Bylebyśmy zdrowi byli…

Światowy Dzień Zdrowia przypadł w tym roku na sobotę 7 kwietnia. W mediach – jak co roku pojawiły się audycje, a w prasie artykuły mające wspólny cel jakim jest szerzenie oświaty zdrowotnej i promocja zdrowego stylu życia. Wszyscy wiemy, że najtańszym sposobem sprawowania opieki zdrowotnej na oczekiwanym i wysokim poziomie jest profilaktyka zdrowotna, gdyż nikt w świecie nie był jak dotąd w stanie zakwestionować ogólnoludzkiej mądrości z której wynika że …lepiej zapobiegać niż leczyć. Gdyby udało się przekonać ludzi do zachowywania zasad zdrowego życia, gdyby wspomóc ten kierunek działań stosownymi programami działań profilaktycznych finansowanych przez państwo, to może udałoby się uleczyć chorą jak większość z nas twierdzi służbę zdrowia?

Oto przygoda jakiej doświadczyłem kiedyś w Tarnobrzegu.
Gdy po zwiedzaniu jednego z kościołów wyszedłem, aby przyjrzeć się jego otoczeniu. Zadziwiało mnie piękne utrzymanie otaczającej ten kościół zieleni, alejek, placu zabaw i mnogość przylegających obiektów. Szedłem i zastanawiałem się nad sposobem wykorzystania tych obiektów gdy napotkałem” Okno życia”. Zrobiłem kilka zdjęć aby je wykorzystać przy jakiejś okazji. Wędrując dalej trafiłem do hospicjum. Później dowiedziałem się również paru informacji o przydatności przykościelnego placu zabaw, który służył dla dzieci specjalnej troski. Zapamiętałem tamten spacer jako symbol pewnej klamry spinającej losy ludzi od narodzin do śmierci. Okno życia i hospicjum wspierane miłosiernymi czynami ludzi kościoła. Zarówno tych umieszczonych na samym szczycie hierarchii jak i tych na samym dole, którzy na różne sposoby wspierają działalność charytatywną na rzecz ludzi chorych, zagubionych, bezdomnych i nieszczęśliwych. To w tym aspekcie słyszałem i odbierałem na nowo słowa byłego już Papieża Benedykta XVI:

„Miłość – caritas – zawsze będzie konieczna, również w najbardziej sprawiedliwej społeczności. Nie ma takiego sprawiedliwego porządku państwowego, który mógłby sprawić, że posługa miłości byłaby zbędna. (…) Zawsze będzie istniało cierpienie, które potrzebuje pocieszenia i pomocy. Zawsze będzie samotność. Zawsze będą sytuacje materialnej potrzeby, w których konieczna jest pomoc w duchu konkretnej miłości bliźniego” (Deus caritas est)

W lutym obchodzony był Światowy Dzień Chorego. Przed trzema laty pisałem na ten temat m.in. to, co następuje: https://tatulowe.wordpress.com/2009/02/11/szlachetne-zdrowie/
   Wśród komentujących ten artykuł zabrała głos nieobecna tu od dłuższego czasu nauczycielka mieszkająca w USA i podpisująca się Nickiem <Brzoza> .
Przypomnę Państwu jej komentarz, bo mieści w sobie wiele informacji, a mógł być wtedy niezauważony – jak to z komentarzami bywa:

