Kuba, fan Tomasza Beksińskiego, który myślał o końcu…

Wszyscy wiemy co kryje się pod hasłem „Białe Miasteczko”.
Służba zdrowia reprezentowana przez wszystkich ludzi w białych fartuchach zdecydowała się upomnieć o poprawę warunków pracy i płacy. Wiadomości jakie płyną z tego miasteczka oraz od ludzi powołanych do rozwiązywania problemów społecznej służby zdrowia są zatrważające. Niedługo nie będzie miał kto nas leczyć, a prywatna służba zdrowia nie dla każdego będzie dostępna.
Jaka będzie zatem przyszłość medyków i nas wszystkich?
Już teraz obserwowane kompletne załamanie niektórych dziedzin opieki zdrowotnej jak choćby dziedzina psychiatrii dziecięcej nastraja nas niezwykle pesymistycznie. Podobno już teraz połowa chirurgów jest w wieku emerytalnym i podobne wskaźniki osiąga pielęgniarstwo… Ratownicy pogotowia zarabiający w okolicach minimalnej płacy zamykają ten korowód ludzi pracujących dla nas podobno z powołania, którego do garnka nie da się włożyć.
Jak to się zakończy?
Oto przykład sytuacji w jakiej znalazł się młody chłopak, który napisał do mnie w chwili wielkiego zdołowania i postawił trudne pytanie: Jak żyć?
Zapraszam

Tatulowe opowieści

   Jeszcze chyba pracowałem w szkole kiedy przytrafiła mi się emocjonująca przygoda. Późnym wieczorem na czacie fejsbuka pojawił się jakiś Kuba XXX, który wbił mnie w krzesło następującymi słowami:

Kuba: – nie mam przyjaciół i myślę o końcu. Słucham właśnie ostatniej audycji Tomasza Beksińskiego i te myśli się nasilają nie jestem tą osobą, która jest podpisana jako właściciel tego avatara. Uczył mnie pan tak naprawdę w liceum w xxxxx mam problem z zaliczeniem sesji w poniedziałek mam jeszcze kolejny egzamin nie wiem co to będzie jak nie zaliczę rodzina bardzo we mnie wierzy przepraszam że tak bez interpunkcji ale to jest swego rodzaju mój strumień świadomości bardzo lubiłem pana zajęcia dlatego pisze. W domu też nie ma wiele lepiej. Bardzo matriarchalne środowisko, nie lubię tych powrotów, ale czuje sie odpowiedzialny za to co się tam dzieje. Mam chorego psychicznie jednego z rodziców JAK ŻYĆ PANIE CZESŁAWIE, JAK ŻYĆ???
Powinienem…

