Rób to, co kochasz, w czym jesteś dobry i za co ludzie chcą ci płacić…

Rankiem 1 Maja a więc w Dniu Święta Pracy usłyszałem w Jedynce Polskiego radia zapowiedź audycji poświęconej pracy. Pani redaktor zapowiedziała to następująco:
Dla jednych jest sensem życia, dla innych koniecznością, nielubianym zajęciem. PRACA. Czy nawet z takiej, która nie jest szczytem marzeń, da się czerpać przyjemność i satysfakcję? O tym w „4 Porach Roku” po 9.00 porozmawiamy z psychologiem biznesu, dr Pawłem Pawłowskim. Czy inni doceniają Państwa pracę?   Czytaj dalej

Reklamy

Nie narzekaj na szefa swego, bo możesz mieć gorszego…

Miałem ostatnio przyjemność przeżywania uroczystości związanych z imieninami żony i to w tzw. wielokrotnych podejściach. Już na początku świętowania pojawił się temat o którym wspominam w tytule. Szef jako kluczowy składnik atmosfery panującej w miejscu pracy. Wystarczyło, że ktoś wspomniał o wyjątkowo negatywnym typie swojego aktualnego szefa, aby jeden z gości włączył się do rozmowy z następującym przekazem: Czytaj dalej

Zarządzanie zasobami rodziców jako szansa na rozwiązanie bezrobocia wśród młodych

21 września 2013 r. napisałem na blogu tekst, który po dwóch latach poddaję krytyce czytelników. Mam nadzieję na to, że wypowie się ktoś z tego lub podobnych kierunków studiów i powie nam jak się im studiuje i jak to rokuje.

