Opowieść przedświąteczna

Każdy nauczyciel wspomina przeróżne fakty związane z organizowanymi w szkołach klasowymi spotkaniami z okazji święta Bożego Narodzenia. Ja, przed wielu laty jako wychowawca męskiej klasy zawodówki przeżyłem taką oto przygodę.
   Studiowałem wtedy na studiach podyplomowych w Krakowie. Dojeżdżałem tam na weekendy autobusem, a po mieście poruszałem się komunikacją miejską. Kiedyś, krótko przed świętami, jadąc tramwajem przyglądałem się staruszce, która wsiadła do tramwaju w towarzystwie pieska wielorasowego.
Wsiedli, oboje mocno zmoknięci do dość pustego tramwaju. Piesek usiadł na foteliku przy oknie, a jego pani na siedzeniu obok. Piesek patrzył przez okno na światła miasta, a jego pani próbowała go głaskać, porządkując przy okazji jego zmokniętą mocno sierść. Piesek nawet na nią nie spojrzał. Ja wysiadłem wcześniej, a oni pojechali dalej. Utkwiła mi jednak w pamięci ta scena, bo tłumaczyłem sobie, że ona pewnie samotna, a pies jest być może jedyną bliską jej istotą.
Przygotowując się do świątecznego spotkania z klasą, w której byłem wychowawcą zastanawiałem się jak zaaranżować to spotkanie.
Wiedziałem, że chłopaki niczego sami nie przygotują, a względy prestiżowe w tym wieku nakazują być nade wszystko… twardzielem.
Na ostatniej lekcji wychowawczej postawiłem na biurku przyniesiony z domu stroik świąteczny, zapaliłem świeczkę i biorąc w rękę przyniesiony opłatek – wygłosiłem nawiązanie do tego, co miało za chwilę nastąpić:

   Wiecie, że Święta Bożego Narodzenia nazywane są najbardziej rodzinnymi ze wszystkich świąt. Wszyscy wtedy spieszą, nawet z bardzo daleka, aby w ten jedyny wieczór być z bliskimi, połamać się opłatkiem, popłakać się przy tym i poczuć, przy całowaniu z dubeltówki, jakie dziwnie mokre są również policzki tych, którym my właśnie składamy życzenia. Kto przeżył chociaż jedne święta z dala od bliskich, ten wie o czym mówię. Są jednak ludzie samotni, którzy tę samotność odczuwają szczególnie dotkliwie w ten właśnie wieczór. Prawie wszyscy przygotowujemy puste nakrycie dla przygodnego gościa, a tak naprawdę, to mało kto dba o to, aby to puste nakrycie miało swego użytkownika. Może wcześniej rozejrzyjmy się wokół, czy nie mamy kuzynki, sąsiadki, czy innej samotnej osoby, która mogłaby w ten wieczór przy takim nakryciu z nami zasiąść…

Tu opowiedziałem im scenkę zaobserwowaną w tramwaju. W klasie panowała cisza. Pomyślałem sobie, że najwyższy czas sięgnąć do opłatka i wtedy… Jeden z uczniów zapytał głośno:
– A skąd pan bierze takie kawałki, czy sam pan to wymyśla?

Czar prysnął, jak się to mówi. Okazało się ponadto, że prawie nikt nie przyniósł swojego opłatka i mój musiał wystarczyć. Przynajmniej dla mnie do składania im życzeń. Oni między sobą podawali sobie tylko grabę i wygłaszali standardowe „zdrowia, szczęścia, pomyślności”.
Ciekawe, czy któryś z nich zagląda do bloga i czy zapamiętał tamto spotkanie?