Kamienie milowe – dzieciństwo

Sięgając w głąb swego dzieciństwa, docieram najdalej do 5 roku życia bo właśnie wtedy rodzice zapisali do szkoły mojego brata. Ja, będąc od niego młodszy o 2 lata, nie mogłem zaakceptować takiej wielkiej niesprawiedliwości, jaka mnie dotknęła:  Czytaj dalej

Moja szkoła – chciałem kiedyś tam powrócić…

chcialbym_kiedysGdy odchodziłem ze szkoły na zasłużoną – jak zwykło się powiadać emeryturę, to dałem sobie zrobić z absolwentami jednej z klas zdjęcie na tle zamieszczonego w dekoracji napisu, który brzmiał: Chciałbym kiedyś tu powrócić, chciałbym tu zapukać, by dzisiejszy dzień poszukać… Opisałem to, co wtedy czułem w tekście noszącym tytuł: Koło się zamknęło.  http://tatulowe.blog.onet.pl/2011/06/ Czytaj dalej

Bo blogowanie, to jest takie cóś…

I LOVE BlogPamiętacie taką reklamę? Przechodzi do domu zaaferowana pani domu i  mówi do męża: – Wiesz udało mi się tanio kupić, załatwić to, czy tamto, a przez to zaoszczędziłam tyle to, a tyle… Na to mąż: – A ile z tego przyrosło ci na koncie, kochanie? No i tu już pora na fachowca, który pojawia się we właściwym momencie z gotową interpretacją zdarzenia wskazując przy okazji 😉 gdzie to konto trzeba założyć, aby nam przyrosło. Teraz jakoś mniej pokazują ten spot, ale ja mam go gdzieś w tyle głowy zwłaszcza gdy chwalę się żonie: Wiesz, że ten ostatni tekst z bloga znalazł się wysoko w rankingu blog.pl w kategorii Społeczeństwo. Żona przyjmuje takie komunikaty z marsową miną i chyba tylko przez delikatność nie werbalizuje widocznego w oczach pytania: – Biedaku, siedzisz nad tym blogiem przez całe godziny i co ty, tak naprawdę z tego masz? Ona jednak nie pyta, a przez to ja nie mam okazji do krytycznej odpowiedzi. Mija stan podekscytowania, bo ta wysoka lokata w rankingu utrzymuje się przez kilkanaście godzin, w czasie których okazuje się, że wcale nie zwiększyła się liczba czytelników, ani komentatorów, a następnego dnia rankiem już mnie tam nie ma. Reguła głosi: Nie napiszesz nowego i dobrego tekstu, to wypadasz z wszelkich rankingów. Napiszesz, to historia jedynie może się powtórzyć, a pytanie pozostanie bez odpowiedzi: A co ty tak naprawdę z tego masz??? Już wielokrotnie stawałem przed takim pytaniem z gotową odpowiedzią. Nawet pisałem o tym tu, na blogu. I co to zmieniło? Nic, lub prawie nic. Dzisiaj napotkałem w blogosferze na podobne dywagacje. Przeczytacie?http://harmonyinlife.blog.pl/2014/09/17/bo-blogowanie-jest-modne/
Cytuję fragmenty tego tekstu, aby przybliżyć moim czytelnikom inny punkt widzenia, z którym się zgadzam: Autorka pisze bo lubi to robić, bo:… To taki mój świat, mój dom. Urządzam go po mojemu, tu wkładam moje serce oraz myśli kiedy jestem szczęśliwa, jest mi źle, smutno czy jestem zła. Kiedy piszę szczelnie zamykam się w moim harmonijnym świecie pełnym słów, zdań i obrazów. Ponieważ jestem spontaniczna moje wpisy też takie są. Do głowy wpada myśl, jest przetwarzana, paluszki klikają … a wy czytacie : ) Miło mi, kiedy widzę dodany pod postem komentarz, gdy wchodzicie ze mną w dysputy.

