Dyscyplina społeczna w walce z pandemią

Niepokojące wieści dochodzące z frontu walki z pandemią mrożą krew w żyłach chyba wszystkich ludzi. Znaleźliśmy się na prostej wznoszącej się niemal w stałym tempie. Przybywa świeżo zakażonych i ofiar wirusa. Osoby informujące o sytuacji na froncie walki uspokajają, jak to w lecie bywało, że: … Nie ma się czego obawiać, bo wszystko jest pod kontrolą, a przy takich potęgach jak Francja, Włochy, Niemcy, Anglia, Szwecja jesteśmy świetnie zorganizowani i póki co wyprzedzamy ich mniejszą liczbą chorych i zmarłych, a wolne łóżka i respiratory mamy w magazynach rezerw państwowych i w każdej chwili mogą być rzucone na linie walki. Lekarzy i pomocniczego  personelu medycznego wprawdzie mamy trochę mało, ale…
rząd działa i działać nie przestanie,
aż bezpieczeństwo zapewni
i medal w uznaniu zasług dostanie…

Na chybcika, zwłaszcza po nocach poprawiają prawo i to w szerszym zakresie niż wskazywałaby na to potrzeba. Tłumaczenie się potrzebą zapewnienia bezpieczeństwa nie trafia do przekonania opozycji. Służby otrzymały taką kontrolę nad społeczeństwem, że wielu krzyczy o zamachu na prawa obywatelskie dokonane pod płaszczykiem walki z Covid-19.
Strach się bać!!!
Czy musimy się zgadzać na każde kolejne ograniczenie wolności osobistej?
Wielu z nas odpowie na to przecząco, nie szczędząc panującym słów ostrej krytyki, a nawet hejtu.
Jest to wynikiem kryzysu zaufania do władzy jaki ogarnia coraz szersze kręgi i to nie tylko pro PiS-owskiego społeczeństwa. Jest to raczej problem na odrębną i szerszą niż ta dyskusję.
   Dzisiaj obejrzałem z uwagą film udostępniany w TVN 24 z cyklu „Ewa Ewart poleca”, którego treścią było porównanie metod walki z Covid-19 w pierwszych miesiącach bieżącego roku, kiedy jeszcze nie nazywano tego epidemią, nie mówiąc już o pandemii, w dwóch państwach tj. Wielkiej Brytanii i Korei Południowej. Porównanie wypadło zdecydowanie na korzyść Korei, w której nie pozwolono rozwinąć się chorobie i uzyskano nad jej rozwojem rzeczywistą, a nie tylko deklarowaną kontrolę. Stało się to możliwe właśnie dzięki śledzeniu kontaktów międzyludzkich ( telefony i media społecznościowe), śledzeniu zapisów kamer zainstalowanych na ulicach, w komunikacji miejskiej, restauracjach itd. itd. na namierzaniu i likwidowaniu ognisk zarazy i obejmowaniu ludzi kontaktujących się z zakażonymi skuteczną kwarantanną. W. Brytania podeszła do tego podobnie do nas. Z nonszalancją i zarozumialstwem. Są przygotowani, panują nad sytuacją, nie dadzą się zmóc.
To wszystko czym się teraz chwalą odbyło się za aprobatą większości społeczeństwa koreańskiego, które przedkładało wyższość bezpieczeństwa zdrowotnego nad ograniczaniem swobód obywatelskich wynikających ze stale poszerzanych form śledzenia każdego ruchu, kontaktów, miejsc przebywania obywateli.
Podobnie było w Chinach w początkach epidemii. Prawa obywatelskie przegrywały z potrzebami bezpardonowej walki z wszelkimi formami rozprzestrzeniania się wirusa. Nie informowano obywateli np. o tym, że wyjścia z wielopiętrowych bloków gdzie panowała zaraza zaspawywano z zewnątrz, aby nikt się nie wydostał. Ofiary zabierano z domów i ulic nie informując rodziny gdzie będą pochowane. Władza dopilnowując spokoju społecznego karała surowo wszystkich, którzy mu zagrażali.
Może to nieludzkie, ale doprowadziło do zwalczenia epidemii w tak ogromnym kraju i pozwoliło na konsekwentne utrzymywanie jej pod faktyczną, a nie tylko deklarowaną kontrolą.
   Od zawsze wiemy, że to inne cywilizacje, że są z natury zdyscyplinowani, że są solidarni w działaniu, choćby to było ostro i bezwzględnie wymuszane na ludziach.
Inaczej jest w Europie, w USA i innych państwach. Tu panuje odwieczne: „Jakoś to będzie, bo jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było”
Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi, Włosi, a również Polacy pokazali jak cenią sobie wolność i lekceważyli nakazy i zakazy dotyczące bezpieczeństwa epidemiologicznego. Zapracowali na to, co ich teraz spotyka. Chińczycy Japończycy, Koreańczycy zwyciężyli wirusa ponosząc wprawdzie znaczące straty gospodarcze, a Europejczycy dopiero wchodzą w tę nierówną walkę z wirusem, któremu pozwolili nadmiernie się rozwinąć. Liżą rany i liczą własne straty gospodarcze i społeczne, które ktoś, kiedyś musi spłacić.
   Nasi rządzący przemalowali Polskę na czerwono i też walczą… z górnikami, rolnikami, a ostatnio z kobietami manifestującymi na ulicach. Manifestującymi w trudnych, jesiennych warunkach, ułatwiających wirusowi atak …
Wczoraj wpadła mi w ręce lipcowa Angora z wielkim zdjęciem plaży na okładce. Plaża oczywiście z mocno zagęszczonym tłumem i napisem:
„Do domu wrócimy, wszystkich zarazimy…”
Nasze metody walki w oparciu o szpitale polowe, jak ten na stadionie narodowym, czy tworzonym właśnie Solidarnościowym Korpusem Wsparcia Seniorów mogą nie wystarczyć…
https://www.tvp.info/50467347/solidarnosciowy-korpus-wsparcia-seniorow-jak-skorzystac-z-pomocy
Co o tym sądzicie?

