Historia pewnej historii świątecznej

Tym razem opowiem o historii z historią kolędy „Cicha noc” w tle. Przy czytaniu zapraszam do wysłuchania tej jednej z najpiękniejszych kolęd o tytule Stille Nacht, heilige Nacht – Cicha noc, święta noc” w wersji oryginalnej, czyli niemieckojęzycznej i w wykonaniu Mireille Mathieu. Powstała bowiem w Austrii i w tym języku zachwyciła najpierw miejscowych słuchaczy, a później cały świat. https://www.youtube.com/watch?v=bGJFS5iiEC0
Przed paru laty natrafiłem na blog @Mirka, a w nim na opis historii kolędy Cicha noc
Oto treść opowieści Mirka:
…Mamy w skarbcu naszej narodowej kultury i pobożności wiele wspaniałych kolęd i pastorałek, którymi szczycimy się przed światem. Jest wśród tych naszych jedna obca, pochodząca z Austrii. Mowa tu o kolędzie „Stille Nacht, heilige Nacht , a po naszemu  Cicha noc, święta noc”, która do Polski trafiła niedługo po jej narodzinach. Dziś przetłumaczona na ponad 60 języków, zadziwia pięknem słów i melodią. Warto poznać jej historię.
W Austrii, wysoko w Alpach, leży niewielka miejscowość Obendorf. W 1818 roku, zima wspaniałą kołdrą śniegu pokryła góry i doliny oraz przycupnięte na górskich stokach wiejskie chaty, w których trwały przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Miejscowy wikariusz pastor ks. Józef Mohr też przygotowywał się do wygłoszenia kazania na Pasterce. Nagle ktoś gwałtownie zapukał do drzwi plebanii. Weszła uboga wieśniaczka, opatulona grubą wełnianą chustą, mówiąc, iż uboga żona węglarza urodziła dziecko i prosi kapłana do siebie, bo nie czuje się najlepiej, a chciałaby ochrzcić maleństwo i samej pojednać się z Bogiem przed śmiercią. Zabrał ksiądz Mohr wiatyk z kościoła, ubrał się i poszedł wraz z kobietą daleko na skraj wsi, gdzie zamieszkiwali węglarze – wypalający drewno na węgiel drzewny, wówczas bardzo popularne paliwo. Gdy kapłan wszedł do ubogiej izby, to ujrzał tam na prostym łożu, uśmiechniętą matkę tulącą do siebie śpiącą dziecinę. Odczuł wtedy dziwne wzruszenie, patrząc na tę scenę jakby żywcem wyjętą z kart Ewangelii. Przed oczami pojawił się obraz z Betlejem – Narodzenie Chrystusa. Tam było podobnie; też ubóstwo a jednocześnie ogromna uśmiechnięta miłość Maryi. Powiła swego Syna Jezusa, by zbawił świat. Wszystko to stanęło w jednej chwili przed oczyma kapłana, cała prawda życia ludzi prostych i ubogich lecz kochających się nawzajem. Ochrzcił kapłan niemowlę, posilił Eucharystią matkę, pobłogosławił wszystkich domowników i już przy zapadającym zmroku wracał w dolinę Obendorfu. Jednak scena z domu węglarza stawała mu wciąż przed oczami. Chciał zatrzymać jej piękno i utrwalić go na zawsze, a że miał zdolności literackie, więc zaraz po Pasterce usiadł przy stole i zaczął pisać wiersz o cudzie betlejemskiej nocy. Prosty, a jakże wzruszający wiersz kapłana – poety, zobaczył następnego dnia tamtejszy organista i nauczyciel śpiewu w szkole, Franz Xawer Gruber. Urzeczony utworem zaraz ułożył do niego melodię i jeszcze tego samego dnia zaczął śpiewać nową pieśń w kościele. Wszystkim podobał się nowy utwór księdza i organisty. Zapewne pieśń ta pozostałaby w samym Obendorfie, gdyby drogę do sławy nie utorował jej zwykły przypadek. Mała mysz kościelna, a może kilka, z braku innego pożywienia, dobrały się do skórzanego miecha w którym sprężano powietrze by dmuchało w piszczałki organów. Poproszono więc do naprawy organów znanego w całej okolicy organmistrza, Karola Maurachera. Gdy naprawił organy, poprosił organistę Grubera o ich wypróbowanie. Ten zaczął wygrywać różne melodie, by w końcu wykonać melodię „Cichej nocy”. Organmistrz, zachwycony utworem, poprosił o słowa. Przepisał je wraz z nutami i zabrał ze sobą w dolinę Zillenralu w Tyrolu, gdzie mieszkał. Tam zaczął uczyć miejscowe dzieci i dorosłych „Pieśni z nieba”, jak ją wówczas zwano. Szybko stała się bardzo popularna….
Zainteresowanych samym przebiegiem uzyskiwania rozgłosu przez tę piękną pieśń odsyłam do bardzo obszernego materiału dostępnego w Internecie pod hasłem : Historia kolędy Cicha Noc.
Dla mnie istotna jest ta część opowieści, którą zacytowałem wyżej, jako że do niej chciałem nawiązać.
Zdarzyło mi się kiedyś przebywać samotnie przez ponad dwa lata w Chicago, gdzie dwukrotnie przeżywałem Święta Bożego Narodzenia w oddaleniu od bliskich. W tym czasie w jednej z miejscowych gazet polonijnych przeczytałem tę historię w wersji znacznie zmienionej, ale nie mniej wzruszającej. Główne fakty były takie same. Austria, biedny pasterz żyjący z żoną w biednym domu, w górach, zamieć i spodziewane narodziny dzieciątka. Pasterz idzie w ciemną noc do miasteczka, aby sprowadzić lekarza. Wracają, otwierają drzwi i widzą... Tę samą scenę…
Czytałem wtedy tę historię i ryczałem jak bóbr. Żałuję, że nie zachowałem tej gazety. Dzisiaj, gdy trafiłem na tę piękną opowieść, to odżyły we mnie dawne wspomnienia.
Wielokrotnie zastanawiałem się nad fenomenem tej właśnie kolędy. szczególnie, że poznałem jej historię w czasie Świąt Bożego Narodzenia przeżywanych na emigracji, z dala od rodziny. Mój stan ducha może zrozumieć jedynie ktoś, kto był w takiej samej sytuacji i do tego cechuje go podobny typ wrażliwości emocjonalnej.
Były to lata osiemdziesiąte. Łączność z rodziną zapewniały tylko listy, a te dość długo przemierzały ten ogromny dystans jaki nas dzielił. Biorąc pod uwagę zwyczajowy obieg korespondencji przebiegający według schematu: list – odpowiedź – list, to dystans czasowy pomiędzy listami wynosił dwa, trzy tygodnie. Nic więc dziwnego, że my, żyjący w rozłące tęskniliśmy za kolejnym przybliżeniem spraw z jakimi borykają się nasi członkowie rodziny. Do tego ta przedświąteczna atmosfera wywołana dekoracjami, kolędami rozbrzmiewającymi w sklepach oraz nadawanymi we wszystkich polskojęzycznych audycjach radiowych na przemian ze wspomnieniami świąt przeżytych na emigracji wywoływała wielką nostalgię. Można było ją utopić w alkoholu, albo tworząc namiastkę domów rodzinnych, podejmować próbę przeżywania świąt na domowy sposób z ludźmi nieraz przypadkowo zamieszkującymi wspólnie wynajęte mieszkanie.

