Przyjaźń milusińskich wytrzymuje próbę czasu

Piotruś ma pieska

Przytoczona TU przed paroma dniami opowieść o przyjaźni naszej wnusi z sąsiadem Piotrusiem wzbudziła jak na mój blog i na WordPress spore zainteresowanie. Licznik wejść zaczął się szybciej kręcić, a opowieść wywindowała się na najwyższą pozycję (Top post) moich tekstów udostępnianych w WordPressie. Trochę zmroziła mnie postawa jednego z komentatorów, który zauważył m.in.:
„Można się zachwycać przyjaźnią dzieci, która pokonała siatkę. Ale co by było gdyby Piotruś był zakażony, a dziadek Emilki zmarł? Nasuwa mi się taka przypowieść o Polaku przed i po szkodzie. Ale my Polacy mamy to w sobie, że romantyzm góruje nad roztropnością. Mam nadzieję, że nie „skwasiłem” atmosfery bloga?”
Przyznaję, że byłem skwaszony i to od czasu, gdy dzieci zainteresowały się wspólnym spędzaniem czasu. Co gorsza, nadal mi to nie przeszło, bo wciąż gdzieś z tyłu głowy rozlega się ten głos krzyczący:
– Co ty robisz? Przecież nadal jesteś w grupie ryzyka, jako stary i schorowany człowiek pierwszy pójdziesz w odstawkę…
Emilka jednak nie ustępuje i żadne tłumaczenia, czy zakazy nie pomagają. Dziura w płocie została zaakceptowana przez obie strony i funkcjonuje w utartym już trybie.
Nawet urodziny Piotrusia, które wypadły tydzień temu celebrowane były z użyciem tego przejścia i to nie tylko przez znane nam osóbki. Imprezka typu grill była tak udana, że nasza Emilka chciała też urządzić urodziny i zaprosić na nie przyjaciela. Z trudem przyjęła wyjaśnienia, że jej urodziny będą dopiero w sierpniu, a do tego czasu zapewne wszystko wróci do normy.
Byliśmy razem na przejażdżce samochodowej i mieliśmy okazję obserwować relacje pomiędzy bohaterami tej opowieści. Słuchali moich opowiadań o historii miejsc, które mijaliśmy po drodze i prawie cały czas trzymali się za rączki.

W samochodzie

Gdy zapytałem Piotrusia, czy nie złości go takie nawoływanie go, jakie stosuje Emilka?  Odpowiedział, że nawet to lubi i woli, gdy Emi mówi do niego Przyjacielu, niż by miała mówić tak jak wszyscy, po imieniu.
Dzieci poszerzyły nam rodzinę, bo teraz mamy z sąsiadami wspólne dzieci i wnuki. Jest miło i nic się nie dzieje, chociaż czasem mamy serdecznie dość kłopotów z uciszaniem rozpaczy wynikającej z nadchodzącego pożegnania, czy też niecierpliwości w oczekiwaniu na wyjście przyjaciela na podwórko.
Ot dzieci, dzieci…
A może lepiej byłoby powiedzieć: Ot, mali ludzie?

To ty palisz, przecież już nie paliłaś…

31 maja będzie obchodzony kolejny Dzień bez tytoniu.
Kto wciąż nie jest w stanie uporać się z tym nałogiem, ten powinien podjąć próbę, czy może już kolejną próbę i spróbować tzw. rzucania…
Potrzebna jest motywacja i determinacja, ale bywają ludzie, którzy powiedzieli : Nie! i dość łatwo przyszło im wytrzymanie pierwszej godziny, następnej godziny, poobiedniej pokusy, a gdy wcześnie poszli spać to i kolacja nie stanowiła problemu.
Rankiem mieli już pierwszy sukces, którego szkoda zaprzepaścić:
Doba bez papierosa!!!

