Chcę ci (wam) dać szczęśliwe dobre święta…

Dzisiaj rano usłyszałem w Jedynce PR dawno nie słyszanego Ryszarda Rynkowskiego. Nie o niego mi chodziło, ale o śpiewaną przez niego piosenkę. Oto jej fragmenty:

Chcę ci dać spokojne, dobre święta
Dni powszednie też
Nie pamiętaj niepotrzebnych słów i łez
To jest czas na sen dla smutnych myśli
Niech je skryje śnieg
Mogą tam pozostać nawet rok, czy wiek…    Czytaj dalej

Reklamy

Na grzyby! Czy to słońce, czy to deszcz…

wrzesień 17 035Takiego sezonu na borowika jak w tych dniach to ja nie pamiętam. Co roku chodzę na grzyby i znam ogromne połacie lasu i mam tzw. swoje miejsca, więc wiem co mówię – powiedział mój szwagier przynosząc mi wiadereczko grzybków, czyli borowików. Dla niego inne grzyby jadalne to „betki” więc ich nie zbiera.

Ucieszyłem się z takiego nabytku, zwłaszcza że lubię grzyby, a nóżki nie chcą mnie nosić. Facebook jest zagrzybiony ponad wszelkie normy. Już pojawił się mem o treści: Jeszcze ktoś mi tu wklei zdjęcia swoich grzybków, to…(pip). Wczoraj w naszej lokalnej gazecie Echo Dnia pokazano zdjęcie borowika, na którego kapeluszu wyrósł drugi borowik. Ciekawe, czy smaczniejszy był ten z dołu, czy z góry, bo tego nie napisali.
Niektórzy wręcz szokują swoimi zbiorami. Ktoś tam zebrał 380 kg borowików, a w „Szkle kontaktowym” ktoś napisał SMS, że jego szwagier przywiózł z lasu trzy taczki grzybów. Co oni zrobią z taką ilością grzybów. Ile czasu i ludzi trzeba zaangażować aby taką masę obrać, przetworzyć, czy choćby wysuszyć. To problem namiętnych zbieraczy. Ja mam tyle, że na własne potrzeby wystarczy. Poza tym trzeba się spodziewać niskich cen suszonych grzybów, bo przy wielkiej podaży ceny pikują w dół. Jak mi zabraknie to się dokupi.
Dzisiejsza sobota przywitała nas deszczem, a więc można się spodziewać dalszych sukcesów. Kto idzie w las ten powinien zastosować się do poradnictwa Starszych Panów, którzy w zakresie grzybobrania doradzali:
A można i na grzyby
Na grzyby – w aromatów pełen las
Na grzyby – przed wyjazdem słuchaj sprawdźmy gaz
Weźmy czegoś parę kropel
A na drzwiach wywieśmy o tem
Że ruszyliśmy w sobotę
bo powzięliśmy ochotę
Na grzyby – tu borowik, a tam dzik
dzik, wściekły na mnie… ech… pociągnijmy sobie łyk
nie musimy dużo łykać, by się przestać lękać dzika…
Piękne – prawda? W aromatów pełen las… Jak poetycko to brzmi. Już czuję ten zapach lasu, szkoda tylko, że moje POChP reaguje na takie zapachy reakcją uczuleniową. Z tego co wiem, to sporo ludzi ma takie same problemy. Może więc warto rozejrzeć się dokoła i zasilić takich ludzi nadmiarem zebranych grzybów. Niech i oni mają radość z tego wysypu

Z rodziną, to… najlepiej do fotografa…

– Gdzie spędzasz święta? Pytano najczęściej w mediach różnych sławnych ludzi w czasie poprzedzającym święta. Najczęstszą odpowiedzią było stwierdzenie:  – U rodziców, u rodziny, chociaż zdarzały się i takie:  – My całą rodziną spędzamy święta z dala od domów, suto zastawionych stołów, od rytuałów powtarzanych przez całe wieki…