View original post 1 063 słowa więcej

Okruchy serca…

Nie potrzeba wiele się narobić, aby coś dobrego zrobić…
Podczas niedzielnego spaceru nad pobliski zalew, gdzie odbywał się festyn z okazji dożynek miałem sporo okazjonalnego kontaktu z ludźmi, których tak twarzą w twarz już dawno nie widziałem. Wśród nich byli moi dawni uczniowie, którzy przybyli tam z dziećmi, aby zapewnić im, a przy okazji sobie odrobinę rozrywki, o którą na wsi jednak jest dość trudno.
Pozdrowienia  z dołączonym uśmiechem, czasem chwila rozmowy potrafią staremu człowiekowi dać lub tylko odświeżyć poczucie przynależności do pewnej grupy ludzi, których coś w życiu łączyło i pewne (daj Boże pozytywne) skojarzenia pozostawiło). To niby nic cennego, a jednak potrafi zmienić nastawienie do innych i do siebie. Upewnić się w tym, że nasze działanie ma sens i komuś jednak służy.
Ostatnio dość często otrzymuję takie przyjazne sygnały od ludzi, dla których moje fotografie coś znaczą, bo dostarczają im informacji o tym, co u nas się dzieje, co się zmienia na lepsze. Docenia się to, zwłaszcza wtedy, gdy przebywamy z daleka od rodziny i kraju, a teraz takich ludzi nie brakuje.
Nie ustaję wiec w wysiłkach, aby być tam gdzie się coś dzieje i to co tam zobaczę udostępniać na swoim koncie Facebooka i innych stronach tego komunikatora. Poszerzam w ten sposób swoją sferę kontaktów i tym wypełniam swój emerycki czas.
Wczoraj miałem okazję posłuchania opowieści, która jeszcze bardziej zasługuje na potwierdzenie zdania zamieszczonego na wstępie.
Będąc w towarzystwie rozmawiającym o  grzybach, (aktualnie chyba najbardziej atrakcyjny temat do rozmów) usłyszałem jak znajoma starając się o zorganizowanie wyprawy na grzyby do miejsc gdzie mogłaby bez większego trudu ich nazbierać (wiadomo – kręgosłup boli, nogi nie chcą nosić) wpadła do znajomego, aby go o to poprosić. To leśny człowiek, który zna takie miejsca i chętnie podprowadzi, a jeszcze i swoimi zbiorami zasili.
Odwiedziła go i umówili się na jakiś dzień. Czekała w domu na sygnał do przyjazdu, a tu zamiast sygnału zadzwonił dzwonek do drzwi.
Otworzyła i co widzi? … Znajomy od grzybów stoi w drzwiach z koszem leśnych grzybów. Naturalne stało się w tym miejscu pytanie:
– To ty tak sam nazbierałeś? Miałeś dać znać abym podjechała pod twój dom i mieliśmy razem iść na grzybobranie…
– A wiesz, stało się tak, że mój wnuczek, który był u mnie wtedy jak ty mnie odwiedziłaś zapytał po twoim wyjściu o ciebie.
– Co to za pani – zapytał
– To moja znajoma z dawnej pracy, która wspomaga ciebie odpisem 1 procenta podatku na twoje leczenie i rehabilitację – odpowiedziałem. Pomyślał chwilę i zaproponował.
– Dziadzio, a może ja pójdę z tobą do lasu i uzbieramy dla tej pani grzybków, co?
Pojechali, a co uzbierali, to dziadzia podrzucił wprost do domu pani opowiadającej tę historię. Była wzruszona. Otrzymała swego rodzaju zapłatę za okazane serce i symboliczną przecież pomoc dla dziecka.
Któraś ze słuchających pań dodała:
– No popatrzcie, bywają jednak dzieci, które nie zagarniają tylko w swoją stronę, ale potrafią też coś od siebie ofiarować innym. Oby takich było jak najwięcej…


Koniec zaoceanicznego mitu

Koniec mitu Ameryki dzisiaj, 12:51Ten tekst przeczytasz w 9 minut Udostępnij na Facebooku Udostępnij na Twitterze USA, Amerykanie / ShutterStock W Polsce pod wieloma względami żyje się lepiej niż w USA. Mamy lepsze szkoły, komunikację publiczną, skuteczniejszą opiekę zdrowotną, radykalnie niższą przestępczość i odsetek bezdomnych. Najbardziej jednak zaskakuje, że więcej Polaków niż Amerykanów ma oszczędności. Z prostego porównania PKB w […]

Koniec zaoceanicznego mitu

„Potem” jest bliźniaczą siostrą „Nigdy”


