Spotkanie z @Brzozą – blogową czytelniczką i komentatorką

13480222_10204874005930340_1327891754_nW pierwszych dniach pobytu w Chicago, kiedy nasz Tomcio kończył naukę w polskiej szkole na Trójcowie miałem okazję zobaczyć jak wygląda ta szkoła i sama uroczystość zakończenia roku szkolnego. Budynek szkoły należący do parafii św. Trójcy jest częścią jej kompleksu budynków. Ojciec ze Zgromadzenia Chrystusowego,  ks. Andrzej Totzke, pełni funkcję proboszcza parafii zorganizowanej jako misja ewangelizacyjna jast zarazem prezydentem szkoły i zarządza nią poprzez radę szkoły i jej dyrektora , panią Marię Baran.
Uroczystość oficjalna odbyła się w kościele, gdzie mogli się swobodnie pomieścić uczniowie przedszkola, szkoły podstawowej i liceum wraz z towarzyszacymi im rodzinami. Uczniowie wystąpili w strojach graduacyjnych odpowiednich do rangi szkoły, a całość towarzystwa pięknie komponowała się z wnętrzem dodając splendoru całemu wydarzeniu. Jak zwykle na takich spotkaniach były gratulacje dla uczniów i to nie tylko z okazji zdania do następnej klasy, czy ukończenia szkoły. Gratulowano im również podjęcia wysiłku zwiazanego z nauką jezyka ojczystego, zdobywaniem wiedzy o Polsce i świecie realizowanej w soboty, kiedy ich amerykańscy koledzy mają zasłużony weekend. Dziękowano również rodzicom, którzy doceniając znaczenie tej nauki nie szczędzili trudów dowozu swoich pociech do szkoły i bardzo wspierali pracę tej placówki. Wszystkim życzono miłych i bezpiecznych wakacji oraz powrotu do szkoły i nauki w następnej klasie lub na kolejnym stopniu edukacji. Po częśći oficjalnej przeszliśmy wszyscy do szkoły na spotkanie w klasach naszych pociech, gdzie uczniom wręczono świadectwa, dyplomy i nagrody książkowe. Porozmawialiśmy z nauczycielami i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjecia.

To jest tylko rama dzisiejszej opowieści, albowiem idąc do szkoły …

Na schodach spotykamy panią z emblematem „Nauczyciel”, która pozdrawia naszą Małgosię i wita się z nią, aby po chwili nam ją przedstawić:
Tato, Mamo – to jest Tereska. Pracowałyśmy kiedyś współnie w liceum. Witamy się i przedstawiamy jak zwykle w takich sytuacjach się robi, a tymczasem Tereska mówi:
Rozpoznałam państwo z fotografii zamieszczanych na blogu. Pan jest <Tatulem>,  a ja jestem <Brzoza>. Nie darowała bym sobie gdybym się chociaż nie przywitała i nie ujawniła przy okazji swoich prawdziwych danych…
Dla mnie było to pełne zaskoczenie. <Brzoza> towarzyszyła mojemu blogowaniu niemal od samego początku prowadzenia bloga. Jej komentarze były pełne treści i doskonale poszerzały te wątki, o których pisałem. Bywało, że brała mnie w obronę przed atakami ludzi napadających na mnie, a nie na moje argumenty, ale od jakichś trzech lat zaprzestała komentowania, chociaż od czasu do czasu nadawała komunikat: Jestem, czytam, ale …
Wszyscy prowadzący blogi na pewno dobrze znają uczucia jakie towarzyszą takim spotkaniom. Możemy wtedy skonfrontować realną osobę z jej medialnym wizerunkiem i nickiem jakim się posługiwała. Możemy też sprawdzić, czy więzi jakie zostały zadzieżgnięte poprzez teksty mają jakąś wartość. My, będący w przejściu pomiędzy budynkami i wciąż w trakcie trwającej uroczystości zakończenia roku szkolnego mogliśmy sobie pozwolić jedynie na krótką wymianę uprzejmości i wspólne zdjęcie. Rozstaliśmy się z zapewnieniem, że podczas tego pobytu na pewno się spotkamy, aby pogadać i poznać się w „realu”.
Czas pobytu zbliża się do końca i wreszcie wczoraj zapowiedziane spotkanie doszło do skutku. Tereska dojechała do domu Małgosi z dalekiego południa. Jechała 4 autostradami, a sama droga zajęła jej 1 ½ godziny, które należało wygospodarować w precyzyjnie zaplanowanej amerykańskiej rzeczywistości. Popłynęły rozmowy, opowieści o pracy i życiu, o naszej blogowej znajomości, naszych poglądach i zainteresowaniach, o wielu innych sprawach wartych obgadania. Wiele na tym skorzystaliśmy. Zrobiliśmy też sobie pamiątkowe zdjęcia, do których będziemy powracać we wspomnianiach. Telefony i SMS-y od córek przypominały naszemu gościowi o nieubłagalnym upływie czasu i przyspieszały czas rozstania. Mam nadzieję, że @ Brzoza wygospodaruje w swoim kalendarzu czas na powrót do komentowania, dzięki czemu również Państwo będą mogli ją poznać lub tylko ją sobie przypomnieć.