Przemijanie…

Obraz przemawia lepiej niż słowa

Nadal tkwimy zanurzeni w smuteczkach cali. Trauma jaką opisałem w poprzednim wpisie nie mija ot, tak sobie. Trzeba czasu i my o tym wiemy doskonale. W dodatku wczoraj byłem na pogrzebie mojego rówieśnika. Padał deszcz, było smutno i jak zawsze w takich razach refleksyjnie. Do tego naszego dołka dołącza się depresyjne działanie jesiennej aury. Pochmurno, chłód i obfite deszcze pozbawiają drzewa cudownie wykolorowanych liści. Zapowiadane na kolejną noc przymrozki dopełnią obrazu spustoszenia, a wiatr to pozamiata i dopiero wtedy objawią się smuteczki jesieni.
   Jeszcze dzisiaj, w dopołudniowej audycji Jedynki Polskiego Radia przeznaczonej dla ludzi starszych, gdy usłyszałem czyjąś pochwałę jesieni zawartą w słowach:
Jesień – to druga wiosna, kiedy każdy liść jest kwiatem, pobiegłem z telefonem aby uwiecznić liście – kwiaty i udostępnić to w formie pociechy dla przygnębionych jak ja. Czy kogoś oderwałem w ten sposób od jesiennych smuteczków? Nigdy się tego nie dowiem.
   Niezwykle dołujące wieści dobiegają z frontu walki z koronawirusem. Co dzień większa liczba nowych zachorowań i zmarłych. Do mediów trafiają dramatyczne relacje z nieudanych prób umieszczenia chorych w szpitalach, o brakach łóżek i respiratorów, o brakach personelu, o dramacie decydowania przez lekarzy kogo podłączyć do aparatury, a kogo spisać na straty…
Do tego trzeba jeszcze dodać postawy polityków i innych Bardzo Ważnych Osób, którzy mnożą sankcje i ograniczenia dla maluczkich, a sami paradują bez zabezpieczeń i są antywzorcem postępowania w tak trudnych czasach.
Gdy weźmie się pod uwagę ich ataki na lekarzy, że podobno im się nie chce pracować, na nauczycieli, że się boją zarazić w bezpośrednim kontakcie z uczniami, na rolników, że nie rozumieją przyjaciół zwierząt, górnicy jeszcze coś innego, to wkrótce runą resztki zaufania do władzy, zniechęcimy się do solidarności społecznej i co wtedy? Kryzys finansowy i wszystkie związane z tym zagrożenia, to jeszcze mało???
Wieczorem napotkałem na umieszczony przez kogoś na Fb rysunek, który przemawia do mnie już wiele lat, a dzisiaj dopiero przeczytałem zamieszczony pod nim tekst. Może wszyscy go znają, ale jednak nie wszyscy korzystają z Facebooka i mogli się z tym nie zetknąć, dlatego postanowiłem go udostępnić.
Oto on:
Ledwo zaczął się dzień i… jest już szósta wieczorem.
Tydzień ledwo przybył w poniedziałek i już jest piątek.
… a miesiąc już minął
.. a rok prawie się kończy
… i minęło już 40, 50 lub 60 lat naszego życia
… i zdajemy sobie sprawę, że straciliśmy naszych rodziców, naszych przyjaciół, znajomych
I zdajemy sobie sprawę, że jest już za późno, aby wrócić. Więc…
Spróbujmy jednak jak najlepiej wykorzystać czas, jaki nam pozostał. Nie zwlekajmy z szukaniem zajęć, które lubimy, które sprawiają nam radość. Dodajmy kolorów naszej szarości. Uśmiechnijmy się do małych rzeczy w życiu, które są balsamem dla naszych serc. I mimo wszystko, nadal cieszmy się spokojem tego czasu, który nam pozostał. Spróbujmy wyeliminować słowo „potem”…
Zrobię to potem…
Powiem potem…
Pomyślę o tym potem…
Zostawiamy wszystko na później, jakby „potem” było nasze.
Ponieważ nie rozumiemy, że:
potem – kawa jest zimna…
potem – priorytety się zmieniają…
potem – rok się skończy…
potem – zdrowie się kończy…
potem – dzieci dorastają…
potem – rodzice się starzeją…
potem – obietnice są zapominane…
potem – dzień staje się nocą…
potem – życie się kończy…
Potem często jest za późno…
Więc… nie zostawiaj niczego na później, ponieważ czekając na *później*, możemy stracić najlepsze chwile, możemy stracić przyjaciela, możemy stracić swoją prawdziwą miłość i człowieka którego kochaliśmy, a potem już nie da się tego cofnąć pomimo, że żałujemy to, co zrobiliśmy lub czego nie zrobiliśmy…
– najlepsze doświadczenia
– najlepszych przyjaciół
– najlepszą rodzinę…
Dziś jest odpowiedni dzień… Ta chwila jest *tu i teraz*… Nie jesteśmy już w wieku, w którym możemy sobie pozwolić na odłożenie na jutro tego, co należy zrobić od razu. Zobaczmy więc, czy będziesz mieć czas, aby przeczytać tę wiadomość, a następnie udostępnić ją. A może odłożysz to na… „później”?