Przyszła moda na nowe kierunki studiów, przy promowaniu tradycyjnych kierunków, które są modyfikowane pod potrzeby grymaśnych obecnie studentów. Niż demograficzny przetoczył się przez przedszkola, szkoły podstawowe, gimnazja i spustoszywszy szkoły średnie dotarł do uczelni wyższych. Wszędzie trwa walka o nabór uczniów i studentów. Uczelnie zagrożone finansowo podejmują przeróżne akcje promocyjne mające zachęcić jeszcze niezdecydowanych do podejmowania studiów właśnie u nich. Natrafiłem przed paroma dniami na taki folderek zdjęć zachęcających do studiów humanistycznych, co jest zrozumiałe, ale też do studiowania ekonomii chyba na kierunku Zarządzanie zasobami rodziców. Ten kierunek wydał mi się na tyle atrakcyjny, że zdjęcie natychmiast skopiowałem i umieściłem u siebie na Fb z moim dopiskiem: Zarządzanie zasobami rodziców to moda, czy konieczność? Kilka osób zaopatrzyło to zdjęcie swoim „lajkiem”, a pewien mój znajomy, młody biznesmen z USA dodał komentarz:
– Hahaha… Bardzo bym chciał żeby to był żart, ale intuicja mówi mi, że to całkiem realne zjawisko?:-)
Ja wiem, że realne. Nie ma pracy, a jak już się ją znajdzie, to trudno za pensje jaką dzisiaj płacą wynająć samodzielne mieszkanie i utrzymać się w dużym mieście. Wiek ,w którym młodzi zechcą sami odciąć pępowinę łączącą ich z rodzicami i domem rodzinnym, aby przejść na swoje przesuwa się do wieku 30-35 lat a nawet i dalej. Rodzice kochają swoje dzieci więc pomogą na starcie, no bo na kogo więcej można liczyć?
Zasoby rodziców nie zawsze są na tyle znaczące, aby trzeba było powierzać zarządzanie nimi specjalnie kształconym magistrom. Z drugiej strony trzeba jednak przyznać, że nie wszyscy rodzice, a zwłaszcza dziadkowie mają założone konta bankowe i nie zawsze wolne środki są należycie przez nich zarządzane oraz korzystnie inwestowane. Pomoc na pewno przydała by się wielu rodzicom szczególnie, gdy tę pomoc świadczyłoby swoje własne i godne zaufania dziecko. Może wtedy łatwiej byłoby żyć tak rodzicom jak i ich startującym w samodzielność dzieciom?
Zajrzałem do Internetu w poszukiwaniu jakiegoś materiału statystycznego wskazującego na rozmiary problemu i znalazłem bardzo ciekawy materiał tyczący oszczędzania na własne mieszkanie poprzez zamieszkiwanie z rodzicami; Polecam Państwu ten materiał i koniecznie zamieszczoną pod nim dyskusję młodych ludzi znających jak mało kto drążony temat. http://kariera-rentiera.pl/oszczedzanie/tanie-mieszkanie-z-rodzicami/
Są w niej zarówno głosy za wczesnym usamodzielnianiem się jak i za czekaniem z tym ruchem aż do czasu, gdy młodzi będą już posiadali własny dom czy mieszkanie, Na mnie zrobiła wrażenie wypowiedź Marianny:
– Marianna: Jak mieszkasz z rodzicami to nie prowadzisz domu, tylko w nim mieszkasz, a to różnica jak zaczęłam mieszkać sama, to przeraziłam się, jakie są koszty jedzenia, środków czystości, rachunków, etc. Ile czasu dziennie zabiera ogólne ogarnięcie nawet małego mieszkania, jak pogodzić prowadzenie domu z innymi obowiązkami czy pasjami (odkurzyć czy poczytać?). Jak zorganizować zakupy, gotowanie, sprzątanie. Kiedy mieszkasz z rodzicami nie uczysz się tego bardzo ważnego wymiaru własnej samodzielności. A wydawanie na panią sprzątającą tego, co wydawałbyś na spłatę kredytu, nie brzmi jak interes życia. I jeszcze Magdalena:
kwestia mieszkania z rodzicami to bardziej sprawa psychologii niż finansów – tj. z doświadczeń moich i koleżanek wynika, że dużo trudniej uświadomić mamie, że jest się samodzielną niezależną jednostką, jeśli mama ma dziecko cały czas na oku i nie widzi powodu, żeby traktować je inaczej niż w wieku 15 lat. Jeśli widzę faceta koło 30, który mieszka u mamusi, to podejrzewam, że nie potrafi sam prowadzić domu, nie umie gotować, sprzątać i pewnie jeszcze wierzy, że brudne skarpetki z kosza na brudną bieliznę w magiczny znikają i pojawiają się czyste i poskładane w pary w odpowiedniej szufladzie. Z drugiej strony – wiele osób, które zarabiają nieszczególnie dobrze, a mieszkają same, to tzw. słoiki, czyli ludzie, którzy wyjechali z rodzinnego miasta żeby uczyć się / pracować. A gdyby tak dodać, że te słoiki musiał ktoś wypełnić zawartością, to zmieniłaby się wymowa faktów?
Temat zarządzania zasobami rodziców to temat rzeka. Biegunowo skrajne przypadki jakie znam to rodzina 60-latków, która zamieszkuje z tatusiem i zarządza jego zasobami tak skutecznie, że nie potrzebuje nawet tracić czasu aby pracować. Strach pomyśleć, że kiedyś strumyk tych zasobów się skończy, a wtedy czym będą zarządzać???
Coś z przeciwnego bieguna :
W sierpniu spotykam w Biedronce niedawnego mojego ucznia w mundurze ochroniarza i z fryzurą pełną loków. Chłopak jak z obrazka. Pytam co słychać? Pracujesz tu na stałe? – – Ależ skąd, odpowiedział. Trudno wciąż trzymać rękę w kieszeni rodziców dlatego próbuję coś dorobić. Jestem na drugim roku prawa i na studiach dziennych trudno pogodzić naukę z pracą. Dopiero w wakacje mogę coś zarobić choćby na drobne potrzeby…

