Tajemnice kuchni

Pracując w szkole zawodowej uczyłem między innymi towaroznawstwa. Wspominałem tu na blogu przygodę z uczniem, który zaliczał przedmiot i nie miał pojęcia skąd się biorą tkaniny lniane, a nawet sam len. Co dopiero mówić o pozyskiwaniu włókna lnianego i wytwarzaniu z niego tkanin. Posłużyłem się wtedy bajką „Jak to ze lnem było”. TU LINK
Zajęcia z towaroznawstwa żywności nasuwały inne okazje do refleksji. Słuchacze na ogół nie wiedzieli jak i z czego produkuje się na przykład wędliny, czy wyroby wędliniarskie. Zwykłe objaśnienie tego procesu przynosiło reakcje typu:
– Niech pan przestanie, bo nigdy nie wezmę tego do ust!!!
– To co mamy jeść, aby nie truć się ulepszaczami, wypełniaczami i temu podobnymi świństwami???
Tematy związane z fałszowaniem żywności lub nie przestrzeganiem zasad technologii i dobrych praktyk mobilizowały do pytań typu:
– To nikt tego nie kontroluje?
– Nie ma kar dla takich producentów?
 Oczywiście wyjaśniałem jak mogłem najlepiej z podkreślaniem zasady:
– Obywatelu, nie wierz zwodniczej reklamie, sam zapewnij sobie zdrową żywność. Uprawiaj warzywa i pozyskuj owoce z własnych ogródków lub kupuj u znanych i sprawdzonych producentów. Czytaj etykiety, sprawdzaj skład produktu i datę przydatności do spożycia. A jak cię mimo tego oszukają, to postaraj się o to, aby to był ten ostatni raz…
Klient może zwolnić z pracy każdego producenta, wystarczy, że będzie kupował u sprawdzonej  konkurencji – jak mawiał tuz amerykańskiego biznesu.
Całe to nawiązanie do tematu ma posłużyć pewnym skojarzeniom.
Wszyscy wiemy, że kuchnia nie jest najlepszym miejscem, do którego zaprosimy swoich gości. Mielibyśmy splątane ręce, a nogi pewnie same by się nam plątały, gdyby goście widzieli jak pracujemy, jak smakujemy i doprawiamy potrawy itd.
Co wszyscy robimy? Ukrywamy starannie nasze tajemnice i ewentualne pochwały kwitujemy słowami: spécialité de la maison – co znaczy po naszemu tyle co specjalność zakładu.

Pomijam – podobno narodową cechę naszych pań nie znoszących pochwał przy stole, gdyż to one pierwsze powiedzą gościom co im się nie udało, że to nic szczególnego, lub w inny sposób pomniejszą swoje zdolności, zasługi itd.
Kuchnia jest zatem pase i to wszędzie. Nawet w polityce.
Zdjęcie rozbawionego prezesa na wstępie pochodzi z 2015 roku i miało być aluzją do podsłuchanych w restauracji „Sowa i przyjaciele” rozmów prowadzonych przez przedstawicieli ówczesnej władzy, a dzisiejszej opozycji, którzy nie zdając sobie sprawy z zamontowanych podsłuchów gadali sobie nie zawsze prywatnie, posługując się swoim (knajackim – jak to mawiał pan prezes) językiem. Czy tylko wulgaryzmy były celem podsłuchu? Na pewno nie. Celem było przejrzenie sekretów tzw. kuchni rządzenia. Wszystkie podsłuchane informacje wykorzystano w kampanii wyborczej, aby totalnie pognębić konkurenta i wygrać wybory. I wygrali jak wiemy, lub dowiemy się wkrótce (?) z nowego przedmiotu wprowadzonego do szkół, o wdzięcznej nazwie: HIT, czyli Historia i teraźniejszość.

Aktualnie HIT -em są emaile z otwartej skrzynki Michała Dworczyka szefa kancelarii premiera, z których dowiadujemy się jak wyglądała kuchnia rządzenia w wykonaniu PiS przed dwoma laty. Wstydliwe materiały powstały rzekomo w jednym z krajów bliskiego nam Wschodu i służą imperialnym celom Rosji.
Śmiechu warte są te tłumaczenia. Nie tylko te przecież, bo sprawa programu szpiegującego Pegasus jeszcze ciekawiej się zapowiada.
Czy zostanie kiedyś wyjaśniona???
Śmiem wątpić.