 Brzoza – 12/02/2009   Witam Pana! Temat bardzo trudny, a przez to ciekawy. Tak, najważniejsze jest zdrowie. Jeżeli choruje dziecko to rodzice ( najczęściej matki ) bardzo się poświęcają. Choroba ciała, nawet jeżeli jest bardzo ciężka – jest lżejsza od choroby duszy. Matki mające chore dzieci – nie chcą litości ani tym bardziej podziwu. Bo my patrzymy na nie z boku – jak na bohaterki. A przecież jest to ich codzienność, a jak jest im ciężko, to przeklinają swój los. To ludzki odruch kiedy pytają – ”dlaczego ja?, „dlaczego mnie to spotkało?” Wpadają w choroby ( anoreksja, depresja, załamanie ) bo tam gdzie jest chore ( psychicznie ) dziecko- tam często choruje cały dom. A takich dzieci jest naprawdę  dużo. Z problemami emocjonalnymi – coraz więcej. Jednak to małe, piszczące, kopiące, autystyczne – jest ciałem z ciała matki i kością z jej kości. Dzięki temu jest łatwiej nieść krzyż. Bo dziecko jest jej. Z dorosłymi jest już zupełnie inna sprawa. Domy wielopokoleniowe należą do przeszłości. Młodzi mieszkają osobno, a ich dzieci widzą dziadków – w najpiękniejszych chwilach. W zabawie, rozmowie, rozpieszczaniu, nauczaniu, czytaniu bajek. I dobrze. A jednak rzeczywistość łączy się ze starością. Z bezradnością i pomocą udzielaną innym. Cudownie jest- jak babcia do końca swoich dni jest sprawna, zdrowa i umiera we śnie- bez cierpienia. Jednak zdarza się to nie tak często. I tutaj powstaje problem moralny. Co zrobić z rodzicami, którzy wymagają opieki? Tak – znosić cierpienie ( to fizyczne i psychiczne) razem. Podawać witaminę M- czyli miłość w dawkach, które sami możemy im „przepisywać”. A jednak … Zmienia się świat i podejście do życia. Starość jest jego częścią. To, co dawniej nas oburzało – Domy Starców ( w Polsce oburza nadal, bo każdy boi się samotności, zlej opieki, złych lekarzy, kradzieży rzeczy osobistych – złego traktowania, bicia nawet – w Domu Spokojnej Starości ) – dla naszego pokolenia będzie normalne. Tylko normalne musza być Domy, w których będą przebywali starsi ludzie. Moja babcia dożyła pięknej starości we własnym domu. Ale rodzina miała warunki, aby się nią opiekować. I właśnie kochali ją wszyscy ponad miarę. Była chora fizycznie, ale psychika pozostała nienaruszona, aż do śmierci. Gorzej jest – gdy starszy człowiek choruje tak, iż nie pamięta jak się nazywa. Hospicja to nie są umieralnie. W Hospicjach są dzieci i ludzie starsi, którym rodzina często ( chociaż chce tego) nie jest w stanie pomoc. W Hospicjach życie toczy się nadal, chociaż my mamy bardzo nikłe pojęcie o tym. Tam można się śmiać i oglądać TV, można tez liczyć na ciepłą dłoń, która nie zawsze będzie podana we własnym domu. A’propos Domów Starców. Mogę coś na ten temat powiedzieć, bo mieszkańców Domów Spokojnej Starości odwiedzałam często. Nie wszędzie jest tak- jak pokazywała TV. Oczywiście oglądałam te programy ze smutkiem w oczach. Moja ciocia mieszkała w dobrym domu. Nie mogąc się pogodzić z własnymi dziećmi – starość spędziła w Domu Starców. To było najlepsze wyjście dla wszystkich. Miała opiekę, swój pokój, kapliczkę , można było ją odwiedzać kiedy się chciało. I jej dzieci odwiedzały ja z radością co tydzień. Ona nigdy nie pogodziła się z tym, że jest „oddana”, że „córka i syn jej nie chcą”. A to nie tak. To jest zupełnie inaczej. Mam do dzisiaj jej listy- pisane z Domu Starców. Inna pani – znajoma, przyjęła ten fakt bardzo normalnie. Nie było żalu do bliskich, a zrozumienie sytuacji jej pracujących dzieci. Byli zajętymi pracą lekarzami. I ona to pojęła, zrozumiała. Być może w imię miłości do własnego dziecka. A jednak na jej twarzy gościł uśmiech. I wciąż mówiła – ” odwiedź mnie , tutaj jestem u siebie”. To było w Polsce. A w USA spotkałam się z tym w codzienności. Wszyscy rodzice moich znajomych amerykańskich rodzin – byli w Domach Starców. Przywozili ich na imprezy rodzinne, urodziny wnuków, śluby itd. Poznałam wypielęgnowanych starców, panie z pomalowanymi paznokciami, uśmiechnięte – na wózkach, z rurkami w nosie. Żyli na osiedlach przeznaczonych dla ludzi powyżej 65 roku życia ( są takowe u nas), albo w mieszkaniach – blokach, gdzie na parterze są gabinety lekarskie, a jedzenie przynosi pan pielęgniarz ( pilnuje i dogląda babci). Byli też tacy – bardziej chorzy, którzy mieli opiekę całodobowa. W budynku Domu Starców ( to widziałam) był fryzjer, kapliczka- w której codziennie księża odprawiali Msze, sklep z pamiątkami, małe kawiarenka z pianinem. Dom ten był w pięknym parku i codziennie opiekunki wywoziły babcie na spacer. Godnie przyjmować chorobę to zrozumieć swój ból i cierpienie. Ale równocześnie nie można z własnego egoizmu i tego, że „mi się należy” – zamęczać sobą innych. Nie oburza nas 80 letnia babcia , która przyjeżdża na wózku z tlenem w butlach i zamawia w restauracji ulubione chińskie dania. Ja też tak chciałbym być potraktowana – po ludzku. Nikt się nie dziwi, każdy traktuje ją -jak normalnego, zdrowego człowieka. Bo ta babcia ma poczucie własnej wartości. Ona nie wstydzi się tego, że jest stara, obwisła i pomarszczona. Starość trzeba przyjąć godnie. Ze zrozumieniem, że czeka ona prawie każdego. Definicja moralności zmieniała się przez wieki. Czy moralne jest zostawienie chorych rodziców na „karku” siostry, czy brata mieszkających tuż obok mamy… bo ma bliżej”, „bo miała lepszy kontakt”, ” bo rodzice jej więcej dali, kochali itd.” kiedy my tylko jesteśmy w kontakcie telefonicznym, internetowym, przesyłamy pieniądze i paczki, a jak wspieramy to „słowem” – kiedy siostra opiekuje się ciałem ( często bardzo obolałym i chorym)? Czy w porządku jest dawanie dobrych rad temu, który musi się zmagać z codziennością, a my mu AŻ współczujemy? Tak wiec ja -zakładam kapelusz swojej starości, cieszę się z odwiedzin mojej grupki dorosłych dzieci i zapraszam je na kawę parzoną przez opiekunkę w D.S. Z radością posłucham co się dzieje w ich życiu, z radością opowiem im o swoim. Dzieci trzeba wychować tak, aby nas umiały pokochać. Takich jakimi będziemy. Bez wstrętu i obrzydzenia, bez litości i poświecenia się – bo będą zwyczajnie nieszczęśliwe. Cokolwiek zrobimy musi to być z naszej nieprzymuszonej woli i potrzeby serca. Bez egoizmu. Tego, który jest cechą ludzi młodych, ale i starych. Dlatego z dziećmi trzeba rozmawiać. Musza wiedzieć- co chcemy, kiedy nie będziemy mogli sami tego powiedzieć. Być może choroba przekreśli wszystko – a one zrobią tak, jak nie zawsze byśmy sobie tego życzyli. Obowiązkiem dzieci jest zapewnienie rodzicom spokojnej starości. Jeżeli będzie taka ich wola – niech ten spokój będzie w domu rodzinnym. Takim, o którym większość marzy, ale w praktyce – nie często występuje. Niech to będzie Dom Starców, a dzieci, które będą nas kochały- odwiedzą nas często. Nic na silę. Miłości nie kupi się za oddaną dzieciom rentę. Miłość to coś, co musi być pielęgnowane codziennie, aby wydało owoce. Siejemy w młodości – zbieramy w starości. Jakie będą plony? Czas pokaże.

