Kraków Zdrój

Swoszowice Zdroje 076Przed miesiącem uzyskałem dzięki staraniom w NFZ, jak również wnioskowi na poszpitalną rehabilitację zdrowotną wysłanemu ze szpitala, w którym neurolodzy oceniali mój nadwyrężony kręgosłup przydział do Uzdrowiska Swoszowice. Obecnie jest to dzielnica Krakowa. Byłem nieco zszokowany tą ofertą. Znałem jak dotąd tylko sanatoria w Busku Zdroju i Solcu Zdroju, które od lat rywalizują w kategorii najlepsza woda siarczkowa w Polsce, a podobno również i w Europie. Tymczasem tu, w Swoszowicach również zachwalają swój główny produkt leczniczy słowami:… Wykorzystujemy jedne z najmocniejszych wód siarczkowych na świecie…

Będąc u córci w Wieliczce poprosiłem o podwiezienie do owych Swoszowic, aby zobaczyć choćby z zewnątrz owo Uzdrowisko. Zobaczyłem, poczytałem w Internecie o warunkach i ofercie i czekałem na godzinę ”zero”, kiedy tam pojadę. Po wielu, wielu latach zaniedbań zacznę wreszcie działać i współdziałać w naprawianiu słupa z kręgów złożonego, a lekarze i terapeuci zrobią resztę.
„Nadejszła” wreszcie ta godzina. Jestem już po pierwszych dniach zabiegów, pierwszych dniach korzystania z wyżywienia, które kiedyś dość mocno krytykowano, po wieczorku integracyjnym ozdobionym muzyką góralską i biesiadną zespołu KGB, po zapoznaniu się z ofertami działalności kulturalno – oświatowej na terenie Krakowa i okolic, po przespaniu pierwszych nocy w pięknym pokoju z piękną łazienką, po lepszym poznaniu współmieszkańców… Mam zatem wyrobiony pogląd na wszystkie niuanse ocenianego przez kuracjuszy poziomu usługi leczenia sanatoryjnego w Swoszowicach.
Władze uzdrowiska nie zapłacą mi za ocenę ani za reklamę, ale być może zapoznają się z moimi słowami. Pierwsza sprawa, to poziom oczekiwań. Trzeba by pytać ludzi: – Po co pan/ pani przyjechali? Czy w ramach NFZ oczekują państwo atrakcyjnych wczasów, produktów oferowanych głownie w SPA, wysokiego poziomu życia towarzyskiego, atrakcyjnych form kontaktu ze sztuką wysoką itd. Itp.?
A może przybyli państwo, skorzystać z tej mocnej wody siarczkowej, która pozwala na regenerację i uzupełnienie ubytków w obrębie chrząstek stawowych, a dzięki działaniu przeciwzapalnemu leczy reumatoidalne zapalenia, dnę moczanową, czy rwę kulszową?
   Uzdrowisko oferuje to wszystko pod jednym dachem, przy kontakcie z miłym i pomocnym personelem. Całość położona jest w starym parku, gdzie alejki, ławeczki, spacerki. Dla spragnionych ruchu i atrakcji nieporównywalnego z żadnym miastem w Polsce, a może i świecie Krakowa, to proszę bardzo… Parę przystanków tramwajem i kilka minut spaceru, a jesteście państwo na rynku w Krakowie, gdzie już wszystko jest na najwyższym poziomie, ale… za własną „kasiorkę”… Oferta bardzo bogata.

Mnie czego innego potrzeba. Korzystam i wchłaniam, tak przez skórę. jak i przez płuca, te dobroczynne jony, jakich mi tu dostarczają. Ćwiczę zalecane „fikołki” jak nazywała je moja znajoma, chodzę po pięknym parku i takich samych Swoszowicach. Jest mi dobrze, a myślę, że będzie jeszcze lepiej.