…Wyobraźcie sobie, że odwiedzając mój blog jesteście gośćmi mojego przytulnego domu, w którym pachnie świeżo upieczonym ciastem. Rozsiadacie się na miękkiej kanapie z kubkiem ciepłej herbaty lub kawy, otulacie kocem i zaczynamy rozmawiać. Tak ja to widzę. Witam was gorącą herbatką i ciepłymi kapciami. Czujcie się jak u siebie, a ja opowiadam wam co u mnie słychać. Na chwilę wpadacie w odwiedziny aby zrobić pauzę w zwariowanym i szalonym dniu... Kiedy mnie odwiedzacie po raz kolejny, jestem w pełni usatysfakcjonowana i bardzo szczęśliwa gdyż wiem, że dobrze się u mnie czujecie… 

Komentarze pisane przez czytelników i blogerów też dają wiele do myślenia. Dlaczego sięgam dzisiaj po ten przykład? Ano dlatego, że każdy z piszących ma wielu czytelników, którzy z jakichś względów nie komentują i nie dają nam odpowiedzi na temat jak się u nas czują i my nie wiemy czy nadal u nas bywają. A tego nam brakuje i już.

Ostatnio spotkałem znajomą osobę w sklepie i po wymianie grzecznościowych formułek usłyszałem: – A wiesz o tym, że moja Magda czyta od lat twoje tatulowe opowieści? Zagląda też do innych miejsc, w których zamieszczasz zdjęcia i teksty bo tak chce wiedzieć co się w naszych stronach dzieje. Nie tylko Magda to czyta, inne osoby z naszych stron też tam zaglądają…
Ucieszyłem się taką nowiną i prosiłem, aby podziękowała Magdzie za zainteresowanie i powiedziała jej to, co ja wyżej napisałem. Teraz powtórzę swoimi słowami:

Magda, dlaczego milczysz?

Pani premier nie pyta, ale zapewne słucha…

Napotkałem dzisiaj w Onecie na artykuł z Wyborczej pod wdzięcznym tytułem: Jedna dobra rada. Autor znany i szanowany, a rady (nie jedna, niestety) też interesujące. Zobaczcie zresztą sami http://wyborcza.pl/1,75968,16643422.html Przeczytałem i westchnąłem cicho. Łatwo radzić – pomyślałem, gorzej będzie spełnić te wszystkie oczekiwania… Przyszedł mi zaraz na myśl zarzut sformułowany kiedyś przez mojego szwagra, którego się o coś radziłem. Odpowiedział z widocznym zniecierpliwieniem: – Pytasz co zrobić, a potem tego nie słuchasz, tylko robisz po swojemu…
   Miał pewnie rację wychodząc z egocentrycznego założenia, że to co on podpowiada jest najsłuszniejszym i jedynym rozwiązaniem jakiejś kwestii, a tak przecież myślimy niemal wszyscy. Ja, zanim podejmę decyzję mam jednak zwyczaj czerpania z wiedzy i doświadczenia wielu osób, a i tak często wychodzi nie tak jak sobie zaplanowałem. Dlatego też zabrałem głos w tej sprawie pisząc następujący komentarz:
Jedna rada ???: Przeczytać możliwie wszystkie rady i robić to, co zrobić się da, ale tak do końca, ale tak – do dna…
Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75968,16643422,Jedna_dobra_rada.html#ixzz3DMWtqeHr

 

Pocieszać każdy może…

PocieszaniePocieszać każdy może – trochę lepiej, lub trochę gorzej… Oto moja przygoda, jaka zdarzyła mi się już po lekturze opisanych w poprzednim poście materiałów na temat pocieszania. Ciekawe, czy autor cytowanych tam fragmentów przemyśleń wystawi mi pozytywną, czy negatywną cenzurkę.

A było tak …Wśród ukazujących się w tempie karabinu maszynowego wpisów na Fb zauważyłem pewnego dnia, jakoś tak bliżej północy, bardzo skromny  w słowach, ale bogaty w treść wpis:

– Deprecha 😦

Miniaturka zdjęcia osoby udostępniającej posta nie mówiła mi zbyt wiele, ale i nie była mi całkiem obca. Młodziutka, ładna dziewczyna jakich wiele. Co ją skłoniło do wrzucenia w netową przestrzeń takiej informacji? Czego mogła oczekiwać od swoich znajomych oraz innych użytkowników Fb?