Póki co, dbajmy o siebie sami, co? To ma wciąż duże, a czasem wręcz decydujące znaczenie.
7 kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia… My, pacjenci nadal szerokim łukiem obchodziliśmy publiczne placówki NFZ korzystając coraz częściej z prywatnych gabinetów. Tam przychodzi się na wyznaczoną godzinę, lekarz się do nas uśmiecha, odprowadza do drzwi. A w publicznej przychodni…

9 uwag do wpisu “Bylebyśmy zdrowi byli…

  1. ~Babcia pisze:

    A propos tych babć w komentarzu – słusznym, a jakże. Przedziwny to zwyczaj i chyba bardzo polski (jeśli nie, niech mi to Pani Brzoza wytknie, nie znam amerykańskich realiów), żeby o starszej pani mówić „babcia”. „Stary, kościany dziadek” mawiało się kiedyś o… starych, kościanych dziadkach. Babcią jestem i chcę być tylko dla moich wnuków. Nie życzę sobie, żeby tak zwracały się do mnie obce mi osoby! Dotychczas jeszcze to się nie zdarzyło, może jestem za młoda i dopiero jak skończę 80. lat… Ale już słyszałam lekarzy, salowe, rehabilitantów tak mówiących do innych „babć” i nie było to pełne czułości „babuniu”!

