Posiadanie osobistej marki staje się wymogiem czasu

Moje wewnętrzne JAW życzeniach noworocznych zamieszczonych na moim blogu przez zaprzyjaźnioną blogerkę znalazłem coś, co chyba wszystkim blogerom zaprząta uwagę. Zawierało się to w słowach:  Życzę …wiele inspiracji, zaangażowanych komentatorów, dalszego rozmawiania na blogu, zdrowia i siły do pisania postów oraz ciepłych klimatów. Wszystkiego najlepszego i samego dobrego w prywatnym i blogowym życiu.

Miłe życzenia, prawda? Od razu wiedziałem, że nadawca wie czego życzyć blogerowi, zwłaszcza gdy w miarę regularnie czyta moje posty i obserwuje tzw. czytelnię. Odpowiadając na te życzenia napisałem: – Dziękuję  za tak sformułowane życzenia. Mam nadzieję, że przynajmniej kilku czytelników zostanie przez Ciebie zmobilizowanych do komentowania i w ten sposób spełni się sympatyczne życzenie. Dalszych sukcesów w blogosferze życzę i dużo satysfakcji jaka tą drogą może na Ciebie spłynąć. Powodzenia na każdym polu
Niestety, nikt nowy się już nie pojawił, a ja zacząłem zastanawiać się dlaczego z popularnością bloga jest tak jak jest. Pierwsze co mi przyszło na myśl, to wspomnienie wysłuchanego w czasie przerwy świątecznej wykładu na temat budowania osobistej marki. Moja marka o nazwie Tatul ma już wystarczająco długą historię aby odpowiedzieć na pytanie, czy ma wartość przyciągającą czytelników, czy raczej osiągnęła szczyt swoich możliwości. Z wykładu dowiedziałem się jakie warunki trzeba spełnić aby budowana marka spełniała pokładane w niej nadzieje. Dotyczy to choćby tych wstępnych pytań:
…Kiedy zabierasz się za świadome budowanie marki osobistej, musisz sobie odpowiedzieć na trzy pytania:
– Kim jestem?
– W czym jestem dobry?
– Dlaczego akurat ja?
– Czy w tym co robię jestem wiarygodny?
Odpowiedziałem sobie na pierwsze pytanie. Jestem nauczycielem, ekonomistą, mężem, ojcem (stąd Tatul), dziadkiem, obywatelem, rolnikiem, piekarzem, majster-klepką i czymś tam jeszcze.
Na drugie pytanie, mając wątpliwości co do obiektywnej oceny odwołałbym się do opinii byłych uczniów, którzy na fejsbuku mimo upływu czasu wciąż dają mi odczuć jak to ze mną i z naszymi relacjami bywało.
Trzecie pytanie wciąż stanowi dla mnie zagwozdkę, ale skoro w internetowej przestrzeni istnieję już ósmy rok, to uważam, że jakoś, w miarę pozytywnie  się tam zapisałem.
W czwartym pytaniu opieram się na opiniach byłych uczniów(choćby tu: LINK ) oraz znajomych i czytelników bloga.

