Pożegnanie Alicji…

Dzisiaj trochę prywaty.
   W drugim dniu Świąt Wielkanocnych AD 2021 otrzymałem wiadomość telefoniczną od ciotecznej siostry Haliny. Zanim nawiązałem rozmowę dotarło do mnie porażające przeczucie, że zapewne z Alą coś się stało. Zaledwie przed dwoma dniami składaliśmy sobie życzenia świąteczne i w czasie tamtej rozmowy dowiedziałem się, że Ala trafiała do szpitala, nie z powodu tego cichego drania w koronie, ale z powodu tzw. chorób towarzyszących. Banalny w tych czasach przypadek okazał się dla niej tragiczny. W związku z pandemią nie wolno odwiedzać, pobyć w szpitalu z chorą, albo chociaż tuż obok, aby zwyczajnie wyręczyć będące w niedoborze służby medyczne w zabiegach pielęgnacyjnych. Telefoniczne wiadomości uzyskiwane przez jej córkę Agnieszkę, jeszcze w Wielką Niedzielę były uspokajające. Chora otrzymała potrzebne jej leki, jakieś płyny w kroplówce i jest pod obserwacją. Proszę się nie martwić…Tymczasem już rankiem następnego dnia nadeszła porażająca informacja o kryzysie i śmierci.
Trudno to zaakceptować, ale też trudno kogoś o tę nagłą śmierć oskarżać nie będąc tam i nie znając dokumentacji medycznej wskazującej na zachowanie procedur i należytą dbałość o pacjenta. My z żoną przeżyliśmy kilka takich sposobów odejścia naszych bliskich z tego świata.
W tym dniu, o którym piszę  wszystkich zbulwersowała informacja o Krzysztofie Krawczyku. Ogłosił powrót ze szpitala do domu, podziękował za opiekę medykom, a swoim fanom za modlitwę i słowa wsparcia, aby po kilku godzinach pożegnać się z tym światem. Ile takich przypadków się teraz rozgrywa? Ile tajemnic zabrali ze sobą odchodzący na drugą stronę. Wierzący w Boga mogą mieć nadzieję na to, że ktoś ich tam wysłucha, a winnych ukarze.
   Tu przerwałem pisanie i mój wzrok powrócił do mema umieszczonego we wstępie tego pożegnania. Zachęcam do pójścia moim śladem. W końcówce przeczytamy:
Śmierć zostawia ból, który ukoić mogą tylko wspomnienia.
Wspominam zatem Alę, nieznaną mi w młodych latach osobiście kuzynkę z odległego Szczecina, będącą córką wujka Szymona, jednego z braci mojej Mamy. Osobiście poznałem całą Jego rodzinę, gdy przez miesiąc gościł mnie u siebie w Szczecinie, w czasie praktyk szkolnych, na jakie wysyłało mnie moje Technikum Przemysłu Spożywczego w Bydgoszczy. Cała Jego rodzina zatroszczyła się o mnie, aby pokazać mi, chłopakowi – wówczas 18-letniemu, piękne miasto i okolice. Z Alą właśnie byłem po raz pierwszy w życiu nad morzem w Świnoujściu i Międzyzdrojach, wędrowałem po okolicach Jeziora Szmaragdowego, byliśmy w Zamku Książąt Pomorskich na kilku „wieczorach przy świecach”. Odwiedzaliśmy i zwiedzaliśmy również inne zabytki.
Nie mniej ważne były dla mnie wieczorne wyprawy do kin, teatru, operetki, gdzie Ala wprowadzała mnie w dostępny wtedy świat kultury i sztuki. Zaliczyłem z jej udziałem i pod jej przewodnictwem duchowym chyba cały repertuar tych „świątyń sztuki wysokiej”. Myślę, że przybliżyła mi wszystko, co uznała za warte poznania. Tamta porcja wiedzy bardzo liczyła się i nadal ma duże znaczenie w moim rozwoju duchowym. Nie raz zastanawiałem się nad fenomenem tego poświęcenia i obmyślałem sposoby jakiegoś rewanżu .
Życie plotło jednak swoje scenariusze. Ze Szczecina do Bogorii jest kawał drogi, a podróż pociągami bardzo męcząca. Przekonaliśmy się o tym jadąc z Mamą i jej siostrą – Ciocią Andzią na pogrzeb Wujka Szymona. Miałem nadzieję na to, że chociaż powspominamy sobie ten mój wspaniały miesiąc, ale atmosfera pogrzebu nie służy takim wspomnieniom.
Szkołę w Bydgoszczy ukończyłem w czerwcu 1967 roku, a już w październiku trafiłem na 2 lata służby wojskowej do Grudziądza i Radomia. Po wojsku powróciłem do rodzinnej Bogorii i tu podjąłem pierwszą pracę oraz zaoczną naukę w Ośrodku Szkolenia Kadr CRS w Miedzeszynie k/ Warszawy. W tym czasie założyłem rodzinę i to ostatecznie zdeterminowało mój negatywny stosunek do podróży. Praca, nauka, robota i tak przez wiele lat kręciliśmy się w kieracie życia.
Geograficzne oddalenie naszych życiowych siedlisk wydaje się pozostawać główną przyczyną ostudzenia relacji rodzinnych.
Coś jednak udało się nam zmienić dzięki temu blogowi właśnie.
Janek, mąż Ali jakimś cudem trafił na blog i czasem nawet komentował niektóre opowieści podpisując je nickiem @Rodak. Intrygowało mnie to bardzo, bo nasuwało skojarzenie z kimś stąd, z jakimś rodakiem z Bogorii. Dopiero po dość długim czasie dowiedziałem się o tym, że Rodak jest mężem Ali, a to pozwoliło odnowić i ożywić kontakty. Poznawaliśmy siebie i nasze rodziny na zdjęciach wymienianych wraz z życzeniami świątecznymi. Podsuwałem Jankowi linki tekstów wskazujących na nasze powiązania rodzinne, czy opisy warunków w jakich żyli tu nasi przodkowie z prośbą, aby udostępniał je również Halince i pozostałym członkom rodziny.