Pozdrawiam serdecznie @Brzozę i wszystkich czytelników

 

 

Reklamy

Posiadanie osobistej marki staje się wymogiem czasu

Moje wewnętrzne JAW życzeniach noworocznych zamieszczonych na moim blogu przez zaprzyjaźnioną blogerkę znalazłem coś, co chyba wszystkim blogerom zaprząta uwagę. Zawierało się to w słowach:  Życzę …wiele inspiracji, zaangażowanych komentatorów, dalszego rozmawiania na blogu, zdrowia i siły do pisania postów oraz ciepłych klimatów. Wszystkiego najlepszego i samego dobrego w prywatnym i blogowym życiu.

Miłe życzenia, prawda? Od razu wiedziałem, że nadawca wie czego życzyć blogerowi, zwłaszcza gdy w miarę regularnie czyta moje posty i obserwuje tzw. czytelnię. Odpowiadając na te życzenia napisałem: – Dziękuję  za tak sformułowane życzenia. Mam nadzieję, że przynajmniej kilku czytelników zostanie przez Ciebie zmobilizowanych do komentowania i w ten sposób spełni się sympatyczne życzenie. Dalszych sukcesów w blogosferze życzę i dużo satysfakcji jaka tą drogą może na Ciebie spłynąć. Powodzenia na każdym polu
Niestety, nikt nowy się już nie pojawił, a ja zacząłem zastanawiać się dlaczego z popularnością bloga jest tak jak jest. Pierwsze co mi przyszło na myśl, to wspomnienie wysłuchanego w czasie przerwy świątecznej wykładu na temat budowania osobistej marki. Moja marka o nazwie Tatul ma już wystarczająco długą historię aby odpowiedzieć na pytanie, czy ma wartość przyciągającą czytelników, czy raczej osiągnęła szczyt swoich możliwości. Z wykładu dowiedziałem się jakie warunki trzeba spełnić aby budowana marka spełniała pokładane w niej nadzieje. Dotyczy to choćby tych wstępnych pytań:
…Kiedy zabierasz się za świadome budowanie marki osobistej, musisz sobie odpowiedzieć na trzy pytania:
– Kim jestem?
– W czym jestem dobry?
– Dlaczego akurat ja?
– Czy w tym co robię jestem wiarygodny?
Odpowiedziałem sobie na pierwsze pytanie. Jestem nauczycielem, ekonomistą, mężem, ojcem (stąd Tatul), dziadkiem, obywatelem, rolnikiem, piekarzem, majster-klepką i czymś tam jeszcze.
Na drugie pytanie, mając wątpliwości co do obiektywnej oceny odwołałbym się do opinii byłych uczniów, którzy na fejsbuku mimo upływu czasu wciąż dają mi odczuć jak to ze mną i z naszymi relacjami bywało.
Trzecie pytanie wciąż stanowi dla mnie zagwozdkę, ale skoro w internetowej przestrzeni istnieję już ósmy rok, to uważam, że jakoś, w miarę pozytywnie  się tam zapisałem.
W czwartym pytaniu opieram się na opiniach byłych uczniów(choćby tu: LINK ) oraz znajomych i czytelników bloga.

