Piekę ludziom chleby

Wiosna wypędziła mnie z domu do ogrodu, w którym trzeba było wykonać trochę nie cierpiących zwłoki prac. Ponieważ jednak w plecach łupie, w barku boli, a kark dziwnie ogranicza mi ruchy głową, zwłaszcza w lewą stronę, to postanowiłem skorzystać z pomocy znajomego …piekarza, który w dodatku piętnaście lat temu był moim uczniem. Piekarz w ogrodzie? Ano tak. Gdy się pracuje za pensję nieco tylko przekraczającą płacę minimalną, a ma się na utrzymaniu rodzinę, to trzeba dorobić chwytając się za to, co jest do zrobienia, prawda? Ja to dobrze rozumiem i zawsze z podziwem i uznaniem podchodzę do takich, którym się chce, i którzy w dodatku nie narzekają na los. Czytaj dalej

Jarmarki, czy nadal kolorowe?

Wszyscy chyba znamy pojęcie jarmarku i to nie tylko ze słynnej piosenki Janusza Laskowskiego http://www.youtube.com/watch?v=VJs3YRjN2h0 spopularyzowanej przez Marylę Rodowicz. Nawet mieszczuchy znają ten fenomen, chociaż tam stosuje się raczej inne nazwy, jak bazar, targ, czy jeszcze inne nazwy według tradycji lokalnych.

Jarmark ma bardzo stare tradycje. Warto wspomnieć, że przywileje targowe od XII wieku przyznawała głowa panująca lub władze kościelne. Przywilej określał liczbę dni targowych oraz wyznaczał miejsca do prowadzenia handlu. Początkowo handel koncentrował się wokół dużego placu targowego zwanego później rynkiem. Przywileje targowe nadawane miastom i miasteczkom dawały możliwości rozwoju takich miejscowości oraz przynosiły zyski zarówno jej mieszkańcom, jak i dochody wpływające do kas miejskich z pobieranych opłat targowych. Był to zatem silny czynnik miastotwórczy.

Moja rodzinna miejscowość też posiadała kiedyś prawo do organizowania jarmarków. W notce historycznej Wikipedii pod hasłem Bogoria – czytamy:

1616 r. Krzysztof Bogoria Podłęcki założył tu miasto. Przywilej lokacyjny wydał król Zygmunt III Waza. Założyciel miasta wybudował tu ratusz i ustanowił cechy. Mieszkańcy Bogorii otrzymali przywilej warzenia i szynkowania trunków. W latach 1619-1645  Bogoria otrzymała przywileje na organizowanie 8 jarmarków rocznie.

Różnie wiodło się moim praprzodkom, ale z tego co ja pamiętam, to podejmowane po II wojnie próby organizowania jarmarków w Bogorii nie powiodły się. Tradycyjne miejsca handlu jarmarcznego w pobliskich miastach powiatowych jak Staszów, Opatów i Sandomierz utrzymały swój prymat i tak jest do dnia dzisiejszego.

W czasach PRL jarmark przyciągał ogromne rzesze ludzi, głównie rolników sprzedających swoje płody rolne oraz rzemieślników zaopatrujących już nie tylko wieś, ale i miejscową ludność w wyroby przemysłowe. Złośliwi nazywali ten dzień świętem dyszla jako, że najazd furmanek utrudniał ruch miejski i wprowadzał trochę zamętu w senne i uporządkowane życie mieszczuchów.