Tak, czy inaczej, to wszyscy w tym szczególnym czasie świąt pragniemy być wśród swoich, lub ze swoimi, chociaż nie zawsze jest to łatwe i możliwe do zrealizowania. Rozsypało nas po świecie, a tego często nie daje się pokonać. Tęsknimy wtedy i to jest widoczne po obydwóch stronach ekranu smartfonów, tabletów, czy laptopów nie wyłączając zwykłych telefonów. Obiecujemy spotkanie w następne święta uznając słowa autora „Małego Księcia”
Najważniejsze jest, by gdzieś istniało to, czym się żyło: I zwyczaje. I święta rodzinne. I dom pełen wspomnień. Najważniejsze jest, aby żyć dla powrotu. Antoine Marie Roger de Saint-Exupéry
Słowo Rodzina nabiera wtedy szczególnego znaczenia i chociaż nie mamy jakiegoś szczególnego dorobku, to przynajmniej mamy RODZINĘ.
Idealizuję, nieprawdaż? Przecież każdy ma jakąś rodzinę, bo zawsze jest tak, że ktoś go spłodził i wychował. Nie ma innej drogi i to jest w dodatku zwyczajna biologia. Tak było od zarania ludzkości i tak będzie nadal, aż jakaś zagłada zniszczy życie na Ziemi. O co tu kopie kruszyć?
W ostatnich napotkałem na Fejsbuku sentencję następującej treści:
Rodzina jest jak gałęzie drzewa, wszyscy rośniemy w różne strony, ale korzenie pozostają te same https://www.facebook.com/372180069636081/videos/641299272724158/

Zaopatrzyłem tę mądrość sugerowaną akceptacją , bo się zgadzam z takim postawieniem sprawy. Dopisałem w komentarzu słowa: – Oczywista oczywistość…
Pomyślałem jednak, że nie każdy w taki sam sposób rozumie i interpretuje tego typu złote myśli. Ja, mający m.in. wykształcenie rolnicze zaraz widzę ten pień i korzenie, które nie mogą żyć bez asymilatów powstających dzięki fotosyntezie w liściach i przesyłanych poprzez gałązeczki, gałęzie i konary do pnia i korzeni. Tak samo i liście nie miałyby szans na życie bez wody i składników odżywczych pobieranych z gleby przez korzonki i grube korzenie , a następnie transportowanych przez wiązki sitowe kory w górę aż do ostatniego listka na wierzchołku najwyższego nawet drzewa.
A przecież i same drzewa nie zawsze rosną tak jak warunki pozwalają. Dla przykładu jabłonie są formowane przez ogrodników tnących niemiłosiernie ich gałęzie tylko w tym celu aby jabłka miały odpowiednie warunki naświetlenia słonecznego, bo od tego zależy ich wielkość, wykolorowanie skórki i smakowitość.
Czy każdy podpisujący się pod cytowaną sentencją bierze pod uwagę te zależności? Przypuszczam, że wątpię – jak mawiał pewien mój znajomy.
Gdy dzisiaj szukałem tej sentencji, to dotarłem do dyskusji jaką kolejni czytelnicy pozostawili pod tą życiową mądrością. Tak na oko sądząc proporcje wypowiedzi zawierających pełną akceptację prawdy o rodzinie do wypowiedzi wątpiących w wartość rodziny układała się jak  5:1. Nie dziwi mnie ten odsetek ludzi wątpiących w wartość rodziny, bo przecież różni ludzie mają różne doświadczenia jakie wynieśli ze swoich domów. Nawet gdy były one szczególnie przykre, to chyba przyznamy, że nie zawsze wynikało to z winy rodziców, czy rodzeństwa, bo my sami też mieliśmy udział w kształtowaniu relacji wewnątrz rodziny.
Przeglądając sentencje dotyczące rodziny wynotowałem tylko kilka charakterystycznych i godnych przemyślenia:

  • Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, a każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób. Autor: Lew Mikołajewicz Tołstoj.
    * Dzieci niechże uczą się najpierw pieczołowitości względem własnej rodziny i odpłacania się rodzicom wdzięcznością. Jest to bowiem rzeczą miłą w oczach Bożych. Autor: 1 Tm 5,4
  • Możesz nauczyć się od swoich dzieci o wiele więcej, aniżeli one nauczą się od ciebie. Poprzez ciebie poznają świat, który już przeminął, ty w nich natomiast odkrywasz świat, który właśnie się rodzi. Autor nieznany
  • Jaką wdzięczność okażesz rodzicom, takiej spodziewaj się od swoich dzieci. Tales z Miletu
  • Dom się budować zaczyna od dymu z komina. Autor nieznany