Sumując powyższe ustalenia uznałem, że w żadnej z dziedzin nie jestem ekspertem i nawet mi przez głowę nie przeszło ubieganie się o taką klasyfikację wśród ludzi blogosfery. Ot, trzymam się kryterium zawartym w nagłówku bloga i snuję te swoje opowieści o tym co mnie intryguje, a także inspiruje do zabrania głosu.
Przeglądając to, co na temat budowy marki zamieszcza wujek Google znalazłem wiele ofert szkoleń w zakresie budowy marki w której umieszczono zachęty typu:
…Najlepsze przykłady silnych marek osobistych. Znajdziesz tutaj ludzi różnych narodowości, branż, osobowości i pasji. Łączy ich jedno – świadomie chcą wpływać na świat i robią to doskonale dzięki swojej marce osobistej. Sporą część przykładów stanowią nasze własne projekty z polskimi przedsiębiorcami i liderami w swoich kategoriach. Na pewno znajdziesz tutaj sporo inspiracji dla siebie…
…Co zrobić, żeby działać tak jak liderzy w swojej kategorii? Popatrz na nich, sprawdź co robią, ale nigdy nie kopiuj ich stylu działania. Znajdź swoją własną drogę i indywidualny sposób na skorzystanie z danego modelu…
Jak na razie ze szkoleń nie korzystam, chociaż kto wie czy nie trzeba tego przemyśleć gdyż po odwiedzeniu wielu stron zajmujących się budowaniem własnej marki w mediach natrafiłem na bardzo ciekawy tekst: Narcystyczna hi(p)steria : LINK – do przeczytania którego serdecznie zapraszam.
Autor deklarujący przestrzeganie zasady samego Einsteina: ”Tak prosto, jak to tylko możliwe. Ale nie prościej” objaśnia fenomen naszego zachowania się w mediach i nie tylko tam. Oto fragment na zachętę:
    Proponuję małą retrospekcję. Ile razy w ciągu ostatniej doby zrobiłeś coś tylko dlatego, żeby zaimponować komuś, kogo tak naprawdę nawet nie lubisz? Choćby na Facebooku, gdzie masowo chwalimy się rzeczywistymi i wyimaginowanymi osiągnięciami. Bo co to w końcu za zasługa przyrządzić tartę na kolację lub przebiec parę kilometrów (Endomondo się kłania). Odpowiem za Ciebie – żadna. A wyjść na spacer lub na plażę? Zrobić zdjęcie kotu, a jeszcze lepiej znaleźć je gdzieś w sieci? To nawet więcej niż nic – po prostu wstyd się czymś takim chwalić. A jednak to robimy. I co więcej – klikamy i lajkujemy bzdury innych ludzi. Czy naprawdę imponuje nam ich tarta lub głupie zdjęcie z wakacji? Nie, ale klikamy w „like” przy tych pierdołach w długim cyklu wzajemności. Ja polubię czyjegoś kota, a