Jakie były tamte święta? Na to pytanie najlepiej odpowiedzieć może opis przeżytej w tamtym czasie wigilii.
Przygotowaliśmy ją wspólnie ze współmieszkańcami, na wzór naszych polskich wigilii. Ponieważ dla mnie zawsze obok wieczerzy wigilijnej obowiązkowym elementem Świąt Bożego Narodzenia była Pasterka, to i wtedy planowałem dochowanie tradycji w tym zakresie. Niestety, po skończonej wieczerzy okazało, że z kilku osób zasiadających przy wspólnym stole jedynie ja miałem takie pomysły. Nikomu nie chciało się przez ponad pół godziny iść pieszo do kościoła, zwłaszcza że na dworze panował duży mróz, a towarzyszący mu wiatr potęgował jego działanie. Nie na darmo Chicago nazywają – Wietrzne miasto.
Gdy samotnie i z wielkim trudem przemierzałem drogę do kościoła, to nasuwało mi się skojarzenie z tymi ludźmi w Alpach, którzy nie bacząc na pogodę szli ciemną nocą do chaty w górach… gdzie przyszło na świat dziecię. Gdy wszedłem do wypełnionego po brzegi kościoła, a dzisiaj już Bazyliki Św. Jacka w Chicago i poczułem ciepło pochodzące nie tylko z grzejników, ale i z serc tych ludzi, to miałem kolejne skojarzenie związane z przeżyciami tamtych ludzi wchodzących do… ubogiej izby, w której ujrzeli na prostym łożu, uśmiechniętą matkę tulącą do siebie śpiącą dziecinę. Oni ulegli wzruszeniu, patrząc na scenę, jakby żywcem wyjętą z kart Ewangelii. Przed ich oczami pojawił się obraz z Betlejem – Narodzenie Chrystusa. Tam było podobnie, też ubóstwo, a jednocześnie ogromna uśmiechnięta miłość.

Pasterka była przepiękna. Dla mnie, mieszkańca centralnej Polski zachwycające były śpiewane tam przez ok. 2 tysiące ludzi kolędy wywodzące się tak jak tamci ludzie z różnych stron Polski.
Powrót był jeszcze bardziej przykry, jako że wypadało mi iść po wiatr, który niemal parzył w twarz i utrudniał oddychanie. Gdy wreszcie dotarłem do domu, to zastałem tam sielski widoczek twardo śpiących współmieszkańców, którzy pochrapując „oglądali”  trwającą jeszcze transmisję pasterki odprawianej przez Jana Pawła II z Watykanu.
Ta scena z ciepłego i bezpiecznego mieszkania, w którym zasnęli czuwający koledzy też kojarzyła mi się z cytowanymi tu opisami pochodzącymi historii rodem z Alp Austriackich.
Poszukując w Internecie prawdziwej historii cytowanej kolędy natknąłem się na wiersz biskupa Zawistowskiego, który jest także poetą. Oto ten piękny wiersz.
Patrz!
Bóg narodził się w ciszy.
Swoim cichym płaczem
nie naruszył niczyjego spokoju.
Takie narodziny oglądał Franz Gruber
w ubogiej chatynce
gdzie kwiliło dziecię.
I tak powstała kolęda, którą śpiewa
cały świat.

Miej kiedyś taką spokojną noc.
Będziesz tylko Ty i Pan wielkiego majestatu
co przyniósł odkupienie win.
Przeżyłeś to kiedy?
Dużo ciepła życzę Państwu na nadchodzący czas niezwykle dla nas ważnych Świąt Bożego Narodzenia.