Dzisiaj rano, gdy oczekiwałem pod gabinetem na poranny pomiar ciśnienia krwi, pielęgniarka poprosiła z uśmiechem o chwilę poczekania, gdyż jedzie przywieźć na wózku starszą panią na poranny zastrzyk. Ależ oczywiście – odpowiedziałem. Gdy już odwożono kuracjuszkę usłyszałem taką rozmowę:
Starsza pani do pielęgniarki:
… bo wie pani… Jestem tu, pani pomoże mi w zabiegach, inni też pomogą… Popatrzę na ludzi, na świat wokół, zjem bez potrzeby gotowania i sprzątania, a w domu? Tam nawet mucha nie zabrzęczy. Jak było lato, to trafiały się i muchy, a teraz nawet much nie ma…

Wziąłem to sobie do serca, bo po raz kolejny zrozumiałem jakim darem jest czyjaś życzliwość, pomocna ręka i jakakolwiek rozmowa. Wykorzystuję wiec swój pobyt również w tym celu, aby czegoś się dowiedzieć, coś zrozumieć i przeżyć

Po raz XXV obchodziliśmy Światowy Dzień Chorego

Chodzę codziennie na zastrzyki do naszej przychodni. Czasem obsługują mnie od ręki, a czasem trzeba trochę poczekać. Na ogół długo się czeka na przyjęcie w gabinecie lekarskim, co jest niestety standardem. Trochę to uciążliwe ale gdy jednocześnie czeka spora grupa ludzi, to jakoś raźniej. Czasem udaje się usłyszeć mniej lub bardziej interesujące fragmenty rozmów dających wiele do myślenia, albo uciąć sobie pogawędkę z kimś czekającym tak jak my. W poczekalni słyszałem rozmowę, w toku której mężczyzna ok. 50-ki mówił do znajomych: Czytaj dalej

Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie…

Ileż to memów wklejają codziennie moi fejsbukowi znajomi na temat przyjaźni, a zwłaszcza tej prawdziwej przyjaźni, aż po grób. Zwykle, tak przez przekorę opatruję je komentarzem będącym czyjąś tam sentencją i wtedy całość wygląda tak:
Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie, a w biedzie przyjaciół poznajemy siebie…
Tak się jakoś składa, że po tym uzupełnieniu urywają się komentarze typu: Prawda, pełna zgoda, tak jest i nastaje cisza. Nie wiem dlaczego… Czytaj dalej

Chory, cierpiący? Niech się położy (najlepiej w domu) i nie zawraca głowy

W ostatnim tygodniu miałem okazję przeżywania emocji związanych z próbami udzielenia pomocy bardzo choremu mężczyźnie, (cierpiącemu wielki ból uniemożliwiający jakiekolwiek poruszanie się) przez tylko trochę mniej chorą od niego żonę. Wydawałoby się, że to nic prostszego jak wykonanie telefonu do miejscowego lekarza rodzinnego z prośbą o wizytę domową, a w razie ataku lub nagłego pogorszenia wezwanie pogotowia. Okazuje się, że to nie jest jednak takie proste gdy pacjent narazi się służbom zbyt natarczywym (ich zdaniem) domaganiem się radykalnej pomocy. Dość łatwo można przypisać takiemu pacjentowi symulowanie choroby i … niech sobie radzi sam… A to, że chory nie może się poruszać, a nawet nie pozwala się wsadzić do wynajętego prywatnego samochodu, to też nikogo nie obchodzi, to jego problem… no i ewentualnie również problem jego żony odwiedzającej kolejne gabinety z błagalnym dopraszaniem się łaski skierowania do szpitala, przeprowadzenia odpowiednich badań, no i leczenia. Czytaj dalej

Na kogo można liczyć w chorobie ???

O, dzień dobry pani. Jak dawno pani nie widziałam. Co słychać? Tak się zwykle zaczyna rozmowa pomiędzy znajomymi, a później? Później, to już zależnie od stopnie poufałości, otwartości słuchacza, czy też zażyłości możemy dowiedzieć się sporo o zdrowiu, a zatem i o służbie zdrowia, o dzieciach, o pogodzie, o innych ludziach … Różnie. Czytaj dalej

Obywatelu, lecząc się samodzielnie zaoszczędzisz na zdrowiu i na pieniądzach

Znajoma z lat szkolnych, była uczennica, po kilku miesiącach od ostatniego spotkania zapytała mnie kontaktowo: – A pan jak się miewa? Jak zdrówko? Odpowiedziałem grzecznie:
Miło, że pytasz. Jakoś nie daję się chorobom, ale co rusz to składam wizyty jednym, lub innym specjalistom. Tak już będzie. Niestety, lata lecą…
Nie odpowiedziała nic w temacie zdrowia, bo przecież wie jaka jest kolej rzeczy, mimo, że jest młoda. Następnego dnia spotkałem się ze znajomymi, tym razem równolatkami w poczekalni laboratorium medycznego naszego szpitala, gdzie było aż ciemno od ludzi czekających na swoją kolejkę do pobrania krwi.
Czytaj dalej

