Babunia i dziadunio

Gdybyśmy wiedzieli, że wnukowie to taka radość, najpierw postaralibyśmy się o nich – powiedział  H. Jackson Brown i była to na tyle odkrywcza myśl, że wszedł z tą sentencją do historii. Gdy opisując swoje relacje z wnukami przytoczyłem powyższą sentencję zięciowi, to on uśmiechnął się jedynie i chyba mnie nie zrozumiał tak do końca. On wie, że nie da się przeskoczyć następstwa pokoleń. Czytaj dalej

Wesołych (?) Świąt…

Święta Bożego Narodzenia zbliżają się nieuchronnie. Czy przeżyjemy je u siebie, czy też w gościach, to jednakowo będziemy składać innym, a oni nam będą składać wielokrotnie życzenia:
Wesołych Świąt, Radosnego świętowania, Dużo szczęścia i radości, Dużo zdrowia, bo to najważniejsze, jak tylko będzie zdrowie, to i wszystko inne. Szczęściaitd. itp.
   Jeśli nawet jest tak, że wypowiadamy je zawsze w szczerych intencjach, a nie tylko dlatego, że tak wypada, to jednak nie zawsze mówimy, czy też piszemy to do ludzi, którym z naszymi słowami wróci uśmiech na twarzy lub poprawi się ich nastrój. Ludzie przeżywają tyle nieszczęść prawdziwych, czy tylko urojonych, że takie beztroskie i bezkrytyczne „Wesołych Świąt” wywołuje wręcz odwrotny skutek.
Przykłady? Proszę bardzo.
Telefonuję w wigilię do znajomego, gdyż wcześniej jakoś go nie spotykałem i na moje radosne:
W przedświąteczny czas spieszę odwiedzić Was, aby życzyć Wesołych Świąt… W odpowiedzi słyszę w słuchawce :
– Dziękuję i wzajemnie – po czym następuje rozłączenie.
Zastanowiło mnie to chłodne potraktowanie, ale gdy w czasie spotkań świątecznych zapytałem kuzynów, czy nie wiedzą co słychać u X , to usłyszałem, że oni przeżywają dramat, bo u pana domu wykryto przed świętami groźną chorobę mimo, że inni lekarze, po wcześniej przeprowadzanych badaniach wydawali uspokajającą diagnozę.
Inny przypadek.
Mój młody znajomy, uczeń jeszcze, został porzucony przez dziewczynę. Już przez trzy tygodnie chyba przeżywa swój dramat i wylewa swoje uczucia na forum Fb w niezwykle smutnych wierszach. Tak jak kiedyś pisał dla niej wiersze o miłości, tak teraz pisze o swoim bólu i tęsknocie po jej odejściu. Wszelkie próby udzielenia mu pomocy, czy dodania otuchy nie skutkują. Czy pomogą mu życzenia „Wesołych świąt” jeśli dla niego życie bez tej dziewczyny wydaje się nie mieć sensu?
   Inna dziewczyna, studentka od listopada wypuszcza w świat wirtualnej przestrzeni Fb dramatyczne komunikaty typu:
– I prysło… jak bańka mydlana
– i się posypało w uj 😦 może i lepiej wcześniej Niż gdy by było za późno :(:(:(:( Boli, ale może przestanie…
– Czy to musi tak boleć?
Tej dziewczynie chyba też nie powinno się życzyć Wesołych świąt, prawda?
A ci wszyscy, którzy na przestrzeni ostatniego roku pochowali swoich bliskich?
Czego można im życzyć, bez ryzyka ożywienia tych wszystkich uczuć, które być może już jakoś w sobie oswoili?

Jak postąpić w takich przypadkach, aby życząc dobrze nie wywołać odwrotnego skutku?