Mimo wykonywania pilnej pracy postanowiłem odpowiedzieć na ten list i uczyniłem to w następujących słowach:

Ja: – Deprecha??? –  to już prędzej w listopadzie, ale we wrześniu?

W. – Ha, ha, ha … Pan to umie podtrzymać na duchu…

Ja –  Mam doświadczenie, bo przestrzegam zasady, z której wynika że: … każdy sukces, każdy dół, trzeba dzielić pół na pół – co wynika z tej piosenki: https://www.youtube.com/watch?v=D8VrJri1-qM

Tu nastąpiła krótka przerwa w wymianie słów potrzebna na słuchanie piosenki, a potem W. przełączyła się na czat i napisała:

W –Tak, tylko że ja nie mam z kim dzielić pół na pół. O wszystkim muszę sama myśleć, a to przerasta mnie

Ja – Biedactwo… Wyjechał?

W – Tak. I  zostawił bez niczego nie myśląc o dziecku. Popadam w coraz gorsza depreche

Ja – Nie ma słów, aby to podsumować. Tyle jest teraz rozbitych małżeństw, że rozmiar nieszczęścia jest jak ocean…

W – Jaka ślepa byłam, to Bóg jeden wie. Za kogo się brałam? Świat chciałam zmieniać… Jezu, myślę o rozwodzie, bo już tak od dwóch lat tkwię. Jego zazdrość stała sie chorobliwa. Boje się o to, że coś nam zrobi. Jest nieobliczalny…

Ja – Masz rację, że tak to nazywasz. Jako nauczyciel poznałem dużo dziewczyn będących teraz w podobnej sytuacji, ale jakoś sobie radzą. Rodzice, teściowie, a czasem i dom samotnej matki … Smutne. Dlaczego tak ślepną ci młodzi ludzie?

W – Rodzice zawsze mi pomogą. O teściach to nawet nie chce mówić. Ja nie wiem jak dam radę. Muszę, mam synka i dla niego musze się otrząsnąć. Boje sie iść do opieki po pomoc, boje sie ludzi…

Ja – Nie dziwię się. Mus, to mus. Widocznie nie jest jeszcze tak źle, ale trzeba się otrząsnąć i trzeźwo ocenić możliwości. Sama nie dasz rady

W – Nie mam nikogo żeby mi pomógł. Rodzicom to nawet głowy zawracać nie chce. Bo i tak mam szczęście, że jeszcze mieszkam u nich. I w tym, że mi pomagają, tak jak mogą. Ja nie widziałam tego jak on mną poniewierał, jak oszukiwał, zdradzał, szkoda słów. Nie uwierzę już żadnemu facetowi

Ja – Nawet mnie? – zapytałem, tak z głupia frant, aby wywołać choćby uśmiech na jej twarzy

W – Pan mnie uczył, pana znam, tak, że to inna bajka.

Tu wymieniliśmy parę zdań na temat naszej znajomości z czasów szkolnych, po czym wróciłem do tematu naszej rozmowy.

Ja – A więc stąd ten post o depresji? Pogadaliśmy sobie troszkę? Ulżyło ci? Będziesz lepiej spała?

W – Mhm, przepraszam, że zwaliłam sie Panu na głowę

Ja – A tam. Piszę coś i mam otwarte dodatkowe okienko dialogowe,

W – Dziękuje. Pan jest jak dobry duszekDziękuje za poświecony mi czas, dobranoc

Ja – Trzymaj się jakoś i pomachaj czasem łapką dobremu duszkowi

W – Postaram się, dziękuje.

Ja – I nie wyrzekaj się niczego. Znajdziesz odpowiedzialnego faceta, przyjdzie jeszcze czas na dobry związek i na miłość. To doświadczenie jakie teraz zdobywasz bardzo ci się przyda.

