Obywatelu, lecz się sam…

Czy ktoś z Państwa jest w stanie wymienić jedno przyjęcie, czy też spotkanie w szerszym gronie, na którym nie rozmawia się o zdrowiu?  Ja miałbym z tym poważny problem. Może to dlatego, że jestem już w tzw. smudze cienia i na ogół w takim towarzystwie się obracam?

Często dobiegają do mnie relacje z frontu walki o naprawę tego, co się komuś popsuło. Dajmy na to noga.

–         Mówię pani, po upadku, w czasie którego jakoś tak nieszczęśliwie podwinęła mi się noga nie mogłam na nią stanąć. Przykładałam altacet, smarowałam jakimiś maściami w nadziei, że skoro nie ma złamania to samo przejdzie, ale gdzie tam. Bolało jak nieszczęście. Poszłam w końcu na izbę przyjęć do szpitala. Lekarz odesłał do prześwietlenia, a skoro nie dopatrzył się złamania kości, to chciał mnie spławić racząc mnie znowu jakimiś maściami i opowiastkami o tym, że trzeba czekać, że samo przejdzie. Na szczęście wzięła mnie pod skrzydła moja córka, też lekarz i co pani powie? Na drugi dzień po wizycie w jej szpitalu już wylądowałam na operacji. Miałam zerwane ścięgno. Teraz jest już dobrze, ale co by było gdybym go usłuchała? Byłabym może kaleką! Ale czort z nim- pomyślałam. Nie będę się sądować z takim konowałem. Ale niech sobie pani wyobrazi, że to nie koniec tej historii. Po kilku miesiącach jakiś owad ugryzł mnie w nogę. Bolało jak nie wiem co i do tego zrobił się obrzęk. Idę na izbę przyjęć, a tu lekarz każe mi obłożyć to miejsce cebulą, to przejdzie. Patrzę na niego jak na wariata i poznaję, że to ten sam lekarz, który tak mi pomógł na nogę. Mówię więc do niego; Co pan do mnie mówi? W trzy dni po ukąszeniu cebula? Czy nie zna pan innych metod?

–         A on do mnie z nerwami: Pani kwestionuje moją wiedzę? Może pani sobie wybrać innego lekarza. Tak pan radzi? Niech pan sprawdzi co mi pan zalecił jak trafiłam do pana ze zerwanym ścięgnem w nodze. To stoi w papierach. To taki z pana lekarz?

–         Pani mnie oskarża? – pyta mnie ten doktor.

–         Nie oskarżam, bo bym wniosła pozew gdzie trzeba, a nie kłóciła się z panem. Ja pana ostrzegam. Leczenie ludzi to nie zabawa w zgadywanki– odpowiedziałam cała w nerwach. I faktycznie . Pomimo upływu paru miesięcy nadal była w nerwach cała. Całe szczęście że mamy w rodzinie kilkoro lekarzy to oni nas ratują. Ci ze społecznej służby zdrowia to … szkoda mówić – powiedziała i machnęła wymownie ręką.

Przerwę w tej narracji natychmiast wykorzystał pan, któremu na ostrą niewydolność krążenia żylnego w nogach też proponowano jakąś maść i odpoczynek z nóżkami uniesionymi w górę. Wykłócił skierowanie do specjalisty, a tam dowiedział się, że gdyby nie natychmiastowa interwencja specjalistycznymi lekami, to mogło dojść do martwicy…

Co się dzieje? W prywatnych gabinetach przyjmują jacyś inni lekarze i ludzie, a w przychodniach publicznych i szpitalach to kto przyjmuje i leczy chorych? Amatorzy przyuczeni do zawodu?

Jakoś w tym samym czasie wpadł mi w ręce tygodnik Przegląd. Już na okładce umieszczono walący po oczach tytuł: Błędy lekarza kryje ziemia. Polecam go Państwu: http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/bledy-lekarza-kryje-ziemia

We wstępniaku czytamy: – Mówi się, że błędy lekarza kryje ziemia, ale dzisiaj coraz częściej słyszy się o nich w radiu, telewizji, czyta w prasie. Stają się sensacją, tak chętnie wykorzystywaną przez media. Trafiają do Biura Rzecznika Praw Pacjenta – w 2011 r. wpłynęło ponad 36 tys. zgłoszeń, a w zeszłym już ok. 60 tys. Środowisko lekarskie broni się, argumentując, że nagłaśnianie niepowodzeń i błędów medycznych, stanowiących przecież tylko nie wielki odsetek w polskim lecznictwie, godzi w autorytet lekarzy, w większości pracujących rzetelnie, i niszczy zaufanie społeczne do służby zdrowia. Jednak ich skutkiem jest zwykle ciężka choroba, kalectwo czy śmierć, więc trzeba je ujawniać i analizować ich przyczyny, by zapobiegać podobnym tragediom.

Czytając uważnie cały materiał dowiemy się jak trudno dochodzić przed sądami zadośćuczynienia za błędy w sztuce lekarskiej i jak długo to może trwać. Przeczytamy Tam również o przemęczonych pracą na kilka etatów lekarzach i szansach na poprawę istniejącego stanu. Na bazie analizy istniejącego stanu rzeczy cenne wydaje się pytanie i odpowiedź prawnika obsługującego takie procesy. Oto one:

Czy procesy sądowe, dowodzące zaistniałych błędów medycznych, przyczyniają się do poprawy bezpieczeństwa w lecznictwie? Czy lekarze uczą się na tych błędach?

– Raczej uczą się zabezpieczać przed ich ujawnianiem i odpowiedzialnością – odpowiada pani prawnik .Dokładniej wypełniają dokumentację, staranniej dbają o to, by „w papierach było czysto”. Wydłużają się oświadczenia podpisywane przez chorych przed operacją, zawierające pouczenia o ryzyku i powikłaniach, od strony formalnej zabezpieczające lekarza przed roszczeniami. Widziałam już takie, które miały ponad dziesięć stron. Myślę, że często z większą empatią i poczuciem odpowiedzialności traktują chorych pielęgniarki, dzisiaj już doskonale wykształcone. Jest jeszcze etos tego zawodu. Lekarze często pracują w pośpiechu, stresie, co także może powodować niepowodzenia – niekiedy muszą natychmiast podejmować decyzje, by ratować zagrożone życie. Proces leczenia bywa też nieprzewidywalny, każdy choruje inaczej, istnieje więc wiele okoliczności i czynników sprzyjających popełnieniu błędu. Także niektóre ograniczenia w systemie lecznictwa, wynikające najczęściej z przyczyn ekonomicznych, wiążą im ręce i utrudniają pracę…

Obywatelu, lecz się sam… ewentualnie wybierz się na nabożeństwo w intencji  uzdrowienia w nadziei, że doznasz tej łaski, jeśli tylko wystarczająco mocno wierzysz w możliwość uzdrowienia.