Opłatkowe spotkania

Już chyba wszyscy mamy za sobą uroczystości w szkołach, wszelkich instytucjach społecznych i w zakładach pracy zwanych potocznie spotkaniami opłatkowymi. Wielu z nas zaliczyło nawet po kilka takich spotkań i wyniosło z nich wiele osobistych wrażeń i odczuć. Czy wszyscy pochwalamy powszechność organizowania takich uroczystości, które stały się już tradycją? Ja byłem na dwóch takich spotkaniach. Pierwsze z nich odbyło się w Przyborowicach, w oddanym właśnie na tę okazję przebudowanym i gruntownie wyremontowanym Wiejskim Domu Kultury. Nie wiem, czy magia opłatkowego spotkania, czy może  przebogaty artystycznie program, a może zapowiedziana degustacja bardzo urozmaiconego menu potraw wigilijnych sprawiły, że w dość obszernym jak na WDK lokum zameldowały się tłumy mieszkańców i zaproszonych gości. Wysłuchaliśmy pięknego występu młodych artystów, którzy poprzez śpiew znanych kolęd wykonywanych solo, jak i w chórkach wprowadzili nas w atmosferę świąt. Byliśmy świadkami poświęcenia odnowionych pomieszczeń przez miejscowego księdza proboszcza oraz wysłuchaliśmy przemówienia gospodarza tego spotkania – wójta Gminy Bogoria, który przedstawił nam zakres i kosztorysy prac wykonanych w tej placówce jak i w innych placówkach kultury w pozostałych wioskach gminy, a była to imponująca wyliczanka. Tak liczne spotkanie, to okazja do promocji poczynań miejscowego samorządu, a że ten samorząd ma się czym chwalić, to nic dziwnego, że robi to i zyskuje coraz większy poklask i aprobatę. Po przemówieniach i złożeniu świątecznych życzeń gremialnie przełamaliśmy się opłatkiem życząc sobie wzajemnie tego wszystkiego co w takich razach mówimy drugiemu, nawet obcemu człowiekowi. Było miło, a degustacja potwierdziła wysoką klasę talentów kulinarnych pań z kół Gospodyń Wiejskich i Stowarzyszeń zaangażowanych w przygotowanie wieczerzy dla tak licznego grona ludzi zaangażowanych. Z sąsiadami przy stole przegadałem cały wieczór ciesząc się z tych spotkań, do których przecież nie mogło dojść gdyby nie ta szczególna okazja. Jestem wdzięczny za zaproszenie i cieszę się z tego, że z niego skorzystałem.

Równie, a może jeszcze bardziej ucieszyłem się z zaproszenia na spotkanie opłatkowe organizowane przez Zespół Szkół Ekonomicznych w Staszowie. To, przecież moje ostatnie 22 lata życia zawodowego i silne związki emocjonalne z miejscem i ludźmi, pośród których pracowałem i przeżywałem coś znaczącego dla uczniów jak również i dla rozwoju własnej osobowości. Wszak „szkoła óczy”- jak to ktoś przekornie napisał na murze w pobliżu szkoły. Tu był również piękny jak zawsze program artystyczny zwany Jasełkami, piękne kolędy wykonywane przez nieznane mi już (niestety) uczennice i recytacja natchnionych tekstów dobranych tak, aby wrażołokom zaszkliły się oczy. Tu również przełamaliśmy się opłatkiem i złożyliśmy sobie życzenia, a że już ponad rok minął od naszego rozstania to skorzystaliśmy z okazji ,aby poinformować się o zmianach jakie zaszły w naszym życiu i okazać sobie sympatię i przyjaźń. To było bardzo dobre i potrzebne mi spotkanie dostarczające mi, a mam nadzieję, że również innym wiele ważnych informacji choćby o tym, że jeszcze trwamy, że się nie dajemy i że z optymizmem patrzymy w przyszłość.Wieczorem miałem okazję uczestniczyć jeszcze w jednym takim spotkaniu, ale życie pokrzyżowało mi plany. A szkoda.Tak jak to opisałem uważam, że spotkania opłatkowe, to dobra tradycja.
Na zakończenie przytoczę treść rozmowy ze znajomymi jaka wywiązała się na Facebooku pod moim wpisem tej treści:
Dwa dni temu słyszałem w Polskim Radio pewnego pana, który w kwestii końca świata powiedział coś takiego:
– Jaki sens miałby koniec świata tuż przed narodzinami Syna Bożego?
– Myślę, że mioł chłop łeb, oj mioł…
Pojawiło się kilka „lajków” i komentarz:
– Właśnie taki, że przeszliśmy cały cykl, od urodzenia, przez śmierć, odkupienie, rozesłanie apostołów i co tam tylko i jeśli jedne narodziny nic nie zmieniły, to po co następne rocznice ?

