Nadal zasłany świat…

Wszyscy cieszymy się z panujących od kilku już kolejnych dni dodatnich temperatur i przygrzewającego słoneczka. Właściciele domów uporali się już ze zwałami śniegu leżącego na dachach. Rozwiązał się zatem i problem zagrożeń wywołanych spadającym z dachów śniegiem, a przez to i malownicze sople nie mają już pożywki aby grubieć, wydłużać się i wreszcie spadać jak pociski miotane z murów obleganych zamków wprost na głowy przechodniów. Jezdnie ulic stają się coraz szersze, a dzięki topniejącym zwałom śniegu coraz łatwiej przychodzi znalezienie miejsca do zaparkowania auta, gdzieś na poboczu czy chodniku. Jest fajnie i w każdym z nas rodzi się nadzieja na ostateczne pożegnanie zimy, która dała się wszystkim we znaki.

Czy wszystko co widzimy wokół może tylko nas cieszyć?

Niestety. Śnieg okrywający przez kilka miesięcy białą kołderką wszystko co wokół, przyzwyczaił nas do dziewiczej bieli kryjącej wszystko co wstydliwe i co przeszkadza nam w codziennym życiu.  Asfalt pokrywający jezdnię ulic i dróg dlatego, że był zrobiony z byle czego i byle jak odsłania teraz, co dzień bardziej rozległe i głębokie dziury, których nie zapełnia już zamarznięta woda. Czyhają one spokojnie na felgi, koła i zawieszenia naszych samochodów, a ponieważ są nadzwyczaj rozprzestrzenione wpadamy w nie mimo natężenia uwagi i wolnej jazdy slalomem. Naprawa ze względu na rozmiary szkód i koszty potrwa pewnie kilka miesięcy. Trzeba zatem cierpliwie czekać.

Pieszy w mieście ma chyba jeszcze gorzej. Popatrzmy na to co odsłonił śnieg. Ile śmieci rzuciliśmy w śnieg w nadziei, że on nigdy nie zniknie i nie odsłoni dowodów naszego niechlujstwa i braku zwykłej kultury bycia. Wszędzie mnóstwo petów, pudełek po papierosach, butelek po napojach i …zobaczmy sami czego jeszcze tam nie ma.

Na osobną uwagę zasługuje problem nie zawsze twardych dowodów bytności pozostawianych za naszym przyzwoleniem, przez nasze pieski na chodnikach i trawnikach wszystkich naszych miast.

Spacer po minach…jest mało przyjemny

Jest to już wielkim problemem społecznym i wielką plamą na naszym wizerunku – dużego państwa leżącego w środku Europy. Władze miast próbują wprawdzie coś z tym fantem zrobić instalując specjalne kosze czy śmietniki, ale choćby stały one jeden koło drugiego i na każdej ulicy to jeszcze potrzeba dobrej woli i chęci, aby te dowody sprzątnąć i wrzucić do tych pojemników. Kiedy nastąpi pożądana zmiana naszej mentalności w kierunku jaki można zaobserwować w innych państwach ? Nie postawimy przecież wszędzie strażników miejskich, aby pilnowali nas podczas gdy wyprowadzamy nasze pieski, aby sobie pobiegały i załatwiły swoje potrzeby tam, gdzie już niedługo wyjdą się bawić nasze dzieci i wnuki. Nie tędy droga. Trzeba powszechnego zrozumienia problemu ważnego nie tylko w wymiarze estetyki, ale i zdrowia. Potrzeba nam samodzielnego, a nie wymuszonego karami rozwiązania tej wstydliwej kwestii.