Janek i Ala znów są razem

   Tak zeszło nam życie rodzinne. Janek odszedł rok temu w bardzo podobny sposób do tego, jaki stał się teraz udziałem Ali. W obu przypadkach Covid stał się okolicznością utrudniającą życie chorym i ich opiekunom, chociaż nie był tych odejść przyczyną. Nadal pandemia utrudnia obecność na uroczystościach pogrzebowych i uczestnictwo w ostatniej drodze zmarłych.

Pociechą jest  możliwość uczestnictwa duchowego w pogrzebie poprzez transmisję mszy pogrzebowej z kościoła parafialnego zmarłej Ali. Mam już potrzebne informacje i chociaż w ten sposób będziemy połączeni.
Rodzinie zmarłej Alicji, a zwłaszcza jej dzieciom i siostrze składam z serca płynące wyrazy współczucia.
Spoczywaj w Pokoju Alu.
Pamięć szczera nie umiera…

Rok 1989. Mój czas tamtejszy

Ostatni czas, w którym wszyscy wspominają swoje doznania i przeżycia  AD. 1989  sprowadził i na mnie potrzebę dokonania jakichś podsumowań. W audycjach radiowych i telewizyjnych, których zwykle słucham, co rusz natrafiam na gadające głowy odpowiadające na pytania dziennikarzy o tamten czas przełomu. Nie udało mi się wyłączyć natłoku własnych wspomnień, chociaż nikt mnie o nie nie pyta.Tekst napisany z okazji 25-lecia odzyskania wolności jest w sam raz na wspominanie tamtego okresu z okazji obchodzonej teraz XXX tej rocznicy. Zapraszam… Czytaj dalej