…z netu, ale jakże prawdziwe…

Żegnaj Szwagrze

Nie napisałem niczego nowego od prawie miesiąca. Nie jest to dużo , ale przy osiągnięciach niektórych znajomych publikujących nowe wpisy co dzień, czy dwa, to bardzo duże zaniedbanie. Zawiedzionych przepraszam, ale życie nie uwzględnia takich ustaleń i zobowiązań.
Moje życie przyniosło nam gorzką pigułę do przełknięcia.
24 września odszedł od nas w sposób nagły brat żony, a więc mój Szwagier Czesław. Wprawdzie wiedziałem, co oznacza odejście w sposób nagły, bo tak pożegnał nas mój brat mający wtedy 45 lat, ale tamte przeżycia, w miarę upływu kolejnych lat już się zatarły w pamięci. Teraz, to nam z żoną przyszło stwierdzić dlaczego nie przyszedł na obiad o stałej godzinie i poszliśmy do niego, aby to sprawdzić. Przezorny Szwagier, który od śmierci żony (2 lipca 2015) mieszkał sam zaopatrzył nas w zapasowe klucze, co teraz okazało się bardzo przydatne.
To, czego obawialiśmy się najbardziej okazało się faktem. Upadł w drodze z łóżka do łazienki i najpewniej było to skutkiem udaru, jak stwierdził wezwany na miejsce lekarz. Możemy jedynie przypuszczać, że nie cierpiał i że gdyby nawet ktoś przy nim był, to i tak nie mógłby odwrócić jego losu.
Śmierć zawsze przychodzi nie w porę i zaskakuje nawet w przypadku osób starych i obciążonych niepełnosprawnością. Ludzie powtarzają utarty slogan, w którym twierdzą, że takie rozwiązanie jest dobre tak dla odchodzącego, jak i pozostających na tym łez padole. Wciąż myślę nad tym i nie bardzo się z tym zgadzam, ale przyznaję im w końcu rację biorąc pod uwagę ewentualne niedołęstwo i cierpienie, jakie często jest udziałem ludzi starych. W każdym innym przypadku osieroceni chcieliby się choćby pożegnać i przygotować na odejście.
   Pisałem ostatnio o potrzebie dawania świadectwa istnienia wygłaszanego przy okazji odprowadzania zmarłego w tę ostatnią ziemską podróż. Takie świadectwo zostało wygłoszone i tym razem przez odprawiającego mszę żałobną księdza, i chociaż nie dostarczaliśmy danych o życiu zmarłego, to było ono poruszające .
Odżywały w nas słuchających strzępy rozmów, zdarzeń z życia z udziałem zmarłego i wspomnienia. Z pożegnalnej mowy wynikała też, coraz głębiej odczuwana potrzeba uporządkowania swoich ziemskich spraw i relacji międzyludzkich, aby być gotowym do drogi na tamtą stronę. Życie bowiem jest jak ta świeca na wietrze, o której śpiewał w piosence „Candle In The Wind” Elton John, na pogrzebie księżnej Diany:
Myślę, że żyłeś
Jak świeca na wietrze
Nie wiedząc gdzie się schronić kiedy zaczynał padać deszcz
I oddałbym wiele żeby moc cię poznać…
Żegnałem przed 9 laty swojego młodszego wiekiem szwagierka, który przegrał walkę z rakiem. Opisałem to: w tym tekście
Żegnając starszego wiekiem Szwagra nie chciałbym poddawać porównywaniu, czy wartościowaniu ich zasług dla mnie, dla rodziny, czy dla społeczności, w której wzrastaliśmy, rozwijaliśmy się i po długim stosunkowo życiu przychodzi nam z niej odchodzić. Każdy człowiek jest inny, a i to, na tyle możemy go poznać, na ile pozwolił nam wejść „w swoje buty” i zrozumieć uwarunkowania jego decyzji, jego wyborów i postaw.
Straciliśmy brata, szwagra, przyjaciela i opiekuna rodziny. Wciąż jesteśmy w traumie i rozmyślaniach nad odchodzeniem z tego świata jakie stanie się naszym udziałem. Jesteśmy codziennie na cmentarzu, tak jak on to robił po odejściu swej żony przez ponad 5 lat. Oni są już połączeni, a my wciąż w drodze ku miejscu naszego spotkania
Żegnaj i czekaj