Tatulowe opowieści

31 maja, to Światowy Dzień Bez Papierosa. Istnieje podobno wiele sposobów rzucania tego szkodliwego, obrzydliwego i już niezwykle kosztownego nałogu. Podobno aż 70 proc. palaczy planuje pozbycie się tego uzależnienia. Ilu z nich zrealizuje swoje zamiary, tego nikt nie wie, ale warto o tym porozmawiać i podjąć jakąś decyzję. Ja zrobiłem to ponad 20 lat temu. Odbyło się to z wielkim trudem i jak się okazuje nie bez kosztów dla zdrowia. Przemysł tytoniowy, którego wspierałem niemal od dzieciństwa nie robi sobie wyrzutów  z tytułu odpowiedzialności za stan moich płuc i nie tylko płuc. „Palisz, płacisz, zdrowie tracisz”. Tego warto się trzymać rozmyślając przy zakupie kolejnej paczki papierosów. Dzisiaj postanowiłem przypomnieć swój tekst z 2011 roku. Polecam też dyskusję pod nim: https://tatulowe.wordpress.com/2011/01/08/to-ty-znowu-palisz/.

View original post 787 słów więcej

O pewnej matce z pewnej malutkiej wioseczki…

Dzień Matki jeszcze trwa, a więc można wspominać do woli matki własne jak i cudze, Wszystkie.
Zapraszam do takiego właśnie wspomnienia Matki, jaką poznałem pracując w szkole

Tatulowe opowieści

Nie tak dawno, jeszcze jako nauczyciel i wychowawca interweniowałem u pewnej matki, której syn wyjeżdżał codziennie z domu, lecz do szkoły nie docierał. Gdzieś go nosiło z kumplami. Matka przyjechała na moje wezwanie do szkoły, wysłuchała mnie i poprosiła o wyrozumiałość takimi słowami:

View original post 277 słów więcej

Przyjaźń w czasie zarazy

Wszyscy żyjemy w czasach zarazy, stąd pierwsze skojarzenie z tytułem zekranizowanej powieści „Miłość w czasach zarazy”, napisana przez Gabriela Garcię Marqueza. Opinia krytyków, na jaką natrafić można w Internecie pod tym hasłem wskazuje na to, że: „… pisarz z ogromną czułością, humorem i wyrozumiałością stworzył niezwykła powieść o miłości, która okazuje się silniejsza od samotności, od fatum i od śmierci…”
Piękny film, chociaż ze względu na tematykę porzuciłem jego oglądanie w pierwszych dniach obecnej zarazy. Kiedyś do tego wrócę.