Obywatelu, lecz się sam…

Czy ktoś z Państwa jest w stanie wymienić jedno przyjęcie, czy też spotkanie w szerszym gronie, na którym nie rozmawia się o zdrowiu?  Ja miałbym z tym poważny problem. Może to dlatego, że jestem już w tzw. smudze cienia i na ogół w takim towarzystwie się obracam?

Często dobiegają do mnie relacje z frontu walki o naprawę tego, co się komuś popsuło. Dajmy na to noga.

–         Mówię pani, po upadku, w czasie którego jakoś tak nieszczęśliwie podwinęła mi się noga nie mogłam na nią stanąć. Przykładałam altacet, smarowałam jakimiś maściami w nadziei, że skoro nie ma złamania to samo przejdzie, ale gdzie tam. Bolało jak nieszczęście. Poszłam w końcu na izbę przyjęć do szpitala. Lekarz odesłał do prześwietlenia, a skoro nie dopatrzył się złamania kości, to chciał mnie spławić racząc mnie znowu jakimiś maściami i opowiastkami o tym, że trzeba czekać, że samo przejdzie. Na szczęście wzięła mnie pod skrzydła moja córka, też lekarz i co pani powie? Na drugi dzień po wizycie w jej szpitalu już wylądowałam na operacji. Miałam zerwane ścięgno. Teraz jest już dobrze, ale co by było gdybym go usłuchała? Byłabym może kaleką! Ale czort z nim- pomyślałam. Nie będę się sądować z takim konowałem. Ale niech sobie pani wyobrazi, że to nie koniec tej historii. Po kilku miesiącach jakiś owad ugryzł mnie w nogę. Bolało jak nie wiem co i do tego zrobił się obrzęk. Idę na izbę przyjęć, a tu lekarz każe mi obłożyć to miejsce cebulą, to przejdzie. Patrzę na niego jak na wariata i poznaję, że to ten sam lekarz, który tak mi pomógł na nogę. Mówię więc do niego; Co pan do mnie mówi? W trzy dni po ukąszeniu cebula? Czy nie zna pan innych metod?

–         A on do mnie z nerwami: Pani kwestionuje moją wiedzę? Może pani sobie wybrać innego lekarza. Tak pan radzi? Niech pan sprawdzi co mi pan zalecił jak trafiłam do pana ze zerwanym ścięgnem w nodze. To stoi w papierach. To taki z pana lekarz?

–         Pani mnie oskarża? – pyta mnie ten doktor.

–         Nie oskarżam, bo bym wniosła pozew gdzie trzeba, a nie kłóciła się z panem. Ja pana ostrzegam. Leczenie ludzi to nie zabawa w zgadywanki– odpowiedziałam cała w nerwach. I faktycznie . Pomimo upływu paru miesięcy nadal była w nerwach cała. Całe szczęście że mamy w rodzinie kilkoro lekarzy to oni nas ratują. Ci ze społecznej służby zdrowia to … szkoda mówić – powiedziała i machnęła wymownie ręką.

Przerwę w tej narracji natychmiast wykorzystał pan, któremu na ostrą niewydolność krążenia żylnego w nogach też proponowano jakąś maść i odpoczynek z nóżkami uniesionymi w górę. Wykłócił skierowanie do specjalisty, a tam dowiedział się, że gdyby nie natychmiastowa interwencja specjalistycznymi lekami, to mogło dojść do martwicy…

Co się dzieje? W prywatnych gabinetach przyjmują jacyś inni lekarze i ludzie, a w przychodniach publicznych i szpitalach to kto przyjmuje i leczy chorych? Amatorzy przyuczeni do zawodu?