Trzej królowie przybyli, już w… 700 odsłonach

Gdy pisałem udostępniany dzisiaj tekst był rok 2014.
Powstała w 2009 roku nowa forma urządzania znanych wcześniej jasełek z wykorzystaniem zwyczaju wspólnego kolędowania niezwykle dynamicznie opanowywała kraj. Dzisiaj Orszaki Trzech Króli przemaszerowały ulicami prawie 700 miejscowości angażując w to radosne świetowanie ogromne rzesze ludzi. Jedynie panująca pandemia stanowiła naturalne ograniczenie liczebności uczestników. Wiele dobrego dzieje się między ludźmi już w czasie przygotowań Orszaku, jak i w czasie jego realizacji.
Politycy też znajdują radość we wspólnym świętowaniu, bo mają okazję przemówić i zaapelować o kultywowanie młodej jeszcze tradycji. W końcu trzeba docenić ten walor, jako że prawie już nie ma spraw jednoczących ludzi we współczesnym świecie rosnącego różnicowania, a nawet wrogości plemion żyjących w Polsce

Tatulowe opowieści

Zmieniając w dniu 1 stycznia kalendarz wybraliśmy egzemplarz nadesłany przez Wydawnictwo Artystów Malujących Ustami i Nogami „AMUN”. Dla m-ca stycznia umieszczono w nim obraz trzech króli podążających na wielbłądach za gwiazdą. Mnie zainteresował jednak dołączony wiersz ks. Jana Twardowskiego.
Święty Józef załamał ręce,
Denerwują się w niebie świeci,
Teraz idą nie trzej Mędrcy
Lecz uczeni, doktorzy, docenci…
   Przeczytałem i postanowiłem, że w Dniu Trzech Króli wykorzystam ten obrazek wraz z wierszem i wkleję go na Fb ze stosownym przesłaniem. Zobaczę jaka będzie reakcja – pomyślałem
Dzisiaj w Dniu Trzech Króli byłem w kościele i wysłuchałem jak zwykle bardzo mądrego kazania. Po powrocie do domu zastałem swoje dzieci szykujące się do wyjazdu na uroczyste obchody święta Trzech Króli do pobliskiego Staszowa. W telewizji obejrzałem relację na żywo z przebiegu uroczystego przemarszu Trzech Króli w wybranych miastach Polski. Posłuchałem z zaciekawieniem narratorów i wypowiedzi znanych osób, które całymi rodzinami przychodziły na…

View original post 347 słów więcej

Rzeka wspomnień…

W poprzednim opowiadanku zawarłem przedświąteczne przeżycia i wywołane nimi refleksie z emigrantami i emigracją w tle. W czasie świąt i w okresie dzielącym nas od Nowego 2022 roku okazało się, że temat jednak nie zszedł z wokandy, chociaż na pograniczu z Białorusią coś się wyraźnie zmieniło. Niemal ustały ataki migrantów na polską granicę i nad tematem zapadła cisza. Może dzięki przykryciu jej nowymi rzucanymi „|ludziom na pożarcie” tematami jak Lex-TVN oraz śledzeniem obywateli będącymi przeciwnikami politycznymi obecnej władzy przez oddane jej służby specjalne z użyciem systemu PEGASUS. Były jeszcze inne przykłady takich przykrywek, ale nie o tym chciałem pisać.
Moja wnusia Marysia spędzająca z rodzicami święta u nas w domu, cały czas intensywnie pracowała kontynuując naukę w stylu zdalnym i przygotowując się do olimpiady przedmiotowej z języka polskiego jaka ma się odbyć na początku stycznia w jej okręgu szkolnym. Przeczytała w tym czasie kilka wybranych książek, a jej tato zadbał również o materiały filmowe, które mogą się przydać w przygotowaniach. Do tematów związanych z losami Polaków rozrzuconych po całym świecie należała rozmowa z dziadziem, czyli mną, który na emigracji w Chicago przeżył dwa i pół roku, wzbogacona wspólnym oglądaniem jednej z najbardziej znanych sztuk Sławomira Mrożka „Emigranci”, w interpretacji Kazimierza Kutza. Dodam tylko, że sztuka należy do Złotej Setki Teatru Telewizji, a kreacje bohaterów Zbigniew Zamachowski i Marek Kondrat to istne mistrzostwo aktorstwa. Scenariusz równie genialnie odzwierciedlał życie polskich emigrantów. Dla mnie było to duże przeżycie. Po wielu latach od powrotu, w czasie których rzadko wracałem do wspomnień, wszystko odżyło z dawną ostrością. Już w czasie oglądania zaskakiwało mnie trafne uprzedzanie wypowiadanych przez aktorów kwestii i interpretacja ich zachowań, co robiło wrażenie na współoglądających. Postawienie mnie w roli „konsultanta” tego fragmentu z życia emigrantów zobowiązywało mnie do próby wyjaśnienia wnusi zawiłości związanych z czasem przedstawionym w sztuce. Okazało się, że wyjaśnienie dzisiejszej nastolatce samej przyczyny masowej przecież i nie zawsze samodzielnej emigracji w latach słusznie upadłego PRL nastręczało mi trudności, a co dopiero wyjaśnienie innych kwestii. Robiłem co mogłem i mam wrażenie, że jeśli spotka się z takim pytaniem, to poradzi sobie z odpowiedzią.