Spotkanie po latach

Podczas spotkania rodzinnego usłyszałem nowinę. Mój znajomy odnalazł kolegów z liceum, którzy odnaleźli jego. List, telefon i wezwanie: Przyjedź koniecznie na najbliższe spotkanie w lokalu… , w dniu…Musimy się spotkać…

Koledzy spotykają się regularnie. Co miesiąc rezerwują sobie te same stoliki w restauracji i popijając herbatkę rozmawiają o swoich sprawach, aktualizują listę obecności, a właściwie nieobecności, bo mając po siedemdziesiąt kilka lat trudno o karne i niezawodne stawiennictwo. I tak od wielu już lat. Co ich łączy? Wspólna młodość, we wspólnej szkole.

Ile to już lat minęło? – pytam.

Dokładnie 59 lat – odpowiada.

Widać, że bardzo chce pojechać na spotkanie do odległego o 300 km miasta. Jest bardzo ciekawy tych ludzi i historii ich życia. Jakieś strzępy wspomnień ze szkolnych lat niczego nie mogą rozstrzygać. Ówcześni, dobrze zapowiadający się niekoniecznie musieli stać się takimi jak to im wróżono. Inni, niepozorni poszybowali wysoko…Z tym bywało i bywa różnie. Jak pytać o takie sprawy, co odpowiedzieć gdy to oni zapytają:

-A jak tobie się ułożyło? Czujesz się spełniony? Jesteś szczęśliwy? A żona? Ciągle ta sama? A dzieci ?

Słuchałem i stawiałem sobie te same pytania jakie nurtują przyjaciela. Gdyby mnie zaproszono, to jakbym postąpił?

Już kiedyś przeżywałem coś podobnego z okazji zaproszenia na zjazd absolwentów mojego technikum. Wahałem się długo i w końcu… stchórzyłem. Akurat byłem wtedy na świeżo po obejrzeniu mocnego filmu o podobnej fabule. Spotykają się, wspominają ludzi i zdarzenia, chwalą się pozycją, statusem społecznym, starają się utrzymać miłą atmosferę, ale wychodzi z tego jakaś wielka przegrana niemal wszystkich uczestników.

Nastrój niemal taki sam jak w piosence „Nasza klasa” Jacka Karczmarskiego?

https://www.youtube.com/watch?v=NTNcxGVgn9I

 

 

Nasza klasa

Co się stało z naszą klasą, pyta Adam w Tel-Awiwie.
Ciężko sprostać takim czasom, ciężko w ogóle żyć uczciwie.
Co się stało z naszą klasą, Wojtek w Szwecji w porno klubie,
pisze dobrze mi tu płacą,
za to co i tak wszak lubię, za to co i tak wszak lubię.

2. Kaśka z Piotrkiem są w Kanadzie, bo tam mają perspektywy.
Staszek w Stanach sobie radzi, Paweł do Paryża przywykł.
Gośka z Przemkiem ledwie przędą w maju będzie trzeci bachor. Próżno skarżą się urzędom,
że też chcieli by na zachód, że też chcieli by na zachód.

3. Za to Magda jest w Madrycie i wychodzi za Hiszpana.
Maciek w grudniu stracił życie gdy chodzili po mieszkaniach.
Janusz ten co zawiść budził, że go każda fala niesie jest chirurgiem, leczy ludzi,
ale brat mu się powiesił, ale brat mu się powiesił.

4. Marek siedzi za odmowę, bo nie strzelał do Michała,
a ja piszę ich historię i to jest już klasa cała.
Jeszcze Filip fizyk w Moskwie, dziś nagrody różne zbiera, jeździ kiedy chce do Polski.
Był przyjęty przez premiera, był przyjęty przez premiera.

5. Odnalazłem klasę całą, na wygnaniu, w kraju, w grobie,
ale coś się pozmieniało, każdy sobie żywot skrobie.
Odnalazłem całą klasę, wyrośniętą i dojrzałą
rozdrapałem młodość naszą,
lecz za bardzo nie bolało, lecz za bardzo nie bolało.

6. Już nie chłopcy, lecz mężczyźni, już kobiety nie dziewczyny.
Młodość szybko się zabliźni, nie ma w tym niczyjej winy.
Wszyscy są odpowiedzialni, wszyscy mają w życiu cele,
wszyscy w miarę są normalni,
ale przecież to niewiele, ale przecież to niewiele.

7. Nie wiem sam co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci,
gdy wśród tych nieobcych twarzy, szukam ciągle twarzy dzieci.
Czemu wciąż przez ramię zerkam, choć nie woła nikt kolego,
że ktoś ze mną zagra w berka
lub przynajmniej w chowanego, lub przynajmniej w chowanego.

8. Własne pędy, własne liście, zapuszczamy każdy sobie
i korzenie oczywiście, na wygnaniu, w kraju, w grobie.
W dół, na boki, wzwyż ku słońcu, na stracenie, w prawo, w lewo,
kto pamięta, że to w końcu
jedno i to samo drzewo.

Ta piękna, ale i smutna piosenka opisywała stan po paru latach od ukończenia szkoły, a mój znajomy ma tych lat za sobą tyle, że ho, ho… I do  tego jakich lat?

Doradzałem przyjacielowi, aby pojechał, bo widać, że bardzo mu na tym zależy, a później by żałował.

Prawdę mówiąc, to ja sam nadal nie wiem, czy pojechałbym na  takie spotkanie?

http://szefol86.wrzuta.pl/audio/2lOHX9EIpux/de_mono_-_spotkanie_po_latach

Opatrzność czuwa?

Już na początku bieżącego roku Policja opublikowała dość pozytywnie brzmiące dane na temat wypadków drogowych jakie miały miejsce w 2012 r na polskich drogach i bezdrożach. Oto jedno z pierwszych takich podsumowań:

http://www.policja.pl/portal/pol/1/83338/Bezpieczniej_na_polskich_drogach_w_2012_roku__mniej_wypadkow_zabitych_i_rannych.html

BEZPIECZNIEJ NA POLSKICH DROGACH W 2012 ROKU – MNIEJ WYPADKÓW, ZABITYCH I RANNYCH

16 proc. mniej ofiar śmiertelnych niż w 2011 r., prawie 9 proc. mniej rannych i blisko 9 proc. mniej wypadków – to wstępne dane dotyczące bezpieczeństwa na polskich drogach w zeszłym roku i najbardziej optymistyczne od wielu lat. Niestety cały czas wielu kierujących wsiada za kierownicę po alkoholu, chociaż w 2012 r. było ich ponad 12 tys. mniej.

Porównując ze sobą statystyki drogowe 2012 i 2011 roku, widać wyraźny spadek liczb wypadków, rannych i zabitych. W zeszłym roku na polskich drogach doszło do 36 505 wypadków, a w 2011 r.  do 40 065 – mniej o 3560 (9 proc.).  2012 rok to także spadek liczby osób, które wskutek zdarzeń na drogach poniosły śmierć. W minionym roku zginęło 3520 osób, a w 2011 r. 4189 osób – mniej o 669 (16 proc.). Spadła także liczba rannych. W 2012 roku wyniosła ona 45 094, a w 2011 r. 49 501 – mniej o 4407 (9 proc.).

