Dziadkowe Święta

Moja wnusia Marysia z prezentem od rodziców i cioci

Dwa dni, które wciąż są w stanie zawładnąć moją dziadkową wyobraźnią właśnie minęły. Byliśmy oboje z żoną w domu i czekaliśmy.
Babcia – realistka, biorąca świat tak, jak leci.
Dziadek – przypominający światu na kilka dni przed godziną „Zero” o nadchodzących świętach i ich znaczeniu dla dziadków, przez udostępnianie na Fb i blogu licznych materiałów nawiązujących do roli dziadków w rodzinie i w życiu wnuków.
Dziadek wyczekujący reakcji fejsbukowych znajomych i babcia, której szkoda czasu, aby śledzić medialne posunięcia dziadka. Nie robią sobie wycieczek. Czekają. Każde na swój sposób. Wreszcie przychodzi ten dzień. Każde z nas po swojemu odbiera życzenia i znajduje satysfakcję w tym, co zobaczyło i usłyszało przez łącza internetowe. Oboje wiemy jak to jest. Jak w większości rodzin córki przygotowały, a dzieci wykonały. Jedne lepiej, inne po prostu inaczej. Wystarczy przecież odśpiewać „Sto lat”, albo życzyć zdrowia, aby wykonać obowiązek i mieć to z głowy. Babcia z dziadkiem przecież doskonale wiedzą jak to jest. Wysłuchają, podziękują, pogadają jeszcze chwilkę i…pozostaną ze swoimi myślami.
Moja wnusia, która z powodu zdanej nauki zadzwoniła ostatnia, dała się wciągnąć w rozmowę o obciążeniu nauką, o innych domowych sprawach i w trakcie tej rozmowy zgodziła się ze mną, że miło jest oczekiwać wszelkich świąt. Gorzej jest, gdy trzeba pogodzić się z tym, że już w trakcie celebracji nachodzi nas smutek i jakby małe rozczarowanie.
– Jak to, już po wszystkim? Znowu trzeba czekać na kolejne ważne dla nas wydarzenie, rocznicę, imieniny, urodziny?
Chwilę szukała w swej zapracowanej główce jakiegoś mądrego wytłumaczenia tej niesprawiedliwości, ale chętnie skorzystała z podsuniętego jej rozumowania o… „Punkcie widzenia zależnego od miejsca siedzenia”.
Przecież wszyscy żałujemy czegoś miłego i ekscytującego, a jednocześnie chcielibyśmy, aby szybko przechodziły nam stany przygnębienia, udręczenia bólem, nie tylko fizycznym, czy jakieś bliżej nie określone doły i podłamania. Przy rzeczach miłych chcielibyśmy wołać „Trwaj chwilo, jesteś taka piękna…” Przy chwilach przykrych natomiast wołamy „zniknij, przepadnij zła godzino…”
Tu przerwała się nasza rozmowa, bo była pora kąpieli i przygotowania się do snu. Mam jednak nadzieję na to, że wrócimy do tej rozmowy, zwłaszcza jak przeczyta, co tu o świętowaniu napisałem. Ona bardzo dużo czyta, a w tym również niektóre teksty z tego bloga. Gdybym pisał „Dziadkowe opowieści” byłoby jeszcze ciekawiej.