W cieniu dobrego drzewa

Świadectwo istnienia

Niedawno zmarł zasłużony dla naszej małej Ojczyzny obywatel.
Nie miałem z nim jakichś specjalnych relacji, ale poczułem się jakoś zobowiązany do zaakcentowania tego faktu, aby w ten sposób dać świadectwo jego istnienia i zasług, jakie dla naszej społeczności poczynił.
Opublikowałem na swoim koncie Fb klepsydrę zawiadamiającą o fakcie jego odejścia i co ważne terminu pogrzebu. Dodałem też jego zdjęcie i całość opatrzyłem tekstem:
Ta wiadomość sprowadziła na mieszkańców naszej Małej Ojczyzny smutek wynikający ze świadomości przemijania. 10 września odszedł na wieczną wachtę druh i wieloletni komendant miejscowej jednostki OSP. Współtowarzysze zmarłego przypomną jego wielkie zasługi i osiągnięcia w tym zakresie.

Ja chciałem przypomnieć zasługi zmarłego dla naszej małej Ojczyzny, jako wieloletniego przewodniczącego Gromadzkiej Rady Narodowej. Pełniąc tę funkcję miał okazję wpłynąć na trwałe urządzenie układu drogowego rynku i ulic. Od tamtego czasu wiele się tu zmieniło, ale w ramach zarysowanych właśnie przez Niego koncepcji. Wspominając zmarłego weźmiemy pod uwagę Jego przyjacielską dla wszystkich postawę i zasługi dla naszej pięknej miejscowości.
Część Jego Pamięci…
Zainteresowanie wpisem było spore i wielu znajomych poczuło potrzebę potwierdzenia jego zasług i pochwalenia postawy, jaką prezentował w całym swoim życiu.
Gdy nadszedł dzień pogrzebu, to z satysfakcją obserwowałem licznie zebranych żałobników, delegacje, strażaków ze sztandarami. Poruszające były też przemówienia ludzi, którzy pracowali z nim i chcieli go pożegnać swoim świadectwem jego postawy i dokonań.
Miałem swoją małą satysfakcję w tym, że jako pierwszy zabrałem głos w sprawie i nie przesadziłem w ocenach…
Przypomina mi się w takich chwilach myśl zmarłego tragicznie i zbyt młodo biskupa radomskiego J. Chrapka:
Idź przez życie tak, aby ślady twoich stóp przetrwały cię”…
Nie każdy jest świadomy znaczenia takich wskazań, a wielu wprost mówi:
– A po co mi słowa jakiegoś klechy, czy kogoś innego nad moją trumną. I tak nie będę tego słyszał. A poza tym ile obłudy jest w takich przemowach, to sam zmarły byłby zaskoczony, gdyby słyszał,…·
Jak zatem
jest z tym dawaniem świadectwa. Potrzebne to, czy zbędne?
Jeśli potrzebne to, komu? Zmarłemu, czy jego, często skłóconej rodzinie?
A może nam wszystkim pozostającym na tym łez padole ze swoimi lękami, obawami, wątpliwościami?
Pisałem już kiedyś na blogu na podobne tematy i cytowałem wiersz Wincentego Pola, który na swój własny użytek zatytułowałem:
Przepis na życie?

#tatul

Sorry Winnetou…

Moja wnusia, 12 latka Marysia obchodziła swoją kolejną, nastoletnią rocznicę urodzin podczas wizyty u nas, dziadków. Kończył się miesiąc sierpień, a więc i wakacje, a te okoliczności chcieliśmy wraz z jej rodzicami jakoś szczególnie utrwalić w pamięci, zwłaszcza w jej pamięci.
Nie zdawałem sobie sprawy jak ważnym i oczekiwanym wydarzeniem są dla nastolatka urodziny. Może nawet nie tylko w aspekcie spodziewanych prezentów, ale i spotkania towarzyskiego. Dość powiedzieć, że tych kilka ostatnich dni wakacji byliśmy mocno zaangażowani w to, aby wszystko się świetnie udało. Robiliśmy ciasto mające wystąpić w roli tortu ze świeczkami Marysia zastawiała stół kładąc przed każdym nakryciem odręcznie sporządzoną wizytówkę i później starała się pełnić rolę gospodyni. Jej siostra Emilka występująca w wybranej przez siebie na Allegro pięknej, długiej sukni z akcesoriami księżniczki przybyła na przyjęcie w towarzystwie swego przyjaciela Piotrusia (pisałem o tym  TU:)
Marysi towarzyszył sąsiad Mateusz rozpoczynający właśnie naukę w liceum.
To są okoliczności, w jakich chciałem umieścić dzisiejszą opowieść.