Dane statystyczne z ubiegłego roku są najbardziej optymistyczne od wielu lat. W 1991 roku na polskich drogach doszło do ponad 54 tys. wypadków, w których zginęło prawie 8 tys. osób. Dzisiaj, mimo otwartych granic i trzykrotnie większej niż wówczas liczby samochodów (ponad 24 mln), liczba wypadków jest mniejsza o ponad 17,5 tys., a ofiar śmiertelnych – o około 4,5 tys. W minionym roku najwięcej ofiar śmiertelnych odnotowano wśród kierujących, jednak szczególnie niepokojąca jest liczba wypadków śmiertelnych z udziałem pieszych, którzy stanowią ponad 30 proc. ofiar. ( podkreślenia moje)

Niestety, cały czas wielu kierujących decyduje się na jazdę po alkoholu. W 2012 roku policjanci zatrzymali 169 323 takich osób, a w 2011 r. 181 614 – spadek o 12 291…

Prawda, że bardzo optymistycznie brzmią te dane, chociaż mamy świadomość, że nadal w liczbie wypadków śmiertelnych na 1 milion mieszkańców liczba śmiertelnych ofiar wypadków na drogach naszego kraju stanowi nadal niemal dwukrotność średniej dla całej Unii. (93 osoby zabite w Polsce na 55 osób średnio dla UE na milion obywateli)

http://www.krbrd.gov.pl/download/pdf/Sprawozdanie%20KRBRD%20za%202012_calosc_po_RM.pdf  – Raport Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego.

Program działań w zakresie poprawy bezpieczeństwa w ruchu drogowym jest niezwykle rozbudowany i bardzo wysoko zakreślono w nim wskaźniki jakie powinniśmy osiągnąć w kolejnych latach. Mimo dużej poprawy, daleko nam jednak do celu wyznaczonego dyrektywami UE. Dają nam sporo pieniędzy na ten cel, a więc nic dziwnego, że również dużo wymagają. Inicjatywy zmierzające do wymuszenia na kierowcach przestrzegania określonej prędkości w postaci patroli drogówki z suszarkami czy poprzez zagęszczanie sieci fotoradarów traktujemy z wielkim oburzeniem jako zamach niezwykle chciwego fiskusa na nasze pieniądze, jak i ogólnie rzecz biorąc na swobody obywatelskie.. Mimo coraz surowszych kar za jazdę na dwóch gazach nadal nie opuszcza nas fantazja skoro zatrzymano takich kierowców aż 170 tysięcy. A ilu udało się przemknąć, ponieważ na drodze którą jechali akurat nie kontrolowano trzeźwości?

Wszyscy mamy coś do zrobienia w tym względzie. Kierowcy muszą zrozumieć ze zasada : piłeś – nie jedź, jedziesz nie pij nie jest wymysłem jakichś nie lubianych psów z drogówki , ale naszym wewnętrznym nakazem. Nasze rodziny, czy inni współpasażerowie nie mogą godzić się na jakieś:  uda się, tylko odmawiać wspólnej jazdy z nietrzeźwym kierowcą …itd., itp…

Wierzący wybierając się w podróż, zgodnie z tradycją naszych przodków oddają swoje bezpieczeństwo w ręce patrona podróżnych jakim jest Św. Krzysztof. To jemu zawierzamy siebie, swoich bliskich jak i wszystkich, na których swoim działaniem możemy sprowadzić czasem niewyobrażalne nieszczęście. Wielu z nas, kierowców odwiedza swoimi pojazdami swoje kościoły parafialne w dniu patronalnego święta Krzysztofa, aby modlić się o bezpieczeństwo w ruchu drogowym i po to, aby ksiądz poświecił nasz pojazd. Czy to działa?

Ja jestem kierowcą już od 40 lat. Już w pierwszym samochodzie jakim była wygrana w losowaniu książeczek PKO Syrena 105 miałem pochodzący z USA medalion z wizerunkiem Świętego Krzysztofa. Zmieniając samochody przenosiłem ten medalion do nowych pojazdów, aby zachować sobie ciągłość opieki. Zawsze ruszając w drogę wypowiadaliśmy jak mantrę słowa: Święty Krzysztofie prowadź – a ostatnio za przykładem naszego zięcia dodatkowo: Święty Rafale wspomagaj. Czy bezpieczeństwo naszej rodziny ma jakieś uzasadnienie zarówno mojej jak i moich współpasażerów postawie? Trudno przesądzać, ale przez te wszystkie lata jakoś omijają mnie większe nieszczęścia.

W czasie ostatnich wakacyjnych podróży po Polsce byliśmy również w Licheniu, gdzie spotkaliśmy się z rodzicami naszego zięcia. Tam otrzymałem od swata mały obrazek Św. Krzysztofa z zamieszczoną na odwrocie modlitwą kierowcy. Podziękowałem ładnie i przeczytałem tę modlitwę. Wstyd się przyznać, ale modlitwę w takiej formie zdarzyło mi się czytać pierwszy raz. Wożę ten obrazek w aucie i mile wspominam ofiarodawcę za to, że takim gestem odkrył przede mną coś istotnego.

Pomyślałem, że może warto przekazać ten dar dalej, bo gdyby wszyscy ludzie dobrej woli…