Ja pozostałem jednak we wzburzeniu myśli i emocji ogarnięty własnym rozpamiętywaniem swoich doświadczeń.
Dodam tylko, że nie tylko stuka „Emigranci” była tego przyczyną. Sięgnąłem jeszcze do innych materiałów, w tym do filmu pt. „Szczęśliwego Nowego Jorku” LINK  
Film zrealizowano w1997– w tandemie Edward Redliński Janusz Zaorski, przy czym scenariusz oparty został na „Szczuropolakach” Redlińskiego.
Tu pokazano równie realistyczny obraz losu naszych ludzi próbujących znaleźć sobie miejsce w realiach Nowojorskiego Greenpointu, aby zrealizować plany z którymi tam przyjechali.
Tego nie da się opowiedzieć w sposób sucho przedstawiający opis zdarzeń, czy losów poszczególnych bohaterów. To trzeba opowiadać w kontekście ich poziomu intelektualnego, kulturowego, czy socjalnego osiągniętego w Polsce i wpływów środowiska w jakim się znaleźli w nowym, zwykle wrogim otoczeniu.

„Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono…” – Napisała niegdyś Wisława Szymborska i te słowa stały się definicją człowieczeństwa. Początkowo zadziwiają nas swą przemyślnością i błyskotliwością, aby po chwili wywołać w nas pewnego rodzaju niepokój o nas samych. Bo zdanie to uzmysławia nam, że w ogóle nic o sobie nie wiemy. Takiego odkrycia doświadcza prawie każdy emigrant przymuszony przez okoliczności do dziwnych, a bywa że i wynaturzonych zachowań. Chyba nigdzie tak ostro jak w książkach poświęconych życiu na emigracji nie ukazano różnic i kontrastów zachodzących pomiędzy ludźmi, którzy dobrali się tam w jakieś zespoły ludzkie, aby wspólnie zamieszkać, bo to taniej, bo bardziej bezpiecznie, bo …
Może się komuś udaje przeżyć bez większej traumy czas pobytu za granicą, ale równie wielu wraca poranionych z bagażem przeżyć wystarczającym do wspominania na całe pozostałe życie. Bywa, że nie wracają w ogóle, bo nie mają z czym wracać, albo i do kogo wracać, bo dotychczasowe związki się rozpadają, a tam powstają nowe konfiguracje.

Trudne jest życie. Wielu chce tylko poprawić swój los, a ta próba przynosi jedynie komplikację życia swojego i swoich bliskich. I dotyczy to nie tylko Polaków

Boże Narodzenie 2021

Oczekiwaliśmy nadejścia kolejnych świąt. Których to już z kolei??? Nawet nie wiem jak to liczyć, bo przecież nie wszystkie zachowały się w pamięci.

Uczestniczyliśmy po katolicku w przygotowaniach do świąt poprzez uczestnictwo w porannych Roratach. Wczesna wyjście do kościoła nie jest dla nikogo zadaniem łatwym, a co dopiero mówić o rodzicach, którym przypada obowiązek dobudzenia, ubrania i zabrania ze sobą małych jeszcze dzieci. Koniecznie z latarenką. Księża wraz z ministrantami kroczący przez kościół w orszaku, idący w ciemnościach rozpraszanych tylko płomieniami świec i podobnych dziecięcych latarni, co dodawało kolorytu temu wyjątkowemu nabożeństwu.
Do tego specjalne adwentowe pieśni i nauka wygłaszana przez księdza celebransa. Nauka rozłożona na etapy, na 4 tygodnie adwentu, w czasie których Maryja i Józef przemierzają ogromny teren odpowiadający długości niemal całego dzisiejszego Izraela szukając miejsca dla siebie i mającego się narodzić Syna Bożego. Przebyta droga była omawiana przez księdza i zaznaczana punktami na specjalnej mapie, jak w nawigacyjnych mapach Google. Nawet wykorzystywano specyficzny GPS (czytaj Gabriel Prowadzi Skutecznie), który sympatycznym głosem pochodzącym z telefonu księdza przemawiał do zebranych wspomagając jego wykład.

Dzieci na rozpoczęciu rorat składały codziennie do koszyczka serduszka ze swoim imieniem i intencją w jakiej się modlą. Na zakończenie mszy odbywało się losowanie prawa do zabrania do swego domu, na czas do następnych rorat figurki Maryi. Trzeba było zobaczyć z jaką radością to czyniły. Nawet moja wnusia Emilka w ostatnim dniu rorat otrzymała piękną szopkę i z dumą przyniosła ją do domu.
Czy tylko dzieci były zachwycone?