Marysia, już od małego dziecka była zapaloną słuchaczką czytanych jej bajek, a później już samodzielną czytelniczką coraz to nowszych bajek i poważniejszej literatury adresowanej do dzieci i młodzieży. Rozwój tej pasji dostrzegły w porę i wykorzystały mama i mama chrzestna Marysi obdarowując ją z okazji I Komunii Świętej pakietem wszystkich książek Małgorzaty Musierowicz z odręczną dedykacją autorki. Opisałem to: pod linkiem
Ostatnio oprócz czytelnictwa książek pochłania ją oglądanie filmów, w którym aktualnie przoduje Star Wars.
Właśnie na tym przyjęciu miałem okazję posłuchać rozmowy młodych pasjonatów tej, do nich w końcu adresowanej fantastyki. Przerzucali się szczegółami kolejnych części tej sagi, imionami bohaterów i ich wyczynami, a ja … siedziałem jak na tureckim weselu. Nie było sensu dopytywać się o szczegóły, bo zdawałem sobie sprawę, że jako ignorant, po prostu nie mogę być uczestnikiem tej rozmowy. Do tego trzeba się przygotować. Postanowiłem zrobić to w stosownym czasie, a tymczasem wyrazić uznanie dla żywej rozmowy uczestników i szerokich ich zainteresowań. Znalazłem krótką charakterystykę poszczególnych części tej sagi: Oto ona
Doświadczenie tej rozmowy nasunęło mi mnóstwo własnych wspomnień z moich spotkań z literaturą, jaką się interesowałem, gdy sam miałem kilkanaście lat. Zapamiętałem szczególnie emocje związane z czytaniem i przeżywaniem kilku powieści Karola Maya, które opowiadały o losach super bohatera Winnetou i jego super przyjaciela Old Shatterhanda. https://pl.wikipedia.org/wiki/Winnetou

   Młodzieńcze tęsknoty za prawdziwą i „sprawdzaną w bojach” przyjaźnią, jaka przytrafiała się szlachetnym, odważnym ludziom w tak naturalnych warunkach przyrodniczych, jakie panowały na Dzikim Zachodzie mogła zawładnąć i zawładnęła naszą wyobraźnią. Zapisywaliśmy się w kolejce do kolejnych tomów i czekaliśmy… do skutku, bo w miejscowej bibliotece wszystkie dwa egzemplarze były na stałym wypożyczeniu.
Każde spotkanie chłopaków było przepełnione opowieściami z życia tamtych ludzi, w którym liczyły się całkiem inne od współczesnych umiejętności i zdolności, ale liczyła się przede wszystkim przyjaźń, honor itp. wartości.
W podobnym czasie zawładnęła naszą wyobraźnią powieść z lokalnego już świata, bo z powojennej Warszawy.  W 1955 roku Leopold Tyrmand wydał powieść „Zły”. Dla zainteresowanych krótka charakterystyka: LINK
Tu, w zainteresowaniu, jakie nam się udzielało dopatruję się podobnego mechanizmu, a była nim narastająca potrzeba znalezienia wzorca duchowego rozwoju. Tu mieliśmy barwną postać bohaterskiego mściciela tępiącego wszelkie zło i biorącego w obronę pokrzywdzonych. Trochę to podobne do postaci Supermenów, jacy pojawili się znacznie później w światowej literaturze i filmie.
Tytuł dzisiejszej opowieści, to zdanie wygłoszone przez dzisiejszą solenizantkę Beatę, którym zakończyła jakąś dyskutowaną kwestię. Gdy to usłyszałem postanowiłem zapytać siedzącego obok jej bratanka – studenta:
Czy znasz Winnetou? Wiesz co to za imię?
– Nie znam. Pierwszy raz to słyszę
– odpowiedział.
Opowiedziałem o naszych młodzieńczych fascynacjach powieściami Karola Maya i o emocjach, jakie towarzyszyły czytaniu. Nie pytałem o to, co jego fascynowało, gdy miał naście lat, bo mam świadomość tego, że co człowiek to inna natura. Nie wszyscy są czytaczami, oglądaczami filmów, czy graczami na przebogatym rynku gier. Jesteśmy różni i nikogo nie dziwi fakt, że tylko ok.40 proc. społeczeństwa czyta książki i jak to powiedział Minister kultury prof. Gliński na inauguracji wczorajszego Narodowego Czytania 2020… jest to wskaźnik względnie stały, tak jak stałe są usiłowania do zmiany naszych zainteresowań słowem pisanym.
Liczę na rozmowę z Państwem