Długo milczałem i nic nowego nie napisałem…

Okres świąteczny przeżyliśmy zgodnie z sentencją tego obrazka

Jakiś chochlik wszedł do mojego komputera i wysiadł mi Word, przy pomocy którego pisałem dotychczas ukazujące się tu teksty. Dopiero dzisiaj pomyślałem tym, aby spróbować pominąć to ogniwo mojego warsztatu i napisać bezpośrednio w edytorze tekstów WordPressu.
Mamy za sobą ważny (dla mnie) okres Adwentu jako przygotowania do duchowego przeżywania świąt i same święta, obchodzone w mojej rodzinie wyłącznie po katolicku. Sporo przemyśleń zaprzątało w tym czasie moją głowę, ale nie zapisane i nie przedyskutowane z Wami odeszły w siną dal.
Pewnie jakoś tam wpłynęły na moje poglądy i postawy jakie zajmuję wobec spotykanych ludzi i głoszonych przez nich poglądów, ale sam nie mogę tego oceniać. Jeśli chodzi o politykę, ekonomię i tzw. życie, to zmian radykalnych nie stwierdzam. Nikogo nie chcę nawracać, ani korygować jego punktu widzenia.
Przez cały czas udzielałem się w mediach społecznościowych, dzięki którym nawet zamknięcie w domu ze wzglądu na pandemiczne restrykcje nie jest tak przykre i wyłączające. Oboje z żoną mamy sporo wolnego czasu, jako że święta przeżywaliśmy bez dzieci i wnuków, a więc właściwie samotnie. Mając sprawne telefony i względne opanowaną technikę korzystania z możliwości jakie dają, zaspokajamy swoją ciekawość świata przeglądając swoje ulubione strony. Ja dodatkowo poświęcam wiele miejsca fotografii, z którą mam trochę kłopotów. Będąc niezbyt sprawnym staruszkiem uwięzionym teraz w domu, odczuwam brak możliwości fotografowania, a jeśli już uda mi się wyrwać na przejażdżkę, to aura tej „niby zimy” nie stwarza możliwości wykonania ciekawych zdjęć. Zamglenia, brak przejrzystości powietrza, ołowiany kolor ciężkich chmur bardzo obniża przyjemność pracy przy tych zdjęciach i oglądania ich później w telefonie. Małą pociechą jest oglądanie podobnych problemów uwidocznionych w zdjęciach u innych ludzi z kręgu fotografów udostepniających swoje dzieła tam, gdzie i moje prace zamieszczają. Czekam na zimę, tak jak i oni. Biel śniegu zakryje wszelkie niedoskonałości i stworzy nowe, godne uwiecznienia na zdjęciach zjawiska. Zapowiadane ochłodzenie spowodowane przez „Bestię ze Wschodu” niesie mi jakąś nadzieję, ale i zagrożenie… Bo trzeba będzie odśnieżać i podróżować po zimowemu.. Będzie jednak jaśniej, wydłuży się dzień świetlny i może uda się poddać milszym nastrojom przybliżającym wizję wiosny i tego co ona może nam przynieść.
Pozdrawiam wszystkich zaglądających na tę stronę i przepraszam za powtarzające się powtórki dawnych tekstów

Krzepiące święta

W bieżącym roku, ze względu na pandemię mamy ograniczenia w kontaktach świątecznych. Różnie to ludzie przeżywają i ja to rozumiem, bo sam przeżywałem kiedyś rozstanie i zanosiło się na to, że jak słynny Kevin mogłem sam zostać w domu. Na szczęście znalazł się sposób na uszczęśliwienie kilku osób.
Zapraszam

Tatulowe opowieści

 Życie bez świąt jest jak długa droga bez zajazdów, w których podróżny mógłby się pokrzepić i wypocząć. Ta myśl,przypisywana Demokrytowi z Abdery, filozofowi żyjącemu w V wieku p.n.e. jest wciąż aktualna. Przejęliśmy od starożytnych nie tylko terminy, ale i samą potrzebę świętowania. Większość ludzi nie traktuje świąt wyłącznie jako okazję do odpoczynku i biesiadowania, ale szuka w nich czegoś znacznie bardziej istotnego.
W kręgu mojej rodziny, w którym spędziłem kilkadziesiąt już kolejnych wigilii i świąt jak sięgnę pamięcią, to zarówno w domu rodzinnym jaki w domu mojej żony zawsze stawiano na wartości duchowe i Rodzinę, która wiele zyskuje na takim wspólnym, rodzinnym świętowaniu. Ogromnie dużo troski i pracy wkładali Rodzice, a później również i my sami w przygotowanie domu na święta.Od trzepania dywanów, oblekania pościeli, zmiany firanek po przygotowanie najlepszego jadła na jakie było nas w danym czasie stać – wiadomo święta.
   Ludzie dzielą się na tych, którzy…

View original post 559 słów więcej

Czy moglibyśmy żyć bez świąt?