Jest jeszcze znane wszystkim IV przykazanie, nad którym szczególnie warto się pochylić  Klik

Nie jest trudno być dobrym…

Nie trudno jest być dobrym. Wystarczy tylko chcieć. To treść sentencji pozostawionej nam przez Ojca Mariana Żelazka, zwanego w Indiach Ojcem trędowatych. Tak się jakoś zdarzyło, że gdy przed laty wychwyciłem w eterze to wyznanie, to przy połączeniu z opisem jego działalności w Indiach wydało mi się tak znaczące, że sobie je zanotowałem w podręcznym kapowniku. Takie wydało mi się mądre, chyba przez swoją prostotę. Czytaj dalej

Emigracja to nie tylko sposób na zapewnienie dostatku, to szkoła życiowej mądrości

_spoleczenstwoEmigrowałem… Nie , nie będzie tu piosenki Budki Suflera „Jolka, Jolka” chociaż wiele pań dotkniętych emigracją mogło nosić to imię. Tamten facet emigrował codziennie rano, a w nocy znów wracał… Pamiętacie?
Jolka, Jolka, pamiętasz lato ze snu,
Gdy pisałaś: „tak mi źle,
Urwij się choćby zaraz, coś ze mną zrób,
Nie zostawiaj tu samej, o nie”.

Żebrząc wciąż o benzynę, gnałem przez noc,
Silnik rzęził ostatkiem sił,
Aby być znowu przyTobie, śmiać się i kląć,
Wszystko było tak proste w te dni.
Teraz jest podobnie, ale ja nie o takich sposobach na życie myślę.
Emigracja stała się naszą rzeczywistością. Dwa miliony, a niektórzy twierdzą , że nawet trzy wyemigrowało w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i dla rodziny. Pozostawili rodziny, biedne dzieci, które często stają się euro sierotami i szukają nowych możliwości. Intencje dobre, ale życie często przynosi im często niedobre rozwiązania. Każdy zna wiele dobrych skutków takich działań, ale też i złych, a nawet bardzo złych dla wszystkich z emigrantami włącznie. Nie tylko rozpad rodzin, przeżycia graniczące ze skrajnym upodleniem, bezdomność w której bijemy rekordy w Niemczech , a pewnie i nie tylko tam.
Ja też kiedyś emigrowałem i opisałem tu na blogu swoje doświadczenia. Ja tam, a żona tu tęskniliśmy za sobą i marzyliśmy o tym, aby ta rozłąka się kiedyś skończyła. Tematem poruszanym nieustannie w naszych listach było pytanie : Kiedy wracasz? Oboje wypowiadaliśmy różne argumenty za powrotem jak i za pozostaniem jeszcze na jakiś czas, bo praca dobra, bo pieniążków przybywa, bo planowane cele życiowe stają się coraz bardziej realne… Tak zeszło nam ponad dwa i pół roku. Wróciłem w 1989 r. przed Wielkanocą. Raczej zadowolony z tego co udało się osiągnąć. Rozstanie nie zaszkodziło naszemu małżeństwu. Dzieci podrosły, zmieniły się nasze relacje, ale i to w dłuższym czasie udało się nadrobić. Jednego nie przewidzieliśmy. Zmian jakie wprowadzono w 1989 roku uwalniając ceny i kurs dolara. Nasze oszczędności walutowe, o których mieliśmy wysokie mniemanie stopniały do rozmiarów bieżącego zapasu gotówki. Nie było już możliwości budowy nowego domu, lub rozbudowy domu rodziców, a więc na co się zdało tyle wyrzeczeń?
Wciąż dręczyło mnie pytanie skąd na mojej drodze życia bierze się takie nagromadzenie przeciwnych wiatrów i piętrzących się trudności? Pech i tyle…
Dzisiaj rankiem otworzyłem Facebooka na informacji mojej sympatycznej Eweliny, którą miałem przyjemność spotkać na swojej nauczycielskiej drodze. Podała komunikat :
– Kilometry za nami, wiele jeszcze przed nami… Deutschland zbliżamy się kochani, do zobaczenia jesienią
Zapytałem: – Na podbój świata? Powodzenia…
Ewelina odpowiedziała natychmiast: – Wie Pan jak to jest Panie Czesławie, a przy okazji może uda nam się coś podbić huhu Pozdrawiam cieplutko – – – Czesław : – Zawsze razem, bez względu na pogodę…- Śpiewano kiedyś . To ważna okoliczność. Nowsza wersja: „Każdy sukces, każdy dół dzielę z tobą pół na pół…”
– Ewelina – Panie Czesławie trafione w punkt ☺ trzeba dzielić ze sobą te dobre jak i te gorsze chwile
– Czesław – Trzeba, Doświadczyłem i wiem. Powodzenia
– Ewelina: – Dziękuję bardzo za słowa otuchy i dobrą radę

Czy to można powtórzyć???