W milczeniu uścisnąłem mu grabę i życzyłem powodzenia. Po wakacjach już go tam nie spotkałem

 

Skróć swoją mękę i pracuj mniej…

   Uczyłem kiedyś przedmiotu podstawy przedsiębiorczości, a więc słowo przedsiębiorczość ma dla mnie dodatkowy wymiar. Reaguję na niego i używam go częściej niż to się przeciętnie zdarza. Może dlatego przeglądając poranne informacje na Fb natrafiłem na stronie Światowy Tydzień Przedsiębiorczości na udostępniony za Gazetą Wyborczą tekst dotyczący pracy.
Oto link do artykułu, który polecam tym wszystkim, którzy są zaganiani lub mają bliskich w tej sytuacji, a jeszcze tego nie czytali. Przed nami poświąteczny weekend, a więc mamy więcej czasu niż mieliśmy w czasie świąt.http://wyborcza.pl/magazyn/1,142069,16933613,Haruj__bedziesz_biedny.html   
Czytałem z zaciekawieniem, bo mimo tego, że jestem już emerytem, to przecież znana mi jest praca, nawet ta ponad siły, do której musiałem się zmuszać wielokrotnie w czasie mojej aktywności zawodowej. Już w dzieciństwie musiałem ciężko pracować, bo w domu dorobkiewiczów w latach powojennych idea ciężkiej pracy jako sposobu na życie była wszechogarniająca, a twarda ręka ojca wymuszała posłuszeństwo. Później była szkoła, wojsko, a po nim już życie na własny rachunek czyli praca, robota, harówka i to w wielu miejscach, z ciągłym uzupełnianiem kwalifikacji i łączeniem obowiązków rolnika, urzędnika, handy mana (złota rączka), zięcia, męża, ojca…
W zbieranych przez ostatnie lata sentencjach gromadzę i te dotyczące pracy. Są różne, mniej lub bardziej błyskotliwe, ale czytając wskazany artykuł nasunęła mi się zwłaszcza jedna z nich, która brzmiała następująco: Pracuj po kilkanaście godzin, to zostaniesz kierownikiem, a wtedy… będziesz harował na okrągło…
Nie trzeba posiadać pieczątki typu:  Kierownik d/s arcyważnych – wystarczy, że będziemy przedsiębiorcą, przedstawicielem tzw. wolnego zawodu, społecznym zarządcą czegoś tam, głową rodziny wiążącą z trudem przysłowiowy koniec z końcem, aby czując stałą presję potrzeb podejmować się ciągle czegoś dla dobra... Cytowany materiał aż za dobrze ilustruje skutki takiego podejścia do życia wskazując na przypadki śmierci z przepracowania u młodych (silnie zmotywowanych ludzi, którym wydawało się, że można oszukać organizm wmawiając sobie po raz kolejny:
nic to, dam radę
Japończycy „wynaleźli” i nazwali jako pierwsi chorobę z przepracowania – karoshi,  już stosunkowo dawno, a my zamiast czerpać z ich doświadczeń, to wciąż jesteśmy na drodze do ich doświadczeń http://www.wprost.pl/ar/234384/Karoshi-po-polsku/   Przedstawione w artykule aspekty pracy i podejmowane w różnych krajach próby skrócenia koniecznego wymiaru czasu pracy do rozmiarów zapewniających odpowiedni poziom życia przeciętnych obywateli są bardzo interesujące, ale i tak wciąż sami będziemy decydować o naszym bilansie czasu rozpiętym w przestrzeni – praca – życie – sen. Przeczytać i przemyśleć warto łącznie z tym, na co byśmy mogli ten odzyskany czas przeznaczyć, bo to wbrew pozorom jest wyzwanie, które do łatwych nie należy. Jeszcze na koniec dodam starą sentencję, której autorem jest Voltair: 
Praca oddala od nas trzy wielkie niedole – nudę, występek i ubóstwo.
Czy jest wciąż aktualna? Nawet w sytuacji gdy w tej pracy mamy romansik? Nawet gdy mamy świadomość tego, że największe fortuny nie tworzą się przez pracę i z pracy tylko przez spekulację i korupcję? Może skończę sentencją W. Młynarskiego?
Nikt nie lubi ciężko pracować, ale trzeba, nie ma rady…
Jeszcze coś z dorobku Okudżawy:
Robota, jest robotą, zawsze jak na złość, Roboty mamy dotąd!!! Roboty mamy dość!!!
Ktoś mądry powiedział:
Nie pracujesz – nie masz za co żyć, pracujesz – nie masz kiedy żyć