Ja sam, szefując w latach osiemdziesiątych Gminnej Spółdzielni w Staszowie, która na mocy decyzji władz miejskich sprawowała pieczę nad targowiskiem miałem z tą działalnością duże kłopoty. Stawki opłat targowych były tak skalkulowane przez władze miejskie, że pozostająca w naszej dyspozycji część wpływów pochodzących z tych opłat nie pokrywała kosztów utrzymania całej działalności, a zatem przynosiła nam spore straty. Stragany podnajmowane GS-om w dni targowe stały puste przez pozostały czas przyciągając wagarującą młodzież i innych ludzi szukających tam schronienia. Były zatem częste przypadki włamań i demolowania sprzętu, który musieliśmy naprawiać własnymi siłami. Nadzorując tę działalność miałem okazję przyjrzeć się temu biznesowi będącemu swoistą enklawą wolnego rynku w morzu gospodarki planowej zwanego dzisiaj komuną. Pamiętam tamte czasy ogólnego niedostatku wyrobów niemal wszelkich branż w sklepach spółdzielczych i względny ich dostatek w ofercie targowej. Niemal wszystko było sprzedawane wprost z wozów konnych lub przyczep traktorowych, czy ze skrzyń ładunkowych coraz częściej pojawiających się samochodów ciężarowych Star, Lublin, dostawczych typu Żuk, Nysa, Tarpan, wreszcie i z osobowych Fiat 125 czy Polonez.

W ostatni poniedziałek odbyłem na prośbę żony swoistą podróż do wspomnień z lat minionych. Podwiozłem ją na jarmark właśnie w poszukiwaniu różnych rzeczy niezbędnych w zbliżającej się porze zimowej. Było już trochę późno, tak pod koniec działalności. Poszczególne stoiska już pakowały swój dobytek lub odjeżdżały ze swoich stanowisk. Żona poszukiwała potrzebnych jej rzeczy, a ja chodziłem pomiędzy stoiskami przyglądając się całemu zapleczu handlowemu wystawionemu na jarmarku i słuchając strzępów rozmów jakie prowadzili sprzedający pomiędzy sobą lub z takimi jak my, spóźnionymi klientami.

Byłem pod wrażeniem zmian jakie tu zaszły od czasów, które wspominam. Na ogół nikt już nie sprzedaje z samochodów. Każdy handlowiec posiada odpowiednie do prowadzonej branży namioty sułtańskie lub inne, Wszystkie są niezwykle łatwe w montażu i demontażu. Urządzenia handlowe służące ekspozycji towarów też przeszły swoistą metamorfozę. Już nie ma łóżek, czy jakichś przypadkowych stolików. Wszystko jest dokładnie przystosowane do tego, aby łatwo i szybko to ustawić, aby pomieścić jak najwięcej towaru i właściwie go wyeksponować. Cały dobytek jest tak przemyślany, aby zmieścił się w posiadanym pojeździe i tak w nim zapakowany, aby już następnego dnia i w nowym miejscu szybko rozwinąć stragan i ułożyć w nim swój towar. Zniknęły kolory – te z piosenki, na rzecz biało-niebieskich poszyć namiotów.

Gdy tak obserwowałem młody na ogół personel jak sprawnie przeprowadza zwijanie biznesu z pełnym rozeznaniem gdzie zapakowano poszczególne towary, co trzeba uzupełnić, to pomyślałem i o tym, że gdy ja następnego dnia będę się zastanawiał czy już wstać, czy jeszcze sobie poleżeć oni będą już w kolejnym mieście handlować. W tym dniu było słonecznie, cieplutko i bezwietrznie, a przecież nie zawsze tak bywa. Czasem pada i wieje zrywając te różne folie i brezenty, czasem jest zimno i mgliście, czasem mimo ofiarnego świadczenia gotowości do handlu nie ma komu sprzedać oferowanych towarów i co wtedy???  Nerwy puszczają, przychodzi zwątpienie w sens prowadzenia takiej działalności. Dlaczego więc tak się męczą? Dlatego że tam, na tych targach, jarmarkach jest popyt reprezentowany przez ludzi chcących względnie tanio zaspokoić swoje potrzeby. Jak jest popyt to w ślad za nim pojawia się podaż, bo…klient nasz Pan.

To dla nas trudzą się te rzesze zaprawionych w trudnym handlu ludzi. Kupując u nich możemy im wyrazić uznanie dla ich trudnej pracy.