Udostępniłem na moim koncie Facebook znalezione w Internecie zdjęcie starszego pana z laseczką, który wykorzystuje ją, aby zaglądnąć pod obraz cienia który rzuca. Podwija go i widzi tam małego chłopca w krótkich majtasach.
Ja też mam swoje lata i już rozglądam się za laseczką, aby pewniej czuć się na spacerach. Przez utożsamianie tamtego pana ze sobą pomyślałem, że chyba każdy ma w sobie takie dziecko. Mało tego, psychologowie doradzają aby zadbać o to, żeby tak pozostało jak najdłużej, bo wtedy łatwiej zaakceptujemy skutki upływającego czasu. Ta myśl dotyczy również pań, gdyż napotkałem kiedyś analogicznie wyglądający rysunek idącej w pochyleniu babci z laseczką, której cień rzucany na pobliski mur przedstawiał jednak rozbrykaną młodą dziewczynę.
Udostępniając takie obrazki na Fb próbuję wywołać dyskusję o przemijaniu.
Niestety, większość moich znajomych, to ludzie w młodym wieku i zapewne szkoda im czasu na jakąś widoczną reakcję.
Dzisiaj napotkałem poniższy tekst i postanowiłem go udostępnić…
Zgodnie z apelem zamieszczonym na końcu…
Oto on:

Świetny tekst, który napisał Boucar Diouf . Bardzo prawdziwy…

Ledwo zaczął się dzień i… jest już szósta wieczorem. Tydzień ledwo przybył w poniedziałek i już jest piątek.
… a miesiąc już minął.
… a rok prawie się kończy.
… i minęło już 40, 50 lub 60 lat naszego życia.
… i zdajemy sobie sprawę, że straciliśmy naszych rodziców, przyjaciół.

I zdajemy sobie sprawę, że jest już za późno, aby wrócić. Więc… Spróbujmy jednak jak najlepiej wykorzystać czas, jaki nam pozostał. Nie zwlekajmy z szukaniem zajęć, które lubimy. Dodajmy kolorów naszej szarości. Uśmiechnijmy się do małych rzeczy w życiu, które są balsamem dla naszych serc.
I mimo wszystko, nadal cieszmy się spokojem tego czasu, który nam pozostał. Spróbujmy wyeliminować „potem”…

Zrobię to potem…
Powiem potem…
Pomyślę o tym potem…
Zostawiamy wszystko na później, jakby „potem” było nasze.
Ponieważ nie rozumiemy, że:
potem – kawa jest zimna…
potem – priorytety się zmieniają…
potem – rok się skończy…
potem – zdrowie się kończy…
potem – dzieci dorastają…
potem – rodzice się starzeją…
potem – obietnice są zapomniane…
potem – dzień staje się nocą…
potem – życie się kończy…
A potem często jest za późno…

Więc… nie zostawiaj niczego na później, ponieważ czekając na później , możemy stracić
najlepsze chwile,
najlepsze doświadczenia,
najlepszych przyjaciół,
najlepszą rodzinę…

Dziś jest odpowiedni dzień… Ta chwila jest teraz …
Nie jesteśmy już w wieku, w którym możemy sobie pozwolić na odłożenie na jutro tego, co należy zrobić od razu. Zobaczmy więc, czy będziesz mieć czas, aby przeczytać tę wiadomość, a następnie udostępnić ją.
A może odłożysz to na… później ?
I nie podzielisz się tym nigdy !?

Ostatni dzień sierpnia…

Sierpień przyniósł nam wiele wspomnień związanych z obchodami rocznic wydarzeń jakie w tym miesiącu obchodzono.

* Ostatni dzień sierpnia, to dzień zakończenia wakacji. Smutny raczej i to nie tylko z powodu nagłego pogorszenia się pogody. Prezydent zwołał wczoraj Radę Gabinetową, na której poinformowano go o przygotowaniach do nowego roku szkolnego. Będzie normalnie. Tradycyjne metody nauczania i raczej brak perspektywy zdalnego nauczania uziemionych w domach młodych ludzi i części ich rodziców. To samo dotyczy nauczania hybrydowego.
Gdy zapytałem przed tygodniem młodego człowieka o to, czy cieszy się z powrotu do szkoły, to nie wyglądał na zadowolonego, ale żeby rozwiać moje wątpliwości dopowiedział, że nie cieszy go to wydarzenie.
Liche nastroje przeważają wśród nauczycieli i to nie tylko z powodu ministra, rozsnuwającego Czarne(k) chmury nad oświatowym podwórkiem.
Wiele szkół nie może uzupełnić braków w zatrudnieniu nauczycieli, bo praca w oświacie przestała być atrakcyjna, chociaż, tak po prawdzie, to nigdy atrakcyjna finansowo nie była. Coś interesującego dzieje się jednak w temacie, skoro pan minister umawia się z samym Prezesem na rozmowę w tej sprawie.
Może jutro w inauguracyjnym przemówieniu coś się dowiemy?