Szkolnictwo zawodowe. Lata lecą, a zmian nie widać…

W artykule zachęcającym do odpowiedzialnego wyboru przyszłego zawodu czytałem kiedyś anegdotkę opowiadaną przez gimnazjalistę, który wybierał się do technikum. Przytoczę ją w całości; Do urzędu Pracy przychodzi matka 19-latka. Skończył liceum ogólnokształcące, wpadł w złe towarzystwo, więc rozpaczliwie szuka dla niego pracy. Urzędnik proponuje układanie kamieni pod budowę dróg za 2000 zł netto miesięcznie. Kobieta boi się, że takie pieniądze jeszcze bardziej zepsują syna. Może w takim razie mieszanie zaprawy na budowie, od rana do nocy 1800 zł na rękę? – podpowiada urzędnik

-To też go zepsuje. Czy nie ma czegoś za 1200 zł? – pyta matka.

– A proszę pani, na to trzeba mieć wyższe wykształcenie – podsumowuje urzędnik.

   Ano właśnie. Około 40 proc. zatrudnionych w Polsce otrzymuje wynagrodzenie na poziomie płacy minimalnej. Mamy poważne problemy z pracą dla absolwentów, którzy zdecydowali się na nie do końca przemyślane kierunki studiów. Nic też nie wskazuje na to, że ci bezrobotni na starcie znajdą pracę zgodną ze swoim wykształceniem. Raczej muszą się od nowa uczyć nowych zawodów lub wyjechać na saksy do tzw. robót prostych. Tylko Niemcy liczą na to, że po likwidacji barier w zatrudnieniu pojedzie do nich 200-400 tysięcy Polaków w ciągu kilku lat. A przecież wiele państw tzw. starej unii zasysa młodych i wykształconych za nasze pieniądze ludzi prowadząc swoisty drenaż mózgów. Czy tak musi być? Wszyscy wyjadą? A kto będzie dla nas pracował w kraju?

Powyższy tekst pochodzi z mojego wpisu na tym blogu opatrzonego tytułem:  Ogólniak, czy technikum? A może zawodówka?  http://tatulowe.blog.onet.pl/2011/06/15/ogolniak-czy-technikum-a-moze-zawodowka/  i nosi datę 15 czerwca 2011 zapraszam do przeczytania. Myślę, że warto. W komentarzach do tego tekstu możecie Państwo znaleźć wypowiedź przypadkowej czytelniczki, która podzieliła się z nami swoim osobistym doświadczeniem i dlatego jest to również warte zacytowania. Oto co napisała:

~Niedzwiedziczka 23 czerwca 2011 o 08:23

Jestem nauczycielem akademickim na dobrej wyższej uczelni technicznej. Skończyłam technikum, później studia (nie planowałam ich na początku), mam doktorat. Myślę o tym, żeby swoje dzieci posłać do techników, a jeśli będą chciały później, to i na studia. W technikach zdobywa się umiejętności, których żadne liceum nie nauczy, po prostu człowiek po szkole technicznej całkiem inaczej myśli. Mamy w Katedrze dwóch doktorantów – obydwaj po technikum. Ze smutkiem chcę dodać, że to minister rodem z naszej uczelni zlikwidował technika i stworzył gimnazja. Pozdrawiam.