Wspominam dawne teksty napisane w sezonie około świątecznym zastanawiając się co w nich zmienić, co dodać, a co wygumkować.
Najczęściej korekty są zbędne, bo czas niewiele tu zmienia. Tradycje są utrwalone, a atmosfera rodzinnego domu nie do zastąpienia. To nas ciągnie do domu, do bliskich, do miejsc czasem dawno nie odwiedzanych. Jedziemy tam po nowe wrażenia i okresowe podładowanie akumulatorów, co jest niezbędne na czas dzielący nas od kolejnych świąt.
Miłego świętowania

Tatulowe opowieści

Przeszukałem moje zasoby aforyzmów na każdą okazję w poszukiwaniu czegoś, co dotyczyłoby świąt. Znalazłem tylko jeden. Bardzo stary i bardzo dobry. Autorstwo tej złotej myśli przypisywane jest Demokrytowi z Abdery – filozofowi greckiemu, żyjącemu w V wieku przed naszą erą.
Życie bez świąt jest jak długa droga bez zajazdów, w których podróżny mógłby się pokrzepić i wypocząć.
Zupełnie inne okazje i zapewne zupełnie inaczej wtedy świętowano, ale sens tego zdania pozostał nadal aktualny. Wiele spraw takie świętowanie załatwia. Dom – Rodzina, będące najwyższą wartością człowieka, wiele zyskuje na samych okazjach do świętowania. Ileż troski i pracy wkładają ludzie w przygotowanie domu na święta. Od trzepania dywanów, oblekania pościeli, zmiany firanek po przygotowanie najlepszego jadła na jakie kogo stać – wiadomo święta!!! Druga strona medalu, to świąteczne spotkania członków rodziny, gotowych przyjeżdżać na to spotkanie z najdalszych zakątków Polski, czy świata. Ileż radości i wzruszeń niosą takie spotkania to wie…

View original post 421 słów więcej

Opowieść przedświąteczna

Każdy nauczyciel wspomina przeróżne fakty związane z organizowanymi w szkołach klasowymi spotkaniami z okazji święta Bożego Narodzenia. Ja, przed wielu laty jako wychowawca męskiej klasy zawodówki przeżyłem taką oto przygodę.
   Studiowałem wtedy na studiach podyplomowych w Krakowie. Dojeżdżałem tam na weekendy autobusem, a po mieście poruszałem się komunikacją miejską. Kiedyś, krótko przed świętami, jadąc tramwajem przyglądałem się staruszce, która wsiadła do tramwaju w towarzystwie pieska wielorasowego.
Wsiedli, oboje mocno zmoknięci do dość pustego tramwaju. Piesek usiadł na foteliku przy oknie, a jego pani na siedzeniu obok. Piesek patrzył przez okno na światła miasta, a jego pani próbowała go głaskać, porządkując przy okazji jego zmokniętą mocno sierść. Piesek nawet na nią nie spojrzał. Ja wysiadłem wcześniej, a oni pojechali dalej. Utkwiła mi jednak w pamięci ta scena, bo tłumaczyłem sobie, że ona pewnie samotna, a pies jest być może jedyną bliską jej istotą.
Przygotowując się do świątecznego spotkania z klasą, w której byłem wychowawcą zastanawiałem się jak zaaranżować to spotkanie.
Wiedziałem, że chłopaki niczego sami nie przygotują, a względy prestiżowe w tym wieku nakazują być nade wszystko… twardzielem.
Na ostatniej lekcji wychowawczej postawiłem na biurku przyniesiony z domu stroik świąteczny, zapaliłem świeczkę i biorąc w rękę przyniesiony opłatek – wygłosiłem nawiązanie do tego, co miało za chwilę nastąpić:

   Wiecie, że Święta Bożego Narodzenia nazywane są najbardziej rodzinnymi ze wszystkich świąt. Wszyscy wtedy spieszą, nawet z bardzo daleka, aby w ten jedyny wieczór być z bliskimi, połamać się opłatkiem, popłakać się przy tym i poczuć, przy całowaniu z dubeltówki, jakie dziwnie mokre są również policzki tych, którym my właśnie składamy życzenia. Kto przeżył chociaż jedne święta z dala od bliskich, ten wie o czym mówię. Są jednak ludzie samotni, którzy tę samotność odczuwają szczególnie dotkliwie w ten właśnie wieczór. Prawie wszyscy przygotowujemy puste nakrycie dla przygodnego gościa, a tak naprawdę, to mało kto dba o to, aby to puste nakrycie miało swego użytkownika. Może wcześniej rozejrzyjmy się wokół, czy nie mamy kuzynki, sąsiadki, czy innej samotnej osoby, która mogłaby w ten wieczór przy takim nakryciu z nami zasiąść…

Tu opowiedziałem im scenkę zaobserwowaną w tramwaju. W klasie panowała cisza. Pomyślałem sobie, że najwyższy czas sięgnąć do opłatka i wtedy… Jeden z uczniów zapytał głośno:
– A skąd pan bierze takie kawałki, czy sam pan to wymyśla?

Czar prysnął, jak się to mówi. Okazało się ponadto, że prawie nikt nie przyniósł swojego opłatka i mój musiał wystarczyć. Przynajmniej dla mnie do składania im życzeń. Oni między sobą podawali sobie tylko grabę i wygłaszali standardowe „zdrowia, szczęścia, pomyślności”.
Ciekawe, czy któryś z nich zagląda do bloga i czy zapamiętał tamto spotkanie?

Stan Wojenny…Wspomnienie sprzed 39 lat

Przy okazji obchodzonej właśnie 39 rocznicy wprowadzenia Stanu Wojennego wspomnę jeszcze raz część tekstu jaki poświęciłem 29 rocznicy, czyli 10 lat temu Wtedy byłem jeszcze czynnym nauczycielem i dzieliłem się swoim doświadczeniem z życia i szkoły:
...Ponieważ wiem, że młodzież generalnie nie czyta prasy, więc sam podrzucam im wyselekcjonowane materiały prasowe, omawiam i zachęcam do prowadzenia rozmów z ludźmi, którzy tamten czas przeżyli i wiedzą jak niepewne i dramatyczne to były lata. Symbole tamtego czasu  nadal robią na mnie silne wrażenie i dlatego miałem nadzieję, że są również zapamiętywane przez uczniów. Dla mnie takim kluczowym symbolem jest słynne zdjęcie zrobione przez Chrisa Niedenthala ukazujące sfotografowaną  z ukrycia scenkę, na której transporter opancerzony SKOT z żołnierzami wokół, stoi przed kinem Moskwa w Warszawie, w którym grają akurat film Czas apokalipsy.

Sprawdziłem wielokrotnie i stwierdzam, że jest ono zupełnie nie czytelne dla dzisiejszej młodzieży. Trzeba skojarzyć Stan Wojenny z Apokalipsą, a do tego rozumieć – co miała z tym wspólnego Moskwa. Pytanie o to, co robi transporter opancerzony pod kinem, to już koniecznie wymaga objaśnienia. Takie pogaduszki, to również okazja pokazania, jakimi dróżkami może kroczyć sława reportera z Holandii, który z ukrywanego aparatu potrafił poprzez to zdjęcie tak genialnie oddać prawdę o Stanie wojennym w Warszawie, że zdjęcie zrobiło światową karierę. Wbrew cenzurze. A ta przecież była niezwykle rygorystyczna. Wszyscy pamiętają, że nie było w tym dniu poranka dla dzieci w TV. Ekrany śnieżyły i wszyscy uważali, że telewizory się popsuły. Dopiero po paru godzinach zaczęto nadawać komunikaty Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego czytane przez samego generała Jaruzelskiego.