Dawno temu, w jakimś programie kabaretowym słyszałem monolog, w którym piętnowano nasze, ludzkie przywary związane ze sposobem załatwiania potrzeb fizjologicznych w laskach przydrożnych – słynne : –panowie w prawo , panie w lewo przy wysiadaniu z autokarów. Efekt chyba wszyscy znamy. Satyryk podsumował to w przywoływanym skeczu słowami: – i cały las był potem zasłany , a dopiero w końcówce tekstu można było się zorientować, że aktor nie wymawiał zgłoski „R” lecz „Ł”. Dzisiaj wydaje się, że problem zasłanych lasów w dużej mierze już rozwiązano, gdyż dość często można zatrzymać się w zajazdach czy stacjach benzynowych. Pieski jednak same nie opanują swoich złych nawyków. Potrzebują do tego ludzi.

Jako anegdotkę podam mało znany fakt. Jerzy Kenar, najsławniejszy z naszych rzeźbiarzy mieszkający i tworzący w USA, w pobliżu swojej pracowni rzeźbiarskiej, na trawniku ulicznym umieścił całkiem pokaźnych rozmiarów rzeźbę przedstawiającą psią kupę. Całość w brązie. Zapytany dlaczego wystawił takie dzieło odpowiedział, że to w proteście przeciwko okolicznym właścicielom piesków, którzy podobnie jak my w Polsce wyprowadzają swoich ulubieńców w potrzebie na ulicę. Może i u nas ten sposób przemawiania do ludzkiej wyobraźni mógłby przynieść pożądany skutek? Mogę podać namiary do artysty, który mógłby taniej, bo w skali masowej zaspokoić potrzeby naszych miast

PS.

Tekst napisałem przed trzema laty. Czy jest nadal aktualny?

Mariyam

Dzisiaj rozpocznę od zacytowania fragmentu mojej opowieści sprzed ponad trzech lat. Byliśmy wtedy w gościnie u naszego kuzyna Andrzeja. Oto wspomnienie tamtego wieczoru: Andrzejki za nami – 29 Listopada 2009
   Andrzejki spędziliśmy z żoną w rodzinnym gronie obchodząc przyspieszone imieniny Andrzeja. Nie laliśmy wosku, ale gospodarz bardzo sprawnie polewał, zmieniał półmiski, zabawiał rozmową i raczył muzyką. Tańców nie udało się zainicjować, ale mieliśmy jednak małą namiastkę egzotyki, a to dzięki Marysi, córki solenizanta. Marysia występowała w alladynkach – to takie barwne pantalony szyte na wzór arabski, a z niedawnej wycieczki do Egiptu przywiozła sobie wyszywany cekinami, brzęczący złotymi ozdobami pas na biodra. Poprosiliśmy więc o pokaz tańca brzucha, gdyż wiedzieliśmy, że od jakiegoś czasu intensywnie go ćwiczy. Marysia dała się namówić ulegając argumentowi, że będzie to nadzwyczajny prezent imieninowy dla taty. Pokaz był wprawdzie krótki, ale ujawnił duże możliwości drzemiące w przyszłej artystce. Wszyscy byli zachwyceni, a dumny tato uznał, że talent trzeba rozwijać.  Takie były moje Andrzejki.

Pamiętam, że już w czasie tego na prędce zaaranżowanego pokazu tańców wschodu wypytywaliśmy Marysię o zaprezentowany układ choreograficzny, o poszczególne części składowe tańca, kroczki, potrząsania biustem i biodrami, a wiec mieliśmy już trochę wiedzy o tańcu i przybliżone tajniki warsztatu artystycznego. Podzielaliśmy zdanie obecnych o talencie Marysi i potrzebie jego rozwoju.

Mijał czas, od spotkania do spotkania i tylko czasem otrzymywaliśmy od niej lub od jej taty informacje o jej postępach na tym i innych polach jej aktywności. Marysia w tym czasie zdała maturę i rozpoczęła studia we Wrocławiu, gdzie działa prężnie Zespół Al-Mara. To w nim Marysia jeszcze bardziej rozwijała swoje talenty i ofiarnie pracowała tak na wspólny, jak i na swój indywidualny sukces. Tak upłynęło trzy lata od tamtego wieczoru.