ktoś mój tatuaż. Oboje poczujemy się docenieni. Oczywiście fałszywie, ale… nikt nie będzie wnikał na tyle głęboko, aby zdać sobie z tego faktu sprawę. Czy kiedykolwiek zadałeś sobie pytanie, dlaczego to robisz? Prawdopodobnie nie, bo wtedy musiałbyś się spotkać z poczuciem własnej pustki, a może nawet ze stojącym za nim poczuciem beznadziei. A może nawet czasem doświadczasz tego stanu? Kiedy cała ta maska własnej zajebistości opada i dochodzi do Ciebie bolesna prawda, że to tylko pozory. Wcale nie jesteś tak wspaniały, jak chciałbyś być i jak przedstawiasz się innym. Praktycznie każdy narcystyczny człowiek ma takie chwile dekompensacji. Ale zawsze potem przychodzi nowy lajk, nowa sukienka lub nowe „wspaniałe” osiągnięcie, a wtedy fałszywe „ja” znowu zostaje wzmocnione.
Czy napisałem „narcystyczny”? Wygląda zatem na to, że odkryłem karty – takie właśnie jest nasze społeczeństwo, szczególnie młode pokolenie. W powszechnym mniemaniu narcyz to człowiek zarozumiały i samolubny. Nie jest to jednak cała prawda. Narcyz może być czarujący, a nawet miły i życzliwy. Esencją tego zaburzenia nie jest tylko egoizm, ale posiadanie tzw. fałszywego self, czyli powierzchownej, udawanej tożsamości. Oczywiście narcyz nie zdaje sobie sprawy z własnej sztuczności i to, co w istocie jest fałszywe, nazywa sednem samego siebie. Maska tak bardzo przyrasta do twarzy, że zapomina się o jej istnieniu. Człowiek naprawdę czuje się szczęśliwy, kiedy dostaje lajki pod wrzuconą fotografią, bo podziw jest paliwem dla wspomnianego fałszywego self – sztucznego “ja”…
   Dalej jest równie ciekawie. Przekonujemy się co do prawdziwości obiegowego stwierdzenia mówiącego o tym, że : „Jak cię nie ma w mediach społecznościowych, to nie istniejesz”. Szczególnie jaskrawo daje się to zaobserwować na Facebooku, gdzie jestem szczególnie aktywnym uczestnikiem społeczności. Wszyscy coś grają i świadomie lub nie, to jednak kreują swój wizerunek, aby zrealizować jakieś realne, czy wydumane cele. Znam wielu ludzi, którzy z pogardą wypowiadają się o tej zabawie i zarzekają się, że ich świadomie realizowana zasada brzmi: Ani słowa o sobie w Internecie. Nie mają pretensji do tego aby zaistnieć, a później jakoś sensownie kreować swój wizerunek i markę. Są wolni.
Ci, którzy tam już są muszą coś z tym zrobić, aby lepiej wykorzystać szansę jaką przestrzeń internetowa daje każdemu.