Podczas śniadania, z naszego radyjka dobiegała miła dla ucha piosenka śpiewana przez wczesną Edytę  Górniak. Początek – jakby na rozkręcenie się brzmiał dość łagodnie, aby po chwili, jak to u Edyty nabrać siły niemal krzyku :

Nie proszę o więcej niż możesz mi dać…
Żona zareagowała nerwowo dysponując..:
– Czego ona się tak wydziera, głowa mi zaraz pęknie. Wyłącz to zaraz, albo włącz coś spokojniejszego…
Wyłączyłem, bo wiem co to znaczy ból głowy, ale zacząłem się przekomarzać:
– Pomyśl tylko – mówię , jak ona biedna ma przemówić do niego jeśli nie krzykiem? Przecież tak niewiele chce. On może to spełnić, ale jakoś się z tym ociąga więc krzyknęła. Z chłopami tak już jest, że czasem trzeba krzyknąć…|
Żona uśmiechnęła się ale nie chciała rozszerzać tej rozmowy. Piosenka przebrzmiała, jak i następujące po niej inne piosenki. Nasze życie toczyło się normalnym rytmem, typowym dla dwojga starszych ludzi, którzy TE sprawy mają już dawno uregulowane i nie zanosi się na radykalne zmiany, a więc i podpowiedź Edyty jak upominać się o swoje nie budzą emocji. Żona zapewne zapomniała o tym incydencie, ale ja postanowiłem sprawdzić o co właściwie tej Edycie chodziło. Znalazłem piosenkę, wysłuchałem jej brzmienia czytając podczas tego tekst napisany przez inną Edytę: Tekst piosenki: Edyta Bartosiewicz. Muzyka i wykonanie : Edyta Górniak http://www.tekstowo.pl/piosenka,edyta_gorniak,nie_prosze_o_wiecej.html-
Nie mów, że dzisiaj nie kończy się świat,
Że ból kiedyś minie, zagoi rany czas
Nie mów, że jeszcze przede mną jest wciąż
To, co najpiękniejsze
Jak mam uwierzyć w to?
Nie proszę o więcej niż możesz mi dać !!!
Czy jeszcze kiedyś powtórzy się
Co zdarzyło się nam…
Jeśli znam się na tekstach współczesnych piosenek, to babka została porzucona i cierpi tęskniąc za nim. Rozpamiętuje miniony czas i nie chce aby ktoś opowiadał jej jakieś bzdury typu: Ból minie, czas leczy rany, nie trać nadziei na to, że wszystko co najpiękniejsze wciąż jest przed tobą itd. itd… Ona wie, że było jak było, ale trzeba walczyć o tę miłość i dlatego gotowa mu wszystko wybaczyć woła w przestrzeń z całych sił: Wróć miły w te strony: https://www.youtube.com/watch?v=-pVs95whkNM  (proszę wysłuchać również następnej piosenki pod  tym linkiem)
Wróć do mnie wróć, całą sobą cię pragnę…
Nie proszę o więcej niż możesz mi dać
Czy jeszcze kiedyś powtórzy się
Co zdarzyło się nam
Nie proszę o więcej, zbyt dobrze Cię znam…
Czy jeszcze kiedyś, kochany…
Kochany, kochany…
Gdy skończyłem odsłuchiwanie piosenek śpiewanych przez dziewczyny i facetów mających ten sam problem, to w jakimś programie informacyjnym TVN omawiano przypadek pewnego Słowaka, który udając Włocha tak rozkochał w sobie jedną z dziewczyn wołających jak Edyta: Wróć miły, że nie bacząc na elementarne zasady bezpieczeństwa oddała mu nie tylko siebie ale i cały swój dobytek – około 800 tys. zł. Oprzytomniała w samą porę. Faceta ujęto i będzie miał sprawę o dość wysoko ustawionym wyroku odsiadki. Przy okazji wspomniano inne wyczyny takich zuchów wypełniających pustkę po byłym, czy byłej nie omieszkując wspomnieć naszego „Tulipana”, który w latach schyłkowego PRL-u uszczęśliwiał kobiety oczyszczając ich konta i zasoby. Odsiedział swoje i twierdzi, że niczego nie żałuje. Czynił wszak dobro i spełniał marzenia.