Niepewność, obawy o jutro, przewidywania, co może nastąpić jeśli „ruscy” wkroczą były najczęściej treścią rozmów ludzi w domach, w kościele – była to niedziela – i wszędzie, gdzie się spotykali. Na głębokiej prowincji, gdzie ja mieszkałem, nie było żadnych informacji. Odcięto nam łączność telefoniczną, mało kto słuchał rozgłośni radia Wolna Europa, a nasza telewizja i Polskie Radio zostały zmilitaryzowane i poddane aparatowi propagandowemu WRON. Komunikaty wywieszane na płotach nie brzmiały groźnie. Niektóre miały nawet wzbudzać zaufanie. Tyle było w nich troski o Ojczyznę. Oto przykładowy plakat ogłaszający uzasadnienie wprowadzenia stanu wojennego kończy się słowami: Powstrzymajmy wspólnymi siłami widmo wojny domowej. Nie wznośmy barykad tam, gdzie jest potrzebny most.
Tylko ufać i współdziałać, prawda?. To dla naszego dobra ogłoszono stan wojenny.
Pracowałem wtedy w Urzędzie Gminy. Dla administracji wyznaczono obowiązek wdrażania reguł godziny milicyjnej. Pełniliśmy dyżury, wydawaliśmy przepustki dla ludzi, którzy z jakichkolwiek względów musieli wyjeżdżać poza miejsce zamieszkania. Dzisiaj młodzi uśmiechają się na wiadomość o tym, że na zorganizowanie wesela w karnawale należało uzyskiwać zgodę. Zgłoszenie zamiaru zawarcia związku małżeńskiego w USC upoważniało jednocześnie do zakupu obrączek ślubnych i alkoholu na weselne przyjęcie. Każda gmina miała komisarzy wojskowych, którzy nadzorowali działanie wszystkich służb i byli ostatnią wyrocznią władzy. Nawet organizatorzy studniówek w szkołach musieli uzyskiwać zgodę na organizację imprezy, a te były nadzorowane przez patrole żołnierskie. Wiele opowieści o tamtym czasie mogą snuć ludzie, którzy go przeżyli. Różne to będą opowieści, bo ich treść była zależna od miejsca jakie dany człowiek zajmował w strukturze społecznej. Ci ludzie jeszcze żyją i mogą świadczyć o tym, co przeżyli – już bez obawy o to, że za dużo powiedzieli. Czy dajemy im okazję do snucia ich opowieści? Czy młodzi pytają rodziców i dziadków o te sprawy? Czy mógłby się powtórzyć odwieczny u nas model przekazu międzypokoleniowego treści ważnych dla polskości, patriotyzmu i innych wartości, których jako naród nie zatraciliśmy mimo rusyfikacji, czy germanizacji w czasie 123-letniej niewoli. Szkoła, jak widać nie zasypie przepaści w zakresie wiedzy o najnowszej historii w jaką wpada młode pokolenie.
Może powinny ten obowiązek wziąć na siebie rodziny? Świąteczny czas sprzyja rozmowom. Dlaczego nie pogadać o tych sprawach? Nie tylko wiedza na tym zyska, ale wzmocnią się przy okazji kontakty międzypokoleniowe, które już pora odświeżyć. Będzie to okazją uzupełnienia wiedzy młodego pokolenia o wydarzenia z tamtych lat?
Przecież to głównie młodzi ludzie stanowią przeważającą liczebnie i bardzo radykalną część pochodów, a do tego łatwo poddają się wpływom różnych „Liderów”, którzy na ich plecach dostaną się do władzy, a później…się zobaczy . Doświadczenia są raczej smutne.

Dlaczego potrzebujemy nauczycieli?

Usłyszałem wczoraj w TVN 24 informację na temat skuteczności nauczania On line w łódzkich szkołach. Niepokojące informacje znalazły potwierdzenie w ankiecie przeprowadzonej wśród uczniów. Przyznali, że 65 procent spośród nich ściąga na różne sposoby lub korzysta z pomocy innych osób. Na pytanie wyrażające niepokój o przyszłość Polski przy takim nauczaniu dyrektor szkoły odpowiedział ze spokojem: Nie ma innego sposobu dotarcia do świadomości uczniów jak przekonanie ich o ich własnej odpowiedzialności za efekty kształcenia . Żadne zaklinania i krzyki nic tu nie pomogą, gdyż młodzież je odrzuci…
Rodzi się pytanie o to czy szkoła może dokonać tego wyczynu?
A może to rodzina powinna to uświadomić swoim młodocianym członkom?
Stawiałem te pytania, gdy pracowałem w szkole już 12 lat temu. odpowiedzi są pod tekstem. Może warto wznowić tę rozmowę?
Zapraszam