Nie długość, nie grubość, a figlarność liczy się…

Pod wpływem blogowego wydarzenia jakim jest dla mnie osiągnięcie stanu licznika wynoszącego 1000 000 odsłon, czy jak ktoś woli wejść na stronę, przeżywałem trochę emocji z tym  związanych. Liczyłem na to, że któraś z moich opowieści zasłuży sobie na łaskawe potraktowanie redaktorów tego działu „tfuuuurczośći”i za jednym umieszczeniem  tekstu w zakładce Blogi na stronie Onet.pl  zawita tu kilka, kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt tysięcy czytelników i w ten sposób spełni się wiele życzeń jakie w tej mierze otrzymywałem od ludzi chcących mi sprawić przyjemność. Niestety. Redaktorzy zauważają tatula i jego opowieści, gdyż w rankingach działu Społeczeństwo, gdzie mój blog jest publikowany obserwuję dość stabilną, dość wysoką i utrzymująca się niezmiennie od kilku miesięcy pozycję (15-20 miejsce) wśród blogów promowanych. W kategorii Top blogów zdarzyło mi się kilka poleceń moich tekstów na miejscach 1 do 10 , ale to wszystko nie przekłada się na poczytność. Nikt nie przegląda rankingów w takim celu, aby w nich wybrać sobie kogoś, kogo akurat w danym dniu polecają redaktorzy z Blog.pl , a więc ta droga promowania służy wyłącznie do nadmuchiwania ego autorów, którym akurat na tym zależy. Ruch w interesie robi się dopiero wtedy, gdy jakiś tekst polecą w danym dniu na pierwszej stronie Onet.pl. Wiem, bo miałem kilka takich promocji i liczbę zaliczonych wtedy odwiedzin można zobaczyć na samym dole mojej strony.
Przeglądając codziennie rano ruch na moich stronach internetowych, zauważyłem że na pierwszą stronę Onet.pl trafia co rano pięć  blogowych tekstów z czego TRZY -CZTERY dotyczy żarcia, a jeden do dwóch krąży wokół spraw społecznych i obyczajowych. Mam więc pecha, gdyż ani raz nie pisałem o żarciu, czym bardzo osłabiłem swoje szanse. Muszę chyba wziąć to pod uwagę. Zauważyłem też, że ważny jest sam tytuł, bo ten może przyciągnąć nawet ponad 100 000 czytelników. Ważna jest treść, która może się sprzedać jeśli trafi w zainteresowanie czytelników, czy może raczej czytelniczek blogów. Cóż jednak począć jeśli nie każdy potrafi tak pisać, aby zasłużyć na podobne zainteresowanie? Porzucić marzenia? Zrezygnować? Zmienić styl? Adresować treść do innej grupy wiekowej ?
Gdy tak sobie deliberuję nad moim sposobem widzenia tego rodzaju aktywności, to wydaje mi się, że aby znaleźć odpowiedź na nurtujące mnie pytania  muszę  sięgać do innych źródeł opinii niż te, jakie mogą się pojawić w komentarzach na blogu.
Z opowiadań przy stole – choć nie tylko – wiem, że od wieków toczona jest debata o możliwości osiągnięcia zadowolenia w życiu seksualnym, które zależy podobno od wielu czynników. Skoro jedno – blogowanie – jak i to drugie służy wyłącznie rozrywce, to pozwoliłem sobie wpisać do wyszukiwarki odpowiednio sformułowane pytanie i otrzymałem adres strony gdzie jedna z pań w odpowiedzi na pytania innej pani raczyła wyrazić swoją opinię w następujący sposób: Nie długość, nie grubość, a figlarność przyrodzenia daje maksimum zadowolenia :).”
Otóż to. Odpowiedź nie za długa, nie za krótka i figlarna przy okazji.
Chciałem napisać o tym krótko, a wyszło tak średnio – jak na moje standardy.  Chciałem ograniczyć objętość rezygnując z wielowątkowości, ale… Chciałem być figlarnym i to chyba też wyszło tak średnio. Chciałem nadać temu ciekawy i intrygujący tytuł, aby przyciągnąć oko, ale … proszę ocenić jak to wyszło i śledzić losy tej opowieści  bo ja wciąż mam nadzieję , że ci, którzy kwalifikują blogi do rankingów czytają nie tylko treść ale i komentarze.

Pomaganie to jest taka zwykła rzecz…

Przed niespełna miesiącem pisałem o naszej polskiej skłonności do pomagania ludziom w potrzebie http://tatulowe.blog.onet.pl/2015/07/20/pomagamy-innym-pomagac/  W komentowanie tego tekstu zechciało się zaangażować wiele osób, wśród których była Siostra Małgorzata Chmielowska, która chyba najlepiej z nas wszystkich wiedziała  o tym jak jesteśmy szczodrzy i jakie przypadki preferujemy w zbiorowej świadomości. Czytaj dalej

Rozmowa, to nie tylko słowa…

Obchodzone w lipcu kolejne rocznice blogowania zawsze były dla mnie okazją do podsumowań, ale i do zadawania pytań o ocenę zakresu tematycznego, przejrzystości i przystępności tworzonych tekstów. Wszystko po to, aby się doskonalić w rozmowie jaką prowadzi każdy blogujący z gronem ludzi, którzy z jakichś względów odwiedzają jego stronę. Czytelnicy bywali na ogół życzliwi i dlatego zawsze efektem takich rozmów były ważne dla mnie wnioski i życzliwe podpowiedzi, za które serdecznie dziękuję. Czytaj dalej