Odpowiedziałem jej takimi słowami:

~ Niedźwiedziczko, bardzo dziękuję za ten komentarz. Ja również jestem absolwentem technikum (1962-67)i bardzo dobrze wspominam jego poziom. Zajęcia laboratoryjne prowadził doktor inżynier, ale z takich, co to nie darmo mają takie dyplomy. On konstruował i wprowadzał w zastosowanie różne maszyny i urządzenia laboratoryjne jakich nie spotkałem na uczelni i w szkołach średnich, w których uczyłem.

Tekst zebrał wówczas wiele komentarzy, jako że znalazł się na pierwszej stronie Onet w dziale praca, a to przyciągnęło wielu czytelników.

Powyższa wypowiedź była kontynuacją wielu wcześniejszych wypowiedzi na temat kształcenia zawodowego, bowiem jako nauczyciel przedmiotów zawodowych przepracowałem w zespole szkół ekonomicznych wystarczająco długo, aby zdobyć wiedzę popartą doświadczeniem przydatnym do szerszego wykorzystania i to nie tylko w mojej szkole. Do takich wypowiedzi zalicza się m.in. tekst z 2010 roku  opatrzony tytułem: Rząd wypycha młodzież za granicę  http://tatulowe.blog.onet.pl/2010/12/16/rzad-wypycha-mlodziez-za-granice/

Napisałem go w grudniu 2010 r. dość mocno zbulwersowany akcjami polityków sięgających po młodzież jako narzędzie w toczonej walce politycznej. Napisałem tam m. in. o tym że:

…Jakoś w tym samym czasie w mediach pojawiły się komunikaty o planie sięgnięcia przez Niemcy po naszą młodzież. Pragmatyczni Niemcy w dążeniu do zabezpieczenia sobie naboru fachowców do zawodów jakich nie chcą wykonywać obywatele niemieccy wyszli z atrakcyjną dla absolwentów naszych gimnazjów propozycją przyjęcia ich w liczbie kilkunastu tysięcy do szkół zawodowych w Niemczech. Otrzymają tam zakwaterowanie i stypendia o wysokości 750 euro na pierwszym roku nauki i już 1500 euro w trzecim roku nauki. Problemy językowe ma złagodzić organizowany równolegle kurs językowy. Mnie, nauczyciela szkoły zawodowej mocno zbulwersował ten temat. Ponieważ przed dwoma laty pisałem na swoim blogu o problemach związanych ze szkoleniem zawodowym w polskich zawodówkach postanowiłem zabrać głos w sprawie.

   Zanim rozpocząłem pracę w szkole przez 11 lat pracowałem w spółdzielczości, która w sposób naturalny sięgała po fachowców wyszkolonych w szkołach zawodowych, a odbywających praktyczną naukę zawodu w spółdzielczych piekarniach, masarniach, restauracjach zakładach usługowych, czy też w rozlicznych placówkach handlowych. Opiekę nad tymi uczniami sprawowali doświadczeni pracownicy otrzymujący z tego tytułu jakieś groszowe gratyfikacje. Było tam jednak ściśle przestrzegane prawo pracy, szczególnie w zakresie ochrony nad pracownikami młodocianymi.