Tatulowe opowieści

  Poprzednia moja wypowiedź nie przyniosła oczekiwanej reakcji. Mało komentarzy, a jeśli nawet one były, to były kierowanymi głównie do mnie słowami pociechy. Może to wpływ nadmiaru tej tematyki, gdyż bardzo wiele gazet, rozgłośni, a również i blogów poruszało podobną tematykę narzucającą się samym świętem. Mnie chodziło o wywołanie refleksji na temat roli nauczyciela i społecznej oceny jego starań, która jak wiemy nie jest zbyt wysoka.

View original post 571 słów więcej

Strajk kobiet i srebrne, cieniutkie niteczki

„Protesty w Polsce pod wspólnym hasłem „Strajk kobiet” nieprzerwanie trwają od 22 października. To wtedy właśnie Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepis tzw. ustawy antyaborcyjnej z 1993 roku jest niezgodny z konstytucją. Przepis ma stracić moc wraz z publikacją wyroku, ale ten nie został jak dotąd ogłoszony. Strajk kobiet jest oddolnym, niezależnym ruchem społecznym, popieranym przez kobiety i wspieranym przez rozumnych mężczyzn. Protestują i działają pod hasłami na rzecz praw kobiet, demokracji, Polski dla wszystkich. Zmobilizowali się w ponad 150 miastach Polski. Tworzą nieformalną i niepartyjną,  inicjatywę kobiet, zarówno niezrzeszonych, jak i należących do różnych organizacji kobiecych, które zorganizowały Ogólnopolski Strajk Kobiet…”
Tak brzmi wstęp do podsumowania zarysu historii walki o prawa kobiet w świecie z ukazaniem przebiegu tej walki w Polsce, dokonanego w blogowym tekście autorstwa mojego Amerykańskiego znajomego, który chciałem dzisiaj przybliżyć.  https://www.transcendentphoto.com/aktualnosci/srebrne-niteczki/

  Dlaczego właśnie o tym dzisiaj piszę?
Otóż wczoraj, nasze panie świętowały po raz 102 rocznicę przyznania polskim kobietom prawa wyborczego. Zaprawione w boju kobiety zręcznie wykorzystały ten nośny politycznie temat i sobotni dzień strajku 28.11.2020 przemianowały codzienny, długi już protest na demonstrację dla uczczenia tej właśnie rocznicy. Pokojową oczywiście. Nikt nie negował ich pokojowego podejścia, dopóki nie wysłano przeciw demonstrantom naszej policji. Nielegalność demonstracji zdaniem władz wynikała ze złamania zasad anty-covidowych dotyczących liczebności uczestników zgromadzeń i dlatego wezwano zebranych do zakończenia przemarszu i rozejścia się. Ponieważ wygłaszane przez megafony apele nie skutkowały doszło do zatrzymania protestujących i konfrontacji z uzbrojonymi policjantami. Wtedy już pojawiła się nerwowość w reakcjach słownych i nie tylko słownych. Nie uszanowano m.in. mandatu poselskiego pani Nowackiej i oberwała gazem pieprzowym prosto w twarz.
Temat brutalności policji i jej wyraźna podległość jednej, ale za to przewodniej partii staje się tematem nr.1,  co źle nam wszystkim wróży.
Warto odnotować fakt kurtuazyjnego wystąpienia ambasadorów wielu państw składających Polkom gratulacje z okazji tak doniosłej rocznicy. Warto też podkreślić fakt, że w tej sprawie władze Najjaśniejszej zachowały całkowite milczenie. Nie miały czego gratulować walczącym Polkom, ani oświeconym władzom, które przed 102 laty te prawa przyznawały.
   Cytowany przeze mnie autor przyrównał działania walczących o prawa kobiet do potężnych sił wynikających z pociągania za „srebrne niteczki”, które dzięki swej liczbie stanowią jednak potężną siłę sprawczą prowadzącą do osiągania celów. Pozwólcie, że oddam mu ponownie głos:
Cienkie, srebrne niteczki, to nieomal niewidoczne motyle. Delikatnie trzepocząc kolorowymi skrzydełkami, powodują huragan na szczytach władzy, dają nadzieję, o którą tak ciężko w obecnych czasach. Wznoszą się, by nigdy nie opaść, nie utracić siły, istnieć, być i stawać się mądrzejszym. Srebrne niteczki, które… bowiem nie można ich kupić, nie można ich sprzedać, czy też oddać w ręce handlarza prawem, starca i szaleńca…
   Autor opracowania, od lat pozostający poza granicami kraju, ale z wielkim zaangażowaniem przyglądający się sytuacji narastającego kryzysu nie stawia hipotez ani nie podpowiada jak wyjść z tego zakrętu. Raczej z goryczą niż z nadzieją podsumowuje swoje rozważania następującymi słowami:
Nic tak nie boli jak bezradność
Obserwuję w mediach sytuację w Polsce, staram się wyrobić własne zdanie. Czytam informacje, które pojawiają się po obu stronach politycznej barykady, bo nie mam złudzeń, że o politykę tu chodzi. Z jednej strony wierzę, że tysiące kobiet, a wraz z nimi młodzież, mają prawo do stanowienia o sobie. Po drugiej stronie stawiam prawo i rządzących, którzy egzekwują to prawo i tu powstaje dysonans. Jeżeli prawo stanowi o narodzie, o jego przywilejach i obowiązkach to, jakie może być to prawo, skoro obywatele go nie chcą? Czy jest to prawo obywatelskie, a może jedynie tych, którzy je ustanawiają, a następnie siłą egzekwują?