* Ostatni dzień sierpnia, to zakończenie przegranej z kretesem przez USA i sprzymierzonych 20 letniej wojny w Afganistanie. Wyznacza go dzień zakończenia ewakuacji wojsk i przedstawicieli różnych służb oraz miejscowych współpracowników. Niewdzięcznicy „zdradzili” Amerykę porzucając broń i uciekając przed Talibami, którzy będą traktować ich jak zdrajców.
Przegrana wojna przyniosła bilionowe chyba straty finansowe w jakie brnęli kolejni czterej prezydenci i teraz okazało się, że winien jest ten, który miał odwagę tę wojnę zakończyć, czyli obecny prezydent Joe Biden. Jak to się dla niego zakończy, tego nikt jeszcze nie wie. Poprzednik jest gotowy powrócić do gry ze swoim hasłem Ameryka First, którego w Afganistanie nie potrafił jednak wdrożyć.

* Ostatni dzień sierpnia dla nas Polaków, to wspomnienie podpisania porozumień strajkowych w hali bhp Stoczni Gdańskiej. Będą obchody, przemówienia, wręczanie odznaczeń…
Wiele smutnych refleksji nasuwa się dzisiaj przy wspominaniu tamtych czasów i czytaniu listy żądań strajkowych spisanych na dwóch płytach sklejki. Wiele tekstów napisano na tematy dotyczące porównania ówczesnej i obecnej solidarności, której nazwy nie sposób pisać z dużej litery, a tym bardziej słynną czcionką zwaną solidarycą. Używają jej dzisiaj jedynie w czasie strajków, aby pokazać determinację w stawianiu żądań.
W dyskusjach medialnych usłyszałem, że żądania płacowe były na 5 pozycji listy spisanych na słynnych płytach żądań, a na drugiej zniesienie cenzury i zapewnienie wolności mediów. Jak to dzisiaj odbierać w czasie, gdy rządowa spółka Orlen wykupiła wszystkie lokalne dzienniki i tygodniki wraz z dostępem do mediów elektronicznych po to, aby zapewnić „ … wolność prasy i mediów od obcego kapitału”.
Jak to dobrze, że w przeddzień podpisania porozumień stoczniowych
w Gdańskim Centrum Solidarności odbyło się transmitowane przez TVN24 uroczyste wręczanie Medali Wolności…
Może to wpłynie na otrzeźwienie dzisiejszych decydentów

Elementarz Jacka

Jedynka Polskiego Radia w dzisiejszym programie „Lata z Radiem” jako temat główny obrała sobie sprawę Elementarza, jakiego wielu z nas używało w szkole. Pozwoliłem sobie przypomnieć mój i nie tylko mój punkt widzenia na ten temat. Zapraszam do lektury

Tatulowe opowieści

ElementCzy pamiętamy jeszcze słowa tej dziecięcej piosenki o radosnym Jacku? A elementarz występujący w tekście, to na pewno ten najbardziej chyba znany zwłaszcza rodzicom i dziadkom elementarz Falskiego, czy może już całkiem inny, bardziej współczesny pierwszy podręcznik dla pierwszoklasistów? Przypomnimy sobie słowa tej radosnej piosenki:

View original post 1 196 słów więcej

Wojskowa edukacja obywatelska – wspomnienia

Był rok 1968, to drugi rok mojej służby.
Już w marcu nadszedł pierwszy niepokój. Zatrzymali na nieznany okres rocznik, który właśnie miał przejść do rezerwy. Okazało się, że to w związku z tzw. Wydarzeniami marcowymi. Studenci zaprotestowali. Władze skierowały przeciw nim tzw. aktyw robotniczy, a w końcu oddziały MO. Pokłosiem była akcja represyjna wobec studentów polegająca na relegowaniu z uczelni i często przymusowym kierowaniu ich do wojska na: patriotyczną reedukację przez socjalistyczne wychowanie w dyscyplinie wojskowej. Do naszej jednostki przysłano kilku takich zbuntowanych studentów. Wśród nich dwóch kleryków z Seminarium Duchownego. Współczuliśmy im, bo oficerowie polityczni, jakich było po kilku w każdej jednostce, pilnowali ich każdego kroku i śledzili ich kontakty.
Ten sam rok przyniósł jeszcze jedno wydarzenie odciskające się mocno na mojej świadomości. Była nim rozpoczęta 20 sierpnia interwencja wojsk Układu Warszawskiego, w tym także Ludowego Wojska Polskiego, skupiona na przywracaniu ładu konstytucyjnego w bratniej Czechosłowacji. Nic nie wiedziałem o zagrożeniu dla socjalizmu wynikającego z tzw. Praskiej Wiosny trwającej tam od maja, mimo że godzinami słuchałem radia i czytałem prasę. Tak skuteczna była cenzura. Oto moje przeżycia z tym związane.  
Pełniłem służbę, jak codziennie bywało, w swojej radiostacji Dalszej i jak co dzień wybrałem sobie dyżur nocny pomiędzy 24.00 a 3.00 rano. Nadawano  wtedy mój ulubiony program Muzyka nocą. Siedziałem jak zwykle ze słuchawkami na uszach, ale mimo tego usłyszałem niepokojący hałas na zewnątrz naszej Budy – jak pieszczotliwie nazywaliśmy to miejsce. Otworzyłem drzwi i w brzasku wschodzącego dnia ujrzałem nad sobą olbrzymi, czterosilnikowy samolot i do tego z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach. Za nim następny i kilkanaście kolejnych, schodzących szerokim łukiem do lądowania w Radomiu. Stałem jak oniemiały. Nigdy nie było tam takich dużych samolotów i do tego rosyjskich. W radio ani słowa. Zadzwoniłem na lotniskową centralę telefoniczną Jagoda, gdzie służbę pełnił zaufany przyjaciel, a tam cisza. Łączność przerwana. Budzę swoich kolegów. Dyskutujemy nad tym, co się mogło wydarzyć, ale nic nie udało się nam ustalić. Dopiero po 3-4 godzinach koledze z Jagody udało się po kryjomu zawiadomić nas, że samoloty stoją w równym szeregu, daleko od budynków portu lotniczego. Ich obsługa rozlokowała się obok. Podjeżdżają kolejne samochody cysterny i trwa tankowanie. Około południa w programie radiowym pojawił się komunikat:  Rząd Polski, na prośbę rządu bratniej Czechosłowacji postanowił udzielić jej wojskowego wsparcia, aby wraz z wojskami Układu Warszawskiego pomóc jej przywrócić konstytucyjny porządek w obronie zdobyczy socjalizmu.

   Wszyscy wiedzieliśmy, że to Rosjanie postanowili zdławić w zarodku powstanie ruchu obywatelskiego domagającego się demokratyzacji życia. Aby wyglądało to ładniej przed światem użyli obok swoich wojsk również wojsk bratnich armii tworzących Układ Warszawski. W sumie 700 000 żołnierzy, tysiące czołgów i samolotów. Umieli interweniować. Nabrali wprawy w naszym Poznaniu i na Węgrzech w 1956 r., a później i w innych państwach. Te samoloty nad Radomiem, to był efekt przywracania owego ładu. Samoloty wracające z akcji w Czechosłowacji odleciały jeszcze tego samego dnia. My pozostaliśmy pełni obaw o to, co będzie z nami. Próbowano nam tłumaczyć na szkoleniu politycznym, że udział WP w tej akcji, to obrona zdobyczy socjalizmu przed warchołami i sługusami imperializmu zachodniego, ale z marnym skutkiem. My wiedzieliśmy już swoje.