Przed dwoma dniami na jej koncie Facebooka zauważyłem piękne zdjęcie pucharów – zobaczcie zresztą sami: http://www.facebook.com/MariyamDancer Zaglądnąłem tam i dlatego postanowiłem o tym napisać.Znajdziemy tam filmik z próbką kunsztu zespołu Al.-Mara, jak i indywidualne zdjęcia Marysi . Polecam również uwadze nowinkową informację bohaterki tej opowieści :
Z wielką radością informuję, że na Krajowych Mistrzostwach Polski IDO Nysa 2013 wraz z zespołem Al-Mara zajęliśmy:
I miejsce w kategorii Formacja Show,
I miejsce w kategorii Folklor Show,
II miejsce w kategorii Formacja Klasyka,
II miejsce w kategorii Show Mini Formacja,
w kategorii Oriental Solo dostałam się do ścisłego finału 🙂

Pogratulowaliśmy Marysi, o pardon – Mariyam Dancer odniesionego sukcesu i życzyliśmy dalszego artystycznego rozwoju. Życzyliśmy jej również sukcesów w nauce na studiach, gdyż wiemy jak trudno godzić obowiązki studenta i tancerza i to jeszcze realizowanych w dość odległych miastach.     Jest w tym co piszę jeszcze i druga warstwa tej opowieści.
Uczyłem Marysię w liceum między innymi przedmiotu przedsiębiorczość. Prowokowałem, zachęcałem, inspirowałem, opowiadałem swoim uczniom o swoich doświadczeniach zawodowych, podpowiadałem możliwe rozwiązania problemów z wyborem kierunku studiów i swojej drogi, swojego sposobu na udane, ciekawe życie. Nie przypisuję sobie żadnych zasług w tym, że bohaterka tej opowieści znalazła dla siebie i wdrożyła w życie to, co ją najbardziej interesuje, w czym czuje się spełniona teraz i co poniesie w całe swoje przyszłe życie. Mam nadzieję, że większość młodych ludzi myśli podobnie jam Marysia i nie czeka na oferty, lecz wychodzi naprzeciw wyzwaniom .

Cudne życia popołudnie

Jesteśmy już po importowanym z USA święcie zakochanych. Czy poddajemy się nastrojowi tego święta? Przejmujemy zwyczaj obdarowywania się czerwonymi serduszkami, słodyczami, całuskami, kwiatuszkami? Myślę, że coraz częściej jesteśmy nastawieni na tak. Jeśli nie przystępujemy do miłej w końcu zabawy w sposób czynny, to na pewno nie mamy nic przeciwko temu, aby ktoś nas obdarował choćby uśmiechem, dobrym słowem, gestem. I to nie musi być ktoś z kręgu najbliższych, prawda? Cóż jednak począć, gdy nasi bliscy myślą podobnie i też czekają?

Ja starałem się tworzyć w swoim otoczeniu miłą przedświąteczną i świąteczną atmosferę poprzez zamieszczanie na swoim profilu w Facebooku zdjęć „na okoliczność” i „ku czci miłości”. Ponieważ absolutna większość moich znajomych to ludzie młodzi, to i zdjęcia dotyczyły scen lub gadżetów używanych przez młodych. Nie zabrakło jednak zdjęć bardziej typowych dla ludzi z mojego przedziału wiekowego, a więc dla starszych. Chciałem dowiedzieć się czy ludzie starsi i jeszcze starsi od tych starszych mogą brać udział w ogólnym świętowaniu. Czy nam wolno kochać i okazywać swoje uczucia publicznie.

 

Zdjęcia otrzymały po kilka lajków, a niektóre były nawet udostępniane i sympatycznie komentowane, jednak odpowiedzi na swoje problemy nie uzyskałem. Mam nadzieję na to, że w komentarzach do tego tekstu dowiem się, co Państwo o tym myślicie. Pomyślałem, że dodatkowo pod rozwagę podsunę Państwu następujący tekst jaki zamieścił dzisiaj na Facebooku portal Deon.pl http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/ona-i-on/art,174,co-nam-dzis-pozostalo-z-milosci.html

W mojej przygodzie ze świętowaniem Walentynek przeżyłem jednak poważną rozterkę. Otóż jako komentarz do zestawu trzech zdjęć zamieszczanych na moim profilu Fb umieściłem frazę  pochodzącą z wiersza napisanego mojego czytelnika Rodaka. Brzmiało to następująco:

Choć to życia popołudnie
wciąż jest cudnie.

