Moje, nasze „Złote Gody”

Jubileusz 50 – lecia pożycia małżeńskiego jest na tyle ważnym wydarzeniem w życiu polskich rodzin, że zasłużył sobie na specjalne traktowanie przez władze państwa i samorządu. Wyrazem tego jest długoletnia już praktyka odznaczenia jubilatów medalem „Za długoletnie pożycie małżeńskie” nadawanym przez samego Prezydenta RP. Nam taki medal przyznano już 5 maja 2021, a więc na miesiąc przed faktyczną datą ślubu.
Warunki ostrożnościowe wynikające z konieczności dostosowania się do wymogów związanych ze zwalczaniem pandemii sprawiły, że termin wręczenia odznaczeń, przy konieczności zapewnienia odpowiedniej oprawy wyznaczono na 23 października. W moim przypadku od faktycznej rocznicy ślubu upłynęło 5 miesięcy, a więc wystarczająco długo aby zapomnieć o przeżyciach związanych z rodzinnym świętowaniem, bądź co bądź ważnego dla naszej rodziny wydarzenia.
Świętowanie Złotych Godów obchodzonych przez 24 rodziny mieszkańców naszej gminy rozpoczęło się uroczystą Mszą świętą, podczas której dziękowano Bogu za otrzymane łaski i modlono się o dalszą opiekę dla jubilatów i ich rodzin. Młody wiekiem ksiądz celebrujący mszę we wspomnianych intencjach miał niemały problem z wyrażeniem tego, co wypadało mu przy takiej okazji powiedzieć w ramach homilii. Przemawiał w końcu do ludzi mających dłuższy staż małżeński niż całe jego życie oraz do ich dzieci i wnuków przybyłych do kościoła z rodzicami i dziadkami. Aby zrealizować swój cel z dużym wdziękiem posłużył się legendą indyjską, mówiącą o …

… Stworzeniu mężczyzny i kobiety

Kiedy Stwórca skończył stwarzanie mężczyzny, zdał sobie sprawę, że zużył już wszystkie konkretne składniki. Nie było nic więcej trwałego, nic stałego czy mocnego, z czego mógłby stworzyć kobietę.
Stwórca zastanawiał się długi czas, w końcu wziął: krągłość księżyca, gibkość pnącza winorośli i drżenie trawy, wysmukłość trzciny i kwitnięcie kwiatów, lekkość listków i jasność słonecznych promieni, płaczliwość chmur i niestałość wiatru, miękkość ptasiego puchu i twardość diamentu, słodycz miodu i okrucieństwo tygrysa, żar ognia i chłód śniegu, gadatliwość papugi i śpiew słowika, fałszywość lisa i wierność matki lwicy. Mieszając te wszystkie nietrwałe elementy, Stwórca utworzył kobietę i obdarował nią mężczyznę.
Po tygodniu mężczyzna przyszedł i powiedział:
„Panie, stworzenie, które mi dałeś, unieszczęśliwia mnie. Bez przerwy mówi i niemiłosiernie mnie dręczy, tak że nie mam wytchnienia. Żąda, abym stale się nią zajmował i w ten sposób tracę czas. Płacze o każdy drobiazg i żyje bezczynnie. Przyszedłem, aby Ci ją zwrócić, bo nie mogę z nią żyć”.
„Dobrze” – odpowiedział Stwórca i wziął ją z powrotem.

Po tygodniu mężczyzna wrócił i rzekł:
„Panie, odkąd oddałem Ci z powrotem to stworzenie, moje życie jest takie puste. Ciągle o niej myślę – jak tańczyła i śpiewała, jak spoglądała na mnie kątem oka, jak przekomarzała się ze mną, a później mocno się do mnie przytulała. Była tak piękna i tak delikatna w dotyku. Uwielbiałem słuchać jej śmiechu. Proszę, oddaj mi ją z powrotem”.
„Dobrze” – powiedział Stwórca i mężczyzna wziął ją na nowo.
Jednak trzy dni później znów wrócił i powiedział:
„Panie, nie rozumiem i nie potrafię tego wyjaśnić, ale po wszystkich moich doświadczeniach z tym stworzeniem doszedłem do wniosku, że sprawia mi ona więcej kłopotów niż radości. Błagam Cię, zabierz ją z powrotem! Nie mogę z nią żyć!”
„Ale nie możesz żyć i bez niej” – odparł Stwórca. Następnie odwrócił się plecami od mężczyzny i kontynuował swoją pracę.