   Dzisiaj postanowiłem opowiedzieć historię wciąż istniejącej przyjaźni, jaka zadzierzgnęła się w czasach zarazy właśnie pomiędzy moją wnusią Emilką, a nieco od niej starszym sąsiadem Piotrusiem.
Emilka wraz z rodzicami i starszą siostrą Marysią przyjechali do nas zaraz na początku pandemii korona wirusa, aby opiekować się dziadkami i w dobrych wiejskich warunkach wspólnie przeżyć ten czas.
Wszyscy bardzo dbaliśmy o atrakcje dla dzieci, pozwalające jakoś łatwiej przeżyć to, co było dla wszystkich niewiadome i wciąż jeszcze będące przed nami.
Marysia łatwo weszła w nową z konieczności, bo zdalną formę nauczania, a nasz przedszkolaczek Emilka stawała się tym bardziej osamotniona.
Podwórko z piaskownicą, huśtawką, hamakiem, zabawki, warzywnik wszystko było ciekawe przez pierwsze dni, a później…
Mamo… Baję
Kto ma w domu małe dzieci, ten wie jak łatwo rozwiązać problem nudów dając dziecku telefon mamy, czy tablet. Pozostaje jednak problem popadania w uzależnienie i wątpliwej wartości filmiki, czy gry, jakie pozostają do jego dyspozycji. Malowanie farbkami, rysowanie, kolorowanie, czytanie dziecku książek… To wszystko było w użyciu, ale stawało się coraz mniej atrakcyjne. Już nie wiedzieliśmy, co mamy robić, aż wreszcie u sąsiadów pojawił się na podwórku chłopiec. Emilka natychmiast podeszła do ogrodzenia z siatki ogrodzeniowej osłoniętej w znacznej części żywopłotem i przyglądała się zabawie braci – Piotrusia i sporo od niego starszego Mateusza. Kibicowała im, gdy biegali za piłką, lub gdy bawili się z pieskiem, wciągała Piotrusia w rozmowę, a ten okazywał jej zainteresowanie. Nie trzeba było długo czekać, bo już następnego dnia Emilka podeszła do siatki i zaczęła nawoływać:
Przyjacielu, wyjdź do mnie… Przyjacielu
Chłopiec będący w drugiej klasie, całe do-południa siedział w domu na zdalnie odbywających się lekcjach, a dopiero po południu mógł wyjść na podwórko. Trudno nam było wytłumaczyć Emilce, że Piotruś nie może być dostępny o każdym czasie. Wybiegała z domu co jakiś czas i wtedy do naszych uszu  dobiegało to tęskne wołanie. – Przyjacielu…
 Z czasem dała się przekonać do tego, aby nazywać sąsiada jego imieniem, a Piotruś znalazł w tych spotkaniach coś interesującego dla siebie i tak spotkania przy siatce nabierały z dnia na dzień coraz to nowych form. Dla nas wszystkich było to sporym dylematem, bo jak zapewnić izolację przestrzenną, gdy dzieci sporo czasu stały naprzeciw siebie i podawały sobie przez siatkę różne rzeczy wykorzystywane z zabawach. Zakazy stosowane z obu stron nie dawały żadnego skutku. Taki stan zawieszenia trwał jakiś czas, aż dzieci wzięły sprawę w swoje ręce i…
pewnego dnia zobaczyliśmy Piotrusia z Emilką na naszym podwórku. Usiedli na fotelach pod parasolem i rozmawiali. Popatrzyliśmy po sobie i szukaliśmy odpowiedzi na pytanie.
Jak on tu wszedł? Czy przez furtkę z ulicy? Czy jego mama o tym wie?
Odpowiedź była prosta jak drut. Drut z siatki ogrodzeniowej oczywiście. Piotruś odkrył sposób i oboje zaczęli rozplatać siatkę od dołu wyciągając z niej pojedynczy drut. Pracowali dotąd aż powstająca dziura pozwalała im przechodzić w jedną, czy drugą stronę.
Dzieci wyręczyły nas w rozstrzygnięciu dylematu, co z tym fantem zrobić…

Przez dziurę w siatce

Przypomniała mi się pioseneczka, której niedawno uczyłem Emilkę

Wysokie płoty tato grodził,
Żeby do Kasi, do Kasi żeby, żeby do Kasi, nikt nie chodził.
Ale ta Kasia sprytna była
i dziurę w desce i w desce dziurę wywierciła…
Już wiele ograniczeń zniesiono, a wkrótce miejmy nadzieję na to, że zniosą kolejne i wykroczenie, jakie tu opisałem nie będzie już wzbudzać dreszczyku emocji. Na wszelki wypadek powstałą dziurę zastawiamy czymś, aby obce pieski nie latały po naszych podwórkach. Dzieci mają dzięki temu pełniejszy kontakt, a ich przyjaźń – mimo zarazy kwitnie

Blogowe wędrówki

Codziennie staram się czytać to, co piszą moi blogowi znajomi, ale również inni blogerzy zamieszczający swoje teksty na WordPressie. Oczywiście czytuję zamieszczone tam komentarze, lajkuję czyjeś odpowiedzi, które trafiają do moich przekonań i sam zabieram głos. Gdy do tego dołożę jeszcze trochę aktualnych wiadomości pisanych z różnych punktów widzenia, to czuję się zorientowany w tym, co w „trawie piszczy”, a że piszczy to chyba nikt nie ma wątpliwości, zwłaszcza że piszczy coraz głośniej.
Rzadko zajmuję się polityką, a jeśli już, to jestem przygotowany na krytykę czytelników, którzy myślą inaczej niż ja. To przygotowanie skutkuje oszczędnością w doborze słów i łagodzenie raczej niż podkręcanie atmosfery toczącej się u nas tzw. Debaty publicznej. Szanuję zdanie innych i nie próbuję nikogo przekonywać do swoich racji. Najwyżej proponuję pozostanie przy swoich zdaniach i opiniach. Staram się, ale… Czasem jednak zdarza mi się kogoś zawieść lub tylko rozczarować. Czytelnicy mają przeogromny wybór, więc wędrują po blogach i szukają czegoś dla siebie. Tak jak i ja to robię.