Bądź gotowy, okazja nadejdzie

Uczyłem w szkołach średnich między innymi przedsiębiorczości i stąd pochodzą wyłapywane przy różnych okazjach sentencje, czy też wypowiedzi ludzi, którymi starałem się posługiwać w kontaktach z młodzieżą, jako argumentem przemawiającym do ich wyobraźni. W ten sposób wszedłem m.in. w posiadanie fragmentu wywiadu jakiejś znanej w kraju aktorki (nie zapisałem niestety nazwiska, ani tytułu gazety, która to zamieściła). Oto on:
– Aktorka: …80 proc. problemów rozwiązuje się sama. Wszystkie ważne wydarzenia w moim życiu nastąpiły z powodu innych. Ktoś nie mógł, ktoś nie chciał i wtedy padała oferta dla mnie. Trzeba zatem czekać na taki moment. Zbierać latami siły, uczyć się cierpliwości i czekać na szansę, a wtedy brać ja i starać się sprostać oczekiwaniom…
   Dla wątpiących i niecierpliwych dodawałem jeszcze opowieść o wykształconej w Polsce jakiejś młodej pani reżyser, która w USA …sprzątała teatr. Podczas jakichś rozmów personelu ośmieliła się zabrać głos i przedstawić swój sposób rozwiązania dyskutowanego problemu. Nastąpiła wtedy chwila ciszy, po której ktoś znaczący powiedział słynne : – You do it, czyli zrób to!!! Powiedz czego potrzebujesz i do roboty! Nie trzeba dodawać, że ta sytuacja odmieniła dotychczasowe życie młodej pani zatrudnionej w charakterze konserwatora powierzchni płaskich. Dlaczego akurat o tym piszę dzisiaj swą kolejną opowieść? Już spieszę z wyjaśnieniami:
Od zawsze byłem zbulwersowany doniesieniami o kwalifikacjach ekspertów Komisji Macierewicza. Jeden obserwował za młodu eksplozje w stodołach i nabył w ten sposób kwalifikacji, które później rozwinął, a teraz miał szansę zająć się eksplozją w samolocie. Inny dużo latał samolotami i miał okazję obserwować przez okno skrzydła i silniki samolotów dzięki czemu zdobył nowe kwalifikacje. Czekał długo, ale się doczekał. Przyjął nadarzającą się ofertę i starał się sprostać oczekiwaniom. Bardzo się starał! Ponieważ zasada przestrzegana przez nasze babcie, a głosząca: Siedź w kącie, znajdą cię!  przestała już działać, to postanowiłem pomóc losowi i trochę wypromować siebie. Otóż, już osiem razy byłem w USA i do tego często z międzylądowaniem w Dusseldorfie, Pradze, Wiedniu, Zurychu. Dlatego uważam, że mam spore doświadczenie i wiedzę w zakresie znajomości budowy skrzydeł samolotów i ich zachowania się podczas lotów. Szczególnie, że często otrzymywałem miejsca przy oknie i nad skrzydłem właśnie. Lecąc po raz pierwszy z Pragi do Nowego Jorku miałem nieprzyjemność podróżowania samolotem TU 104,( a może TU 114 ),do którego wsiadało się po skrzydle samolotu, z którego na płytę lotniska kapało paliwo. Leciałem ściśnięty jak ogórek w beczce i martwiłem się czy doleci. Doleciał.
Jestem też inżynierem, co prawda nie mam kwalifikacji konstrukcyjnych, a nawet związanych z obróbką metali, ale zawsze co inżynier, to inżynier. Tytuł magistra też posiadam. Mam dużo czasu, jako że jestem na trzecim roku emerytury i szukam sobie dodatkowych zajęć, aby przydać się komuś i do tego trochę ( ale bez przesady, bo może być sporo) zarobić. Oczekuję propozycji, a przynajmniej dowcipnych komentarzy.