Długa droga od krzemienia do krzemu

Podczas wakacyjnych, rodzinnych podróży po kraju spełnialiśmy ochoczo plany naszych dzieci, które chciały zapoznać się i pokazać swoim dzieciom i nam przy okazji miejsca związane z początkami państwowości polskiej. Byliśmy zatem w Poznaniu gdzie historia uwieczniona w Katedrze Poznańskiej na Ostrowie Tumskim, Starym Rynku i w paru jeszcze miejscach przemawiała do naszej wyobraźni lepiej niż podręczniki historyczne. Później Gniezno, Pola Lednickie ze swoją Bramą Rybą i … Kolejna wyprawa, to Kraków, historyczna stolica Polski, do zwiedzania którego nasi amerykańscy wnukowie byli odpowiednio wcześniej przygotowani przez czytanie im na dobranoc legend związanych z Krakowem i Wieliczką. Tunio nawet przywiózł ze sobą pięknie wydaną książkę pod tytułem Legendy Krakowskie, w której umieszczono legendy o smoku wawelskim, o hejnale, o dwóch wieżach Kościoła Mariackiego, o Lajkoniku, gołębiach z krakowskiego rynku, o Wawelu, a także o pierścieniu Świętej Kingi i o Kopalni Soli w Wieliczce. Książeczka zaopatrzona była w mapę Starego Miasta w Krakowie, na której naniesiono miejsca opisane w legendach.Gdy na dobranoc czytałem wnukom te legendy, to przy okazji wyjaśnialiśmy sobie różne szczegóły z planowanej wycieczki, co korzystnie wpłynęło na odbiór późniejszych wrażeń, oraz więzi pomiędzy nami.
Piękny jest Kraków, piękna jest też kopalnia Soli w Wieliczce i czas tam spędzony był wykorzystany z maksymalnym pożytkiem dla naszych milusińskich, ale i dla nas, ich rodziców i dziadków, którym wcześniej jakoś nie po drodze było odwiedzenie tych wszystkich miejsc.
Czy tylko miejsca związane z historią są godne odwiedzenia?
Ja uważam, że nie. Istnieje mnóstwo miejsc o mniejszym nagromadzeniu śladów historii, ale również ważnych dla zbudowania więzi ze stronami rodzinnymi.
Nie ma Ojczyzny bez Kielecczyzny” – hasło lansowane przez lokalną gazetę w czasach mojej młodości zapadło mi w pamięć  na tyle skutecznie, że wróciłem tu, aby żyć w miejscu gdzie żyli i wydeptywali ziemie moi przodkowie. Zaproponowałem więc krótkie wypady do miejsc blisko położonych, a ciekawych dla nas i atrakcyjnych dla naszych milusińskich. Po różnych deliberacjach wybraliśmy się na zwiedzanie Ziemi Ostrowieckiej trasą Ujazd ze słynnym zamkiem Krzyżtopór, Opatów – Kolegiata, trasa podziemna, Krzemionki Opatowskie ze zwiedzeniem  Kopalni krzemienia pasiastego z czasów wczesnego kamienia łupanego, Ćmielów z fabryką porcelany, no i pobyt w Bałtowie, gdzie funkcjonuje ogromny Park Jurajski. Po cichu miałem również nadzieję na to, że uda mi się wpaść całą zgrają do Zochcina, gdzie swoją piękną działalność prowadzi Siostra Małgorzata Chmielewska. Niestety, jak to bywa w życiu, a zwłaszcza gdy w grupie są małe dzieci przygotowania do wyprawy trwały zbyt długo, a w związku z tym początkowe punkty programu przesuwaliśmy na koniec – jak się zdąży …I nie zdążyliśmy, niestety. Pierwszym odwiedzonym miejscem były Krzemionki Opatowskie. http://www.sandomierskie.com/kraj/swietokrzyskie/krzemionki.htm
    Krzemionki Opatowskie. Kopalnie sprzed kilku tysięcy lat Zespół kopalń krzemienia pasiastego w Krzemionkach Opatowskich jest jednym z najciekawszych tego typu obiektów na świecie. Wyjątkowość tego miejsca wynika z doskonale zachowanych zagłębień poszybowych, a szczególnie podziemi kopalń, które pomimo upływu kilku tysięcy lat zachowały się w prawie nie zmienionym stanie – czytamy w cytowanym tekście.

Nigdy tu wcześniej nie byłem, bo tak się jakoś układało. Po zobaczeniu całego obiektu, który dopiero przed paru laty odpowiednio zagospodarowano turystycznie, pomyślałem:
– Może i dobrze się stało, że dopiero teraz tu jestem?
Gdy czekaliśmy w wielkim upale na kolejność grupowego wejścia z przewodnikiem do kopalni mieliśmy czas na zwiedzenie klimatyzowanych zabudowań i przyjrzenie się zgromadzonym tam eksponatom z epoki. Imponujące wydało mi się to świadectwo wskazujące na to jak dawne są tu ślady życia i działalności człowieka. Ponad cztery tysiące lat temu żyjący tu ludzie … czynili tę ziemię sobie poddaną, żyjąc tu w pokazanych w skansenie chatach – szałasach raczej. W pozostałym czasie ryli w ziemi w poszukiwaniu jej bogactw, czyli owego krzemienia pasiastego, z którego wytwarzano topory, siekiery, groty do dzid i inne precjoza wędrujące stąd do miejsc położonych w promieniu do 800 kilometrów, gdzie je w naszych czasach znajdowano. Gdy weszliśmy do pięknie zagospodarowanej turystycznie kopalni, to byłem zaskoczony tym z jakim trudem te skarby wydobywano. Proporcja bulw krzemienia do całej masy skalnej koniecznej do usunięcia jest porażająca. Cały ten urobek trzeba było przecież wykuć w skale osadowej i przetransportować na górę, a wszystko chyłkiem, w przysiadzie i w kucki. Przewodnik zapytany o to, czy ówcześni górnicy pracowali niewolniczo, odparł że nie, bo praca związana z wydobywaniem była przekazywana z pokolenia na pokolenie, a więc raczej byłą czynnikiem łączącym osiadły tu lud. Jak było…tego już nikt nie zbada. Współczesność, to wykorzystanie krzemienia pasiastego jako materiału zdobniczego stosowanego m.in. w produkcji pięknej i oryginalnej biżuterii.
Gdy o współczesności mowa, to muszą powiedzieć, że w czasie pobytu w Krzemionkach dotarła ona do mnie w sposób wstrząsowy niejako. Gdy robiłem zdjęcia w pawilonie wystawienniczym, to zdarzyło się, że nasi chłopcy usiedli sobie pod dużym obrazem pokazującym scenę z życia prehistorycznego ludu tej ziemi i zwyczajem współczesnych chłopców zabawiali się smart fonem mamy.
Uderzyła mnie ta okoliczność obrazująca swoistą klamrę spinającej los ludzi skupionych wokół krzemu, głównego składnika krzemienia. Tamtych sprzed 4 tysięcy lat dłubiących w skale i nas współcześnie żyjących, a powszechnie używających wytworów pracy i myśli ludzkiej wykorzystujących również krzem we wszelkich gadżetach elektronicznych takich jak komputer, tablet, czy smartfon. http://pl.wikipedia.org/wiki/Dolina_Krzemowa

    Chłopcy nie dostrzegli w tym żadnej rewelacji. Dla nich są to dwa odrębne  światy. Może za ich życia nowoczesny materiał jakim jest grafen wyeliminuje krzemień z technologii wykorzystywanych przy wytwarzaniu sprzętu IT?

 

Od krzemienia w krzemieniu pasiastym do krzemienia w Smart fonie

Blogowa „Zagwozdka”

Według słownika:  Zagwozdka jest to potocznie mówiąc: problem; trudność; szkopuł…

Przy okazji ostatniego posta poświęconego piątej rocznicy istnienia tego bloga otrzymałem wiele życzeń i miłych słów. Jako pierwszy pojawił się z życzeniami poznany i zaprzyjaźniony w wirtualnym świecie Kneź. Czytaj dalej

Dzielny tato…niedzielny

Dla mnie Dzień Ojca jest dużym wydarzeniem. Co roku poświęcam tej okazji jakiś tekst, w którym próbuję się zmierzyć z tematem. W tym roku poruszył mnie tekst Stokrotki zamieszczony na „Kneziowisku” pt.: Niechciane. Szokujący, ale autorka ostrzegła lojalnie o jego drastyczności. Przeczytałem. Polecam: http://www.kneziowisko.pl/niechciane/

Wszyscy znamy wydarzenia związane z pozbywaniem się dzieci niechcianych i chyba wszyscy doznawaliśmy szoku na wieść o czynach zwyrodniałych matek. Tu jednak podniesiono również problem tatusiów. Gdzie  się znajdowali, gdy ich dzieci były z premedytacją usuwane z tego świata? Dlaczego sądy nie stawiają im oskarżeń o współudział, a przynajmniej o nakłanianie do zbrodni dzieciobójstwa?

Każdy sam oceni wartość tego artykułu. Mnie poruszyły również komentarze.