Myślę, że wszyscy zyskali na tym przygotowaniu otrzymując dużo tematów do przemyśleń. Mamy przecież nieustający kryzys imigracyjny u polskich granic. Wiadomości z frontu walki z przemytem biednych, bo oszukanych po wielokroć imigrantów, wystawionych na pastwę bezdusznych obrońców naszych (i unijnych) granic. Takie same dzieciaki jak te nasze przychodzące na roraty maluchy, nie rozumiejący organizowanych przez służby mundurowe przepychanek i ucieczek muszą znosić tam niedolę chyba większą niż  bohaterowie adwentowych opowieści. Wiemy jak skończyła się niedola Maryi, a jak skończy się niedola  liczonych w skali świata w milionach małych i dużych imigrantów.
Mamy Boże Narodzenie, Słuchamy przepięknych kolęd, a wśród nich choćby tej…
Nie było miejsca dla Ciebie
W Betlejem i w żadnej gospodzie,
Więc narodziłeś się Jezu
W stajni, w ubóstwie i chłodzie…

Świat nie jest i nigdy nie był sprawiedliwy, a wszyscy tego doświadczamy w mniejszym lub większym stopniu. Czas świąt pozwala się nad tym zadumać i samo to nawiązanie do historii jest już wartością samą w sobie.
Zasmuciłem prawda?
A przecież mamy wreszcie radosne rodzinne święta. Wiele rodzin połączyło się po dłuższym rozstaniu, aby podładować akumulatory i razem coś przeżyć, Wielu musiało odłożyć odwiedziny choćby wobec pandemicznych zaostrzeń i utrudnień. Przyjadą na następne święta. My też jesteśmy emigrantami. Jak się nam udało, to wiedzą wszyscy mający w rodzinach takie osoby.
Ja wspomniałem dzisiaj i udostępniłem na Fb link do mojej świątecznej, emigranckiej opowieści sprzed lat. Zapraszam: LINK
Będę wdzięczny za podzielenie się w komentarzach swoimi emigracyjnymi wspomnieniami.
W tych dniach oczekiwań na święta zdarzyła mi się niecodzienna przygoda…
Na profilu Facebooka znalazłem umieszczoną przez znajomego wśród życzeń piosenkę, której chyba nigdy wcześniej nie słyszałem. Jego życzenia przeczytałem i za nie podziękowałem, a piosenkę wysłuchałem odkrywając w niej wiele ważnych dla mnie treści. Odżyły wspomnienia z tych kilkudziesięciu minionych lat i dlatego chciałbym Was zaprosić na taką podróż do minionych lat. Oto ta piosenka. Śpiewa Gang Marcela: LINK

Chciałbym wrócić tam gdzie byłem…
Gdy minione święta obchodziłem…

Do brzegu zatem, jak mawia Klarka…
Pora na życzenia
Wszystkim bliskim, Znanym i Nieznanym, którzy łaskawie zachowują pamięć o wspólnie spędzonych chwilach, którzy odwiedzają, oglądają i czytają wirtualnie czynione przeze mnie znaki w internetowej przestrzeni przesyłam życzenia radosnego świętowania…

Jedni jadą w góry, a inni nad morze…
Większość jednak świętuje w domach,
każdy tak jak lubi i może…

Mamy 13 – tego grudnia, a wiosny nie widać…

13 tego nawet w grudniu jest wiosna – śpiewała kiedyś Kasia Sobczyk nie wiedząc o tym, że z tą datą będą związane tak traumatyczne przeżycia…