Mężczyzna zdesperowany powiedział:
„Co ja zrobię? Nie mogę żyć z nią i nie mogę żyć bez niej!

   Tematyka znana chyba wszystkim, choćby z powiedzenia o tym, że mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus lub z różnych opracowań przeciwstawiających sobie punkty widzenia obu płci tym razem rozbawiła słuchaczy. Puenta była już prostym zabiegiem retorycznym…
– Jeśli tyle lat i to w niezwykle trudnych warunkach przeżyliście wspólnie, to sami najlepiej wiecie jak ważne jest wzajemna tolerancja i współpraca zmierzająca do osiągania wspólnych celów.
Takiemu wymiarowi została podporządkowana zmodyfikowana i przystosowana do sytuacji przysięga małżeńska, którą sobie wzajemnie ponownie złożyliśmy stojąc naprzeciw siebie w szpalerze wzdłuż kościoła. Zdjęcie na dole.
Film: https://www.facebook.com/100000003836045/videos/pcb.6957477274262331/590178342307429
Część świecka uroczystości wynikała już z przyjętej konwencji godów.
Jak wesele, to musi być miło i wesoło, prawda?
Były występy harcerzy, przemówienia przedstawicieli władz i życzenia, życzenia, życzenia…
Ważnym elementem uroczystości było wręczenie odznaczeń, co kończyło oficjalną uroczystość.
Później już to, co wszyscy znamy.
Obiad zaczynający się od rosołu, a na drugie kotlet devolay…
W tym czasie do naszej sali wkroczyła kapela umilająca nam wspólnie spędzany czas. Wielu jubilatów dało się porwać muzyce i jak to na weselach bywa poszli w tan, budząc zazdrość w tych, którzy na taki wyczyn nie mogli sobie pozwolić.
Było miło i szkoda, że tak szybko się skończyło…


Moje, nasze Złote Gody…

Doczekaliśmy wraz z żoną swojej okrągłej rocznicy zawiązania małżeństwa. Rocznicę tę nazywa się powszechnie złotymi godami. 50 lat czekaliśmy na nią i byliśmy zgodni co do tego, że należy ją potraktować inaczej niż wszelkie wydarzenia rodzinne obchodzone w naszej rodzinie. Nie chcieliśmy tego organizować w wynajętym lokalu, a nawet nie korzystać z tzw. cateringu.
Postanowić to jedno, a przeprowadzić drugie.
Ponieważ jesteśmy równolatkami, to i stan naszych kręgosłupów i kolan stał się nad wyraz podobny. Tu łupie, tam strzyka…Zmęczenie staje się trudne do zaakceptowania, a nie daje się go oszukać.
Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało… Myślałem wielokrotnie wykonując w ciszy wszystkie zlecone przez żonę czynności pomocnicze. Przy pomocy znajomych i krewnych, którzy pospieszyli z pomocą udało się jednak wypełnić zaplanowany program kulinarny.
Udało się nawet przed mszą dziękczynną skorzystać z pomocy lekarza, a nawet przeprowadzenia przez niego drobnego zabiegu, który zmniejszył ból w kolanie i pozwolił żonie na samodzielne, choć trochę ograniczone chodzenie w obrębie kościoła, a później w domu.

   Nie udało się nam przeżywać tej rocznicy w komplecie, jako ze córka Małgosia nie mogła dojechać z dalekiego Chicago. Na cóż jednak inwencja i dostępna technika? W porozumieniu z naszym zięciem Piotrem zorganizowali most IT dzięki czemu byliśmy z Małgosią na mszy świętej w chicagowskim Trójcowie, wzruszając się wraz z nią, czytającą pierwsze czytanie Pisma Świętego przewidzianego na ten dzień. Poprzez ZOOM łączyliśmy się z Małgosią i jej przyjaciółmi trzykrotnie w ciągu tego dnia i wieczoru składając sobie życzenia i prowadząc rozmowy refleksyjno – wspomnieniowe.
Jednocześnie dzięki otwarciu strony Złote Gody Rodziców i otagowaniu nas przez cały dzień i wieczór jubileuszowy napływały życzenia ze świata, na które trudno było odręcznie odpowiadać. Zrobiłem to dopiero po zakończeniu dwudniowego świętowania, jako że po dobrym weselu muszą być nie gorsze poprawiny, nieprawdaż?