   Zawsze było mi jednak żal tych dzieci, które w wieku 15 lat stawały się małoletnimi pracownikami, związanymi umową o praktyczną naukę zawodu z prowadzącymi zakłady produkcyjne, usługowe czy handlowe mistrzami rzemiosła. Ich mistrzowie nie zawsze zasługiwali jednak na miano MISTRZÓW. Mimo, że mieli formalne przygotowanie pedagogiczne do szkolenia uczniów w zawodzie, to często traktowali ich jak bezpłatną siłę roboczą i sposób na szybkie wzbogacenie się. Powszechne stawało się eksploatowanie tych dzieci ponad wszelką miarę, przy łamaniu zasad prawa pracy i ogólnoludzkich zasad ludzkiej przyzwoitości. Uczniowie nie zgłaszali zwykle sprzeciwu, bo byli zastraszani zwolnieniem z praktyki, a to oznaczało zmarnowanie roku – jeśli tylko na tym się to kończyło. Dorośli pracownicy zawsze mogą skarżyć do sądu pracodawców z powodu tzw. mobbingu, a młodociani i ich rodzice milczą, aby nie popaść w kłopoty. Podczas gdy młodzież z liceów i techników pławi się w lenistwie i próżniactwie żyjąc pod płaszczykiem ochronnym troskliwych rodziców, ich rówieśnicy, ciężko pracując, uczą się tzw. życia na własnej skórze.

Tu wywołałem burzę, zwłaszcza słowami … o młodzieży z liceów i techników pławiących się w lenistwie i próżniactwie i  żyjących pod płaszczykiem ochronnym troskliwych rodziców, gdy ich rówieśnicy, ciężko pracując, uczą się tzw. życia na własnej skórze.

Dzisiaj już nie pracuję w szkole, ale uważnie śledzę temat i ucieszyłem się z ostatniego ekspose premier Kopacz, w którym znalazła się zapowiedź zmiany istniejącego stanu rzeczy. Oto dzisiaj ledwie parę dni po zapowiedzi pani minister Kluzik-Rostkowska zorganizowała konferencję prasową, na której ogłosiła co następuje:

 Czas na odbudowę szkolnictwa zawodowego. Już od pewnego czasu bardzo wielu gimnazjalistów i ich rodziców zastanawia się: jak nie liceum to co? I o ile mają rozeznanie,  jeśli chodzi o licea ogólnokształcące w  swojej okolicy, to zdecydowana większość rodziców i gimnazjalistów nie ma pojęcia, jakie szkoły zawodowe czy technika działają w ich pobliżu i  jakiej są jakości. Musimy to zmienić – powiedziała dzisiaj minister edukacji narodowej Joanna Kluzik-Rostkowska w trakcie konferencji prasowej inaugurującej Rok Szkoły Zawodowców. http://www.men.gov.pl/index.php/1513-rusza-rok-szkoly-zawodowcow-konferencja-minister-edukacji-narodowej

Jednym z priorytetów jest współpraca z pracodawcami. Dopasujemy kształcenie zawodowe do potrzeb rynku pracy, przygotujemy uczniów do podjęcia zawodu, zorganizujemy praktyki. Będziemy aktywnie pośredniczyć we współpracy pracodawców i szkół. Będziemy też robić wszystko, aby poprawić jakość i efektywność kształcenia zawodowego, zwiększyć jego atrakcyjność i dostępność. Stworzymy mapę zawodów i szkół, a także portal doradztwa edukacyjno-zawodowego. Pokażemy ofertę szkół zawodowych, wypromujemy dobre praktyki – powiedziała Joanna Kluzik-Rostkowska. Podobno program posiada wsparcie liczących się funduszy unijnych. Cieszę się z tej zapowiedzi, ale mam gdzieś w tyle głowy zakodowaną, konieczną w takich razach ostrożność. To tylko zapowiedź, a po czynach ich oceniać będziemy, prawda?

PS.