Gdzie zatem podziała się normalność? Niestety nie potrafię takowej zdefiniować, bowiem „prawdziwa normalność” dla każdej ze stron oznacza coś innego. Jest jednak mały, drobny element, który z każdej strony wygląda tak samo,  są to srebrne, cieniutkie niteczki…
My często używamy powiedzonka:
Kropla drąży skałę nie siłą, lecz ustawicznym padaniem

Światowy Dzień Życzliwości i Pozdrowień

Powyższy tekst napisałem w 2009 r. i zamieściłem na moim blogu. Dzisiaj dopiero przeczytałem go ponownie i zamiast pisać coś nowego z okazji Dnia Życzliwości postanowiłem zamieścić go tu bez zmian. Spodziewam się, że czytelnicy potwierdzą mój osąd sytuacji. Ja uważam, że miniony rok zamiast spodziewanej poprawy przyniósł znaczne pogorszenie relacji międzyludzkich  w Polsce. Dorośli bardzo często patrzą nieufnie na tych co to im się powiodło. Szczerze nienawidzą tych, co to mają inne poglądy polityczne, czy też odmienne zapatrywanie na życie. Młodzi buntują się na starszych za to, że nie akceptują ich inności w zachowaniach, czy upodobaniach, a stosują stereotypowe a z gruntu fałszywe  oceny typu:
– Chodzi w bluzie z kapturem? –  wiadomo dresiarz, łobuz, zadymiarz.  Czy ja zbytnio generalizuję?  A może wypowiecie się na ten temat?

Tatulowe opowieści

Obchodzimy dziś kolejne święto, które przybyło do nas przed kilku laty wraz z Walentynkami, czy Haloween wprost z zachodu. W dniu 21 listopada obchodzimy Światowy Dzień Życzliwości.  Czy przyjęło się to święto wśród Polaków? Czy choć na trochę zmieniło nasze nastawienie do innych ludzi? Postanowiłem postawić to pytanie, abyśmy wspólnie dokonali zbiorowej refleksji nad naszą ŻYCZLIWOŚCIĄ.
Ja uważam, że wszyscy mamy jakieś dziedziczone, systemowe obciążenie pochodzące z zamierzchłych czasów, przypieczętowane mrocznym okresem PRL-u. Kto sam na sobie doświadczył tamtego okresu, ten wie co znaczył DONOS. Wiemy też jak był podpisywany taki donos. Dla najmłodszych podam przykład takiego dziełka: Uprzejmie donoszę, że pana żona ma kochanka. Życzliwy.  Takich donosów było całe mnóstwo. Życzliwy mogło więc oznaczać zupełnie coś innego niż określał to słownik języka polskiego. Z tamtych czasów pochodzi również obiegowa dykteryjka objaśniająca czym się różni Polak od Amerykanina. Amerykanin witając się obdarza spotkanego wystudiowanym uśmiechem i zadaje retoryczne dla nas…