Ktoś inny mieszkający na stałe w USA zauważył:
– Tylko wytrwali dochodzą do celu! Czy narodziny nic nie zmieniły?  Zmieniają i to każdego roku! W tym biegu za dekoracjami, przysmakami i szaleństwem zakupów nadchodzi chwila zatrzymania, refleksji, zadumy i chwała za to, że jest co roku!!! A gdyby „mój koniec świata” nadszedł dzisiaj, to dziękuję za cale moje życie i za wszystkie doświadczenia i za wspaniała rodzinę i bliskich i znajomych, za każdą najmniejsza istotę w moim życiu… To są moje refleksje na te święta, święta cudu!!! Wszystkim życzę takiego wewnętrznego spokoju, komfortu i przezywania tych magicznych świąt całym sercem!!!
Odpisałem jej dzisiaj:
– Pięknie Dorotko. Wyraziłaś wszystko to, co i ja chciałbym z tej okazji powiedzieć. Miłego świętowania życzę.
PS. Jakimś zrządzeniem losu powyższy tekst nie dał się opublikować za pierwszym razem. Przerwałem więc pracę, aby iść do kościoła na sumę. W czasie nabożeństwa nastąpiła uroczystość przekazania „Światła Betlejemskiego” przyniesionego do kościoła przez harcerzy z Bogorii i Jurkowic, a uzyskanego od harcerzy staszowskich, którzy w sztafecie ludzi dobrej woli uzyskali go od swoich kolegów ze Słowacji. Akcja będąca już tradycją angażuje szerokie rzesze młodzieży i dzieci w różne działania związane z przenoszeniem płomienia zapalonego w Betlejem i sprawowaniem nad nim pieczy i przez to jest piękna przez to, że płomień z Betlejem trafi dzięki tym dzieciom do naszych domów i zapali świece, które tradycyjnie postawimy na naszych wigilijnych stołach. Jakaż to piękna symbolika układająca się w łańcuch ludzi podobnie przeżywających i odczuwających sens i treść tego Święta. Spotkania z ludźmi są punktem wyjścia do spotkania z Bogiem. Nie bójmy się być dobrzy…- powiedział nasz ksiądz dobrodziej.
Przekazałem zdjęcie dalej dopisując do niego własny komentarz:
Jedna z najpiękniejszych idei jaką wypracowano na czas Świąt Narodzenia Pańskiego.
Przekazujmy …
Niech leci…
Rozświetla…
Rozgrzewa…
Nadziei dolewa…