Komentatorka <Baba>  po obszernym wywodzie dodała:

Tylko żeby nasi panowie z Kneziowiska, nie brali tego do siebie! Bo jak na razie, to bardziej wzorowych tatusiów i mężów nie widziałam! No, maja za uszami, jak wszyscy faceci, ale to tylko drobiazgi, o których nawet nie warto pisać. Ale to może oni powinni się wypowiedzieć? Albo powiedzieć co kobiety musza zrobić, żeby nie były traktowane przedmiotowo?

Autorka <Stokrotka> odnosząc się do dyskusji, w której panowie pomimo wyraźnego zaproszenia nie zabierali jednak głosu dodała:

A może sama zrobiłabym to samo na nich miejscu – to znaczy milczała? Przecież wygoda i święty spokój są bardzo ważne w życiu. Tak na wszelki wypadek napiszę, że nikogo nie chcę obrazić.

Różnych mamy tatusiów, którzy również mieli różnych tatusiów i przejęli od nich wzorce życia i tatusiowania. Bardzo różne czynniki wpływają na nasze postawy i zachowania, również w wymiarze ojcostwa. Te postawy – dobre czy złe podlegały również ewaluacji, jak w piosence T. Nalepy z zespołu Breakout.

 

Kiedy byłem, 
Kiedy byłem małym chłopcem, hej, 
Wziął mnie ojciec, 
Wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł: 
Najważniejsze co się czuje, 
Słuchaj zawsze głosu serca, hej. 

Kiedy byłem, 
Kiedy byłem dużym chłopcem, hej, 
Wziął mnie ojciec, 
Wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł: 
Głosem serca się nie kieruj, 
Tylko forsa ważna w życiu jest…

 

No właśnie. Głos serca, czy kasa?

Spotkałem się niedawno z wypowiedzią młodego i wykształconego tatusia trojga dzieci, który powiedział:

Jeśli mam się w coś zaangażować, to musi to służyć rozrywce lub robieniu kasy. Inne podejście mnie nie interesuje.

Jaki model życia przekaże on swoim następcom?

A czy on jest jakimś wyjątkiem na tle dzisiejszych relacji i postaw?

W przeddzień Dnia Ojca Jedynka Polskiego Radia już od wczesnych godzin rannych prowadziła audycję poświęconą ojcom, w której postawiono pytanie:

Czego nauczyłem się od ojca?

Telefonujący i nadsyłający SMS-y słuchacze wskazywali na przeróżne oceny wkładu swoich ojców w ich życie. Oto mała próbka charakterystycznych wypowiedzi:

Ojciec uczył mnie:

– bycia honorowym człowiekiem.

–  wszczepiał mi zasady optymistycznego podejścia do życia i działania dla dobra innych, bo zapłata przyjdzie sama i to z nieoczekiwanego źródła…

odpowiedzialności…

– że każdą pracę należy wykonywać uczciwie,

– pracowitości i samodzielności..

– nauczył mnie jak trzymać młotek,

– być dobrym dla ludzi i kochać przyrodę. Teraz jeżdżę po świecie i spełniam jego marzenia,

– mawiał: Tęp prostactwo i szanuj prostotę  …

– nauczył mnie jakim ojcem nie należy być ukazując przykład anty ojca i teraz jestem mu wdzięczny za tamtą naukę.

– zaradności technicznej,

– radości życia,

– samodzielności w podejmowaniu drobnych, a później coraz poważniejszych decyzji,

– mój tata nie był dobrym człowiekiem. W domu panowała przemoc psychofizyczna. Uciekłam jako pełnoletnia z domu i założyłam własną, udaną rodzinę. Tata powtarzał : Umiesz liczyć to licz na siebie. Dzięki tato, mimo wszystko kocham cię…

 

Płynęły te wypowiedzi tak jak rzeka. Większość o bardzo pozytywnym wydźwięku, ale nie brakowało i takich jak ta ostatnia. Chyba każdy słuchając innych sam sobie stawiał pytania o ocenę swojego ojca jak i o to jakim jest ojcem dla własnych dzieci. Czy jednak każdego stać na taką ocenę?

Z rozmowy z gościem Jedynki Jerzym Fabisiakiem – prezesem stowarzyszenia – ruchu społecznego Dzielny tata jaką przeprowadził redaktor dowiedziałem się o proteście ojców wobec powszechnej dyskryminacji ojców przez sądy rodzinne, które często zaocznie rozstrzygają o pozostawieniu dzieci przy matkach nie dając szans tatusiom na wykazanie się opiekuńczością i troską o byt i rozwój własnych dzieci. Murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść…jak to powtarzamy w popularnym powiedzeniu. Tata dał wprawdzie geny, ale jeśli w czymś przestał odpowiadać mamusi, to niech spada… Ma płacić alimenty i to wszystko. Gorycz tej wypowiedzi i determinacja walki o zmianę nastawienia do tatusiów powinna zaowocować jakąś modyfikacją prawa, a przynajmniej zerwać z szablonowym podejściem do problemów związanych z rozstrzyganiem o losach dzieci i ich ojców.

Redaktor prowadzący ten wywiad zapytał w pewnej chwili:

Czy ten protest coś da? Przecież wiemy, że ojcowie nie są kryształami? Coraz więcej ojców czasem z konieczności, a czasem ze zwykłej wygody realizuje model „niedzielnego ojca”. Zagoniony współczesny tato nie znajduje czasu na kontakt z dziećmi, a weekendowe bycie razem już nie wystarcza.

Reprezentujący pokrzywdzonych ojców rozmówca odpowiedział przytomnie:  A czy pan redaktor zwrócił uwagę na treść wypowiedzi radiosłuchaczy ? Ojciec jednak czegoś uczy i nie można pozbawiać dziecka tej nauki.

Ja jestem po jego stronie.

 

Rocznice, rocznice…

Moje dziewczyny, same już będąc matkami urządzą w tym roku Dzień Matki swojej mamie. W dniu 26 maja mamy w domu rodzinnym zjazd rodzinny. Ich mama już od dawna przygotowuje tę wizytę. Oj będzie się działo…powiedziała do mnie przy dzisiejszym śniadaniu, bo będziemy świętować zarówno Dzień Matki, jak i Dzień Dziecka. Nie ma jeszcze Dnia Wnuka, ale i z tym sobie jakoś poradzimy… – pisałem w opowieści poświęconej matkom przed dniem ich święta. http://tatulowe.blog.onet.pl/2013/05/25/pan-bog-nie-moze-byc-wszedzie-dlatego-stworzyl-matke/

Dzisiaj powiem, że poradziły sobie znakomicie. Był wspaniały dzień matki i jeszcze lepszy dzień dziecka. Był tort dla naszych wnuków ozdobiony trzema czekoladowymi sercami i dedykacją ku czci wnuków. To na początek naszego dnia dziecka i wnuka, bo to święto nadal trwa. My – dziadkowie, staramy się o to, aby to nasze rodzinne święto trwało nieustannie, aż do dnia kiedy dzieci i wnuki rozjadą się do swoich domów położonych daleko i jeszcze dalej.