   W dostępnych mi mediach rządowych, a do takich zaliczam radiową „Jedynkę”, od dłuższego czasu trwały przygotowania do kolejnej, tym razem okrąglej, bo czterdziestej rocznicy wprowadzenia Stanu Wojennego. Dowiadywałem się tam codziennie o planowanych przedsięwzięciach mających przypomnieć tamten traumatyczny czas, a co jeszcze bardziej mnie ciekawiło, to poszukiwanie  odpowiedzi na pytanie:
– Jak informować, a więc i uczyć młodych najnowszej historii?.
Młodych??? Dobre sobie. Po czterdziestu latach od „godziny Zero” mogło już podrosnąć kolejne pokolenie ludzi trwających w błędzie, co do wykładni tamtych zdarzeń. Podrosło, a po drodze nabyło i przyswoiło wiedzę jaką mieli ich rodzice i dziadkowie. Dzisiejsi politycy grający pierwsze skrzypce w Polskiej orkiestrze byli wtedy nastolatkami, bo prezydent Duda miał 9 lat, a premier Morawiecki miał lat 13, ale żył w rodzinie Kornela Morawieckiego, który walczył z komuną, a to było dobrą lekcją wychowania patriotycznego i obywatelskiego. LINK
Czekając na ten dzień 40 rocznicy udostępniałem na swoim koncie Fb linki do tekstów jakie poświęciłem stanowi wojennemu w czasie, gdy jeszcze pracowałem w szkole. Linki poprzedziłem zachęcajacym do rozmowy tekstem:
„Nadchodzi kolejna, tym razem okrągła 40 rocznica Stanu Wojennego.
Różne wspomnienia z tego czasu posiadamy i coraz rzadziej je udostępniamy.
Tym razem obchody będą bardziej „wystawne” i zapewne pojawi się sporo nowych wspomnień.
Młodzież będzie uczyła się nowego przedmiotu Historia i teraźniejszość .
HIT będzie bardziej przekonujący jeśli będzie podbudowany takimi wspomnieniami.
Zapraszam…”
  Teksty uzupełniałem o archiwalne zdjęcia z tamtego czasu. Moje próby pobudzenia dyskusji nie przyniosły właściwie żadnego skutku. Ot kilka polubień i kilka komentarzy pod linkami będących wspomnieniami tamtej traumy, to było wszystko co uzyskałem. Parę osób weszło również do tekstów na blogu, ale chyba nie czytali, bo zbyt długie.
Wreszcie…” nadejszła wiekopomna chwiłłła” – jak to mawiał Pawlak.
W dniu rocznicy temat 40 lecia wprowadzenia stanu wojennego stał się tematem przewodnim porannych audycji Jedynki. Redaktorzy zachęcali do wypowiedzi i robili to na tyle skutecznie, że pojawiało się sporo wypowiedzi będących wspomnieniami o różnej wartości historycznej, ale o dużej wartości emocjonalnej.

Pojawiały się też apele o przekazywanie posiadanych pamiątek z tamtego okresu w postaci wydawnictw, ulotek i innych materiałów o wartości historycznej, często ukrywanych w domach w warunkach zagrażających ich trwałości. Jaki będzie odzew? Zobaczymy. Myślę, że wszyscy chcielibyśmy uzyskać odpowiedzi na pytania typu:

– Czy takie dokumenty wpłyną na właściwą i sprawiedliwą ocenę działalności ludzi, którzy przyjęli wtedy na siebie ciężar działań niezbędnych do osiągnięcia stawianych sobie celów?
– A może wpłyną chociaż na korektę oceny ludzi „Zamieszanych w sprawę” w kontekście całego splotu uwikłań w jakich się znaleźli?
Może również stać się tak, jak już często bywało. Ocena ludzi już od lat jest gotowa, a nowe fakty mogą być przesiane pod kątem zgodności z politycznie postawioną tezą.

Bardzo dużo nowego dowiedziałem się dzisiaj od ludzi będących po obydwu stronach ówczesnego frontu walki i od dzisiejszych – z woli ludu – przywódców.
Co nas czeka?
Jeden z moich znajomych blogerów zamieścił dzisiaj na swoim blogu gustowny wierszyk będący wspomnieniem podpartym diagnozą, co uznałem za bardzo interesujące podejście. Zapytałem go jednak:- Czy zauważyłeś drobiażdżek zupełny, że przemilcza się jednych bohaterów podmieniając ich nowymi. Słusznymi i własnymi?
Odpowiedział:
A to już zależ od tych, którzy akurat przy władzy. Bo oni wszyscy mają bohaterów własnych https://zlepekklepek.wordpress.com/2021/12/13/wspomnienia-zgola-niwesole/

Jak żyć panie premierze, jak żyć ???

Pamiętamy jeszcze to pytanie skierowane 10 lat temu przez rozgoryczonego stratami wywołanymi przez trąbę powietrzną plantatora papryki z Przysuchy do premiera rządu?
Premiera Tuska, żeby było jasne. Dla tych, którzy nie pamiętają LINK.
Powinniśmy pamiętać również rwetes jaki urządziła premierowi ówczesna opozycja, aby zyskiwać na wizerunku i zdobyć punkty poparcia liczące się w kolejnych wyborach. Premier i jego służby tłumaczyły się gęsto, ale czy najlepsza retoryka może wystarczyć jeśli ludzie domagają się pełnej rekompensaty poniesionych strat? Musiał przegrać, tak jak przegrał niegdyś premier Cimoszewicz odsyłając ludzi do zakładów ubezpieczeniowych.
Nic dziwnego, że dzisiejsza opozycja rewanżuje się rządzącym w ten sam sposób, a przykładów nadających się do tego celu dostarcza w nadmiarze bieżące życie. Nie tylko klęski żywiołowe nadają się do takiej walki.