Historia pewnej historii świątecznej

Tym razem opowiem o historii z historią kolędy „Cicha noc” w tle. Przy czytaniu zapraszam do wysłuchania tej jednej z najpiękniejszych kolęd o tytule Stille Nacht, heilige Nacht – Cicha noc, święta noc” w wersji oryginalnej, czyli niemieckojęzycznej i w wykonaniu Mireille Mathieu. Powstała bowiem w Austrii i w tym języku zachwyciła najpierw miejscowych słuchaczy, a później cały świat. https://www.youtube.com/watch?v=bGJFS5iiEC0
Przed paru laty natrafiłem na blog @Mirka, a w nim na opis historii kolędy Cicha noc
Oto treść opowieści Mirka:
…Mamy w skarbcu naszej narodowej kultury i pobożności wiele wspaniałych kolęd i pastorałek, którymi szczycimy się przed światem. Jest wśród tych naszych jedna obca, pochodząca z Austrii. Mowa tu o kolędzie „Stille Nacht, heilige Nacht , a po naszemu  Cicha noc, święta noc”, która do Polski trafiła niedługo po jej narodzinach. Dziś przetłumaczona na ponad 60 języków, zadziwia pięknem słów i melodią. Warto poznać jej historię.
W Austrii, wysoko w Alpach, leży niewielka miejscowość Obendorf. W 1818 roku, zima wspaniałą kołdrą śniegu pokryła góry i doliny oraz przycupnięte na górskich stokach wiejskie chaty, w których trwały przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Miejscowy wikariusz pastor ks. Józef Mohr też przygotowywał się do wygłoszenia kazania na Pasterce. Nagle ktoś gwałtownie zapukał do drzwi plebanii. Weszła uboga wieśniaczka, opatulona grubą wełnianą chustą, mówiąc, iż uboga żona węglarza urodziła dziecko i prosi kapłana do siebie, bo nie czuje się najlepiej, a chciałaby ochrzcić maleństwo i samej pojednać się z Bogiem przed śmiercią. Zabrał ksiądz Mohr wiatyk z kościoła, ubrał się i poszedł wraz z kobietą daleko na skraj wsi, gdzie zamieszkiwali węglarze – wypalający drewno na węgiel drzewny, wówczas bardzo popularne paliwo. Gdy kapłan wszedł do ubogiej izby, to ujrzał tam na prostym łożu, uśmiechniętą matkę tulącą do siebie śpiącą dziecinę. Odczuł wtedy dziwne wzruszenie, patrząc na tę scenę jakby żywcem wyjętą z kart Ewangelii. Przed oczami pojawił się obraz z Betlejem – Narodzenie Chrystusa. Tam było podobnie; też ubóstwo a jednocześnie ogromna uśmiechnięta miłość Maryi. Powiła swego Syna Jezusa, by zbawił świat. Wszystko to stanęło w jednej chwili przed oczyma kapłana, cała prawda życia ludzi prostych i ubogich lecz kochających się nawzajem. Ochrzcił kapłan niemowlę, posilił Eucharystią matkę, pobłogosławił wszystkich domowników i już przy zapadającym zmroku wracał w dolinę Obendorfu. Jednak scena z domu węglarza stawała mu wciąż przed oczami. Chciał zatrzymać jej piękno i utrwalić go na zawsze, a że miał zdolności literackie, więc zaraz po Pasterce usiadł przy stole i zaczął pisać wiersz o cudzie betlejemskiej nocy. Prosty, a jakże wzruszający wiersz kapłana – poety, zobaczył następnego dnia tamtejszy organista i nauczyciel śpiewu w szkole, Franz Xawer Gruber. Urzeczony utworem zaraz ułożył do niego melodię i jeszcze tego samego dnia zaczął śpiewać nową pieśń w kościele. Wszystkim podobał się nowy utwór księdza i organisty. Zapewne pieśń ta pozostałaby w samym Obendorfie, gdyby drogę do sławy nie utorował jej zwykły przypadek. Mała mysz kościelna, a może kilka, z braku innego pożywienia, dobrały się do skórzanego miecha w którym sprężano powietrze by dmuchało w piszczałki organów. Poproszono więc do naprawy organów znanego w całej okolicy organmistrza, Karola Maurachera. Gdy naprawił organy, poprosił organistę Grubera o ich wypróbowanie. Ten zaczął wygrywać różne melodie, by w końcu wykonać melodię „Cichej nocy”. Organmistrz, zachwycony utworem, poprosił o słowa. Przepisał je wraz z nutami i zabrał ze sobą w dolinę Zillenralu w Tyrolu, gdzie mieszkał. Tam zaczął uczyć miejscowe dzieci i dorosłych „Pieśni z nieba”, jak ją wówczas zwano. Szybko stała się bardzo popularna….
Zainteresowanych samym przebiegiem uzyskiwania rozgłosu przez tę piękną pieśń odsyłam do bardzo obszernego materiału dostępnego w Internecie pod hasłem : Historia kolędy Cicha Noc.
Dla mnie istotna jest ta część opowieści, którą zacytowałem wyżej, jako że do niej chciałem nawiązać.
Zdarzyło mi się kiedyś przebywać samotnie przez ponad dwa lata w Chicago, gdzie dwukrotnie przeżywałem Święta Bożego Narodzenia w oddaleniu od bliskich. W tym czasie w jednej z miejscowych gazet polonijnych przeczytałem tę historię w wersji znacznie zmienionej, ale nie mniej wzruszającej. Główne fakty były takie same. Austria, biedny pasterz żyjący z żoną w biednym domu, w górach, zamieć i spodziewane narodziny dzieciątka. Pasterz idzie w ciemną noc do miasteczka, aby sprowadzić lekarza. Wracają, otwierają drzwi i widzą... Tę samą scenę…
Czytałem wtedy tę historię i ryczałem jak bóbr. Żałuję, że nie zachowałem tej gazety. Dzisiaj, gdy trafiłem na tę piękną opowieść, to odżyły we mnie dawne wspomnienia.
Wielokrotnie zastanawiałem się nad fenomenem tej właśnie kolędy. szczególnie, że poznałem jej historię w czasie Świąt Bożego Narodzenia przeżywanych na emigracji, z dala od rodziny. Mój stan ducha może zrozumieć jedynie ktoś, kto był w takiej samej sytuacji i do tego cechuje go podobny typ wrażliwości emocjonalnej.
Były to lata osiemdziesiąte. Łączność z rodziną zapewniały tylko listy, a te dość długo przemierzały ten ogromny dystans jaki nas dzielił. Biorąc pod uwagę zwyczajowy obieg korespondencji przebiegający według schematu: list – odpowiedź – list, to dystans czasowy pomiędzy listami wynosił dwa, trzy tygodnie. Nic więc dziwnego, że my, żyjący w rozłące tęskniliśmy za kolejnym przybliżeniem spraw z jakimi borykają się nasi członkowie rodziny. Do tego ta przedświąteczna atmosfera wywołana dekoracjami, kolędami rozbrzmiewającymi w sklepach oraz nadawanymi we wszystkich polskojęzycznych audycjach radiowych na przemian ze wspomnieniami świąt przeżytych na emigracji wywoływała wielką nostalgię. Można było ją utopić w alkoholu, albo tworząc namiastkę domów rodzinnych, podejmować próbę przeżywania świąt na domowy sposób z ludźmi nieraz przypadkowo zamieszkującymi wspólnie wynajęte mieszkanie.