Trwaj chwilo…jesteś taka piękna…

Gdy pisałem tamtą opowieść, to jeszcze nie znałem szczegółów planów obmyślanych przez dzieci jeszcze przed ich przyjazdem. Wiedziałem, że mamy zrealizować rodzinny wypad do Poznania i w okolice historycznych początków polskiej państwowości oraz do Warszawy. Trochę bałem się jazdy samochodem zięcia przez obce i zupełnie nie znane mi miasta w warunkach dzisiejszego ruchu drogowego. Nie te lata – mówiłem dzieciom i sobie. Ostatecznie przemogłem swoje obawy i pojechaliśmy. Piotrek przodem wyposażony w GPS i duże doświadczenie w jeździe po zatłoczonych miastach – kilkanaście lat życia w Krakowie i częste wyjazdy służbowe do Warszawy – a ja za nim, z tyłu w bezpiecznej odległości.

Pierwszy etap to Poznań. Nie mogę powiedzieć, że całkiem nieznany, bo byłem tam na targach poznańskich… z wycieczką szkolną z Bydgoszczy, tylko że działo się to w początku lat sześćdziesiątych, prawie 50 lat temu. W Poznaniu usiłowałem studiować technologię żywienia i żywności na WSR bezpośrednio po ukończeniu bydgoskiego technikum przemysłu spożywczego. Ponieważ egzaminy wstępne na tę uczelnię również odbywały się w czerwcu, więc nie jechałem do domu w świętokrzyskiem lecz skorzystałem z zaproszenia kolegi mieszkającego pod Poznaniem i u niego przygotowywaliśmy się do egzaminu. W tym samym czasie rozpoczynał się ( nie wiem … trzeci, czy czwarty) Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu, który wkrótce startuje po raz pięćdziesiąty z rzędu.

Piękny jest Poznań.

Poznawanie starego miasta rozpoczęliśmy oprowadzani przez znajomych córki jeszcze wieczorem w dniu przyjazdu, a następnego dnia już w całej naszej grupie powtórzyliśmy tę eskapadę dołączając do trasy Ostrów Tumski, Katedrę Poznańską i kilka innych obiektów. Wszystkie ciekawe miejsca i nas na ich tle mamy na setkach fotografii i na filmie kręconym przez naszego Piotrusia. Będzie do czego wracać gdy znów zostaniemy sami.

Poznań, to również kolejna okazja do świętowania – 5 czerwca wypada  nasza 42 rocznica ślubu. Otrzymaliśmy z tej okazji piękne prezenty i specjalnie napisaną wierszem przez Małgosię laudację. Dziewczyny wiedzą co nas porusza i wzrusza i to się im zawsze udaje.

Z Poznania, w drodze do Lichenia zahaczyliśmy o Pola Lednickie, mokre od deszczu i jeszcze nie uprzątnięte po ostatnich uroczystościach, gdzie przeszliśmy sobie spacerkiem pod słynną Bramę Rybę, aby zrobić pamiątkowe zdjęcia i z usypanego kopca obejrzeć przestrzeń dopiero co zajmowaną przez dziesiątki tysięcy modlących się tu ludzi. http://poznan.naszemiasto.pl/artykul/1873747,lednica-2013-1-czerwca-na-polach-lednickich-zjawi-sie-nawet,id,t.html

Dalej było Gniezno ze słynną katedrą i Licheń z nie mniej słynną, lecz z innego powodu bazyliką. Byłem tam po raz pierwszy. Wpisani w program wakacyjnego pobytu Małgosi i ułożone przez nasze dzieci plany wzięliśmy udział w nabożeństwie odprawianym w intencji chorych, a jednocześnie dziękowaliśmy Bogu i sobie za te lata spędzone wspólnie na naszym życiowym szlaku oraz prosiliśmy o łaski na przyszłe wspólne życie.

Jadąc przez połowę Polski w tę i z powrotem miałem okazję posłuchać swojej ulubionej Jedynki Polskiego Radia, która poświęciła wiele czasu jeszcze jednej ważnej dla nas wszystkich rocznicy. Była to rocznica wygranego przez nas plebiscytu dotyczącego zgody na przystąpienie Polski do Unii Europejskiej. Były relacje z gmin, w których odnotowano biegunowo różne wyniki na nie i na tak dla naszej akcesji do UE jak i rozmowy z ludźmi oceniającymi tamte wyniki głosowania  i dzisiejsze nastawienie tamtejszej ludności do UE. Podawano różne statystyki obrazujące skutki naszego awansu i miejsca Polski w świecie, a ja jadąc pięknymi drogami, obserwując przez okna samochodu nasze pięknie zagospodarowane wsie, miasta i miasteczka oraz spacerując po różnych miejscach podziwiałem kolosalne zmiany jakie przez lata od akcesji zaistniały w naszej kochanej Ojczyźnie. Podzielam pogląd wielu uczonych w piśmie głoszący, że miniony okres transformacji jest najbardziej udanym okresem w historii Polski.

Zapewne można było za te same pieniądze wybudować więcej i lepiej – jak niezmiennie twierdzi walcząca o władzę opozycja, ale stanowczo nie podzielam jej opinii, że Polska to jedna ruina, klęska i porażka wynikająca jedynie z winy Tuska.

Jesteśmy akurat w połowie naszego wakacyjnego spotkania. Mam nadzieję, że jeszcze sporo przed nami i będzie co fotografować, opisywać, a później wspominać.

Majowe święta

Dzień 3 maja kończy triadę trzech świąt, jakie mieliśmy okazję przeżyć w typowy dla siebie sposób. Wszystkie te święta są mocno kontestowane, bo w odbiorze społecznym nie zasługują na jakieś szczególne traktowanie.
Dzień 1 Maja zwany Świętem Pracy stracił sens wraz ze zmianą ustroju, a mimo tego jest nadal świętowany pod zastępczymi hasłami. Dzisiejszy świat pracy ma się o co upominać, bo bezrobocie sięga 13 procent, (a wśród absolwentów szkół nawet 50 procent), Prawa pracownika są często deptane, w tym np. prawo do godziwej pracy, czy ochrony pracy i płacy. Wielu pracowników jest zastraszanych utratą pracy i w ten sposób zmuszanych ze szkodą dla siebie do odstępowania od norm pracy, czy też norm obciążeń pracą. Dlaczego nie wykorzystują tego dnia, aby się upomnieć o swoje prawa? Trudno pojąć.
Dzień 2 maja uczyniono Świętem Flagi, co miało podnosić znaczenie symboli narodowych w jednoczeniu się społeczeństwa wokół sztandarów, hymnu i patriotycznych pieśni. Czy osiągnięto zamierzony cel? Czy jest w ogóle możliwe budowanie jedności wokół flagi w kraju, gdzie symboli narodowych używa się do walki politycznej, a również i ekonomicznej ? Popatrzmy na telewizyjne relacje z kolejnych demonstracji załóg demonstrujących swoje niezadowolenie z zarobków, czy broniących swoich zakładów pracy przed prywatyzacją, czy też jakąś reorganizacją. Oni wszyscy powszechnie używają barw narodowych okraszonych napisem Solidarność. To, co ostatnio wyczynia z barwami narodowymi PiS w niczym nie przysparza naszej powszechnej sympatii, czy zwykłego szacunku do PAŃSTWA i jego symboli. Po co więc świętować w dniu 2 maja Dzień Flagi jeśli 10 maja tak, jak i każdego dziesiątego dnia miesiąca w minionym roku flagę państwową się poniewiera?
Święto Konstytucji 3 Maja, to już inny wymiar święta obchodzonego podniośle wtedy, gdy było oficjalnie zakazane. Teraz gdy jest oficjalnie obowiązujące, to już jakoś nie przynosi poczucia dumy z tego, że świętujemy pierwszą w Europie, a drugą w świecie postępową konstytucję, która niestety nie odmieniła naszego narodowego losu. Kto śledził choćby prasę ten wie, że postulat świętowania wydarzeń zakończonych jakimś sukcesem – przykład Okrągły Stół – miałby lepsze poparcie społeczne niż ciągłe przeżywanie nieudanych zrywów i przegranych powstań, jakich w naszej historii nie brakowało.
Czy jednak jest szansa aby to zmienić? Czy skłócone jak nigdy dotąd partie zdołają choćby to uzgodnić?

