Blog roku 2013

Równo rok temu – jak ten czas leci – informowałem Państwa o tym, że biorę udział w organizowanym konkursie na Blog Roku. Z pewną taką nieśmiałością chciałem wtedy ocenić swoje szanse i zastanowić się nad tym jak w przyszłości pisać Tatulowe opowieści, aby trafiały do większej liczby czytelników przy zachowaniu formuły przyjętej na początku istnienia bloga. Prosiłem również o wsparcie w głosowaniu przy pomocy SMS ów.

Nie osiągnąłem wprawdzie zbyt wiele, ale jednak zdobyłem sporo doświadczenia i nowych czytelników, za co jestem wdzięczny tym, którzy zachęcali mnie wtedy do udziału i później wspierali swoimi głosami.

W tym roku nie zgłosiłem swojego bloga do konkursu, natomiast spośród zaprzyjaźnionych i odwiedzanych codziennie blogów zdecydowałem się poprzeć blogi prowadzone przez ludzi z pasją. Są to:

Siostra Małgorzata Chmielewska – prowadzi blog, w którym dzieli się doświadczeniami jakich nie ma chyba nikt. Na blogu zamieściła informację dla nowych czytelników, w której tak pisze o sobie:
„Jestem siostrą w Katolickiej Wspólnocie Chleb Życia. Żyję razem z moimi siostrami i braćmi, którym po ludzku się nie powiodło. A przede wszystkim staram się żyć z Chrystusem. Co z tego wynika? Zapraszam – zobacz….” Zapraszając do Jej bloga http://siostramalgorzata.blogspot.com/ , zachęcam jednocześnie do oddania na niego głosu – koszt 1,23 z VAT wysyłając SMS o treści:  B00095 na adres 7122.
Proszę o włączenie w tę akcję znajomych…
Dziękuję w imię sprawy jakiej służy to przedsięwzięcie.

Kolejną osobą której blog zdecydowanie popieram jest:

Malina która nie pisze o malinach. Pisze o ratowaniu zabytków, co jest jej zawodem, ale i pasją życia zarazem. Ratuje również od zapomnienia arcyciekawą historię swojej rodziny pisząc barwnie i arcyciekawie oraz dokumentując swoje opisy pięknymi zdjęciami . Gdy odwiedzicie jej blog to poznacie zarówno jej różnorakie zainteresowania jak i talenty http://szpakowedrzewo.blogspot.com/

Głosując na ten blog należy w treści SMS-a wpisać kod o treści: F00003 i wysłać go na adres 7122. Koszt 1.23 zł z VAT
Trzecim blogiem, który chciałem Państwu rekomendować jest blog:

Missjonash, która, jak sam jej nick wskazuje również ma misję – ulepszania świata, a konkretnie reperowania ludzi, którym się troszkę poplątały ścieżki po których przemierzają życie. Zapraszam do odwiedzenia tego bloga: http://missjonash.blox.pl/2014/02/Straz-Miejska-w-Cieszynie.html

Znajdziemy tam dużo fachowych informacji przydatnych dla zrozumienia siebie samych jak i naszych bliskich i dalszych znajomych, którym zdarza się „złapać doła”, poddać się depresji, czy uzależnieniom.

Głosowanie podobnie jak w poprzednio wymienionych blogach. Kod E00010wysyłamy na adres 7122. Koszt 1.23 zł. Można oddać jeden głos na każdy z blogów mając tę satysfakcję, ze wspieramy autorów blogów realizujących ważne misje społeczne, a pieniądze uzyskane z SMSów zostaną zużyte na dofinansowanie ważnych celów humanitarnych, świadczonych zwłaszcza na rzecz dzieci

Reklamy

Garbata brzoza

Jadąc w ostatnich dniach do Staszowa przejeżdżałem obok kępy drzew w których rosła sobie moja garbata brzoza. Zainspirowała mnie przed kilku laty do napisania tekstu, któremu dałem tytuł: Czy każdy musi mieć jakiś garb? http://tatulowe.blog.onet.pl/2009/01/18/czy-kazdy-musi-miec-jakis-garb/

Tym razem zauważyłem, że chyba jej już tam nie ma, ale nie byłem tego pewny. Rozmyślałem nad tą garbatą brzozą i rozważaniami jakie na jej przykładzie poczyniłem w tamtym tekście przez cały czas pobytu w mieście. Dopiero wracając zwolniłem tempo jazdy, aby się upewnić co z nią. Niestety pierwsze wrażenie było prawdziwe. Została wycięta wraz z kilkoma samosiejkami rosnącymi w pobliżu. Pozostawiono jedno proste i strzeliste drzewo, które teraz będzie miało jeszcze lepsze warunki i odwzajemni się bujnym wzrostem i przyrostem mierzonym wg średnicy pnia.