View original post 746 słów więcej

Planowanie ma sens

W szkole, prowadząc zajęcia z przedmiotów ekonomicznych, zwłaszcza gdy omawiałem zagadnienia związane z planowaniem podpierałem się sentencją:
Nikt nie planuje przegranej,
przegrywa, bo nie planował…
Na ogół wystarczało to do przekonania słuchaczy o słuszności powyższej tezy i dość łatwo uzyskiwałem akceptację uczniów do tego, że warto planować. Zdarzały się wypowiedzi kontrujące mój argument, ale raczej zawsze moje było „na wierzchu”. Odpowiednio dobrane przykłady robiły swoje.
Dlaczego o tym piszę?
Jesteśmy w drugiej fazie pandemii. Rosnące notowania nowych zachorowań robią swoje. Boimy się najgorszego, tak dla siebie, jak i dla swoich bliskich.
Teraz bardziej niż w lecie przestrzegamy podstawowego schematu zawartego w słowach: DDM czyli Dezynfekcja, Dystans, Maseczki.
Zachowanie tych trzech zaleceń ma nam pomóc w ograniczeniu rozprzestrzeniania koronawirusa SARS-CoV-2.3. Czy pomoże?
Staram się przestrzegać zasad, ale co jakiś czas łapię się na tym, że wszedłem do sklepu bez maseczki, podałem znajomemu rękę, nie zawsze dezynfekowałem dłonie, mimo że nawet w kościele wystawiony jest pojemnik z płynem dezynfekującym. Żona zwraca mi wtedy uwagę, a ja przyrzekam poprawę, bo naprawdę staram się przestrzegać zasad.
Dzisiaj, gdy zięć odbierał mnie po pozostawieniu samochodu w warsztacie, zauważył, że jestem bez maseczki. Od razu przywitał mnie słowami dezaprobaty:
– Tyle mówimy o zachowaniu środków ostrożności, a ty znowu bez maseczki. Nie boisz się o siebie, o mamę, o nas wszystkich???

Próbowałem się tłumaczyć tym, że wysiadając zostawiłem maseczkę w samochodzie, tak jak to robię w domu. Ale nie dał się przekonać co do tego, że to przypadek, a nie zasada.
W domu, przy spóźnionym obiedzie usłyszałem propozycję nie do odrzucenia:
– Musimy pogadać i zaplanować jakieś postępowanie na wypadek, gdyby w naszych rodzinach doszło do zachorowania na Cowid. Co będziemy robić, aby pomóc choremu i chronić siebie nawzajem? Jak wyglądałaby wtedy kwarantanna, czy izolacja?
Pytań padło wiele. Znacznie więcej niż możliwych do udzielenia sobie odpowiedzi. Podjęliśmy postanowienie stosowania się do zaleceń DDM, do zasad profilaktyki zwiększającej naszą odporność. I to chyba wszystko, co tak na gorąco mogliśmy ustalić.
Każdy z nas pozostał ze swoimi wątpliwościami i obawami, bo przecież wiemy jak wygląda rzeczywistość ludzi chorych na koronawirusa Covid i jak dziś leczy się tzw. choroby współistniejące. Skóra cierpnie na samą myśl o realnym zagrożeniu na jakie jesteśmy wszyscy zdani.
PS.
Wczoraj odebrałem telefon. Jakaś panienka w imieniu Biura Badania Opinii chciała pogadać na temat usprawnień jakie wprowadziła nasza służba zdrowia. Obiecała, że to badanie potrwa ok. 10 minut. Odpowiedziałem jej grzecznie, ale na tyle stanowczo, że nie próbowała dłużej mnie przekonywać.
Usprawnienia??? Dobre sobie!!!