Sumując powyższe ustalenia uznałem, że w żadnej z dziedzin nie jestem ekspertem i nawet mi przez głowę nie przeszło ubieganie się o taką klasyfikację wśród ludzi blogosfery. Ot, trzymam się kryterium zawartym w nagłówku bloga i snuję te swoje opowieści o tym co mnie intryguje, a także inspiruje do zabrania głosu.
Przeglądając to, co na temat budowy marki zamieszcza wujek Google znalazłem wiele ofert szkoleń w zakresie budowy marki w której umieszczono zachęty typu:
…Najlepsze przykłady silnych marek osobistych. Znajdziesz tutaj ludzi różnych narodowości, branż, osobowości i pasji. Łączy ich jedno – świadomie chcą wpływać na świat i robią to doskonale dzięki swojej marce osobistej. Sporą część przykładów stanowią nasze własne projekty z polskimi przedsiębiorcami i liderami w swoich kategoriach. Na pewno znajdziesz tutaj sporo inspiracji dla siebie…
…Co zrobić, żeby działać tak jak liderzy w swojej kategorii? Popatrz na nich, sprawdź co robią, ale nigdy nie kopiuj ich stylu działania. Znajdź swoją własną drogę i indywidualny sposób na skorzystanie z danego modelu…
Jak na razie ze szkoleń nie korzystam, chociaż kto wie czy nie trzeba tego przemyśleć gdyż po odwiedzeniu wielu stron zajmujących się budowaniem własnej marki w mediach natrafiłem na bardzo ciekawy tekst: Narcystyczna hi(p)steria : LINK – do przeczytania którego serdecznie zapraszam.
Autor deklarujący przestrzeganie zasady samego Einsteina: ”Tak prosto, jak to tylko możliwe. Ale nie prościej” objaśnia fenomen naszego zachowania się w mediach i nie tylko tam. Oto fragment na zachętę:
    Proponuję małą retrospekcję. Ile razy w ciągu ostatniej doby zrobiłeś coś tylko dlatego, żeby zaimponować komuś, kogo tak naprawdę nawet nie lubisz? Choćby na Facebooku, gdzie masowo chwalimy się rzeczywistymi i wyimaginowanymi osiągnięciami. Bo co to w końcu za zasługa przyrządzić tartę na kolację lub przebiec parę kilometrów (Endomondo się kłania). Odpowiem za Ciebie – żadna. A wyjść na spacer lub na plażę? Zrobić zdjęcie kotu, a jeszcze lepiej znaleźć je gdzieś w sieci? To nawet więcej niż nic – po prostu wstyd się czymś takim chwalić. A jednak to robimy. I co więcej – klikamy i lajkujemy bzdury innych ludzi. Czy naprawdę imponuje nam ich tarta lub głupie zdjęcie z wakacji? Nie, ale klikamy w „like” przy tych pierdołach w długim cyklu wzajemności. Ja polubię czyjegoś kota, a ktoś mój tatuaż. Oboje poczujemy się docenieni. Oczywiście fałszywie, ale… nikt nie będzie wnikał na tyle głęboko, aby zdać sobie z tego faktu sprawę. Czy kiedykolwiek zadałeś sobie pytanie, dlaczego to robisz? Prawdopodobnie nie, bo wtedy musiałbyś się spotkać z poczuciem własnej pustki, a może nawet ze stojącym za nim poczuciem beznadziei. A może nawet czasem doświadczasz tego stanu? Kiedy cała ta maska własnej zajebistości opada i dochodzi do Ciebie bolesna prawda, że to tylko pozory. Wcale nie jesteś tak wspaniały, jak chciałbyś być i jak przedstawiasz się innym. Praktycznie każdy narcystyczny człowiek ma takie chwile dekompensacji. Ale zawsze potem przychodzi nowy lajk, nowa sukienka lub nowe „wspaniałe” osiągnięcie, a wtedy fałszywe „ja” znowu zostaje wzmocnione.
Czy napisałem „narcystyczny”? Wygląda zatem na to, że odkryłem karty – takie właśnie jest nasze społeczeństwo, szczególnie młode pokolenie. W powszechnym mniemaniu narcyz to człowiek zarozumiały i samolubny. Nie jest to jednak cała prawda. Narcyz może być czarujący, a nawet miły i życzliwy. Esencją tego zaburzenia nie jest tylko egoizm, ale posiadanie tzw. fałszywego self, czyli powierzchownej, udawanej tożsamości. Oczywiście narcyz nie zdaje sobie sprawy z własnej sztuczności i to, co w istocie jest fałszywe, nazywa sednem samego siebie. Maska tak bardzo przyrasta do twarzy, że zapomina się o jej istnieniu. Człowiek naprawdę czuje się szczęśliwy, kiedy dostaje lajki pod wrzuconą fotografią, bo podziw jest paliwem dla wspomnianego fałszywego self – sztucznego “ja”…
   Dalej jest równie ciekawie. Przekonujemy się co do prawdziwości obiegowego stwierdzenia mówiącego o tym, że : „Jak cię nie ma w mediach społecznościowych, to nie istniejesz”. Szczególnie jaskrawo daje się to zaobserwować na Facebooku, gdzie jestem szczególnie aktywnym uczestnikiem społeczności. Wszyscy coś grają i świadomie lub nie, to jednak kreują swój wizerunek, aby zrealizować jakieś realne, czy wydumane cele. Znam wielu ludzi, którzy z pogardą wypowiadają się o tej zabawie i zarzekają się, że ich świadomie realizowana zasada brzmi: Ani słowa o sobie w Internecie. Nie mają pretensji do tego aby zaistnieć, a później jakoś sensownie kreować swój wizerunek i markę. Są wolni.
Ci, którzy tam już są muszą coś z tym zrobić, aby lepiej wykorzystać szansę jaką przestrzeń internetowa daje każdemu.