Wędrówki przynoszą rozczarowania, ale i niemałe zaskoczenia innością spojrzenia na tę stronę ludzkiej aktywności, jaką się zajmują blogerzy. To jest ta właśnie radość z wędrowania po różnych miejscach, o których chciałem dzisiaj wspomnieć.
W czasie, gdy na świeżo oberwało mi się od czytelnika będącego zwolennikiem obecnej władzy, za krytykę niektórych działań „wybrańców Narodu” natrafiłem na świeży wpis na obserwowanym od dłuższego czasu blogu https://pkropka.wordpress.com/?wref=bif
Przeczytałem kawałek dobrej literatury poświęconej życiu młodych, kochających się niewątpliwie i bardzo zapracowanych ludzi, którzy wciąż uczą się siebie.
Po przeczytaniu, w niejakim uniesieniu będąc, napisałem taki komentarz:
– No proszę. Można tylko o życiu? Można.
A wokół tylko polityka, wybory między złym, a jeszcze gorszym…
Zawężanie życia do czterech ścian i wąskiego grona ludzi żyjących w rodzinnym kręgu…
Można inaczej.
Dziękuję za bardzo realistyczny obrazek z życia tej pary. Dobrze, że tak zakończyłaś, bo bałem się, że jakąś nagłą woltą postawisz nas w trudnej sytuacji. Szczęścia życzę Autorce i jej bohaterom…
W odpowiedzi przeczytałem:
Czasem musi kończyć się też dobrze 🙂
Do polityki raczej nie będę się zbliżać, chyba że wymyślę własne społeczeństwo. Więc u mnie strefa wolna.
Szczęścia i Tobie
.
Chodzę z tymi słowami w tyle głowy i myślę nad tym „wymyślonym społeczeństwem”. To, które jest pokazało, na co go stać, wybrało swoich reprezentantów, a rezultaty ich pracy już znamy. Choćby tylko z ostatnich dni. Dwóch prezesów, duży i mały spotkali się w siedzibie tego mniejszego, ale większego od największych i ustalili, co ma postanowić w sprawie wyborów prezydenckich Sąd Najwyższy. I co postanowił ten sąd? Zgadniecie? A szef PKW, którego wcześniej postawiono poza nawias procesu wyborczego, co postanowił? Później jeszcze spec ustawa w sprawie kolejnych wyborów uchwalona w ciągu doby i mimo, że zupełnie zmienia kodeks wyborczy, to jednak będzie tak, jak chciał ten mniejszy z Wielkich prezesów.
Dzisiaj przybiła mnie ostatecznie prośba uczennicy o wyjaśnienie tego fenomenu wskazując, że młodzież uczy się innych zasad demokracji niż pokazuje to życie i podstawa programowa do przedmiotu WOS(wiadomości o świecie współczesnym), który będą zdawać na maturze. Dla zainteresowanych LINK: oraz fragment wstępu na zachętę:
Jedna z uczennic wrocławskiego liceum napisała dosadny apel do Ministerstwa Edukacji Narodowej. Domaga się konkretnych wyjaśnień od Rządu w sprawie treści nauczania, zawartych w podręcznikach. Już nawet uczniowie widzą, jak politycy robią nam wodę z mózgu…
Będę czekał na wyjaśnienia ministra oświaty…

Brzydkie słowo na "k"

Ekonomia przypomina się nam wtedy, gdy coś nam dają i transferami społecznymi to nazywają. Władza daje z tego, co wszystkim zabierze, bo skąd ma wziąć? Jaśnie Wielmożny Pan Bank chętnie pożyczy, ale później upomni się o swoje. Rządy spłacają kredyty powiększone o koszty obsługi długu, na co zaciągają nowe kredyty. Tak trwa taniec chochoła, który różnie się dla nas kończy. Tak narasta kolejny kryzys, który już puka do wrót Europy i Świata.
Warto sobie to przypomnieć na przykładzie poprzedniego kryzysu.
Zapraszam