Napisałem ot tak, aby było miło.

Zaglądając później do tego zdjęcia wielokrotnie zastanawiałem się nad tym co ja w istocie napisałem. Jakie „cudnie”, komu jest „cudnie”? Przecież ci, którzy mnie znają, to wiedzą również o tym, że przed paroma dniami moja żona pośliznęła się na lodzie i naderwała sobie mięsień w nodze, a więc nie może chodzić i bardzo cierpi. Ja opiekuję się nią i domem, a będąc poważnie zaziębionym, bo kicham i kaszlę ukradkiem, aby jej dodatkowo nie zarazić. Moja córka Małgosia właśnie w tym dniu miała wyznaczony zabieg na żyłach podudzia i oboje byliśmy zaniepokojeni o przebieg tego zabiegu. Druga córcia Ania przeżywa właśnie zaziębienie swojej Marysi, która mimo, że bardzo lubi, to znowu nie może chodzić do swojego przedszkola. Jak mogę więc pisać : Wciąż jest cudnie?

Gdy w czasie rozmowy na Skyp`e (konferencja) podzieliłem się z córkami i siedzącą obok żoną swoimi wątpliwościami, to tylko roześmiały się serdecznie. W końcu wszyscy znamy zasady panujące w Ameryce, gdzie pierwsze słowa każdej rozmowy przebiegają według stałego i obowiązującego scenariusza:

– How are you?

– I`m fine. Thank you. What about you?

– Fine. Thanks.

Nie ma tam miejsca na narzekanie i ubolewanie nad własnym losem. Może pora przejąć od nich również ten zwyczaj? Co o tym sądzicie?

Autobusem po kraju

Gdy usłyszałem zapowiedz premiera Tuska o ponownym użyciu autobusu w celu objazdu naszego pięknego niewątpliwie kraju, to nieodparcie powróciło mi wspomnienie skocznej i budującej dobry nastrój warszawiaków (i nie tylko ich) piosenki, której refren brzmi:

Autobus czerwony
Przez ulice mego miasta mknie
Mija nowe jasne domy
I ogrodów chłodny cień
Czasem dziewczę spojrzenie
Rzuci ku nam jak płomienny kwiat
Nowy jest jak tylko Nowy Świat
U nas nowy każdy dzień

A motor tak huczy
Tak wesoło basem dudni
Czy to jasne południe
Czy burzliwa ciemna noc

Autobus czerwony
A w nim ludzie, choćby każdy z was
Wszyscy patrzą, jakby pierwszy raz
Zobaczyli miasto swe
Wszyscy patrzą, jakby pierwszy raz
Zobaczyli miasto swe… http://upadlyaniol89.wrzuta.pl/audio/4R1fJ0uXDIg/03._andrzej_bogucki_-_czerwony_autobus

Piosenkę pamiętają już tylko tacy jak ja, ludzie żyjący już bardziej wspomnieniami niż nadzieją na świetlaną przyszłość, będący już w smudze cienia. Młodsi potrzebują przypomnienia czasów, w których to my mięliśmy nadzieję i do tego tę nadzieję w nas ktoś świadomie podtrzymywał i wzmacniał, choćby takimi piosneczkami. Bo pomyślmy jak to miło było patrzeć przez okno czerwonego autobusu MPK na miasto odbudowane z morza gruzów i odradzające się jak feniks z popiołów. Każdego cieszył taki widok i do tego miał świadomość, że hasło: Cały Naród Odbudowuje Swoją Stolicę ma sens, a wspólny wysiłek nie idzie na marne.