W – Wiem, już ktoś powiedział mi, że jak na młody wiek mądrze gadam. I znam życie, tylko o to chodzi, że ja już tak przejechałam się w moim krótkim  życiu, że boje sie zaufać I odpycham od siebie tych, którzy wcale nie chcą mnie zranić. Już nie wiem co jest kłamstwem, a co prawdą. Nie umiem tego odróżnić. Nie chce się zakochać, bo się boję, że znów wpakuje sie w jakieś bagno…

Ja –To nie czas na nowy związek. Najpierw ureguluj swoje sprawy z mężem i sprawy Twojego dziecka z jego ojcem, a później szukaj spokoju i nowego rozdania kart. A teraz spać. Dobranoc

W – Dziękuje, dobranoc

Koniec rozmowy na czacie. Teraz toczymy dalej tę rozmowę, ale tylko w wewnętrznym dialogu. Jesteśmy tylko znajomymi Facebook`a

 

 

 

Spełnione marzenia

Z łezką w oku przeczytałem dzisiaj napisany przed 5 laty tekst, jak i umieszczone pod nim komentarze. To, na co wskazywałem jako ojciec owej bibliotekarki, a również doświadczony w pracy menedżerskiej człowiek doczekało się uznania. Moja Małgosia wygrała konkurs na stanowisko dyrektora zarządzającego w Muzeum Polskim w Ameryce i podejmie swoje nowe obowiązki z dniem 1 września. Oto informacja prasowa na ten temat:
http://dziennikzwiazkowy.com/polonia/muzealnictwo-xxi-wieku/
Czytaj dalej

Co tam panie polityka, liczy się życie…

Moje dzieci zrealizowały planowany od dłuższego czasu wyjazd do Warszawy. Szczególnie przeżywała to nasza 6- letnia wnusia Marysia, jako że miała to obiecane już od dawna. Rodzice dawkują jej kontakt z komputerem i telewizją, a to, co jej wolno oglądać, to już nie są bajki, czy jakieś gry, ale w znacznym wymiarze filmiki o zacięciu edukacyjnym. Po Śwince Pepe i temu podobnych bajeczkach przeszła z dużym zainteresowaniem przez Rodzinę Pytalskich, serial Było sobie życie oraz innych pozycji dobranych wyjątkowo starannie przyszedł czas na wizytę w Centrum Nauki Kopernik. W ciągu 3 dniowego pobytu w Warszawie poświęcili  wiele godzin na indywidualne zwiedzanie i udział w różnych eksperymentach naukowych. Czytaj dalej

Słowo ma moc tajemną, by dać chwałę lub zgubić…

Dzisiaj rano znalazłem na Fb wklejoną przez kogoś sentencję o wymownej treści: Słowami też można uderzyć. Nawet silniej niż pięścią. Skopiowałem, aby powiększyć zasób posiadanych sentencji przydatnych do facebookowych rozmów prowadzonych z użyciem piktogramów. Taka właśnie wymiana poglądów stała się już powszechnym zjawiskiem i to, jak zauważyłem, nie tylko wśród młodych ludzi. Włączyłem się w ten nurt z ochotą gdyż pracując w szkole, już od dawna sięgałem po ten środek przekazu i na tablicy w mojej sali prowadziłem kącik pod nazwą : Myśl złota… , w którym co tydzień zmieniałem sentencje, wybrane pod kątem przydatności edukacyjnej lub wychowawczej. Czytaj dalej

Opowieści o skunksach i ich strasznej broni

skunksPrzed paroma dniami zaglądając do zaprzyjaźnionego Kneziowiska znalazłem wypowiedź na temat spotkania ze skunksem. Przeczytałem z uwagą:

Dzień dobry Wam

Szłam już spać i jak zwykle wyszłam sobie do ogródka puścić dymka przed snem.  Kucnęłam na schodach i się zamyśliłam. Kątem oka zobaczyłam jakiś ruch pod ścianą. Spod płotu przy furtce wylazł mały skunksik.  Przeszedł tuż obok i jakby dopiero wtedy mnie zobaczył. Zamarłam, bo odwrócił się do mnie tyłem.  Nie miałam gdzie uciekać i pomyślałam, że tę noc będę musiała spędzić na podwórku.  Mamy podwójne drzwi i dlatego zanim zdążyłabym otworzyć te pierwsze, to już bym śmierdziała niesamowicie. Skunks uspokojony moim bezruchem rozejrzał się i poszedł sobie do ogródka. Z jednej strony to dobrze, bo wyczyści go z robactwa lepiej niż wszelakie chemikalia. I zrobi to ekologicznie. Z drugiej strony – lepiej żeby nic go nie wystraszyło, bo będzie nam śmierdziało bardzo długo. I żebyście wiedzieli jak paskudnie!!! To było już któreś z kolei moje spotkanie ze skunksem. Całe szczęście kolejne nieopryskane.