Tatulowe opowieści

Wyjaśniam od razu, że chodzi tu o kryzys, a nie o słowo – przerywnik nadużywane powszechnie w potocznym języku. Nie wiem kto po raz pierwszy tak trafnie ujął problem nieszczęścia, jakie spłynęło tzw. efektem domina na nasz kraj, z samych wyżyn światowego biznesu, czyli z USA. Nazwał ten problem krótko i w domyśle dosadnie. Przeczytałem już wiele opinii ekonomistów na temat przyczyn obecnego kryzysu ekonomicznego, jaki dotknął cały świat i potrwa pewnie jeszcze wiele lat. I odtąd stała, wyniosła i twarda, jak skała, z której powstała…Rozmawiałem też z wieloma ludźmi znającymi się na finansach na tyle, aby ogarnąć problem i wszyscy przyznają, że ci którzy zorganizowali ten przekręt wszech czasów byli geniuszami. Sprzedali z niewyobrażalnym zyskiem marzenia, i to milionom ludzi w wielu krajach jednocześnie. Dodajmy jeszcze, że sprzedali te marzenia biednym, których nie było stać na ich realizację i na koszt ludzi bogatych, jak również inwestujących wolne pieniądze w…

View original post 1 020 słów więcej

Wokół wirusa z koroną…

Przeglądam dzisiaj Internet, aby zobaczyć, co nowego u znajomych z Facebooka i blogosfery i widzę, że temat zagrożenia wirusem wciąż jest wszechobecny. Jedni się boją i chętnie sięgają po ratunek poprzez modlitwę, inni wyżywają się snując przypuszczenia na temat kolejnych wersji „spiskowej teorii dziejów”. Jednym słowem jest o czym pogadać i nad czym się zastanowić. Ulegając tej psychozie czytam niemal wszystko, co mi wpadnie w ręce i słucham wypowiedzi notabli pracujących nad tym, abyśmy jako naród, a także w wymiarze jednostkowym ponieśli jak najmniejsze straty i ostro zaczęli dźwigać się z kryzysu w jaki nas ten potwór wpędził.
Dzisiaj pan premier pochwalił się sukcesami wyrażającymi się w tym, że odsetek zachorowań jest u nas bardzo mały, a wyleczeń wprost odwrotnie, Ustanawiając, jako niemal pierwsi w Europie „Tarcze ratunkowe” na ogromnym – jak na nas poziomie uchroniliśmy podobno 2 miliony osób przed bezrobociem i uratowaliśmy ileś tam firm przed bankructwem…
Przyjmuję te deklaracje jak dobrą monetę i co najwyżej mam pretensję o to, że ci sami, którzy ogłaszają sukcesy nie zająkną się nawet na temat czyim kosztem to osiągnęli. Niezależne i zewnętrzne źródła informują w tych samych dniach, że zadłużenie zewnętrzne Polski skoczyło z bezpiecznego jak dotąd poziomu ok. 3 % PKB, do poziomu ponad 11% PKB, a to jest już ogromny wzrost długu zapisywanego na konto przyszłych pokoleń. Czy to jest tylko sprawa rządu? A społeczeństwo nie ma tu nic do powiedzenia? Czy procedura nadmiernego deficytu nam nie grozi? A cięcia w przyszłym budżecie, to „bułeczka z masełkiem”.
Mnożę kolejne pytania wiedząc o tym, że nie otrzymam odpowiedzi – powiecie.
Mimo tego pytam, a na dokładkę postanowiłem udostępnić jeszcze więcej pytań, jakie znalazłem na profilu Fb jednej z moich znajomych. Czytając je weźcie pod uwagę znane powiedzenie:
To, czy człowiek jest inteligentny poznaje się po odpowiedziach, to czy jest mądry – po pytaniach. –  Nadżib Mahfuz