Jakoś w tym samym czasie wpadł mi w ręce tygodnik Przegląd. Już na okładce umieszczono walący po oczach tytuł: Błędy lekarza kryje ziemia. Polecam go Państwu: http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/bledy-lekarza-kryje-ziemia

We wstępniaku czytamy: – Mówi się, że błędy lekarza kryje ziemia, ale dzisiaj coraz częściej słyszy się o nich w radiu, telewizji, czyta w prasie. Stają się sensacją, tak chętnie wykorzystywaną przez media. Trafiają do Biura Rzecznika Praw Pacjenta – w 2011 r. wpłynęło ponad 36 tys. zgłoszeń, a w zeszłym już ok. 60 tys. Środowisko lekarskie broni się, argumentując, że nagłaśnianie niepowodzeń i błędów medycznych, stanowiących przecież tylko nie wielki odsetek w polskim lecznictwie, godzi w autorytet lekarzy, w większości pracujących rzetelnie, i niszczy zaufanie społeczne do służby zdrowia. Jednak ich skutkiem jest zwykle ciężka choroba, kalectwo czy śmierć, więc trzeba je ujawniać i analizować ich przyczyny, by zapobiegać podobnym tragediom.

Czytając uważnie cały materiał dowiemy się jak trudno dochodzić przed sądami zadośćuczynienia za błędy w sztuce lekarskiej i jak długo to może trwać. Przeczytamy Tam również o przemęczonych pracą na kilka etatów lekarzach i szansach na poprawę istniejącego stanu. Na bazie analizy istniejącego stanu rzeczy cenne wydaje się pytanie i odpowiedź prawnika obsługującego takie procesy. Oto one:

Czy procesy sądowe, dowodzące zaistniałych błędów medycznych, przyczyniają się do poprawy bezpieczeństwa w lecznictwie? Czy lekarze uczą się na tych błędach?

– Raczej uczą się zabezpieczać przed ich ujawnianiem i odpowiedzialnością – odpowiada pani prawnik .Dokładniej wypełniają dokumentację, staranniej dbają o to, by „w papierach było czysto”. Wydłużają się oświadczenia podpisywane przez chorych przed operacją, zawierające pouczenia o ryzyku i powikłaniach, od strony formalnej zabezpieczające lekarza przed roszczeniami. Widziałam już takie, które miały ponad dziesięć stron. Myślę, że często z większą empatią i poczuciem odpowiedzialności traktują chorych pielęgniarki, dzisiaj już doskonale wykształcone. Jest jeszcze etos tego zawodu. Lekarze często pracują w pośpiechu, stresie, co także może powodować niepowodzenia – niekiedy muszą natychmiast podejmować decyzje, by ratować zagrożone życie. Proces leczenia bywa też nieprzewidywalny, każdy choruje inaczej, istnieje więc wiele okoliczności i czynników sprzyjających popełnieniu błędu. Także niektóre ograniczenia w systemie lecznictwa, wynikające najczęściej z przyczyn ekonomicznych, wiążą im ręce i utrudniają pracę…

Obywatelu, lecz się sam… ewentualnie wybierz się na nabożeństwo w intencji  uzdrowienia w nadziei, że doznasz tej łaski, jeśli tylko wystarczająco mocno wierzysz w możliwość uzdrowienia.

Mieć czas…

Chyba każdy z nas otrzymał kiedyś w łańcuszkowym e-mailu, lub zetknął się na forach społecznościowych z życzeniami bazującymi na chińskiej mądrości opierającej się na stwierdzeniach mówiących o tym że:
Za pieniądze możesz sobie kupić Dom lecz nie ciepło rodzinne,
Możesz sobie kupić łóżko ale nie sen.
Możesz sobie kupić zegarek ale nie czas… Czytaj dalej

Tłusty… i to jeszcze jak tłusty czwartek

Ja uwielbiam go,
bo on tu jest
i tańczy dla mnie,
bo dobrze to wie, że porwę go,

i w sercu schowam na dnie. x2

Na dwa dni przed dniem pączkowego szaleństwa przypomniałem moim znajomym na Fb główny atrybut nadchodzącego święta, czyli pączki z dopiskiem : Wkrótce święto pączusia. Do zdjęć pączków, takich tradycyjnych, z polewą oraz takich domowych, z dziurką dołączyłem link starej piosenki Panna Andzia:

http://www.youtube.com/watch?v=r4t6IMVG3_g

W refrenie tej piosneczki słyszymy słowa:

…I przyszedł Józio i przyniósł pączki,
Całuje rączki, całuje rączki.
Wiadomo damy bywają głodne,
Chcesz zdobyć serce, z pączkiem wal!
Więc dziś rozrywki różne godne,
No i czysta, oczywista.
Dziś panna Andzia ma wychodne,
Dziś na Chłodnej wielki bal!…


Pod zdjęciami pojawiły się wkrótce komentarze typu:

A już robiłam wprawki na faworkach, ale przymierzam się też do pączków…

Piosenkę zaś śpiewałam jeszcze w czasach licealnych- czy jeszcze ją ktoś śpiewa???