   Tu trzeba wyjaśnić, bo nie wszyscy to wiedzą, że rota przysięgi, jaką my składaliśmy miała zupełnie inną treść niż ta, której używa się dzisiaj. My przysięgaliśmy m.in. … strzec dorobku socjalizmu i wykonywać rozkazy dowódcy wojsk Układu Warszawskiego. Był nim jak wiadomo marszałek wojsk Związku Radzieckiego. Odmowa wykonania rozkazu nie wchodziła w grę. Czesi  i Słowacy długo nam pamiętali tamtą „pomoc”.

   Gdy w 1984 roku leciałem samolotem z Pragi do Nowego Jorku, przyszło mi siedzieć obok Słowaczki wracającej z wakacji do swojej już Kanady. Otwarcie wyrażała dezaprobatę z powodu tamtego czynu. Tłumaczyłem jej, że my i oni jesteśmy w podobnej sytuacji i nie mamy nic do powiedzenia wobec potęgi ZSRR. Jakoś ją udobruchałem i przegadaliśmy po polsku i słowacku całą drogę rozstając się w przyjaźni. Wiem jednak, że i współcześnie mają do nas żal o tamtą „pomoc”.

  Świadomość faktu, że można w taki sposób wymuszać podległość demoludów, budziła strach w narodzie. Takiego scenariusza spodziewaliśmy się w 1970 roku na Wybrzeżu. Tam użyto jeszcze raz własnych sił milicji i wojska. Tego samego obawiano się i w 1981 roku, kiedy to „aby zapobiec interwencji wojsk Układu Warszawskiego gen. Jaruzelski, stojąc na czele Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego wprowadził 13 grudnia stan wojenny”, jak to tłumaczą do dzisiaj ludzie tamtego okresu. Zagrożenia były realne. Dla nas żołnierzy zawsze oznaczało to odwołanie urlopów i przepustek, zaostrzenie dyscypliny i przesunięcie na czas nieokreślony wypuszczenia do rezerwy dużej liczby najstarszych stażem żołnierzy. Nasilano też indoktrynację zwaną szkoleniem politycznym. Nie byłem widocznie „pewnym człowiekiem” LWP, bo mimo zapowiedzi, nie doczekałem się awansu do stopnia kaprala, jak i pominięto mnie przy przyznawaniu kolejnych odznak „Wzorowego żołnierza” z okazji kolejnego święta 22 lipca w 1969 roku. Pozostałem do końca służby starszym szeregowcem, z brązową jedynie odznaką przyznaną jeszcze w Grudziądzu.

Chińskie przysłowie: Obyś żył w ciekawych czasach, sprawdziło się w odniesieniu do mojego pokolenia. Na szczęście ja to obserwowałem i przeżywałem zajmując miejsce na samym dole drabiny społecznej. W tym samym czasie ludzie zaangażowani czynnie w walkę z ustrojem doznawali szykan, ale i budowali zręby swojej kariery. Dzisiaj są sztandarowymi postaciami przemian. A czy zwykli obywatele mają jakiś udział w przemianach?
Było nas kiedyś 10 milionów. Zwykłych, solidarnych (przez małe „s”) ludzi. Razem stanowiliśmy jednak Siłę Bezsilnych dających wsparcie liderom. Razem stanowiliśmy siłę, z którą musieli się liczyć ciemiężyciele. Ustąpili wobec potęgi ludów. Nie odważyli się użyć wojsk w bratobójczej walce o „zdobycze socjalizmu”. Dzisiaj mamy inną Polskę. Dla młodych tamta, którą wspominam, to jeszcze jedna, pewnie nudna lekcja historii.