A teraz zapowiedziany tekst:

” – Wyobraź sobie wirusa tak zabójczego, że można go zabić mydłem i wodą. -Wyobraź sobie wirusa, który nie może przeskoczyć 3 stóp nad szybą w sklepie spożywczym, ale może zabić wszystkich na siłowni….. Ale w żaden sposób nie zabije nikogo w sklepie monopolowym.
– Wyobraź sobie wirusa, który nie zaraża dzieci, ale zaraża starszych ludzi, ponieważ potrafi myśleć i oczywiście nienawidzi osób starszych.
– Wyobraź sobie wirusa, który może zabijać z odległości mniejszej niż 6 stóp, a nie 7, a nie 8 czy 6.
– Wyobraź sobie wirusa, który zaraża wszystkich w telewizji, ale nie zaraża nikogo, kogo znasz osobiście… Chyba że jesteś na Facebooku, a następnie ktoś, kogo nie znasz, zna inną osobę, której nie znasz, która zna przyjaciela ciotki Betty, która miała wirusa.
– Wyobraź sobie wirusa, który może przyjść z tobą do sklepu spożywczego na torbach, które zabierasz z domu, ale te same wirusy nie pojawiają się na ubraniach, które przywiozłeś z domu…Ponieważ wirus lubi tylko stare torby spożywcze, a nie ubrania.
– Wyobraź sobie wirusa tak inteligentnego, że nie infekuje urzędników państwowych, podpisując ustawodawstwo rządowe dotyczące wirusa zabijającego wszystkich natychmiast w odległości mniejszej niż 6 stóp.  – ——— Wyobraź sobie wirusa, który rozumie, że może zabijać tylko społeczeństwo, a nie polityków, którzy stłoczą się ramię w ramię przed kamerami.
–  Wyobraź sobie wirusa, który infekuje kraje niekomunistyczne, ponieważ może widzieć granice za pomocą specjalnych okularów.
–  Wyobraź sobie wirusa, który powinien unosić się w powietrzu, ale nie wychodzi z boków żadnej maski, ponieważ maska ​​jest taka magiczna. Wirus jest tak inteligentny, że wie, że może pozostać wewnątrz maski i nie wyciekać jej boków resztą powietrza.
– Wyobraź sobie wirusa tak inteligentnego, że zabije cię natychmiast w parku, na plaży lub na ścieżce rowerowej podczas ćwiczeń (z nikim w pobliżu przez milę), ale pozostawi cię samego w sklepie monopolowym.
– Wyobraź sobie wirusa tak zabójczego i tak śmiertelnego, że jedynym sposobem na ochronę przed nim jest wstrzyknięcie go pod skórę.

A jeśli chcesz wiedzieć, jak bardzo twój rząd oszukuje cię liczbą zgonów i infekcji CV-19, po prostu kliknij ten link”

Czytając dziecku codziennie sami wiele możemy się nauczyć…

W dniu, w którym świętujemy Światowy Dzień Książki warto popisać się tekstem, który tego tematu dotyczy.
Zapraszam

Tatulowe opowieści

Popularyzowałem w szkole, jak i tu na blogu szeroko zakrojoną akcję: Cała Polska Czyta Dzieciom, bo naprawdę wierzę w to, że czytanie rozwija i to nie tylko dzieci. Rozwija także nas, czytających dzieciom, ich rodziców i dziadków. Uzasadniałem to szeroko i wskazywałem na ideę przemycenia niejako w czytanych dzieciom starannie dobranych książkach, ważnych treści wychowawczych i edukacyjnych.