Nie wiem. Wydobywam ją z zamierzchłej przeszłości, aby przy okazji pączków móc ją zaśpiewać – odpowiedziałem

No i super, bo właśnie to uczyniłam przed monitorem:)

Może temat zbyt wcześnie wywołałem, albo pora nie była odpowiednia, bo moją akcją nie wywołałem zbyt dużego zainteresowania. Tymczasem w mediach już pojawiają się komunikaty i relacje z tu i ówdzie przeprowadzanych konkursów na szybkość pochłaniania pączków, a nawet wywiady ze zwycięzcami i przegranymi. Ci pierwsi cieszą się zwycięstwem, a drudzy odreagowują przegraną licząc na zwycięstwo w przyszłym roku. Pewnie będą intensywnie trenować w tzw. międzyczasie.

Spotkałem się też z audycjami wywodzącymi się jakby z drugiego bieguna problemu, czyli służące podkreślaniu skutków tego szaleństwa.

–         Jeden pączek proszę państwa, zależnie jak jest wykonany i z jakimi dodatkami mieści w sobie tzw. puste kalorie w ilości 400 – 450 kcal w 100 gramach – słyszę w audycji radiowej..

–         – Puste kalorie, proszę państwa to takie, które zamieniają się w naszym organizmie w tłuszcz. Zależnie od tego na ile pączków sobie pozwolimy, to musimy się liczyć ze skutkami naszej słabości.

–         Jak zatem wyrównać bilans energetyczny jeśli silna wola nie jest naszą mocną stroną?- pyta słodkim głosem pani redaktor

–         – Aby spalić jednego pączka należy 30 minut biegać lub uprawiać fitness. Również pół godziny jazdy na rolkach lub łyżwach wyrówna bilans jednego zjedzonego pączka. Jeśli jesteśmy w domu, to dwie godziny prasowania lub zmywania pochłonie tyle samo kalorii. Decyzja należy do Ciebie! – odpowiada zatroskany o nasze zdrowie fachowiec.

W pioseneczce to pan Józio przyszedł i przyniósł pączki, aby zdobyć serce panny Andzi. Stąd warto sobie zdać sprawę, że były to zamierzchłe już czasy. Dzisiaj to raczej panna Andzia, Ziuta, Ela, czy Krysia (wybaczcie, że poprzestanę tylko na tych imionach) upiecze pączki, aby uraczyć swojego mężusia, misiaczka, pączusia, no i poczęstować gości. Wiadomo przecież o tym, że tradycja w narodzie – rzecz święta.

Ja też tradycyjnie pozwolę sobie na ten wyrób pączko-podobny z dziurką. Gustuję zwłaszcza w tym, co w owej dziurce się mieści.

Faworki pani Janiny – najlepsze w okolicy

2 lutego

Wczoraj obchodziliśmy pierwszą rocznicę śmierci naszej nieodżałowanej poetki – noblistki Wisławy Szymborskiej. Poznaję jej utwory w zasadzie tylko w chwilach, gdy się natknę gdzieś na publikację jej wierszy. Zawsze jestem pod wrażeniem talentu wyrażającego się w głębokości spojrzenia na naszą rzeczywistość i w sposobie wypowiadania swoich sądów, zamyśleń jakichś, a także i mocnych i jednoznacznych stwierdzeń. Przed paroma dniami zamieściłem na koncie Fb jej wiersz znaleziony na blogu pewnej Uleczki; Zobaczcie jak pięknie brzmią jej życiowe podsumowania: http://babcia-uleczka.blog.onet.pl/2013/01/24/1607/?fb_action_ids=557669144243208&fb_action_types=og.likes&fb_source=aggregation&fb_aggregation_id=288381481237582 Czytaj dalej