Tak się składa, że teraz mamy bardzo podobną sytuację. Polska się odbudowała i wypiękniała dzięki samorządowcom, którzy potrafili dotrzeć do środków unijnych funduszy i uzyskać znaczące wsparcie finansowe dla przedłożonych projektów inwestycyjnych, modernizacyjnych, czy rewitalizacyjnych zmieniających tak skutecznie Polskę powiatową, małomiasteczkową i wiejską. Chwała im za to. Mają prawo mówić o sobie: Popatrzcie, zastałem Polskę (wieś, gminę, miasteczko)drewnianą, a pozostawiam murowaną. Niech szanują ich za to współobywatele i niech wybierają ich na kolejne kadencje, choćby przy okazji zbudowali i dla siebie nową jakość. Polacy wiedzą o tym, że: grabie, grabią do siebie, a nie od siebie i dużo mogą zrozumieć oraz wybaczyć. Tu przecież obowiązuje również inna prawda: Wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi…

Chyba nie ma człowieka, który by się nie cieszył ze zmian jakie dokonały się wokół nas. Nie ma chyba też człowieka, który nie cieszyłby się na to, co może do nas spłynąć wraz z wywalczonym wsparciem z unijnego budżetu do 2020 roku. Jest tylko jeden problem. Gdy już nacieszymy widok nowym skwerkiem z fontanną lub przynajmniej z pomnikiem, parkiem, pięknym chodnikiem z czerwonej kostki, asfaltową drogą do każdej wioseczki, czy nawet przysiółka nową drogą rowerową, boiskiem, basenem ,to rodzi się gorzka refleksja:

No pięknie jest bez dwóch zdań, tylko pracy brak!!! Albo:  – A jakie atrakcje dla przyciągnięcia młodych ludzi do swoich Małych Ojczyzn zapewniają obecni włodarze?

Te wszystkie piękne rzeczy powstały dzięki środkom z Unii i ta dopilnowała, aby na każdym takim miejscu pojawiła się tablica informująca o tym fakcie. Mamy więc świadomość tego, co i skąd się bierze. Szkoda tylko, że na tych tablicach brakuje informacji o wysokości własnego finansowania oraz o fakcie, że wpierw trzeba wybudować, a dopiero później otrzymać refundację. Musimy się więc zadłużać i to potężnie. Ten mechanizm sprawia, że wiele samorządów przekracza lub już dawno przekroczyło poziom dopuszczalnego zadłużenia. Nie każdy pamięta o tym że z bankami jest tak jak w tej opowiastce o uprzejmym facecie, który pożycza nam parasol gdy jest pogoda, a żąda jego zwrotu, gdy pada deszcz. Uświadomienie tego faktu może być dla nas bardzo przykre w skutkach. A nowe środki to nowe szanse zmiany naszego otoczenia, ale i wpędzania nas w nowe długi nie tylko kreowane przez rząd, ale i te rosnące sobie po cichutku, w samorządach.

Jeszcze jedno wspomnienie.

W 1970 roku rozpocząłem naukę w Centralnym Ośrodku Szkolenia Kadr CRS „Samopomoc Chłopska” w Miedzeszynie k/Warszawy. Uczono mnie wielu rzeczy potrzebnych lustratorowi (po dzisiejszemu – audytorowi) i trwało to około 2 lat. Kadra wywodząca się z kadry kierowniczej centrali, miała duże doświadczenie praktyczne i dzieliła się z nami nie tylko wiedzą, ale i swoim spojrzeniem na rzeczywistość. Jaka to była rzeczywistość? Starsi pamiętają o tym, że w handlu spotykało się tylko reklamę margaryny, i to nie jakiegoś gatunku jak to dzisiaj bywa, ale margaryny jako substytutu masła. Może dlatego wykpiwano sobie ten trend antyreklamami typu: Tylko margaryna mleczna przeciw ciąży jest skuteczna, lub innymi, których boję się cytować. Samochód dostawczy Żuk lub późniejszy importowany Robur miewały tylko napis firmy na drzwiach szoferki, bo nie było potrzeby umieszczania na nich żadnych reklam. To samo z reklamą sklepów. W miastach, a z czasem i w małych miasteczkach można było spotkać neony- jak to wtedy nazywano, wskazujące najczęściej nazwę firmy, do której należała placówka, a nie to, co ma w środku. Otóż na tle tej mizerii, prowadzący z nami zajęcia Dyrektor Biura Organizacji i Techniki Handlu uczulał nas na potrzebę reagowania na przejaw marnowania pieniędzy przez tych, którzy nie dbali o to, co w sklepie, a przeznaczali pieniądze na neon…który tylko psom w nocnej podrywce przeszkadzał – jak to kwieciście raczył ująć nasz wykładowca.