Ot życie, życie…

Każdy chce i potrzebuje rozmowy, tylko o rozmówcę trudno

Każdy powinien mieć kogoś

Mema udostępniła jedna z moich znajomych na swoim koncie Fejsbuka. Treść ma głęboki sens, bo została napisana przez wybitnego autora i  chyba nikt nie będzie kwestionował jej słuszności. Ja również się z nią zgadzam, tylko że ktoś połączył w całość treść z nie pasującym do tego przesłania zdjęciem. Ten osiłek i bokser jest niby symbolem owego „każdego”?, a do tego założył słuchawki żeby nie słuchać rozmówcy?  Rękawice bokserskie sprzyjają dobrej rozmowie? A może to ona przyszła do niego aby pogadać i nawiązawszy nim  full kontakt czołami nawet nie zadbała o to, aby on zdjął te słuchawki?
Ponieważ lubię tę moją znajomą to postanowiłem ją zapytać:
– On, mając słuchawki na uszach chyba tylko mówi, co?
– Może to on właśnie potrzebuje się wygadać – odpowiedziała
– W rękawicach bokserskich łatwiej trafić … do przekonania – pytałem dalej
– Dokładnie – odpowiedziała bez zwłoki
–  Bo według niego bardziej liczy się argument siły, a nie siła argumentu, co?
Tu nasza rozmowa się przerwała i tylko lajk przy ostatniej zaczepce potwierdzał, że trafiłem w sedno.
Powie ktoś, że się czepiam, a ja tylko zgłaszam swoje wątpliwości do ważnego społecznie problemu jakim jest dobra, szczera i oczyszczająca rozmowa. Każdy chce mieć kogoś z kim… Dlaczego jednak nie każdy może sobie to zapewnić? Chcemy się tylko wygadać? Tak jak w zasłyszanej kiedyś opowieści, z której wynikało, że w pewnym mieście funkcjonuje pewna pani, która przychodzi do kawiarni i stawia na stoliku ogłoszenie : – Jestem gotowa cię wysłuchać. Okazuje się, że na brak zajęcia nie narzeka. Kolejek nie było, ale zawsze ktoś czekał aż zwolni się miejsce obok tej pani. A może jednak ta rozmowa ma czemuś służyć, np. wyjaśnieniu wątpliwości, znalezieniu kompromisu, a potem nawet zażegnania jakiegoś tam kryzysu i wypracowanie warunków do zgody?
Aby zilustrować tok moich myśli posłużę się przykładem.
Podczas ostatniej mojej wizyty u mojej Ani nasza rozmowa zeszła na aktywność w zakresie konwersacji jaką przejawia moja wnusia Marysia. Ona – co chyba typowe dla dzieci w jej wieku – może zamęczyć pytaniami, stawianymi opiniami, domaganiem się tego, co akurat wydało się jej najpotrzebniejsze i atrakcyjne. Ania mówi, że to jest bardzo ciekawe, ale – jak to mawiał pewien góral – bywa menconce. Przy takim właśnie spędzania czasu w oczekiwaniu na autobus Marysia bawiła mamę rozmową, której przysłuchiwali się również czekający tam ludzie. Jeden z panów będąc wyraźnie poruszony treścią rozmowy odezwał się do Ani następującymi słowami:
Przepraszam ale tak mimo woli przysłuchuję się waszej rozmowie i zupełnie przypomniała mi się moja córka. Jest w podobnym wieku i podobnie reaguje na rozmowę. Tylko, że moja żona odeszła ode mnie i zabrała za sobą córeczkę, a teraz uniemożliwia mi kontakt z dzieckiem. Bardzo mnie tym skrzywdziła…
Tu dało się zauważyć, że ten człowiek był lekko pod wpływem, co może było czynnikiem sprzyjającym otwarciu się wobec obcej osoby. Nie był jednak pijany. Był wyraźnie przygnębiony i jakby zainteresowany okazją do wygadania się. Ania odpowiedziała pocieszająco, że może nie wszystko stracone, że trzeba szukać okazji do porozumienia się w tej sprawie, a gdyby nawet nie dało się tego załatwić w rodzinie, to niech pamięta, że nie jest sam. Zawsze może np. pójść do kościoła, bo tam jest Ktoś, kto wysłucha każdego, i nawet może podsunąć jakieś rozwiązanie…
Rozmówca Ani bardzo jej dziękował i niemal płakał. Pożegnał się całując ją w rękę i zauważył, iż dziwny to przypadek, że akurat los go zetknął z nimi na tym przystanku. Ot przypadkowe spotkanie, prawda?
Napisałem wczoraj do Ani:
– Zapamiętałem Twoją opowieść o spotkanym na przystanku facecie, któremu podpowiedziałaś, aby poszedł do kościoła i tam opowiedział Bogu o swoich rodzicielskich problemach. Nie wiem czy skorzystał z Twojej rady? Jak myślisz?
– Oj myślę że tak. Płakała jego dusza cała. Oczekiwał Spotkania. A to był tylko pretekst. Jego oczy…. ON BYL GOTOWY. A Pan posyła takich jak ja. To Jego dzieło, nie moje.
– Jak będziesz u nas, to sobie zapiszę kilka takich opowieści , dobrze?
– Sure. Mogłam ja zapisywać. Pamięć jest ulotna – odpowiedziała.
– Ja bym to rozpowszechniał u siebie na blogu przy okazji kolejnych opowieści.
– A, to super. To zaczniemy współdziałać 🙂 A jak Pan tego chce, Papa, to będzie więcej takich sytuacji
– Nie masz nic przeciw temu abym nazywał mego rozmówcę „Moja Ania”?
– Nie. Jestem Twoją Anią.
– Tak też myślałem…