Dzień Blogów 2020 przypadał na 31 sierpnia

Najbardziej znanym prekursorem blogerów był prawdopodobnie Doogie Howser, genialny nastoletni lekarz z popularnego serialu telewizyjnego, który każdego wieczora notował na swoim IBM-ie krótką refleksję na temat ważnych zdarzeń minionego dnia. Musiało jednak minąć około 10 lat, by Internetowi pisarze pod koniec lat 90 mogli w prosty sposób publikować takie notatki w Internecie, w formach weblogów, które wkrótce ochrzczone zostały po prostu blogami. W ciągu kolejnej dekady blogi ewoluowały – nie były już tylko publicznymi pamiętnikami dla znajomych. W świecie artystów, polityków czy dziennikarzy stały się ważnym narzędziem marketingowym i miejscem głoszenia swoich przekonań. Światowa blogosfera liczy obecnie około 160 milionów blogów. Niektórzy autorzy prowadzeniem bloga zajmują się zawodowo, utrzymując się z wpływów z reklam. Jednym z pierwszych polskich blogerów, którzy stali się popularni dzięki swoim blogowym notkom (nieraz dość kontrowersyjnym), jest Kominek. Zaczynał praktycznie od zera w 2005 roku, dziś prowadzi dwa autorskie portale, wydał książkę o życiu blogera, a niebawem wystąpi w ogólnopolskiej reklamie telewizyjnej piwa Żubr. Głównym założeniem Dnia Blogów, obchodzonego od 2006 roku, jest promowanie blogosfery i zainteresowanie czytelników innymi kulturami. Blogerzy zachęcani są tego dnia do wyszukania pięciu ciekawych blogów – najlepiej z różnych stron świata – i polecenia ich swoim czytelnikom. W ten sposób promowana jest również współpraca między autorami blogów – czytamy pod adresem: https://www.kalbi.pl/dzien-blogow
Wysyp świąt i godnych świętowania rocznic, w jakie obfituje sierpień i początek września zepchnął na margines medialnego zainteresowania to święto. Praktycznie nie słyszałem o nim w żadnym z mediów. Ja sam pewnie bym przegapił ten dzień, gdyby Facebook nie przypomniał mi mojego wpisu z 31 sierpnia sprzed kilku lat. Dzięki temu udostępniłem na swoim koncie taki wpis:
Kochani blogerzy…
Życzmy sobie wzajemnie tego,
co tak raduje nasze dusze.
Co to takiego?
Mówić nie muszę…
Liczyłem na szerszy odzew czytelników i blogerów, z których przynajmniej kilku jest również moimi fejsbukowymi znajomymi. W efekcie kliknęło w to kilkanaście osób znajomych, ale żaden nie był blogerem. Czy to może być jakimś sygnałem zmian zachodzących w naszym, czy tylko moim środowisku?
Postanowiłem zaglądnąć do tzw. blogosfery i tu spotkałem dość ciekawe zobrazowanie zjawiska nazywanego blogowaniem. Całość pod symptomatycznym pytaniem: Międzynarodowy Dzień Bloga i Blogera. Czy blogowanie to „ciężka praca”?  Ponieważ przejąłem się apelem zamieszczonym w cytowanym na wstępie tekstem z kalendarza to spróbuję zainteresować Państwa innym niż swój blogiem. Zapraszam zatem pod adres: http://www.naszebabelkowo.pl/2020/08/miedzynarodowy-dzien-bloga-i-blogera.html
Ja spotkałem tam wiele opinii autorki jak i komentatorów, pod którymi podpisałbym się obiema rękami. Dlatego pozostawiłem tam komentarz:
Piękny tekst i zamieszczona pod nim dyskusja. Ja mam już kilkanaście lat praktyki i zdecydowanie potwierdzam większość opinii na temat rozwojowego charakteru blogów. Uczymy się i odczuwamy mniej więcej to samo. ·Z okazji Dnia Bloga umieściłem na swoim koncie Fb taki anons:
31 sierpnia to obok innych ważnych rocznic, to także Międzynarodowy Dzień Blogerów…
Kochani blogerzy…
Życzmy sobie wzajemnie tego,
co tak raduje nasze dusze.
Co to takiego?
Mówić nie muszę…

Kliknęło w to kilkanaście osób znajomych, ale żaden nie był blogerem.
– Czy wiecie, że jest nas około 160 milionów?
Miłego…

Ponawiając życzenia kierowane do blogerów czekam na odpowiedź i rewizytę, która w jakiś sposób wpisała się do etykiety obowiązującej blogerów.
Co Państwo blogerzy myślą na ten temat?
A czytelnicy?