Miała szczęście ta pani – pomyślałem. Znam ten zapach z okolic Chicago, gdzie od czasu do czasu bywamy u naszej córci Małgosi. Mimo, że nie przytrafiał się nam taki bezpośredni atak, a jedynie zdarzyło się to gdzieś w okolicy, to mieliśmy wątpliwą okazję wielokrotnie zapoznać się z owym orężem. Tubylcy wielokrotnie nas ostrzegali przed taką przygodą, bo wtedy wypada tylko wyrzucić ubranie, a i zmycie tego smrodu też nie jest łatwe. 

Zajrzałem do Wikipedii, aby przeczytać, że: Skunks zwyczajny (Mephitis mephitis) – gatunek ssaka z rodziny skunksowatych, wcześniej zaliczane do łasicowatych, słynne z powodu cuchnącej wydzieliny, której używa do odstraszania napastników. Występuje na Wielkich Równinach w Ameryce Północnej. Zamieszkuje lasy i tereny otwarte. Jego sierść jest gęsta i puszysta w czarnym kolorze w białe paski.

Moja przygoda ze skunksem miała miejsce przed domem córki, a nie w lasach, czy też na terenach otwartych Wielkich Równin. Pewnego upalnego dnia, gdy z córkami, ubrani w kolorowe stroje krakowskie i nie tylko wyjeżdżaliśmy na Targi Edukacyjne do Navy Pier w Chicago, to wcześniej musieliśmy podlać rośliny wokół domu. Przed wejściem do samochodu schyliłem się, aby zakręcić umieszczony obok schodów kran z wodą i wtedy zamarłem w przerażeniu widząc panią skunksową z gromadką pięknych skunksików jak patrzy na mnie. Świadom zagrożenia powoli wycofałem rękę z okolic kranu i niczym leniwiec wstałem powoli, aby równie powoli  się wycofać z rejonu zagrożenia. Myślałem tylko o tym, że strój należący do Zespołu Pieśni i Tańca „Lajkonik” wypożyczony dla godnego reprezentowania Polish Museum Of America w Chicago byłby do wyrzucenia, a mój występ? Nie było już czasu nawet na to, aby doprowadzić się do porządku po takim ataku. Miałem więc szczęście? A może pani skunksowa też była zaskoczona tak kolorowo ubranym „Krakowiakiem”, że nie skorzystała ze swojej straszliwej broni? Tego się nie dowiedziałem. Nasz rodzinny występ się udał. Przechadzaliśmy się pomiędzy stoiskami i zapraszaliśmy wszystkich do odwiedzenia polskiej placówki kulturalnej. Po powrocie omówiliśmy w domu całe zdarzenie i znaleźliśmy miejsce gdzie te sympatycznie wyglądające zwierzęta znalazły sobie schronienie. Było to puste miejsce pod schodami mające kształt małej pieczary, do którego skunksy wygrzebały sobie prawie niewidoczny korytarzyk. Ponieważ nie wolno czynić im krzywdy, to pod nieobecność tej rodzinki zabezpieczyliśmy miejsce w taki sposób, aby goście poszukali sobie innego lokalu. Minęło kilkanaście lat od tamtego zdarzenia, a ja pamiętam wszystko jakby to działo się wczoraj. Już sam nie wiem czy to z powodu skunksa, czy może roli w jakiej wtedy występowaliśmy.Reprezentacja Muzeum Polskiego w Chicago

Opowieść o wspólnym gotowaniu

Upał staje się nieznośny. W ciągu dnia termometr umieszczony od strony południowej za oknem kuchni wskazuje 47 stopni C. Chłodzimy się jak potrafimy, ale bywa ciężko, bo źle znosimy upały. Ze współczuciem spoglądamy na grupki młodych ludzi idących naszą ulicą nad zalew, myśląc sobie:  – My to przynajmniej w domowym cieniu, a oni? Oni pewnie mają gorzej, bo jakże męczące musi być takie wylegiwanie się nad wodą, prawda? ..  Czytaj dalej