Może to nie jest do końca adekwatna sytuacja, ale chyba warto się zastanowić na co wydać pieniądze, które pojawią się w następnej perspektywie budżetowej. Czy na dalszą estetyzację naszego otoczenia, czy też na rzeczy faktycznie poprawiające nasze warunki startu w przyszłość, gdy to my będziemy płatnikiem netto budując i estetyzując otoczenie biedniejszych od nas członków UE.

Mamy sporo przykładów państw korzystających kiedyś z pomocy Unii, które tę pomoc przeznaczyły – jak się teraz okazuje, na mało ważne dla dobra narodu sprawy.

Objazd wesołym autobusem (na starcie pełnym zachwytów nad urodą naszych miast i miasteczek) powinien się skończyć wdrożeniem systemowych rozwiązań zapewniających produktywność i efektywność środków, które mamy nadzieję uzyskać od dobrej cioci Unii.

Wróbelek

Czytałem gdzieś o losie wróbelków, którym w naszym coraz bardziej cywilizowanym świecie, coraz gorzej się powodzi. Można powiedzieć że im lepiej powodzi się nam, tym gorzej dla wróbli – nomem-omen – domowych. Rankiem spojrzałem z okna na mój karmnik, aby ocenić panujący tam ruch i stwierdziłem, że wspomagane przeze mnie stadko wróbli bardziej licznie okupuje teraz karmnik odwiedzany dotąd zwykle przez sikorki. Może to dlatego, że od pewnego czasu zapewniam w nim karmę dla obydwu tych gatunków? Karmnik dla wróbli urządziłem w przycinanym na kształt maczugi krzaku forsycji, w której zawsze lubiły się gromadzić, nie gardząc przy tym jej pączkami, z których wyrastały – czy raczej wyrastać powinny na wiosnę żółte kwiaty. Dokarmianie ich w tym krzewie miało ulżyć ich zimowemu losowi, a równocześnie ocalić te pączki, bo co to za forsycja która nie wita wiosny burzą żółtego kwiecia? Zapewniam więc im karmę na bazie suszonego i przemielonego w maszynce do warzyw chleba z domieszką kasz jęczmiennych różnej grubości i płatków owsianych. Karmnik odwiedzany przez sikorki ma jeszcze słonecznik i słoninkę wywieszaną w kilku miejscach. Koegzystują wspaniale. Nie walczą o miejsce przy stole i nie biją się o karmę. Mamy dzięki tym ptakom zapewnioną całodzienną obserwację ich poczynań na tle monotonnego widoku zaśnieżonego i obudowanego wkoło podwórka.

Dzisiaj patrząc na moje ptaszki postanowiłem sprawdzić, co piszą na temat przyczyn wymierania wróbla domowego uczeni ornitolodzy. Już w pierwszym materiale natrafiłem na ten tekst: Kochajcie wróbelka, do jasnej cholery...

Wróbelek jest mała ptaszyna,
wróbelek istotka niewielka,

on brzydką stonogę pochłania,
Więc wołam: Czyż nikt nie pamięta,
że wróbelek jest druh nasz szczery?!
Kochajcie wróbelka dziewczęta,
kochajcie, do jasnej cholery!