Otrzymałem w wojsku pożyteczną lekcję wiedzy obywatelskiej, o jakiej nie mówiono w szkole. Służba wniosła pozytywny wkład w kształtowanie mojej postawy obywatelskiej i poglądów.

PS. W niedzielę 3 sierpnia 2008 roku odbyła się w Krakowie przysięga wojskowa, którą szumnie nazwano ostatnią przysięgą wojskową w starym układzie służby. Będziemy mieli zawodową armię. Czy to dobrze wróży wychowaniu obywatelskiemu młodych Polaków?

8 sierpnia 2008 roku, w dniu tego szczególnego układu, wyjątkowo szczęśliwych cyfr – jak mówią Chińczycy, otwarto kolejną olimpiadę. Tego samego dnia Armia Rosyjska rozprawiła się z krnąbrną Gruzją, aby „przymusić ją do zachowań pokojowych”.  W związku z tym mam pytanie:

– Czy moje strachy, jakie odczuwałem widząc rosyjskie samoloty nad Radomiem, to tylko historia?
Śpiewano kiedyś w jakimś antywojennym programie pieśń, której refren zapisałem dla cytowania na moich lekcjach PO.

Jak bolesne szkło pod powieką
kaleczące źrenicę bystrą
wojna nigdy nie jest daleko,
wojna jest zawsze blisko…

Wakacje dziadków i dziatków

Czas wakacji dobiega końca i wkrótce zaczną się powroty do obowiązków szkolnych. Dzieci pociągną za sobą rodziców, bo przecież oni mogą złapać trochę powietrza i odpocząć tylko w ramach istniejącego porządku szkolnego. Chyba, że już nie mają dzieci w wieku szkolnym, albo są emerytami.

Nasze dzieci i wnuki pozwoliły nam pobyć trochę wspólnie w wielopokoleniowej rodzinie spędzając z nami część swego urlopu. To cenne doświadczenie sprowadzające na nas dziadków pewne otrzeźwienie.
Czy my byliśmy wobec dzieci tacy sami jakimi teraz są rodzice naszych wnuków? A nasi rodzice wobec nas? Kto w czasach naszego dzieciństwa przejmował się tym, że w wakacje należy dziecku zapewnić atrakcyjne zajęcia, bo inaczej się zanudzi, albo zejdzie na złą drogę.
Przecież wolny od obowiązków szkolnych czas, to powinna być praca w polu i ogrodzie, czy na rzecz domu…
Nasze młode rodzicielstwo przebiegało w trudnych czasach PRL-u i kwitło w domu wielopokoleniowym. Nie było czasu na wczasy i zorganizowany wypoczynek, zwłaszcza dla siebie.
Wypoczywaliśmy przy pracy w domu,
w polu i w ogrodzie,
aby pozostawać z rodzicami w zgodzie…
Nasza dzieci już miały dużo lepiej niż my w ich wieku, chociaż zapewne ich koledzy miewali dużo lepiej. My też powołujemy się na podobne doświadczenia wskazując na to, że świat nigdy nie był i nadal nie jest sprawiedliwy, zresztą nie tylko w tym względzie.
Dzisiejsi rodzice są już zupełnie odmienni, bo roszczeniowość dzieci rośnie jak apetyt w czasie jedzenia. Strach pomyśleć jakie będą relacje w następnym pokoleniu. Co znajdzie się w zainteresowaniach dzieci i czy oni jako rodzice poradzą sobie z rozbuchaną roszczeniowością młodych i gniewnych nastolatków…
Takich przemyśleń i pytań jest coraz więcej.
Czasy zresztą takie, że nastrajają do wynajdywania kolejnych obaw i trosk.
Tyle groźnych spraw narasta wokół, tak w kraju jak i poza jego granicami, że coraz trudniej przewidywać rozwój sytuacji.
Nie wszystko zależy od nas, choćbyśmy nie wiem jak się starali przychylić nieba naszym najbliższym