Jakie były tamte święta? Na to pytanie najlepiej odpowiedzieć może opis przeżytej w tamtym czasie wigilii.
Przygotowaliśmy ją wspólnie ze współmieszkańcami, na wzór naszych polskich wigilii. Ponieważ dla mnie zawsze obok wieczerzy wigilijnej obowiązkowym elementem Świąt Bożego Narodzenia była Pasterka, to i wtedy planowałem dochowanie tradycji w tym zakresie. Niestety, po skończonej wieczerzy okazało, że z kilku osób zasiadających przy wspólnym stole jedynie ja miałem takie pomysły. Nikomu nie chciało się przez ponad pół godziny iść pieszo do kościoła, zwłaszcza że na dworze panował duży mróz, a towarzyszący mu wiatr potęgował jego działanie. Nie na darmo Chicago nazywają – Wietrzne miasto.
Gdy samotnie i z wielkim trudem przemierzałem drogę do kościoła, to nasuwało mi się skojarzenie z tymi ludźmi w Alpach, którzy nie bacząc na pogodę szli ciemną nocą do chaty w górach… gdzie przyszło na świat dziecię. Gdy wszedłem do wypełnionego po brzegi kościoła, a dzisiaj już Bazyliki Św. Jacka w Chicago i poczułem ciepło pochodzące nie tylko z grzejników, ale i z serc tych ludzi, to miałem kolejne skojarzenie związane z przeżyciami tamtych ludzi wchodzących do… ubogiej izby, w której ujrzeli na prostym łożu, uśmiechniętą matkę tulącą do siebie śpiącą dziecinę. Oni ulegli wzruszeniu, patrząc na scenę, jakby żywcem wyjętą z kart Ewangelii. Przed ich oczami pojawił się obraz z Betlejem – Narodzenie Chrystusa. Tam było podobnie, też ubóstwo, a jednocześnie ogromna uśmiechnięta miłość.

Pasterka była przepiękna. Dla mnie, mieszkańca centralnej Polski zachwycające były śpiewane tam przez ok. 2 tysiące ludzi kolędy wywodzące się tak jak tamci ludzie z różnych stron Polski.
Powrót był jeszcze bardziej przykry, jako że wypadało mi iść po wiatr, który niemal parzył w twarz i utrudniał oddychanie. Gdy wreszcie dotarłem do domu, to zastałem tam sielski widoczek twardo śpiących współmieszkańców, którzy pochrapując „oglądali”  trwającą jeszcze transmisję pasterki odprawianej przez Jana Pawła II z Watykanu.
Ta scena z ciepłego i bezpiecznego mieszkania, w którym zasnęli czuwający koledzy też kojarzyła mi się z cytowanymi tu opisami pochodzącymi historii rodem z Alp Austriackich.
Poszukując w Internecie prawdziwej historii cytowanej kolędy natknąłem się na wiersz biskupa Zawistowskiego, który jest także poetą. Oto ten piękny wiersz.
Patrz!
Bóg narodził się w ciszy.
Swoim cichym płaczem
nie naruszył niczyjego spokoju.
Takie narodziny oglądał Franz Gruber
w ubogiej chatynce
gdzie kwiliło dziecię.
I tak powstała kolęda, którą śpiewa
cały świat.

Miej kiedyś taką spokojną noc.
Będziesz tylko Ty i Pan wielkiego majestatu
co przyniósł odkupienie win.
Przeżyłeś to kiedy?
Dużo ciepła życzę Państwu na nadchodzący czas niezwykle dla nas ważnych Świąt Bożego Narodzenia.