Spotkań z ludźmi ciąg dalszy

13231166_10204728949904030_1026227094_nKontynuując wątek spotkań z ludźmi, w kolejnej opowieści chciałem napisać o wrażeniach ze spotkania z Aleksandrem Dobą, który właśnie dzisiaj zamierza wypłynąć spod Statuy Wolności w Nowym Jorku w swoją trzecią już samotną podróż przez Atlantyk https://www.facebook.com/RadioSzczecin/

Spotkanie z tym wyjątkowym człowiekiem odbyło się w Muzeum Polskim w Chicago. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności uczestniczenia w nim. Dzięki pomocy mojej Małgosi miałem nawet miejsce w pierwszym rzędzie widowni, tuż obok żony podróżnika, pani Gabrieli. To Małgosia odstąpiła mi swoje krzesło i dzięki temu mogłem słuchając Gościa wieczoru jednocześnie zrobić setkę zdjęć, porozmawiać z panią Gabi, przyglądać się reporterom szukającym tego najlepszego ujęcia, „które oddawałoby charakter pana Aleksandra” – jak to ujęła zaprzyjaźniona pani Julita – fotograf PMA. Tu właśnie – jako że mam problem z pochwaleniem się własnymi zdjęciami (ograniczenia portalu Onet) posłużę się linkiem do tekstu Dariusza Lachowskiego reporażysty Dziennika Związkowego, który przedstawił własny punkt widzenia na wyczyny podróżnika i załaczył do niego swoje własne i piękne zdjęcia z tego spotkania: http://www.transcendentphoto.com/2016/05/27/dzien-w-ktorym-calym-sercem-zaczalem-popierac-olka/

