Gniazdo

   Skojarzenie jest nader przejrzyste. Oto jest gniazdo przysposobione do swoich funkcji przez rodziców. Po krótszych lub dłuższych tańcach godowych pojawiają się w nim jaja. Wysiadywanie – z tym bywa różnie, dokonywane przez mamę lub oboje rodziców owocuje wykluciem się piskląt. One sobie rosną pielęgnowane troskliwie, aby wreszcie złapać wiatr w skrzydła i… wzlecieć na dłuższy, czy krótszy, bardziej lub mniej udany pierwszy, ale już samodzielny lot. Później jeszcze jakiś czas wspólnego przebywania w gnieździe, aby okrzepnąć, nabrać sił i odlecieć gdzieś, gdzie każdy już dojrzały osobnik założy własne gniazdo, sam lub obopólnie dobranym partnerem. Otóż jest pytanie. Czy tylko ptakom jest przypisany ten scenariusz?
Nasza Małgosia przysłała nam kiedyś kartkę z rysunkiem gniazda autorstwa Marjolein Bastin z pięcioma nakrapianymi jajeczkami w środku (zdjęcie u góry). Oprawiłem tę kartkę w ramkę i stała jakiś czas na honorowym miejscu wśród moich rzeźb, które mają taką rangę, że od lat zajmują specjalną półkę nad pianinem. Dlaczego było tam 5 jaj? To nasza czwórka plus Mariusz – mąż Małgosi. Przy odwiedzinach Małgosi w domu rodzinnym zdecydowaliśmy przeznaczyć kawałek ściany w pokoju na takie nasze, rodzinne drzewo genealogiczne, stworzone ze zdjęć członków rodziny (Zdjęcie u dołu).
Szczyt, czyli wierzchołek drzewa stanowi krzyż z domu rodzinnego. Nieco niżej tytułowe gniazdo, w którym gwoli prawdy powinno być już osiem jajeczek – wiadomo Piotr, mąż Ani. Nieco niżej rodzice Eli i moi, i wreszcie my, na zdjęciu wykonanym w bogoryjskim kościele podczas naszego ślubu. Konary drzewa to zdjęcia małżeńskie Piotra i Ani oraz Małgosi i Mariusza. Dalej dzieci naszych dzieci reprezentowane przez Artura i Tomasza oraz córki Ani i Piotra Marysię i Emilkę.

   Gniazdo jako określenie jest bardzo uzasadnione i adekwatne dla określenia naszego domu. W nim właśnie urodziły się Elżunia i Beata – córka siostry Anny. Tu umierali ich Rodzice, babcie i dziadkowie. Tutaj przez wiele lat z rzędu spędzały wakacje dzieci Anny, a ona wraz z mężem zamieszkiwała jakiś czas po ślubie.
Tu wychowywały sie nasze dziewczyny, a my żyjemy tu już 50 lat. To, że my z Elą wymościliśmy sobie w tym domu swoje gniazdko nie zmienia faktu, że dla rodzeństwa Eli jest to nadal miejsce budzące wciąż jak najlepsze skojarzenia. Nie dziwi więc nikogo fakt, że często odwiedzali nas i spędzali tu sporo czasu liczni członkowie rodziny na oficjalnych i nieoficjalnych spotkaniach. Mocna więź pomiędzy rodzeństwem z tego gniazda była imponująca.

   Ja sam przebudowałem przed laty swój dom rodzinny – ową kamienicę w Rynku i to dość gruntownie. Zameldowałem w nim nas i nasze wszystkie pisklęta z przychówkiem. Jakoś tak jednak się składa, że nikt z nas nie odczuwa tego typu więzi z tamtym domem – tak jak z tym, w którym mieszkamy. Co się za tym kryje? Odpowiedź – przynajmniej jeśli chodzi o mnie zawarłem między wierszami dotychczasowych opowiadań.
Tam jest twój dom, gdzie serce twoje… – Mawiali nasi przodkowie przywiązani nadzwyczaj mocno do swoich domów. Dzisiaj coraz bardziej upodabniamy się do zachodnich rodzin, które niczym współcześni nomadzi przemieszczają się do nowych miejsc za sprawa pracy, czy innych uwarunkowań.

   Co czują ludzie mocno związani z domem rodzinnym, który z różnych względów przechodzi w obce ręce lub uległ zniszczeniu, czy spaleniu? Czy wszyscy mają podobne odczucia, czy to jest tylko mój zwykły, śmieszny sentymentalizm?