W Dniu tak pięknym i wspaniałym…

Doczekaliśmy kolejnej rocznicy bitwy nazwanej „Cudem nad Wisłą”.
Niezwykle rozbudowane obchody tej Jednej z niewielu wojen wygranych przez Polskę – Obrona Europy przed Stalinem w 1920 roku – równie ważna dla Europy jak pogrom Turków pod Wiedniem czy obrona Londynu przed Hitlerem – wielokrotnie naród polski ocalił dzisiejszy świat przed totalnym niebytem..! – napisał ktoś pod nagraniem zespołu Sabaton, które załączam pod linkiem w tekście.
Czasy są jednak niespokojne i obchody najsławniejszych nawet bitew i zrywów ani o jotę nie zwiększają siły obronnej kraju.
Do tego potrzeba nam silnej gospodarki, mądrych przywódców, silnej i dobrze uzbrojonej, wyszkolonej i dowodzonej Armii i zaangażowanego społeczeństwa

Tatulowe opowieści

Przeżywamy kolejną piękną rocznicę Cudu nad Wisłą.

Znaczenie tego wyczynu zbrojnego naszej słabiutkiej Ojczyzny, która co dopiero – w 1918 r. odzyskała niepodległość po 123 latach niewoli jest nadal niekwestionowanym wkładem w kształtowanie historii Europy. Bitwa Warszawska zaliczona została do 19 najważniejszych bitew w historii ludzkości. To również najważniejsza bitwa w naszej historii.
To, że wtedy zwyciężyliśmy jest zasługą wielu ludzi i okoliczności w jakich przyszło nam bronić młodego państwa. Kościół akcentując te wszystkie zasługi ludzi wskazuje również na działanie Sił Nadprzyrodzonych – „Cud nad Wisłą” i niech się tak dzieje, bo sukces miał zawsze wielu ojców. Fakt pozostaje jednak faktem: ZWYCIĘŻYŁA POLSKA.

Dla przypomnienia tamtego czasu załączam ten klip, żałując jednak tego, że żaden nasz zespół nie wpadł na pomysł, aby nagrać coś takiego. Oto nagranie zespołu Sabaton: https://www.youtube.com/watch?v=8HSm9eb922Y

Słuchając zachęcam do zwrócenia uwagi na napisy. Polskie tłumaczenie zawiera symptomatyczne słowa i do tego powtarzane aż trzy razy: Oto te…

View original post 65 słów więcej

Oportunizm, to zarzut, czy tylko objaśnienie rzeczywistości?

Wczorajsze posiedzenie Sejmu z prowadzonym w tle kupczeniem stanowiskami dla zdobycia poparcia posłów w kluczowym dla wolności mediów głosowaniu, zwraca uwagę na powszechny obecnie w klasie politycznej… OPORTUNIZM.
Zapraszam do lektury dawnego wprawdzie tekstu, ale z istotnymi wnioskami zawartymi w tekście, jak i w dyskusji pod tekstem

Tatulowe opowieści

Dawno temu, jeszcze w czasach szkolnych, kiedy szukałem objaśnień dla nowych pojęć w dostępnych słownikach, to słowo konformista, czy oportunista kojarzyło mi się jednoznacznie źle. Wiedziałem już o tym, że warto, chociaż nie łatwo być nonkonformistą, czy też ogólnie rzecz biorąc człowiekiem okazującym wszędzie i wobec wszelkich wyzwań stałą i niezłomną postawę charakteryzującą się poszanowaniem uznawanych zasad i wartości. Dzisiaj myślę już inaczej, bo w życiu obserwowałem wiele różnych postaw u innych, a i sam bywałem w sytuacjach, w których nie popisałem się nonkonformizmem. Ulegałem wobec sytuacji, oczekiwań otoczenia, czy w interesie konkretnych ludzi, bo gdybym powiedział: Nie, bo nie! to obie strony wiele mogłyby stracić. Co by komu przyszło z mojej nieustępliwości? Życie uczy…

View original post 589 słów więcej