Póki co, Dzień 3 Maja jest kościelnym Świętem Najświętszej Marii Panny Królowej Polski i państwowym Świętem Konstytucji 3 Maja. Nic wiec dziwnego, że obchody tych dwóch świąt są wspólne państwowo – kościelne, tak jak i okoliczności powstania naszej postępowej konstytucji. Słuchając wystąpień oraz uczestnicząc w modlitwach tego właśnie nabożeństwa można było zadumać się nad miejscem w jakim się znajdujemy. Jako przykład niech posłuży fragment odnawianych dzisiaj Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego (Jasna Góra, 26.VIII.1956)

..Zwierciadło Sprawiedliwości! Wsłuchując się w odwieczne tęsknoty Narodu, przyrzekamy Ci kroczyć za Słońcem Sprawiedliwości, Chrystusem, Bogiem naszym.
Przyrzekamy usilnie pracować nad tym, aby w Ojczyźnie naszej wszystkie dzieci Narodu żyły w miłości i sprawiedliwości, w zgodzie i pokoju, aby wśród nas nie było nienawiści, przemocy i wyzysku.
Przyrzekamy dzielić się między sobą ochotnie plonami ziemi i owocami pracy, aby pod wspólnym dachem domostwa naszego nie było głodnych, bezdomnych i płaczących.
– Lud mówi: Królowo Polski, przyrzekamy!

Zwycięska Pani Jasnogórska! Przyrzekamy stoczyć pod Twoim sztandarem najświętszy i najcięższy bój z naszymi wadami narodowymi.
Przyrzekamy wypowiedzieć walkę lenistwu i lekkomyślności, marnotrawstwu, pijaństwu, rozwiązłości.
Przyrzekamy zdobywać cnoty: wierności i sumienności, pracowitości, oszczędności, wyrzeczenia się siebie i wzajemnego poszanowania, miłości i sprawiedliwości społecznej…

Jak widać to, co przyrzekamy NMP Królowej Polski przy każdym odnawianiu ślubów od czasów Jana Kazimierza po dzień dzisiejszy, ciągle jest w sferze przyrzeczeń i nijak nie może doczekać się realizacji. Dzisiejsze przyrzeczenia zapewne również tak się skończą.

Lokalna, gminna akademia o charakterze religijno- patriotycznym  przebiegała pod hasłem zaczerpniętym z utworu Pięciu Poległych Artura Oppmana. Sprawdzając autorstwo zamieszczonej na dekoracji sentencji odkryłem pozostałe wersy składające się na motto bardzo często używane w szkolnych akademiach „ku czci” o następującej treści:
To, co przeżyło jedno pokolenie,
Drugie przerabia w sercu i pamięci,

I tak pochodem idą cienie. Cienie.
Aż się następne znów na krew poświęci!
Wspomnienie dziadów pieśnią jest dla synów,
Od Belwederu do śniegów Tobolska,
I znów przez wnuków grzmi piorunem czynów .
Pieśń. Czyn. wspomnienie…
– To jedno- to Polska. Artur Oppman – Pięciu poległych, Księga cytatów)

 Występujące przed widownią dzieci ze szkoły podstawowej dostarczyły nam swoimi wierszami i śpiewem dużej dozy wzruszeń i przypomniały historię, o której każdy Polak powinien pamiętać. – Ile osób słuchało tych występów, lepiej przemilczeć. – Jak dużo ludzi wywiesiło na swoich domach flagi? Też lepiej przemilczeć. Każdy widział jak to było w jego miejscowości. Czy staliśmy się lepszymi Polakami, szanującymi swoją wolną OJCZYZNĘ, swoją flagę, swój hymn? Zobaczymy. W badaniach opinii ogłoszonych w mediach w Dniu Flagi pokazaliśmy jak dużo dla nas znaczy flaga . Ponad 1/3 badanych nie czuje potrzeby demonstrowania czegokolwiek pod flagą narodową. Państwo jest od dawania. Państwem kierują złodzieje, zdrajcy, zaprzańcy więc czego chcieć od zwykłego obywatela? On się stara o swoje dziś i jak tylko może kombinuje, aby osiągnąć wymarzone cele.
Jak się stara ?

P.S. Zwracam uwagę czytelników na jeden szczegół.
Tekst pochodzi sprzed lat. Uczestnicząc w kolejnych obchodach świąt majowych pomyślałem, że ten tekst sam się broni i mogę go przypomnieć, choćby dla porównania z tym, co mogliśmy zaobserwować w tym roku na szczeblu krajowym, czy lokalnym.

Stare jabłonie

Mam kilka starych jabłoni i jest to jedynie pozostałość po sadzie założonym przez teściów jeszcze w latach sześćdziesiątych. Rosło tam kilka starych odmian jabłoni, grusz, śliw, czereśni dobranych tak, aby mieć owoce zarówno odmian wczesnych, średniowczesnych i późnych – zimowych. Odkąd dołączyłem do rodziny, to zająłem się również pielęgnacją tych drzew uformowanych wcześniej przez kogoś innego, kto uchodził za znawcę tematu. Czytaj dalej