Moje spojrzenie na wyczyn podróżnika ma oprócz wszystkich innych również pewien osobisty aspekt. Jesteśmy rówieśnikami. We wszystkich komentarzach do sprawozdań ze spotkania i pod zdjęciami akcentuję ten właśnie aspekt, bo wiem jak zmierzyć wyczyn Olka porównaniem do własnej sprawności, do ograniczeń jakie być może również sam sobie zafundowałem. Pytałem o to jego żonę w czasie, gdy z sali padały pytania kierowane  do jej męża. – Dlaczego nie pytają żony o to jak to jest być żoną takiego człowieka? Odpowiedziała, że pytają o to zwykle dziennikarze, ale nie na tego typu spotkaniach, ale  na przykład w wywiadach. Dowiedziałem się przy okazji ile stracił na wadze podczas ostatniego rejsu i starałem się wyobrazić sobie pana Olka w dniach powrotu z wyprawy. Odkryłem, że przygotowanie do kolejnych wypraw, to również narzucenie na siebie ciałka i w tym uzyskałem potwierdzenie domowego menagera czyli żony Olka. O nim samym usłyszałem: To człowiek czynu. Całe życie szukał dostępnych i możliwych do zrealizowania celów, które dostarczały mu adrenaliny potrzebnej jak tlen. Gdy ten cel osiągał, to prawie natychmiast szukał nowego wyzwania.
Podoba mi się jego credo: „Trzeba marzyć, ale z marzeń trzeba zbudować dobry plan, a ten plan po prostu zrealizować”.

Gdy na koniec spotkania jego uczestnicy stanęli w kolejce do pana Olka aby uzyskać wpis w jednej z książek o nim, to i ja stanąłem między nimi z książką dedykowaną organizatorowi spotkania czyli Muzeum Polskiemu w Ameryce. Gdy pozowaliśmy wspólnie do pamiątkowego zdjęcia, to powiedziałem mu, że dla mnie szczególnie ważne jest spotkanie z rówieśnikiem, który pokazał światu, że nie ma rzeczy niemożliwych i po raz kolejny rzuca oceanowi nowe wyzwanie, w czasie gdy ja już całkiem się poddałem i zrezygnowałem z ambitnych przedsięwzięć. Zapewniłem, że będę śledził stronę pana Olka i modlił się za niego.

Książkę  pt: Na oceanie nie ma ciszy, która jest biografią podróżnika czytam sobie w wolnych chwilach i co rusz znajduję w niej opisy zdarzeń, którymi dzielił się z nami na spotkaniu w muzeum. Na okładce zamieszczona jest ocena Martyny Wojciechowskiej Redaktor Naczelnej „Nacional Geographic Polska” z którą się w pełni utożsamiam. Oto ona:

„Zawsze uważałam, że mam dużą wyobraźnię… Ale nawet moja wyobraźnia nie sięga tak daleko jak wyobraźnia Olka Doby! Trzeba być szaleńcem, żeby pewnego dnia wsiąść w kajak i przepłynąć ocean, żeby dzięki własnej determinacji i sile mięśni samotnie przemierzyć tysiące mil morskich. Olek dokonał rzeczy, wydawałoby się niemożliwej. Dzięki temu co zrobił, stał się idolem dla wielu młodych, którzy chcieliby mieć tyle samo odwagi i fantazji. Chodzi o to, że Olo jest jedyny i niepotwarzalny, inspiruje nas wszystkich do tego, żebyśmy mieli odwagę realizować marzenia, nawet te najbardziej zwariowane…”

Teraz gdy starannie przygotował się do kolejnej atlantyckiej przeprawy tzw. drogą północną i przezwyciężył wszystkie trudności prawne, organizacyjne i finansowe życzmy mu dobrego zdrowia, dużo siły, sprzyjających wiatrów i prądów morskich, mało burz i sztormów w drodze na swoje wrześniowe urodziny, na które obiecał sobie i nam wszystkim swoisty przezent – SUKCES

http://wiadomosci.onet.pl/swiat/usa-aleksander-doba-rozpoczal-kolejna-wyprawe/q2nrqz

 

 

 

Jak leci? Dziękuję, nie mogę narzekać…

We wtorki,  po północy, w Jedynce Polskiego Radia nadawane są cykliczne audycje z udziałem red. Małgorzaty Kownackiej i ks. Krzysztofa Ołdakowskiego. Tematem przewodnim ostatniej audycji uczyniono sprawę narzekania. Lubię ten zespół realizatorów prowadzących ciepłą rozmowę tak pomiędzy sobą,  jak i z telefonującymi do redakcji ludźmi. To jest realny kawałek życia. Szkoda tylko, że tak późno, ale przecież nie będę narzekał, bo często telefonują ludzie samotni i dotknięci przez los. Dla nich każda pora, to dobra pora na to aby się wyżalić, pochwalić i uzyskać wsparcie.
Teza wczorajszej audycji brzmiała następująco:  Czytaj dalej