Rocznica powstania bloga

Myszka blogowa

Doczekałem się 7 rocznicy powstania bloga Tatulowe opowieści. Liczbę kolejnych opowieści również otwiera siódemka, co daje średnią 103 notki na rok. Z tego wynika, że tak średnio pisałem nowy tekst co trzy dni. Czy zawsze nowy? No nie zupełnie, gdyż czasami sięgałem do powtórzeń – jeśli uznałem, że mogą one nadal kogoś zainteresować tematem lub sposobem ujęcia starego problemu. Wypada przypomnieć początki. Oto w dniu 3 lipca 2008 roku opublikowałem pierwsze słowa, a brzmiały one następująco:  http://tatulowe.blog.onet.pl/2008/07/03/pierwszy-historyczny-post/

Na banerku ówczesnego bloga królowała dość długo nadrzewna mysz kościelna (zdjęcie powyżej). Czytaj dalej

Przepraszam, to tylko próba…

Tak się składa, że od początku tego roku przeżywam wielkie kłopoty z opublikowaniem każdego nowego tekstu na blogu. Już mi się czasem odechciewa kontynuować te swoje opowieści różnej treści. Interwencje nie pomagają. Pomoc techniczna również nie.

Dzisiaj mam szansę dokonać tej próby z komputera mojej córki, u której jestem z wizytą.

Wśród wszystkich spraw ważnych liczy się jedna, a jest nią WIOSNA

Wśród wszystkich spraw ważnych i jeszcze ważniejszych liczy się jedna, a jest nią WIOSNA. Do takiego wniosku doszedłem po długim rozmyślaniu nad tym jak odnieść się do obchodzonej właśnie piątej rocznicy katastrofy pod Smoleńskiem. Tamtego dnia przypomniałem wprawdzie swój opis przeżyć z tego tragicznego dnia zamieszczając link do mojego tekstu napisanego 10 kwietnia 2010 roku: http://tatulowe.blog.onet.pl/2010/04/10/przerwane-uroczystosci/ Tamten tekst kończyłem jak następuje: – Dzisiejszy tragiczny wypadek pod Smoleńskiem, niosący niespotykaną w świecie skalę jednoczesnej śmierci tylu ważnych przedstawicieli aparatu państwowego, zwróci uwagę świata na Katyń i już nikt nie będzie zaprzeczał faktom mordu elity narodu oraz bezbłędnie wskaże sprawców tej naszej narodowej tragedii.
My sami z powodu tej tragedii przenieśliśmy się do zupełnie innej rzeczywistości. Jakie będzie nasze jutro?. Czytaj dalej