Kiedy w 1947 r. Konstanty Ildefons Gałczyński pisał te słowa, nie przypuszczał zapewne, że po latach bohater jego wiersza rzeczywiście znajdzie się w poważnych tarapatach. Liczba wróbli domowych – tego wdzięcznego i wesołego towarzysza człowieka – spada w większości badanych miast europejskich. I tak np. w Moskwie w latach 1970-90 populacja wróbla obniżyła się o jedną czwartą, w Hamburgu w ciągu ostatnich 30 lat spadła o połowę, a w Londynie w latach 1970-2000 aż o 59 proc. Kryzys wróbli w Londynie stał się nawet przedmiotem dyskusji w brytyjskiej Izbie Gmin.
Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75476,3803455.html#ixzz2KZT2PvJd

Czytając dalej ten artykuł napisany w 2006 roku,  znajdziemy wyjaśnienie przyczyn drastycznego zmniejszenia się populacji wróbla domowego. Tragiczne, że nie możemy mu pomóc w lecie – nie kosząc trawników, czy nie pąkując śmieci w szczelne torby plastikowe, albo pozostawiając warunki do rozwoju różnego robactwa, którym żywią swoje pisklęta. Tak samo trudno wymagać, aby ocieplając budynki pozostawiano szpary w poddaszach z myślą o wróbelkach właśnie. Nasze losy jakoś się rozchodzą z krzywdą dla wróbelka właśnie. Pomóżmy wróblom przetrwać zimę, a później niech już same sobie radzą.

Lubimy sikory, szczygły, gile

Tylko wróbel szarobury

Pozostaje zawsze w tyle.

Porcelanowy wróbelek przywieziony z Norwegii. Czy taki los czeka również wróbla w Polsce?

Tłusty… i to jeszcze jak tłusty czwartek

Ja uwielbiam go,
bo on tu jest
i tańczy dla mnie,
bo dobrze to wie, że porwę go,

i w sercu schowam na dnie. x2

Na dwa dni przed dniem pączkowego szaleństwa przypomniałem moim znajomym na Fb główny atrybut nadchodzącego święta, czyli pączki z dopiskiem : Wkrótce święto pączusia. Do zdjęć pączków, takich tradycyjnych, z polewą oraz takich domowych, z dziurką dołączyłem link starej piosenki Panna Andzia:

http://www.youtube.com/watch?v=r4t6IMVG3_g

W refrenie tej piosneczki słyszymy słowa:

…I przyszedł Józio i przyniósł pączki,
Całuje rączki, całuje rączki.
Wiadomo damy bywają głodne,
Chcesz zdobyć serce, z pączkiem wal!
Więc dziś rozrywki różne godne,
No i czysta, oczywista.
Dziś panna Andzia ma wychodne,
Dziś na Chłodnej wielki bal!…


Pod zdjęciami pojawiły się wkrótce komentarze typu:

A już robiłam wprawki na faworkach, ale przymierzam się też do pączków…

Piosenkę zaś śpiewałam jeszcze w czasach licealnych- czy jeszcze ją ktoś śpiewa???

Nie wiem. Wydobywam ją z zamierzchłej przeszłości, aby przy okazji pączków móc ją zaśpiewać – odpowiedziałem

No i super, bo właśnie to uczyniłam przed monitorem:)

Może temat zbyt wcześnie wywołałem, albo pora nie była odpowiednia, bo moją akcją nie wywołałem zbyt dużego zainteresowania. Tymczasem w mediach już pojawiają się komunikaty i relacje z tu i ówdzie przeprowadzanych konkursów na szybkość pochłaniania pączków, a nawet wywiady ze zwycięzcami i przegranymi. Ci pierwsi cieszą się zwycięstwem, a drudzy odreagowują przegraną licząc na zwycięstwo w przyszłym roku. Pewnie będą intensywnie trenować w tzw. międzyczasie.

Spotkałem się też z audycjami wywodzącymi się jakby z drugiego bieguna problemu, czyli służące podkreślaniu skutków tego szaleństwa.