 

 

Żyj chwilą…

Mamy za sobą szaloną noc oczekiwań na nadejście i powitanie tego, który zastąpi odchodzącego staruszka . Odchodzący Rok był mocno poturbowany przez los(?) czy przez nas, ludzi? Sporo musiał przeżyć biedak, bo to wojny, niepokoje społeczne, rozlewające się po całym świecie widmo kryzysu, a w związku z tym konieczność wysłuchania wielu utyskiwań, połajanek i wszelkich wrogich gestów. Jakby tego było mało, to w końcówce miał przecież przynieść przepowiadany przez Majów koniec świata. Dobrze więc że odszedł. Czytaj dalej

Pani się nie nadaje…

Klika dni temu zadzwonił nasz telefon. Odebrała żona i zaraz przełączyła na opcję głośno mówiący. Jakaś młoda dziewczyna zapytała grzecznie, według wyuczonej formułki : –Czy zgodzi się pani odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących zakupów różnych artykułów? Żona nauczona doświadczeniem zapytała uprzedzająco grzecznie:
-Czy pani jest pewna, że ja akurat odpowiadam kryteriom tych badań?
-Zaraz, zaraz, odpowiedziała dziewczyna. Ja potrzebuję osób do pięćdziesiątki. Czy pani wiek mieści się w tych granicach?
– No nie. Ja jestem już stanowczo powyżej tej granicy wieku, odpowiedziała żona.
– W takim razie pani już się nie nadaje. Dziękuję i do widzenia.
Żona odkładając słuchawkę z wyraźnym żalem powtórzyła  za tamtą dziewczyną: Pani się nie nadaje! Nie można było tego jakoś inaczej powiedzieć? Pocieszyłem ją takimi mniej więcej słowami:
Ona pewnie wykonuje tzw. telepracę. Uprawia telemarketing na zlecenie jakiejś agencji, czy może jakiegoś producenta. Jest to praca jaką wciąż można jeszcze znaleźć, ale mało jest ludzi, którzy wytrzymują w takiej pracy przez dłuższy czas. To nie jest łatwe tak wydzwaniać do ludzi i o coś ich wypytywać. Czy wiesz ile one muszą się nasłuchać różnych impertynencji zanim uzyskają swoje wyniki. Często też trafiają do tej roboty z konieczności, bo o inną pracę jest bardzo trudno. No może jeszcze tzw. PeHowiec (Przedstawiciel Handlowy)do sprzedaży akwizycyjnej może się załapać, ale jeszcze prędzej ja porzuca. Młodzi nie mają lekko.
Porozmawialiśmy sobie. Żona już pewnie zapomniała o całym incydencie, bo przecież nie jedyny to kwiatuszek na jaki można się natknąć załatwiając codzienne, życiowe sprawy. Ja zapamiętałem go nie po to, aby piętnować, ale przy okazji zapytać ludzi, którzy przeszli przez taką przygodę o tę drugą stronę pracy w telemarketingu, czyli o nas klientów. Jak wygląda praca ankietera wiszącego całe dnie na telefonie?
Może uda się w ten sposób przybliżyć młodym ludziom  jeden z możliwych dla nich do osiągnięcia sposobów zarobienia na wakacje czy zarabiania na życie, z braku innych możliwości zarobkowania. O tym, że bywają to dramatyczne przygody z pracą niech świadczy ten oto artykuł prezentowany dziś do południa w Onet.pl http://biznes.onet.pl/koszmar-wakacyjnej-pracy,18563,3320087,1,news-detal

 

  

Nie wystarczy umieć pracować, trzeba jeszcze pracować…

Dzisiaj przypomnienie pewnego incydentu z mojej szkoły.
Uczennica klasy pierwszej ZSZ w zawodzie sprzedawca, bardzo dużo mówiąca i to bez należytej refleksji nad formą i treścią wypowiedzi, dowiedziała się od koleżanki, w trakcie lekcji o tym, że została zwolniona z pracy w miejscu odbywania praktycznej nauki zawodu. Przyczyną było spóźnianie się na praktykę w lokaliku, położonym w rynku naszego miasta. Trochę ją to zdziwiło, ale na krótko.
Jak to spóźnia się?, zapytała koleżankę. Zawsze jestem na czas. Co on p…? Jak tam pójdę, k… to mu powiem co o nim myślę! Jak mu k… p…lę to zobaczy!
  Czytaj dalej