    Polubienie

    • Witam. Sam też doświadczam podobnych odczuć, gdy w szpitalu czy przychodni ktoś zwraca się do starszych per babciu, dziadku, albo w bezosobowym stylu np. „niech się rozbierze, niech siadzie…” Pisałem już o tym wielokrotnie.
      Cóż jednak na to poradzisz. W prywatnych przychodniach jest już wzorcowo. Przychodzisz na godzinę i nawet zostaniesz odprowadzona do drzwi. Jedyny problem to kasa Kasz dla nich i dla nas

      Polubienie

  2. ~Eve pisze:

    Witam, a poczytałam sobie dziś do kawy ten post! O i tak co do zdrowego trybu życia, to już sama się przekonałam, dość nie dawno, że warto. Mimo mojego młodego wieku, przytrafiła mi się pewna niesympatyczna przypadłość zdrowotna. No niestety musiałam to trochę leczyć, minęło, na szczęście. Będąc kiedyś w bibliotece napotkałam ciekawą książkę, nie pamiętam już tytułu, ale wyczytałam z niej o tym jak na nasze zdrowie wpływa dieta… no i dowiedziałam się co jem… a że kilogramów też trochę przybyło w ostatnim czasie no to już upewniłam się w przekonaniu, że jak nic ze sobą nie zrobię to marnie skończę. A i wizyty u lekarzy są po pierwsze nie przyjemne a po drugie ciężko dostać się do specjalisty, to powzięłam sprawy w swoje ręce. Na początku Wielkiego Postu postanowiłam całkowicie zrezygnować ze słodyczy, łatwo mi to przyszło. Po poście dalej słodyczy nie dotykam, zrezygnowałam też ze smażonego (ewentualnie tylko ryby smażone, zero jakichkolwiek kotlecików). Wprowadziłam do diety więcej warzyw i owoców, których nigdy nie unikałam ale też nigdy jakoś nie dbałam o to. Woda mineralna ok 2 litrów dziennie, żadnych przetworzonych soków i napojów. Mam nadzieje, że przyniesie to efekt. Do tego dołączam bieganie – ale oj! z moja kondycją jest teraz jeszcze bardzo źle. Mam nadzieję, że dzięki temu będę mogła dłużej zachować upragnione zdrowie.
    W niektórych szkołach podstawowych w moim mieście są fajne akcje profilaktyczne dla dzieci. Dzieci dostają w szkole pewien słodki przysmak i są to np. marchewki pokrojone w plasterki zapakowane w torebeczkę, że wygląda to bardziej jak słodycze. Dzieci to bardzo lubią.
    W świetlicy w której pracuje, serwujemy dzieciom podwieczorki, koszt podwieczorku na dziecko to 3 zł, to dużo i nie dużo, wystarczy na to aby dziecko zjadło bułkę z masłem i wędliną czy serkiem a także owoc na deser. Dzieci najbardziej lubią banany, dlatego nie „wciskamy” na siłę czegoś innego. Czasami jeśli bułka jest skromniejsza robimy sałatki owocowe, też pyszne:).

    Polubienie

    • Witaj Ewuniu, bardzo dziękuję za ten wzmacniający przesłanie artykułu komentarz. Bardzo dobry przykład i na pewno będą pozytywne tego efekty.
      Pozdrawiam serdecznie i życzę sukcesów w propagowaniu zdrowego stylu życia wśród dzieci.
      Pozdrawiam

      Polubienie

  3. Kartka z kalendarza. 7 kwietnia 2014 Światowy Dzień Zdrowia.

    Według lekarzy jedynym sposobem utrzymania zdrowia jest jedzenie tego, na co się nie ma chęci, picie tego, czego się nie lubi, i robienie tego, czego by się wolało nie robić. Mark Twain

    Polubienie

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.