–         Jeden pączek proszę państwa, zależnie jak jest wykonany i z jakimi dodatkami mieści w sobie tzw. puste kalorie w ilości 400 – 450 kcal w 100 gramach – słyszę w audycji radiowej..

–         – Puste kalorie, proszę państwa to takie, które zamieniają się w naszym organizmie w tłuszcz. Zależnie od tego na ile pączków sobie pozwolimy, to musimy się liczyć ze skutkami naszej słabości.

–         Jak zatem wyrównać bilans energetyczny jeśli silna wola nie jest naszą mocną stroną?- pyta słodkim głosem pani redaktor

–         – Aby spalić jednego pączka należy 30 minut biegać lub uprawiać fitness. Również pół godziny jazdy na rolkach lub łyżwach wyrówna bilans jednego zjedzonego pączka. Jeśli jesteśmy w domu, to dwie godziny prasowania lub zmywania pochłonie tyle samo kalorii. Decyzja należy do Ciebie! – odpowiada zatroskany o nasze zdrowie fachowiec.

W pioseneczce to pan Józio przyszedł i przyniósł pączki, aby zdobyć serce panny Andzi. Stąd warto sobie zdać sprawę, że były to zamierzchłe już czasy. Dzisiaj to raczej panna Andzia, Ziuta, Ela, czy Krysia (wybaczcie, że poprzestanę tylko na tych imionach) upiecze pączki, aby uraczyć swojego mężusia, misiaczka, pączusia, no i poczęstować gości. Wiadomo przecież o tym, że tradycja w narodzie – rzecz święta.

Ja też tradycyjnie pozwolę sobie na ten wyrób pączko-podobny z dziurką. Gustuję zwłaszcza w tym, co w owej dziurce się mieści.

Faworki pani Janiny – najlepsze w okolicy

2 lutego

Wczoraj obchodziliśmy pierwszą rocznicę śmierci naszej nieodżałowanej poetki – noblistki Wisławy Szymborskiej. Poznaję jej utwory w zasadzie tylko w chwilach, gdy się natknę gdzieś na publikację jej wierszy. Zawsze jestem pod wrażeniem talentu wyrażającego się w głębokości spojrzenia na naszą rzeczywistość i w sposobie wypowiadania swoich sądów, zamyśleń jakichś, a także i mocnych i jednoznacznych stwierdzeń. Przed paroma dniami zamieściłem na koncie Fb jej wiersz znaleziony na blogu pewnej Uleczki; Zobaczcie jak pięknie brzmią jej życiowe podsumowania: http://babcia-uleczka.blog.onet.pl/2013/01/24/1607/?fb_action_ids=557669144243208&fb_action_types=og.likes&fb_source=aggregation&fb_aggregation_id=288381481237582 Czytaj dalej

Skończyły się emocje

Początkiem stycznia wpadłem w wir rozważań: – zgłosić blog do konkursu, czy raczej dać sobie spokój. Miałem już wprawdzie jakieś doświadczenia z konkursu 2008 ,w którym brałem udział, ale wydawało mi się, że warto zweryfikować tamto doświadczenie jako zdobyte przez początkującego wtedy autora. Teraz, gdy znacznie zmieniła się blogosfera Onetu, gdy sporo moich ówczesnych czytelników przestało do mnie zaglądać – co wnioskuję z braku komentarzy, a licznik wejść na stronę wykazuje mimo tego wartość rosnącą uznałem, że warto poddać się weryfikacji. Zgłosiłem. Czytaj dalej

Kapsuła czasu

W TVN 24 pokazano szeroko zakrojoną informację o odnalezieniu pod posadzką w jednym z polskich kościołów kawałka rury, w której budowniczowie kościoła umieścili dla potomności informacje o czasach kiedy ten kościół budowano. Wiemy dzięki temu kto tam pracował, ile marek kosztował chleb, a także czym żył wtedy świat, co wynikało z załączonych gazet. Czytaj dalej