Chybione inwestycje, korupcja, nepotyzm i niespotykane dotąd zawłaszczanie Polski dla własnych partyjnych celów nie ma sobie równych w skali Europy i świata, z wyłączeniem dyktatur. Tracimy na znaczeniu w oczach świata, a zyskujemy miano kraju autorytarnego, który podąża w niebezpiecznym kierunku.
Czy na takie bolączki może pomóc obecna ofensywa dyplomatyczna premiera?
A może prezydent pomoże w tym dziele używając swojego wdzięku i kwiecistej retoryki?
Tematów składających się na totalną krytykę poczynań władzy jest bardzo dużo. Opozycja zapowiada wystawienie rachunku i rozliczenie wszystkich przekrętów. Spadające słupki poparcia i chwiejna większość koalicji rządzącej dają wprawdzie nadzieję na rychłe odsunięcie jej na śmietnik historii, ale naprawa tego, co zdążyli popsuć potrwa bardzo długo i to społeczeństwo, a nie partyjna elita musi za to zapłacić. Będzie tego wystarczająco dużo, aby nasze wnuki płakały i płaciły przeklinając nas za dopuszczenie do takiej sytuacji.

Pytanie użyte w tytule jest wciąż aktualne, tylko jak je zadać, skoro władza spotyka się tylko ze swoimi zwolennikami, a jako cnotę wprowadziła ignorancję wszelakiej krytyki i pytań nie związanych bezpośrednio z tematem konferencji prasowych.
56 procent Polaków źle ocenia swoją sytuację finansową i spodziewa się dalszego pogorszenia, a premier jeździ po świecie przekonując do swoich racji, albo po kraju promując tzw. Nowy Ład. Kary nakładane na Polskę za nie respektowanie postanowień trybunałów unijnych rosną z każdym dniem o setki tysięcy euro. Wciąż nie dostaliśmy unijnej zaliczki na poczet kwot przyznanych na odbudowę gospodarki po pandemii…
Ty se mów, a ja zdrów – mawiali prości ludzie i było to wymownym oskarżeniem…

Narodowcy uczcili twórców Niepodległości…

   Co roku bywałem na lokalnych obchodach Święta Niepodległości.
Miałem poczucie obowiązku uczestnictwa, bo wydawało mi się, że nauczyciele to ludzie światli, wobec których powinno się stosować  niegdysiejszą zasadę: Noblesse oblige, czyli po naszemu „szlachectwo zobowiązuje”. Historia jest bogata w przykłady takich postaw członków elity, co by to nie znaczyło.
Z roku na rok coraz mniej osób widziałem wokół siebie na tych obchodach. Gdy robiłem zdjęcia dla dokumentowania tego wydarzenia, to starałem się tak kadrować wnętrze kościoła, czy sali szkolnej, gdzie była organizowana akademia ku czci, aby nie było widać pustych miejsc. Słuchałem przemówień na obchodach państwowych i kazań w kościele. Opisywałem też na blogu przebieg uroczystości i dzieliłem się wrażeniami i przemyśleniami z tych wydarzeń.
Udostępniałem te teksty na Fb i oczekiwałem na komentarze, których niestety było coraz mniej.
W tym roku coś mnie jednak odwiodło od rutynowo powtarzanych zachowań dobrze ułożonego Polaka i Obywatela. Nie poszedłem do kościoła na mszę za Ojczyznę i wolałem nie pytać co było treścią okazjonalnego kazania. Na zdjęciach jakie udostępniono widziałem poczty sztandarowe strażaków, niewielu podobnych mi obywateli i młodzież szkolną z klas o profilu wojskowym oraz aktywną drużynę harcerzy, którzy jako tako wypełniali kościół.

   Siedząc w domu mogłem więcej czasu poświecić na obserwację święta zadumy, czy raczej zadymy w wykonaniu narodowców uczestniczących w centralnych obchodach, które zorganizowano w … Krakowie, bo tam przeniosła się cała nasza elita rządząca. Warszawa została udostępniona niejakiemu Robertowi Bąkiewiczowi. To on kroczył na przedzie, przemawiał, a w przemówieniach wyznaczał kierunki działania na przyszłość. „Powiedział co wiedział” – mawiano kiedyś o takich mówcach, którzy zanim zabiorą głos nie sprawdzają, czy ich język jest podłączony do mózgu. Jaki będzie skutek tak buńczucznie uprawianej polityki?
Tego nikt nie wie. Wszystkich naszych tradycyjnych sojuszników mamy już poobrażanych na dobre. Zostajemy sami i to na własne żądanie.
Jeśli nam pomogą w kryzysie migracyjnym i ochronie granicy, to tylko dlatego że nasze problemy stają się problemami również naszych partnerów z UE, czy USA i NATO. Jak na razie mamy dość niepokojące wieści dobiegające ze wschodu i nikt nie wie jak to się zakończy.
Na swoim koncie FB udostępniłem zdjęcie Marszałka stojącego na naszym rynku i spoglądającego na wiązanki biało-czerwonych kwiatów jakie złożono u jego stóp. Pod, a właściwie nad zdjęciem z 2015 roku umieściłem słowa:

Tłumnie przybyli
Huku narobili…
Wieniec zostawił
Do zadumy mnie, zmusili…

Koronawirus zaciera czółki, wypustki, czy może kolce?