   Listę niespodzianek przewidzianych na tę uroczystość otworzyła pięknym akcentem przyjaciółka Małgosi, również Małgosia, która o 8 rano zadzwoniła do naszej furtki z naręczem 50 łososiowych w kolorze i przyjaznym aromacie róż. Przywiozła je wprost z Krakowa fatygując się wczesnym rankiem, aby zrobić to osobiście, a nie przez pocztę kwiatową. Małgosia zrobiła nam sporo zdjęć z tymi kwiatami i natychmiast podzieliła się nimi z naszą Małgosią. Wszyscy cieszyli się naszym zaskoczeniem, ale i radosnymi buziami utrwalonymi na fotografiach. Niespodzianek było więcej, bo należy wliczyć w to życzenia od Małgosi, wnuków i przygotowywanej od dłuższego czasu laurki od małej Emilki, piękne wykonanie przez naszą sąsiadkę Agnieszkę w czasie mszy pieśni Ave Maryja oraz błogosławieństwo przy ołtarzu udzielonej nam przez księży na zakończenie naszej mszy. Po zakończeniu mszy dziękczynnej zaprzyjaźnieni z żoną legioniści z Legionu Maryi odśpiewali nam stosowaną w takich okazjach w kościele pieśń „Życzymy, życzymy…” z akompaniamentem organów.
Do tego osobiste życzenia, kwiaty, uściski potwierdzające to, co najważniejsze…
Że nie jesteśmy sami w przeżywaniu tak smutnych jak i radosnych wydarzeń naszego życia…
   Otrzymaliśmy za pośrednictwem mediów społecznościowych mnóstwo gratulacji i życzeń sprowadzających się do tego, aby zachować zdrowie
i  temperaturę uczuć niezbędnych do tego, aby dożyć w szczęściu i miłości wzajemnej kolejnych Jubileuszy.
Wśród rutynowo formułowanych życzeń nie zabrakło i bardzo indywidualnych perełek jak ta, napisana przez moją byłą uczennicę z Ekonomika:

Zawsze przychodzi taki czas, kiedy zaczynasz rozumieć, że nieważne jest kim jesteś, skąd pochodzisz, w co wierzysz i jakie masz przekonania. Nieważne jak wyglądasz, gdzie żyjesz, ile masz lat i pieniędzy w portfelu. Nieważne jak wielkie lub małe są Twoje problemy i jak wiele wysiłku wkładasz w urządzanie swojej strefy komfortu. To wszystko naprawdę jest nieważne, a czasem wręcz gówno warte. Tak naprawdę jedyne co ważne, co najważniejsze w życiu, to MIŁOŚĆ.
Jedynie ważni są ludzie, których kochasz i którzy kochają Ciebie. Bo jedynie ważne jest to, co dla nich robimy i to, co oni robią dla nas. I że zawsze jesteśmy prawdziwie dla siebie.
Taka jest właśnie esencja życia.
Zrozumienie, że początkiem i końcem wszystkiego jest MIŁOŚĆ.
Moje wyspy

Kocham to zdjęcie
Wszystkiego najlepszego
🍾

Kończę ten kronikarsko rodzinny opis przeżyć ciekawostką. Otóż była moja uczennica zadała mi pod zdjęciem umieszczonym na Instagramie następujące pytanie:
Panie Czesławie jaka jest recepta na tak długie piękne i szczęśliwie małżeństwo?  Odpowiedziałem:
Jest recepta. Wymagać więcej od siebie niż od małżonka
Przeczytałem to żonie i sąsiadce. Nie usłyszałem komentarza.
Co państwo o tym sądzą?

Wszystkim, którzy byli z nami w tym uroczystym dla nas dniu, również z tego miejsca serdecznie dziękuję i polecam się łaskawej pamięci na kolejne lata.