Moje, nasze Złote Gody…

Doczekaliśmy wraz z żoną swojej okrągłej rocznicy zawiązania małżeństwa. Rocznicę tę nazywa się powszechnie złotymi godami. 50 lat czekaliśmy na nią i byliśmy zgodni co do tego, że należy ją potraktować inaczej niż wszelkie wydarzenia rodzinne obchodzone w naszej rodzinie. Nie chcieliśmy tego organizować w wynajętym lokalu, a nawet nie korzystać z tzw. cateringu.
Postanowić to jedno, a przeprowadzić drugie.
Ponieważ jesteśmy równolatkami, to i stan naszych kręgosłupów i kolan stał się nad wyraz podobny. Tu łupie, tam strzyka…Zmęczenie staje się trudne do zaakceptowania, a nie daje się go oszukać.
Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało… Myślałem wielokrotnie wykonując w ciszy wszystkie zlecone przez żonę czynności pomocnicze. Przy pomocy znajomych i krewnych, którzy pospieszyli z pomocą udało się jednak wypełnić zaplanowany program kulinarny.
Udało się nawet przed mszą dziękczynną skorzystać z pomocy lekarza, a nawet przeprowadzenia przez niego drobnego zabiegu, który zmniejszył ból w kolanie i pozwolił żonie na samodzielne, choć trochę ograniczone chodzenie w obrębie kościoła, a później w domu.

   Nie udało się nam przeżywać tej rocznicy w komplecie, jako ze córka Małgosia nie mogła dojechać z dalekiego Chicago. Na cóż jednak inwencja i dostępna technika? W porozumieniu z naszym zięciem Piotrem zorganizowali most IT dzięki czemu byliśmy z Małgosią na mszy świętej w chicagowskim Trójcowie, wzruszając się wraz z nią, czytającą pierwsze czytanie Pisma Świętego przewidzianego na ten dzień. Poprzez ZOOM łączyliśmy się z Małgosią i jej przyjaciółmi trzykrotnie w ciągu tego dnia i wieczoru składając sobie życzenia i prowadząc rozmowy refleksyjno – wspomnieniowe.
Jednocześnie dzięki otwarciu strony Złote Gody Rodziców i otagowaniu nas przez cały dzień i wieczór jubileuszowy napływały życzenia ze świata, na które trudno było odręcznie odpowiadać. Zrobiłem to dopiero po zakończeniu dwudniowego świętowania, jako że po dobrym weselu muszą być nie gorsze poprawiny, nieprawdaż?

   Listę niespodzianek przewidzianych na tę uroczystość otworzyła pięknym akcentem przyjaciółka Małgosi, również Małgosia, która o 8 rano zadzwoniła do naszej furtki z naręczem 50 łososiowych w kolorze i przyjaznym aromacie róż. Przywiozła je wprost z Krakowa fatygując się wczesnym rankiem, aby zrobić to osobiście, a nie przez pocztę kwiatową. Małgosia zrobiła nam sporo zdjęć z tymi kwiatami i natychmiast podzieliła się nimi z naszą Małgosią. Wszyscy cieszyli się naszym zaskoczeniem, ale i radosnymi buziami utrwalonymi na fotografiach. Niespodzianek było więcej, bo należy wliczyć w to życzenia od Małgosi, wnuków i przygotowywanej od dłuższego czasu laurki od małej Emilki, piękne wykonanie przez naszą sąsiadkę Agnieszkę w czasie mszy pieśni Ave Maryja oraz błogosławieństwo przy ołtarzu udzielonej nam przez księży na zakończenie naszej mszy. Po zakończeniu mszy dziękczynnej zaprzyjaźnieni z żoną legioniści z Legionu Maryi odśpiewali nam stosowaną w takich okazjach w kościele pieśń „Życzymy, życzymy…” z akompaniamentem organów.
Do tego osobiste życzenia, kwiaty, uściski potwierdzające to, co najważniejsze…
Że nie jesteśmy sami w przeżywaniu tak smutnych jak i radosnych wydarzeń naszego życia…
   Otrzymaliśmy za pośrednictwem mediów społecznościowych mnóstwo gratulacji i życzeń sprowadzających się do tego, aby zachować zdrowie
i  temperaturę uczuć niezbędnych do tego, aby dożyć w szczęściu i miłości wzajemnej kolejnych Jubileuszy.
Wśród rutynowo formułowanych życzeń nie zabrakło i bardzo indywidualnych perełek jak ta, napisana przez moją byłą uczennicę z Ekonomika:

Zawsze przychodzi taki czas, kiedy zaczynasz rozumieć, że nieważne jest kim jesteś, skąd pochodzisz, w co wierzysz i jakie masz przekonania. Nieważne jak wyglądasz, gdzie żyjesz, ile masz lat i pieniędzy w portfelu. Nieważne jak wielkie lub małe są Twoje problemy i jak wiele wysiłku wkładasz w urządzanie swojej strefy komfortu. To wszystko naprawdę jest nieważne, a czasem wręcz gówno warte. Tak naprawdę jedyne co ważne, co najważniejsze w życiu, to MIŁOŚĆ.
Jedynie ważni są ludzie, których kochasz i którzy kochają Ciebie. Bo jedynie ważne jest to, co dla nich robimy i to, co oni robią dla nas. I że zawsze jesteśmy prawdziwie dla siebie.
Taka jest właśnie esencja życia.
Zrozumienie, że początkiem i końcem wszystkiego jest MIŁOŚĆ.
Moje wyspy

Kocham to zdjęcie
Wszystkiego najlepszego
🍾

Kończę ten kronikarsko rodzinny opis przeżyć ciekawostką. Otóż była moja uczennica zadała mi pod zdjęciem umieszczonym na Instagramie następujące pytanie:
Panie Czesławie jaka jest recepta na tak długie piękne i szczęśliwie małżeństwo?  Odpowiedziałem:
Jest recepta. Wymagać więcej od siebie niż od małżonka
Przeczytałem to żonie i sąsiadce. Nie usłyszałem komentarza.
Co państwo o tym sądzą?

Wszystkim, którzy byli z nami w tym uroczystym dla nas dniu, również z tego miejsca serdecznie dziękuję i polecam się łaskawej pamięci na kolejne lata.