wewnątrz, napis, którego przedtem nie widział:
„TO TEŻ PRZEMINIE”.

Upłynęło wiele lat. Salomon zmienił się w starca i wiedział, że jego dni są policzone. Postanowił wykorzystać resztę czasu, by pożegnać się z dziećmi, pobłogosławić następcę, wydać ostatnie dyspozycje.

Wszystko przemija”, „To też przeminie” – przypomniał sobie król i uśmiechnął się sam do siebie: „no i przeminęło” – pomyślał.

Od lat nie rozstawał się ze swoim pierścieniem. Napisy się starły, pierścień stracił dawny blask. Trzymając go w dłoniach, stary król dostrzegł na obwodzie pierścienia jakieś litery. Czyżby jeszcze jeden napis? Salomon przyjrzał się wyrytym słowom, oświetlonym przez promienie zachodzącego słońca i odczytał ostatnie przesłanie : „NIC NIE PRZEMIJA”. http://nettle-pokrzywa.blogspot.com/2013/09/pierscien-krola-salomona.html

Przedstawiłem swoje przeżycia i rozmyślania na tak odległy od codziennego życia temat jak mądrość Króla Salomona. Odkryłem przy okazji mądrość innej, arabskiej podobno sentencji:
 W mieście ślepców jednooki jest królem. Nie znając tej baśni wydało mi się, że odkryłem ważną mądrość. Podzieliłem się nią z ludźmi, z którymi na co dzień utrzymuję kontakty. Pomyślałem jednak, że skoro poprzez ten blog utrzymuję kontakty również z Państwem, którzy tu częściej, czy rzadziej zaglądacie, to może i dla kogoś poza rodziną ta mądrość okaże się pomocna w radzeniu sobie z przeciwnościami losu?

Opowieść o intuicji, czy też o Aniołach Stróżach?

Jako starzy już ludzie zamieszkujemy w znacznym oddaleniu od dzieci i … co tu dużo mówić, tęsknimy za nimi. Mamy wprawdzie wypróbowane kanały łączności i utrwalone już formy porozumiewania się. Niemal przez cały dzień włączony komputer dostarcza nam informacji o ich aktywności na forach społecznościowych, czy na Skype. Mamy też telefony, e-maile, a jednak bywa, że mijają godziny, czy nawet dni w których zwyczajowo łączyliśmy się i wtedy przy braku rozmowy pojawia się niepokój. Uspokajamy się wzajemnie powtarzając że:
No news is good news, ale niepokój pozostaje wciąż silny. Tak było i dzisiaj. Czekamy dzień, czekamy dwa aż wreszcie żona zasiada do komputera i zaczepia. Ponieważ nie ma odzewu na nasze Puk, puk...to sięga po telefon i … Czytaj dalej