Ciche więzi

W ubiegłym tygodniu spotkałem w saloniku prasowym znajomą, z którą spotykam się w podobnych na ogół sytuacjach jedynie kilka razy w roku. Powitania są jednak bardzo serdeczne, tak jak i rozmowa, w której zawsze poruszamy m.in. temat mojego bloga. Tak było i tym razem:
– O witaj, dawno cię nie widziałam. Jak żyjecie? Tu, w Bogorii, czy może u córki? A zdrowie jak?
Po wymianie pytań i wzajemnym udzieleniu sobie odpowiedzi pada to tradycyjne pytanie:
– A tatulowe opowieści nadal piszesz? Ja nie mam komputera, ale moja Magda regularnie je czyta i gdy rozmawiamy przez telefon, to często zahaczamy o ten temat.
Podobne rozmowy przydarzają mi się częściej przynosząc miłe – chyba dla każdego blogera – doświadczenie. Dowiaduję się na przykład, że brat mojej kuzynki, to… czyta wszystko, co tylko gdzieś napiszesz i w ten sposób jest tu z nami, mimo, że tak naprawdę, to nie był tu już kilkanaście lat. Czyta tatulowe i to, co napiszesz na stronie parafialnej i na fejsbuku…
Inny kuzyn mieszkający od lat w USA przy każdej rozmowie związanej ze składaniem sobie życzeń świątecznych, czy imieninowych podkreśla ten właśnie walor mojej aktywności blogowej oraz tej realizowanej w mediach społecznościowych. Podobne sygnały dochodzą mnie również z kraju, ale wszystkie mają tę samą cechę. Docierają do mnie innym kanałem niż komentarz na blogu lub choćby na czacie fejsbuka. Rozumiem i szanuję takie podejście do sprawy i nie piszę tego w formie wyrzutu, czy pretensji, ale potrzeby przesłania komunikatu: Jeśli zajrzycie do bloga to przeczytacie, to co Wam chcę powiedzieć…
Cieszę się z tego, że mogę komuś przybliżyć sprawy dotyczące naszej małej Ojczyzny, bo wiem jak się tęskni za swoimi stronami. Sam przez wiele lat byłem poza domem i naszą Bogorią i to w czasach, gdy nie było komputerów, aparatów fotograficznych, możliwości kontaktów międzyludzkich. Teraz, gdy takie możliwości istnieją, to staram się o zachowanie atrakcyjności publikowanych tu i ówdzie zdjęć tak z punktu widzenia odbiorców miejscowych jak i właśnie tych ludzi, którzy żyją w oddaleniu. Nasze otoczenie stale się zmienia i pięknieje. Pokazywanie tego zapewne tak samo Was raduje jak i mnie, a więc dzieląc radość mnożymy ją, nieprawdaż?
Pozdrawiam moich cichych czytelników i życzę spełnienia marzeń w zakresie fizycznych odwiedzin naszych stron, a tymczasem zechciejcie przyjąć wiosenne i ciepłe pozdrowienia.

Przeczytałem, przemyślałem, dopisałem…

Wiem o tym, że mam belferskie nawyki i to może denerwować wielu ludzi zaglądających do mojego bloga. Sam to podkreśliłem w rozmowie z internetowym znajomym, a on przyznał skwapliwie :

A to fakt, belferski to jesteś, ale znam gorsze przywary… Dodał jeszcze, że dostrzega nadmierną tendencję do moderowania dyskusji

Bo czuję się nadal belfrem i mam też czytelników z tamtego okresu – odpowiedziałem. Moi czytelnicy, a przynajmniej ci, którzy komentują nie są ani za polityką, ani za ekonomią i tak to leci. Mało mam dyskutantów i kładę to na karb wielowątkowości, używania statystyki, liczb, wplatanie tematów politycznych czy gospodarczych…Pogadaliśmy jeszcze o różnych sprawach i każdy pozostał ze swoimi myślami.

Kiedy dziś rano zaglądnąłem do Fejsbuka, to natrafiłem na mema o następującej treści:

„Coraz częściej przekonuję się, że najszczęśliwsze życie prowadzę, gdy na nikim mi nie zależy” temyśli.pl . Zwykle nie odpuszczam takim rewelacjom i dodaję do nich swój komentarz, ale on ginie w setkach innych komentarzy lub -jak to określam, dusi dyskusję. Dlatego dzisiaj otworzyłem swój nowy kącik opatrując go nazwą zawartą w tytule: Przeczytałem, przemyślałem, dopisałem

Egoistka taka jedna, była jednak bardzo biedna Mam już pierwsze lajki , a liczę na kolejne.

Pozwólcie mi na jeszcze jeden kwiatuszek z tej samej łączki:

Jesteś tylko człowiekiem. Wolno ci popełnić swoją porcję błędów” temyśli.pl

Przeczytałem, przemyślałem i dodałem:

Wolno, ale nie spiesz się z tym, bo za wszystko trzeba płacić. Słodkie życie słono kosztuje