O szkole i naukach płynących z naszego systemu kształcenia

Za tydzień (?) nasze dzieci podejmą naukę w szkołach, o ile termin rozpoczęcia roku szkolnego nie ulegnie jeszcze zmianie. Nie jest jasne jak będzie wyglądać ta nauka. Czy tradycyjnie w klasach szkolnych czy w domach, a może hybrydowo trochę w domach, a resztę w szkole? To się zobaczy.
Ważne, aby podjęły naukę w świadomie wybranych szkołach i realizowały swoje predyspozycje.
Dzisiaj przypominam tekst napisany przed 8 laty, kiedy jeszcze istniały gimnazja a niemal w każdym powiecie istniała Wyższa Szkoła Tego bądź Owego. Wszyscy realizowali swoje plany, ale czy wszystkim to wyszło na dobre. A społeczeństwo co z tego miało?
Zapraszam

Tatulowe opowieści

Minął właśnie rok od dnia, w którym zakończyłem pracę w szkole i znalazłem się na emeryturze. Nie wziąłem sobie jednak emerytury od spraw, nazwijmy to szkolnych. Wciąż interesuje mnie ta problematyka i czytam wszystko, co dotyczy szkoły, nauczycieli, czy też uczniów. A jest co czytać. Również oglądać, czy też słuchać w programach radiowych. Jak widać wielu ludziom leży na sercu problem polskiej edukacji i los dzisiejszych uczniów począwszy od przedszkola po studia wyższe włącznie.

Tak się jakoś składa, że dziennikarze piszą, nauczyciele strajkują, organa prowadzące szkoły tnąc koszty zamykają te najmniej liczne, rodzice protestują, wszyscy komentują nie pozostawiając suchej nitki na edukacji i oświacie produkującej od wielu już lat bezrobotnych absolwentów…, a karawana idzie dalej. Zmienia się wiele, ale w kierunku dalszych ułatwień dla uczniów poprzez uproszczenia programów nauczania oraz zapewnienia łatwiejszej zdawalności matur i innych egzaminów. Szkoły krzyczą jednym głosem:
Chodźcie do nas! U nas nie trzeba się…

View original post 1 342 słowa więcej

Minister od kasy

Ten sam dzień, tylko sprzed 7 lat. Wtedy planowano zmienić ministra finansów, a dzisiaj jego odpowiednik przeprowadził aktualizację budżetu na 2021 r, który zamiast zrównoważenia (Deficyt 0) będzie miał deficyt 109 miliardów złotych, jak dobrze pójdzie. Spadek PKB sięgnie ponad 4 proc,a inflacja niemal tyle samo. Dodatkowo minister od kasy pocieszył nas tym, że to nie wydatki będą przyczyną deficytu ale INWESTYCJE, tak lansowane przez premiera. Da nam to „kopa do przodu i w górę”. Inflacja, to nie jest sprawa tego ministra, a prezesa NBP, a więc umył ręce, co jest dzisiaj tak ważne nie tylko w zyciu, ale i polityce. Coraz więcej ministrów i wiceministrów umywa ręce i sama odchodzi, zanim prezes przeprowadzi rekonstrukcję
rządu i ich wywali. Obecny minister od kasy też zapowiadał odejście do innej, bardziej ambitnej pracy…
Może ktoś obserwujący scenę polityczną powie, co właściwie się dzieje? Skąd i dokąd wiatr wieje?
Czy te minione 7 lat zmieniło coś w rytuale sprawowania władzy przez nasze elyty?

Tatulowe opowieści

Bywają dwa rodzaje ministrów finansów: jedni odchodzą w hańbie, a drudzy – we właściwym czasie. James Callaghan

Jacek Roz­tow­ski, wi­ce­pre­mier i mi­ni­ster fi­nan­sów, jest źle oce­nia­ny przez 48 proc. Po­la­ków. 31 proc. od­nio­sło się neu­tral­nie do pracy mi­ni­stra, a za­do­wo­lo­nych z jego po­czy­nań jest tylko 8 proc. an­kie­to­wa­nych. Mi­ni­ster zna­lazł się na trze­cim miej­scu wśród najgorzej ocenianych ministrów – jak to możemy wyczytać z dzisiejszym artykule  TUTAJ
Wyprzedził tylko min. Joannę Muchę i Bartosza Arłukowicza, których oceniano jeszcze gorzej. Nic wiec dziwnego, że pojawiły się kalkulacje o jego rychłym zwolnieniu w ramach przewidzianej na wrzesień  rekonstrukcji rządu. Zakłada się możliwość wykonania takiego manewru nie tylko z powodu niskich (jak twierdzi opozycja) kompetencji, a z potrzeby rzucenia na pożarcie wystarczająco „grubej ryby”, bo tylko to może przywrócić zaufanie do tego rządu. Tu szczegóły

Wiadomo, że powodem wszelkiego złą jest kasa, a właściwie jej brak. Na czym więc zbić kapitał polityczny…

View original post 610 słów więcej

Jędrek – wielozawodowiec

10 sierpnia obchodzony jest jako Dzień Przewodników Górskich. Przebiegał bez większego zainteresowania mediów i niewielu to odnotowało.
Oto moje spotkanie z Jędrusiem – przewodnikiem górskim do jakiego doszło przy okazji pobytu w Zakopanem.
Zapraszam