View original post 1 358 słów więcej

Wielkanocnej tradycji ciąg dalszy… Kotły

Przypomniałem w okresie ostatnich świąt wielkanocnych odwieczną tradycję, jaka zachowała się w naszej parafii. Jest, a właściwie było nią strzelanie w czasie Świąt, od rezurekcji poczynając, aż po ostatnią mszę celebrowaną w Wielką Niedzielę z pistoletów wytwarzanych niegdyś w miejscowych zakładach ślusarskich i kuźniach, jakich w Bogorii było sporo. Sprzęt do strzelania, technologia produkcji prochu strzelniczego z węgla drzewnego i saletry, jak i technika oddawania strzałów była dziedziczona w kilku rodzinach od dawna. Teraz, niestety dożyłem czasów, kiedy nikt się tym nie zajmuje. Pozostał tylko opis starań o uatrakcyjnienie obrzędów religijnych taki jak mój, czy tworzony przez zbliżonych mi wiekiem ludzi związanych z naszą miejscowością i parafią.
Tu Link.
   Nawiązując do obrzędów Wielkiej Niedzieli wspominałem też o szczególnej rezurekcji, jaką przeżyłem w 1975 roku. Tak nam się życie ułożyło, że zamiast we dwoje udać się na rezurekcję, to musiałem odprowadzić żonę do miejscowej Izby porodowej – jak wtedy nazywano tego typu placówki i sam poszedłem na rezurekcję, aby modlić się o szczęśliwe rozwiązanie. Było to potęgowane obawami o przyszłość matki i dziecka, jako że mieliśmy tzw. konflikt serologiczny i mimo kontroli lekarza pewien niepokój towarzyszył nam przez całą ciążę, aż do tego momentu. Pamiętam jak głęboko to przeżywałem idąc sam w tłumie ludzi, przy akompaniamencie wystrzałów i odgłosów bębnienia w bębny, czy może raczej kotły, jakie posiadał nasz kościół: Tu link.
W treści tej ostatniej opowieści wspominam owe kotły, których zdjęcie otwiera dzisiejszą opowieść. Napisałem tam m. in. takie słowa:

Bardzo żałowałem, że nie zabrałem aparatu fotograficznego, aby uwiecznić elementy naszej tradycji. Obawy o zanik zwyczaju strzelania okazały się być na wyrost. Strzelano wprawdzie nie z pistoletów, ale z petard i to w sposób przypominający poziom strzelania z najlepszych lat. Przez cały czas procesji towarzyszyło bębnienie w dwa zabytkowe kotły. Mężczyźni grający na tych kotłach zmieniali się często, aby dać ulgę schylonym plecom. Tłum ludzi był tak duży, że zanikała granica początku i końca pochodu wokół kościoła…

Te właśnie kotły przypomniały moim córkom jeszcze jeden zanikający zwyczaj, tę grę na kotłach w czasie uroczystych procesji. Skutkiem tego była prośba o przedstawienie i tego opisu.
Gra na kotłach nie była łatwym zadaniem, bowiem trzeba umieć bębnić w kotły dwoma pałkami idąc w pochyleniu tuż za trzema niosącymi je mężczyznami. Z czasem ustawiano więc kotły obok dzwonnicy stojącej naprzeciw wielkich drzwi kościoła i tu grało na nich dwóch panów. Podczas uroczystości wewnątrz kościoła bębniono w kocioł ustawiony na chórze, a dźwięk kotła wzmacniany przez zainstalowane tam mikrofony niósł się po całym kościele.
Nasze bębny były znane nie tylko w okolicy, skoro wypożyczano je do kręcenia jakichś historycznych filmów. Po akcji wracały, ale ich sława widocznie dotarła do jakiegoś amatora tego typu instrumentów, bo jeden z kotłów przechowywanych poza kościołem zaginął bez wieści. Odtąd mamy już tylko jeden kocioł, ale jego wykorzystywanie stało się coraz bardziej ograniczane.