   Wszyscy chyba obserwujemy to, co dzieje się wokół i nazywa się IV falą pandemii. Każdy z nas ma w rodzinie zaszczepionych dwoma, a nawet już trzema szczepionkami. Jednocześnie prawie połowa Polaków nie poddało się szczepieniom licząc na skuteczność indywidualnych zabezpieczeń lub na … Opatrzność.
Minął tydzień od ogólnonarodowego poruszenia zawiązanego z odwiedzinami grobów bliskich zmarłych, któremu towarzyszyły spotkania z ludźmi na trasie przejazdów, z krewnymi i znajomymi w miejscach docelowej wędrówki.
Przed świętem zmarłych ostrzegano wędrowców przed możliwymi zarażeniami i wzrostem zachorowań. Mimo tego tłok na cmentarzach był bardzo duży, chociaż może troszkę mniejszy niż dawniej bywało. Tydzień, to powszechnie stosowany okres kwarantanny, a więc wkrótce okaże się czy nastąpi ten dramatyczny skok zachorowań. Liczę się również z tym, że potwierdzenie spiskowej teorii uzyskają antyszczepionkowcy i gieroje nie lękający się wirusów.
Ostatnie dni to demonstracje uliczne setek tysięcy manifestantów w prawie setce polskich miast wyrażający swoją dezaprobatę rządowi za ustanowione prawo aborcyjne, które wywarło efekt mrożący na lekarzach położnikach i ginekologach. Przykładem i symbolem tego efektu stała się pacjentka z Pszczyny płacąca życiem za lekarskie zaniechanie podyktowane strachem przed karą dożywocia za aborcję płodu niezdolnego do życia, czyli za zamordowanie dziecka poczętego.
Pomijając aspekt interpretacji prawa, czy intencji jego twórców warto zwrócić uwagę na fakt nowych zagrożeń do jakich dochodzi w tłumie skandujących różne hasła ludzi. Nie wiemy jak długo potrwają te demonstracje, a tu szykuje się nowa okazja do ataku wirusa. Mam na myśli obchody Narodowego Dnia Niepodległości i kontrowersyjny od lat Marsz Niepodległości w Warszawie.
Patriotycznie i narodowo nastawieni chłopcy na pewno się postawią, bo wreszcie mają za co kupić race i tłumnie zameldować się w Warszawie angażując przy okazji policję do ochrony demonstrantów.
Dzisiaj trudno ocenić jakie będą tego skutki, ale chyba nikt nie ma wątpliwości co do tego, że chorych przybędzie.
Szpitale są podobno przygotowane, ale czy służba zdrowia też?
Przeglądając zasoby przepastnego Internetu szukając wyjaśnienia takiego drobiazgu jak pytanie zamieszczone w tytule znalazłem przystępnie opracowane źródło wiedzy na temat wirusa, z którym wciąż musimy się zmagać. Oto link:
https://synergiczni.pl/zdrowie/koronawirus-oczami-dziecka


Moje, nasze „Złote Gody”

Jubileusz 50 – lecia pożycia małżeńskiego jest na tyle ważnym wydarzeniem w życiu polskich rodzin, że zasłużył sobie na specjalne traktowanie przez władze państwa i samorządu. Wyrazem tego jest długoletnia już praktyka odznaczenia jubilatów medalem „Za długoletnie pożycie małżeńskie” nadawanym przez samego Prezydenta RP. Nam taki medal przyznano już 5 maja 2021, a więc na miesiąc przed faktyczną datą ślubu.
Warunki ostrożnościowe wynikające z konieczności dostosowania się do wymogów związanych ze zwalczaniem pandemii sprawiły, że termin wręczenia odznaczeń, przy konieczności zapewnienia odpowiedniej oprawy wyznaczono na 23 października. W moim przypadku od faktycznej rocznicy ślubu upłynęło 5 miesięcy, a więc wystarczająco długo aby zapomnieć o przeżyciach związanych z rodzinnym świętowaniem, bądź co bądź ważnego dla naszej rodziny wydarzenia.
Świętowanie Złotych Godów obchodzonych przez 24 rodziny mieszkańców naszej gminy rozpoczęło się uroczystą Mszą świętą, podczas której dziękowano Bogu za otrzymane łaski i modlono się o dalszą opiekę dla jubilatów i ich rodzin. Młody wiekiem ksiądz celebrujący mszę we wspomnianych intencjach miał niemały problem z wyrażeniem tego, co wypadało mu przy takiej okazji powiedzieć w ramach homilii. Przemawiał w końcu do ludzi mających dłuższy staż małżeński niż całe jego życie oraz do ich dzieci i wnuków przybyłych do kościoła z rodzicami i dziadkami. Aby zrealizować swój cel z dużym wdziękiem posłużył się legendą indyjską, mówiącą o …