Pierwszy dzień wiosny z wagarami w tle

Nie udał się bój rosnących w siłę mocy wiosennych z okupującymi wciąż nasze polskie ziemie ( i nie tylko polskie) siłami zimowych mocy. Mimo, że kalendarz oznajmił nam dzisiaj tj. 21 marca zmianę układu sił, to zima nadal trzyma się mocno, a nawet zapowiada kontratak. Wszyscy już mamy dosyć tej szaroburej rzeczywistości. Pomimo wyraźnego wydłużenia się dnia bardzo odczuwamy brak słońca, skąd liczne przypadki depresji i objawów podłego samopoczucia. Najbardziej chyba zawiedzeni są młodzi ludzie. Wszak pierwszy dzień wiosny obchodzony jest jako Dzień Wagarowicza. Zawsze w tym dniu pełno było roześmianej młodzieży na ulicach i w parkach, a przy tym wszystkim było jakoś raźniej, bo to był widomy znak zmiany w nastrojach i strojach. A dzisiaj co? Gdy rano dostrzegłem jakiegoś pojedynczego ucznia idącego na wagary, nad zalew to pomyślałem sobie, że biedak zmarznie i zapewne przemoczy sobie buty, bo musi iść po roztapiającym się śniegu i wytrwać nad tym zalewem do czasu odjazdu autobusów odwożących uczniów z miejscowych szkół po lekcjach do domów. Znam ten ból, bo jeszcze pamiętam jak ja sam spędzałem takie dni w lesie, gdzie nie było się jak schować i przeczekać wielu przecież godzin czasu dzielącego nas od planowanego powrotu do domów. Wszędzie mokro, nie ma gdzie usiąść, nie ma się czym zająć, nogi zziębnięte i bolące od wielogodzinnego dreptania, a wiec…„zabawa była przednia”. Przeklinaliśmy cicho pomysłodawców i naszą z nimi solidarność. Gdy tak sobie wspominałem swoje durne lata, to przypomniała mi się piosenka Czesława Niemena Nim przyjdzie wiosna. Tu w wykonaniu Staszka Sojki. http://www.youtube.com/watch?v=FSFhXJ2rMyo
Oto fragment, który pasuje do mojego opisu: – Nade mną sosna, nade mną brzoza witkami szepce…Tak się zapadam jak w śniegu puchy…
Nim przyjdzie wiosna,
nim miną mrozy,
w ciszy kolebce –
nade mną sosna,
nade mną brzoza
witkami szepce.

Szepce i śpiewa
niby skrzypcowa
melodia cicha,
melodia nowa,
której nie słychać,
która dojrzewa.

Tematykę szkolną, która nadal mnie interesuję znajduję m.in. na prowadzanym przez Politykę Belferblogu http://chetkowski.blog.polityka.pl/2013/03/19/za-zimno-na-wagary/ Dzisiaj wytrawny autor, a przy tym wybitny nauczyciel renomowanego liceum w Łodzi nie omieszkał zająć się tym wdzięcznym tematem. Dla niecierpliwych przytoczę tylko mały fragment tekstu Za zimno na wagary , w którym autor przytacza sposoby zatrzymania młodzieży w szkole:
obecnie prawie każda placówka szykuje liczne atrakcje. Normalnych lekcji raczej nie będzie. Bywa, że wychowawcy z troski o bezpieczeństwo uczniów organizują im nawet wagary. Takie zorganizowane wyjścia pod opieką belfra są coraz popularniejsze. Przy okazji niektórzy nauczyciele wspominają, jak wspaniale wyglądał Dzień Wagarowicza za ich czasów. Dokąd to się nie uciekało, gdzie się nie było, jak się nie rozrabiało, co za bohaterstwo, co za wolność, co za swoboda… po prostu palce lizać, że aż uczniom rzygać się chce.W komentarzach do tego tekstu również znajdziemy podobne do moich wspomnienia tego, co użyli w dniu wagarowicza inni czytelnicy:

– Władek ...Na wagary w pierwszy dzień wiosny uciekliśmy kiedyś całą klasą (ósma podstawówki), a że moja mieścina jest mała, to poszliśmy wałęsać się najpierw po parku, później po lesie – niestety, zatrzymała naszą grupę policja, która spisała nasze dane – strach był niesamowity (okazało się później, ze niczego nie spisali i nikogo nie powiadomili). Na świadectwie ukończenia szkoły każdy miał wpisaną informację o nieusprawiedliwionej liczbie godzin – wtedy był to wielki wstyd.
– Jaruta – Na wagary poszłam raz jeden, jedyny – w maju, w IX-tej klasie. Inni czasem chodzili i sobie chwalili, więc też chciałam zakosztować. Kawiarnie i kina odpadały – MO przed południem legitymowała młodzież spotkaną w takich przybytkach; informowali szkoły. Nikt mi nie towarzyszył. Niedaleko wszakże był Ogród Botaniczny i tam poszłam z dwiema książkami i kanapkami na drugie śniadanie. Pierwsze dwie godziny były sympatyczne – ogród piękny, pogoda dopisywała, siadłam sobie na ukrytej w żywopłocie ławeczce żeby się w oczy nie rzucać. Po dwóch godzinach ścierpłam na tej ławce, po trzech miałam pomaleńku dosyć… Musiałam dosiedzieć do 14.00, bo lekcje kończyłam o 14,20 i co miałam powiedzieć w domu? Ukarana zostałam paskudnie – w życiu się tak nie wynudziłam. Nigdy więcej! W domu się po tygodniu jednak przyznałam. Rodzice mieli zabawę, a Ojciec uznał filozoficznie „Grzeszyć też trzeba umieć”.
   Jak widać radość z wagarowania dość szybko zamienia się w duży dyskomfort. Moja znajoma uczennica z maturalnej klasy tak to ujęła:
– Miło, że Pana nadal interesuje życie szkolne, mimo, że Pan już nie uczy. Takie święto jak to dzisiejsze, czyli Dzień Wagarowicza, obchodzi się według przyjętej wśród młodzieży zasady: Pamiętaj ,abyś dzień święty święcił . Tak, było obchodzone! Mogę to z czystym sumieniem powiedzieć, bo będąc w pobliskiej galerii zauważyłam, że roiło się tam od młodzieży i to już od tej najmłodszej. Mam na myśli gimnazjum. Ja natomiast jestem takiego zdania, że jak mam iść i włóczyć się nie wiadomo gdzie i z kim, a później mieć problemy z nauczycielami, albo z władzami porządkowymi, to wolę zostać w domku. Przynajmniej wiem, że jestem bezpieczna i nic mi nie grozi. Od 2 lat nasza szkoła znalazła sposób na ograniczenie wagarowania i w tym dniu organizuje Dni Otwarte Szkoły .. Uczniowie wraz z nauczycielami organizują przedstawienia, wystawy swoich profili naukowych oraz inne tego typu atrakcje. Zaprasza się na ten przegląd ofert edukacyjnych uczniów i nauczycieli z pobliskich gimnazjów, którzy chętnie korzystają z zaproszenia i przychodzą. Bo po pierwsze, że nie mają w tym dniu lekcji, to jeszcze liczy się im obecność w szkole…
   Dzisiaj przed oknami mojego domu przeszły w przedszkolnym szyku dzieci ze swoimi paniami z miejscowego przedszkola, aby w pobliskiej rzece dokonać rytualnej rozprawy z Marzanną. Zadanie wykonały zgodnie z przyjętym scenariuszem, bo wracały bardzo rozgadane i zadowolone. Obserwując ten pochód z okna zauważyłem, że moja wnusia z wielką uwagą przyglądała się swoim rówieśnikom i bardzo zazdrościła im takiej wyprawy.


Teraz , po egzekucji Marzanny zima nie ma już innego wyjścia jak tylko wycofać się z naszej krainy ustępując wiośnie. Może to jeszcze potrwa kilka dni, ale wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują za rychłą zmianę.