Tatulowe opowieści

Podczas odwiedzin rodzinnego domu, nasza córcia Małgosia z synkami zaplanowała dla nas wszystkich m.in.wspólny wypad do Zakopanego. Przebywali tam jej, a poprzez nią i nasi znajomi z Fundacji Kultury Tatrzańskiej działającej w Chicago. Przyjechali do Polski aby wziąć udział w warsztatach i we wspólnych występach zaprzyjaźnionych zespołów regionalnych kultywujących tradycje kultury tatrzańskiej. Głównym punktem programu realizowanego w Zakopanem było zwiedzanie obiektów związanych z kulturą ich przodków oraz udział w przeglądzie zespołów regionalnych jaki odbywał się w Chochołowie. W tym właśnie czasie mieliśmy tam dojechać, aby się z nimi spotkać i uczestniczyć w ich zajęciach. Po dość długich domowych deliberacjach zdecydowaliśmy się na ten wspólny wyjazd. Jeszcze nie mieliśmy takiej okazji, aby całą naszą rodziną (bez zięcia pozostałego w Chicago) przebywać w jednym czasie, w tak atrakcyjnym miejscu i wspólnie chłonąć kulturę tatrzańską. Tym bardziej, że śpiewy i tańce góralskie są nam dość dobrze znane, a…

View original post 556 słów więcej

Ludzie niepowszedni są nam potrzebni…

Wstałem rano, raniusieńko… Włączyłem radio, a później telefon i dowiedziałem się, że dzisiaj mamy Dzień pozytywnie zakręconych.

Przecież pisałem o tym nie tak dawno, ciekawe jak wtedy przyjęto ten tekst pomyślałem, a potem wyszukałem w archiwum bloga i przeczytałem. Tu tekst.
Szału nie było. Komentarze też raczej uprzejmościowe. Mimo tego udostępniłem na swoim koncie Fb, bo w tym zakresie należę do ludzi zakręconych. Czy pozytywnie zakręconych, to wypada pozostawić ocenie moich znajomych. Czekam na zainteresowanie i odzew, bo zatytułowałem ten materiał tak, aby zachęcał do wypowiedzi:
Czy wiemy, co mówią o nas inni?
Czy mamy jakiegoś bzika, który nie znika?
Ja sam zapisałem się do tego klubu zakręconych i robię swoje, głownie w mediach społecznościowych, gdzie udostępniam zdjęcia na stronach Kieleckie jakie cudne, Świętokrzyskie krajobrazy, Kapliczki i krzyże przydrożne i na administrowanej przeze mnie stronie Staszów – Impresje. Przyznano mi tytuł Wizualny narrator, no bo opowiadam o tym, gdzie byłem i co widziałem obrazkami, wspieranymi niekiedy słowami na zachętę.
Ta działalność nie przynosi mi nic wymiernego, ale czasem daje radość płynącą ze słów uznania, czy lajków i serduszek pozostawianych przez odwiedzających te strony. Bywa, że spotkana przypadkiem osoba wita mnie słowami:
A wie pan, że zawsze oglądam zdjęcia, które pan zamieszcza i dzięki temu wiem, co się dzieje w naszych stronach…
– Moja synowa, córka, czy jeszcze ktoś pokazuje mi w telefonie pańskie zdjęcia i relacje z wydarzeń…

To miłe dla mnie wyróżnienie i tym sposobem pragnę życzliwym ludziom za to podziękować.
Staram się jak mogę, a jak nie mogę to jeszcze bardziej się staram – odpowiadam, albo kwituję to często używanymi jako wprowadzenie do zdjęć słowami:
Dla tych, co nie mogą
iść tą samą drogą,
którą ja wędruję
I fotografuję…
Wszyscy wiemy że dużo jest takich osób, a media społecznościowej świetnie tę potrzebę spełniają.
Będąc w skowronkach cały skomentowałem zdjęcie wirtualnego znajomego z Fb, który będąc burmistrzem pobliskiego miasteczka, a jednocześnie zapalonym fotografikiem zamieścił dzisiaj właśnie śliczne zdjęcie ze swojego miasta publikowane w stałym cyklu:
Połaniec – wspaniałe miejsce do życia na ziemi…
Nic dziwnego w tym, że burmistrz promuje swoje miasto, prawda?
Dlaczego jednak tak mało burmistrzów dba o taki kontakt z wyborcami i światem?
Napisałem pod tym zdjęciem następujące słowa:
Dzisiaj jest dzień ludzi pozytywnie zakręconych. Gratuluję przynależności do klubu i odnoszonych sukcesów.
Jeszcze nie odpowiedział, bo pewnie jest w pracy, ale nic straconego. Ma swoich znajomych, którzy to zobaczą.
Jeszcze jedno poruszenie mnie dzisiaj spotkało.
W moim radio usłyszałem nie nowy, nawet dla mnie utwór Perfektu: Ludzie niepotrzebni. Nie słuchałem dawno tej piosenki jednak zaskoczyło mnie takie postawienie sprawy przez wykonawcę i Jacka Cygana, będącego autorem tekstu.
Poszukałem, włączyłem, aby posłuchać i co słyszę: https://www.youtube.com/watch?v=Eo2mv2j9IDI&list=RDEo2mv2j9IDI&start_radio=1&t=0
Tytuł jest całkiem inny: Ludzie niepowszedni… Znamy ich? Znamy, a czy doceniamy?