Dla tych, którzy dobrnęli do tego miejsca mam jeszcze ciekawostkę, pochodzącą z bajki „Historia żółtej ciżemki”. Akcja utworu toczy się w Polsce, w XV wieku, w czasach panowania króla Kazimierza Jagiellończyka. Bohater utworu Wawrzuś Skowronek  zawędrował do Krakowa. Tam chłopcem zaopiekował się bernardyn Szymon z Lipnicy, dzięki któremu Wawrzuś dostał się na służbę do Jana Długosza, który dość szybko odkrył rzeźbiarski talent chłopca i oddał go na termin do przygotowującego ołtarz do kościoła Mariackiego rzeźbiarza – mistrza Wita Stwosza. Od tej pory życie chłopca upływało pod znakiem ciężkiej pracy i nauki zawodu. Już po kilku latach młody rzeźbiarz zaczął samodzielnie tworzyć figury do ołtarza Mariackiego. Ciekawie zakreślono sylwetkę Mistrza Wita, bo oto…

Mistrz Wit – to osoba łatwo popadająca w gniew i często nie potrafiąca opanować zdenerwowania. W chwilach złości Stwosz nerwowo wytyka swym czeladnikom wszelkie niedoskonałości ich pracy i szarpie włosy na głowie. Dla Wawrzusia mistrz Wit jest jak dobry ojciec i zdecydowanie faworyzuje go wobec swych pozostałych pracowników. Dzieje się tak głównie dlatego, że Stwosz doskonale zdaje sobie sprawę z jego talentu. Zwracam uwagę na to, że był to wiek XV, że nauka zwodu odbywała się w zakładzie pracy mistrza i na to, że uczeń zdawał egzamin czeladniczy, co czyniło go fachowcem, a mistrzem mógł zostać za zgodą Cechu Rzemiosł Różnych. Te wszystkie elementy przetrwały do dnia dzisiejszego – tylko po nie sięgnąć.

Spełnione marzenia

Z łezką w oku przeczytałem dzisiaj napisany przed 5 laty tekst, jak i umieszczone pod nim komentarze. To, na co wskazywałem jako ojciec owej bibliotekarki, a również doświadczony w pracy menedżerskiej człowiek doczekało się uznania. Moja Małgosia wygrała konkurs na stanowisko dyrektora zarządzającego w Muzeum Polskim w Ameryce i podejmie swoje nowe obowiązki z dniem 1 września. Oto informacja prasowa na ten temat:
http://dziennikzwiazkowy.com/polonia/muzealnictwo-xxi-wieku/
Czytaj dalej

Wakacyjne rozmyślania

Stoję w kolejce do kasy i przyglądam się młodej kasjerce która, tak jak  ma nakazane wita każdego klienta słowami : – Dzień dobry panu, czy skorzysta pan z torebki na zakupy? Tu uśmiech, chociaż nie koniecznie. Później już wykonywane z pośpiechem przesuwania towarów ponad czytnikiem, ważenie niektórych, wpisywanie jakichś tajemnych kodów, aby wreszcie wydać resztę i pożegnać klienta słowami: – Dziękuję, zapraszam do kolejnych zakupów. Miłego dnia … i Czytaj dalej

Rok 1989. Mój czas tamtejszy

Ostatni czas, w którym wszyscy wspominają swoje doznania i przeżycia  AD. 1989  sprowadził i na mnie potrzebę dokonania jakichś podsumowań. W audycjach radiowych i telewizyjnych, których zwykle słucham, co rusz natrafiam na gadające głowy odpowiadające na pytania dziennikarzy o tamten czas przełomu. Nie udało mi się wyłączyć natłoku własnych wspomnień, chociaż nikt mnie o nie nie pyta.Tekst napisany z okazji 25-lecia odzyskania wolności jest w sam raz na wspominanie tamtego okresu z okazji obchodzonej teraz XXX tej rocznicy. Zapraszam… Czytaj dalej

Majowe Polaków rozmowy

Na stronie Onet.pl przeczytałem artykuł pochodzący z gazety niemieckiej o ciekawie brzmiącym tytule: Niemiecka prasa: od ludzkiej strony Polacy zapłacili bardzo wysoką cenę za nową wolność. LINK
Po przeczytaniu postanowiłem polecić ten materiał na swojej stronie Facebooka nadając mu swój komentarz : Mają rację, choć ktoś powie, że Niemcom nie wierzy… Czytaj dalej