Kilku zasłużonych w tej dziedzinie panów weszło już w wiek sędziwy, a brak wsparcia dla tej tradycji ze strony kolejnych proboszczów nie przysporzyło jej nowych bębnistów. Ostatni raz używano kotła chyba parę lat temu, chociaż spotyka się w kościele ludzi mogących jeszcze obsłużyć ten instrument i nauczyć gry następców.
Pocieszeniem jest to, że na otwarcie i zasłonięcie łaskami słynącego obrazu Matki Bożej Pocieszenia odtwarzany jest hejnał wykonywany na fanfarach z udziałem kotłów : http://www.parafia-bogoria.pl/galeria-filmow/video/odsloniecie-obrazu.html

Wielkanoc 2020

Wiele już świąt przeżyłem, ale takich jak obecne jeszcze nie doświadczyłem…
Chyba każdy może się podpisać pod tymi słowami, prawda?
Byliśmy młodzi, często ubodzy, a wtedy święta jawiły się, jako pora obfitości, w jedzeniu zwłaszcza, bo to szynka pojawiała się na naszych stołach, taka babcina, czy mamina …z tłuszczykiem. Zwykle otrzymywaliśmy z tej okazji nowe, już letnie ubrania, w których mimo chłodu czuliśmy się lekko i elegancko. Były wyjścia na Rezurekcję, a po niej spotkania rodzinne przedłużające się na cały dzień. Były wizyty i rewizyty, chociaż czasem odbywane na zasadzie
„Od nas do was, a potem do was od nas…” Były świąteczne spacery w poszukiwaniu wiosny…  Ale zamknięcia nas w domach nigdy jeszcze nie było, buuuuuuuuuuuuuuuuuuuu!!!
No to jest. Nasze nowe doświadczenie niosące wielki wkład wiedzy na temat współczesnych zagrożeń oraz ich unikania. Jest też lekcja uczenia się siebie, bo łatwo było pojawiać się i znikać, aby żyć jednocześnie w kilku płaszczyznach. Dom praca, znajomi, klub, hobby, a w każdym miejscu inny, chociaż ten sam człowiek.
Teraz mamy okazję dokonać testu wytrzymałości na niezmienne warunki, jakie przecież sami stworzyliśmy we własnych domach. Jak zdamy ten test?
Pisałem dzisiaj życzenia rozsyłane e-mailem. Wśród adresatów również osoby, które w tym czasie straciły najbliższych. Jak składać takie, przecież z głębi płynące życzenia?
Radosnych? Wesołych? Jakich świąt?
Napisałem więc:
Z okazji nadchodzących Świąt Wielkanocnych, innych niż wszystkie dotychczas przeżyte, pragniemy być z Wami w rozmyślaniach i przeżywaniu tego, co niosą te szczególne święta.

Uczestniczyliśmy wczoraj w Drodze Krzyżowej nadawanej z Watykanu. Ta dojmująca pustka placu Św. Piotra, zwykle pełnego wiernych, a także treść rozważań czytanych przez ludzi szczególnie dotkniętych przez życie miała jednak swoją niezwykłą wymowę. Ci ludzie nie zatracili wiary i wydobyli się z dna rozpaczy, zobaczyli dla siebie lepszą perspektywę,…·
Chociaż to takie dojmujące smutkiem, to jednak na dnie tych smuteczków odnajdujemy przecież NADZIEJĘ na lepszą przyszłość.
Wkrótce zaśpiewamy:

Otrzyjcie już łzy płaczący, żale z serca wyzujcie.
Wszyscy w Chrystusa wierzący, weselcie się, radujcie…
W innej, równie pięknej zaśpiewamy:
O śmierci, gdzie jesteś o śmierci?
Gdzie jest moja śmierć?
Gdzie jest jej zwycięstwo?
Ref.:
Zmartwychwstał Pan,
Zmartwychwstał Pan,
Zmartwychwstał Pan,
Alleluja, Alleluja!

Zawsze przeżywam wzruszenie, gdy w naszym kościele śpiewa tę pieśń nasza sąsiadka, młoda dziewczyna o pięknym głosie, a w refrenie wtóruje jej cały kościół.
Pragniemy życzyć Wam wszystkim Radosnych jednak Świąt, budzących nadzieję na poprawę, jaka dokonuje się w nas samych za sprawą tego co nas, na co dzień spotyka. Przytulamy Was wszystkich
Alleluja…

Tymi życzeniami dzielę się z Wami wszystkimi,
którzy tu zaglądacie,
bo podobnie myślicie
i podobnie to przeżywacie…
Radosnych Świąt i Wiosny w sercach