… Stworzeniu mężczyzny i kobiety

Kiedy Stwórca skończył stwarzanie mężczyzny, zdał sobie sprawę, że zużył już wszystkie konkretne składniki. Nie było nic więcej trwałego, nic stałego czy mocnego, z czego mógłby stworzyć kobietę.
Stwórca zastanawiał się długi czas, w końcu wziął: krągłość księżyca, gibkość pnącza winorośli i drżenie trawy, wysmukłość trzciny i kwitnięcie kwiatów, lekkość listków i jasność słonecznych promieni, płaczliwość chmur i niestałość wiatru, miękkość ptasiego puchu i twardość diamentu, słodycz miodu i okrucieństwo tygrysa, żar ognia i chłód śniegu, gadatliwość papugi i śpiew słowika, fałszywość lisa i wierność matki lwicy. Mieszając te wszystkie nietrwałe elementy, Stwórca utworzył kobietę i obdarował nią mężczyznę.
Po tygodniu mężczyzna przyszedł i powiedział:
„Panie, stworzenie, które mi dałeś, unieszczęśliwia mnie. Bez przerwy mówi i niemiłosiernie mnie dręczy, tak że nie mam wytchnienia. Żąda, abym stale się nią zajmował i w ten sposób tracę czas. Płacze o każdy drobiazg i żyje bezczynnie. Przyszedłem, aby Ci ją zwrócić, bo nie mogę z nią żyć”.
„Dobrze” – odpowiedział Stwórca i wziął ją z powrotem.

Po tygodniu mężczyzna wrócił i rzekł:
„Panie, odkąd oddałem Ci z powrotem to stworzenie, moje życie jest takie puste. Ciągle o niej myślę – jak tańczyła i śpiewała, jak spoglądała na mnie kątem oka, jak przekomarzała się ze mną, a później mocno się do mnie przytulała. Była tak piękna i tak delikatna w dotyku. Uwielbiałem słuchać jej śmiechu. Proszę, oddaj mi ją z powrotem”.
„Dobrze” – powiedział Stwórca i mężczyzna wziął ją na nowo.
Jednak trzy dni później znów wrócił i powiedział:
„Panie, nie rozumiem i nie potrafię tego wyjaśnić, ale po wszystkich moich doświadczeniach z tym stworzeniem doszedłem do wniosku, że sprawia mi ona więcej kłopotów niż radości. Błagam Cię, zabierz ją z powrotem! Nie mogę z nią żyć!”
„Ale nie możesz żyć i bez niej” – odparł Stwórca. Następnie odwrócił się plecami od mężczyzny i kontynuował swoją pracę.

Mężczyzna zdesperowany powiedział:
„Co ja zrobię? Nie mogę żyć z nią i nie mogę żyć bez niej!

   Tematyka znana chyba wszystkim, choćby z powiedzenia o tym, że mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus lub z różnych opracowań przeciwstawiających sobie punkty widzenia obu płci tym razem rozbawiła słuchaczy. Puenta była już prostym zabiegiem retorycznym…
– Jeśli tyle lat i to w niezwykle trudnych warunkach przeżyliście wspólnie, to sami najlepiej wiecie jak ważne jest wzajemna tolerancja i współpraca zmierzająca do osiągania wspólnych celów.
Takiemu wymiarowi została podporządkowana zmodyfikowana i przystosowana do sytuacji przysięga małżeńska, którą sobie wzajemnie ponownie złożyliśmy stojąc naprzeciw siebie w szpalerze wzdłuż kościoła. Zdjęcie na dole.
Film: https://www.facebook.com/100000003836045/videos/pcb.6957477274262331/590178342307429
Część świecka uroczystości wynikała już z przyjętej konwencji godów.
Jak wesele, to musi być miło i wesoło, prawda?
Były występy harcerzy, przemówienia przedstawicieli władz i życzenia, życzenia, życzenia…
Ważnym elementem uroczystości było wręczenie odznaczeń, co kończyło oficjalną uroczystość.
Później już to, co wszyscy znamy.
Obiad zaczynający się od rosołu, a na drugie kotlet devolay…
W tym czasie do naszej sali wkroczyła kapela umilająca nam wspólnie spędzany czas. Wielu jubilatów dało się porwać muzyce i jak to na weselach bywa poszli w tan, budząc zazdrość w tych, którzy na taki wyczyn nie mogli sobie pozwolić.
Było miło i szkoda, że tak szybko się skończyło…