Normalne i zgodne z zasadami gospodarki leśnej działanie właściciela tego gruntu jednak jakoś mnie zasmuciło. Może dlatego, że w tamtym opowiadaniu nadałem tej brzozie zupełnie inne znaczenie i uczyniłem z jej połamanego życia przykład do rozważań nad losami skrzywdzonych ludzi?.

Zapraszam do zapoznania się z cytowanym tekstem oraz dyskusją jaką kiedyś wywołał. Tak to wtedy leciało…

Czy każdy musi mieć jakiś garb?

Codziennie, z wyjątkiem niedziel, przejeżdżam obok tych drzew jadąc do pracy i z powrotem. Gdy patrzyłem na ich krzywe pnie przypominałem sobie dzień sprzed wielu lat, kiedy zauważyłem, że ktoś złamał w połowie dwie rosnące w pobliżu drogi brzózki. Był to czas, kiedy majono brzózkami trasę procesji Bożego Ciała. W pierwszej chwili pomyślałem, że to miało związek z pozyskiwaniem maidła – jak to się u nas określało. Jednak nie, bo gdyby tak było, to drzewka byłyby ucięte tuż przy ziemi. Stały smutne, nadłamane, ale nie uschły. Młode drzewka wytrzymują złamanie, jeśli tylko nie ulegnie przerwaniu łyko pod młodą jeszcze korą. Brzózki poradziły sobie z urazem i wypuściły zgodnie z odwiecznym prawem natury (to fototropizm, czyli podążanie za światłem słonecznym) nowe pędy w kierunku słońca. Po obraniu właściwego drzewom kierunku wzrostu, nadal rosły sobie cichutko. Może wolniej niż ich rówieśniczki nietknięte ręką wandala, ale jednak rosły. Przypomniałem sobie o tym zdarzeniu parę dni temu, kiedy zatrzymałem się tam, aby zrobić zdjęcie malowniczego odcinka drogi. Zrobiłem wtedy zdjęcie również tym brzozom. To tylko drzewa, które leśnicy nazywają chwastem leśnym, gdyż łatwo się rozsiewają i radzą sobie na każdym podłożu, zwyciężając bez trudu rywalizację z sosnami w walce o dostęp do światła. Kto by się przejmował jakimiś brzózkami – pewnie spytacie, skoro tyle krzywdy dzieje się wokoło?

Jeśli potraktować te brzózki jako symbol czegoś ważnego? Jeśli ich obecną postać porównać z postaciami ludzi, których kiedyś skrzywdzono, to symbolika tych pokręconych drzew stanie się bardzo wyrazista. Oto jak wyglądać może człowiek, który doznał obrażeń fizycznych i psychicznych już po zabliźnieniu się ran. Niby sprawny i jakoś sobie radzi z wymaganiami, jakie niesie życie, ale nigdy już nie wróci do normalności. Tacy ludzie sami z sobą muszą dojść do ładu poprzez zaakceptowanie swoich ułomności. Trudniej przychodzi im pozyskać akceptację ze strony ludzi, z którymi trzeba żyć, czy współdziałać w zespole. To może być tak trudne, że aż niemożliwe. Łatwiejsze jest wyrządzenie drugiemu krzywdy. Często nawet tak bezmyślnej – jak w przypadku brzózek zapewne się zdarzyło. Tak jak te drzewka, tak i dziecko często bywa w takim właśnie położeniu wobec agresywnych rówieśników czy dorosłych. Tych z domu, ze szkoły, z placu zabaw czy dyskoteki. Czyniący komuś krzywdę, nawet nie zdaje sobie sprawy z rozmiarów zła i często szybko zapomina o całej sprawie. Ofiara agresji pamięta. Choćby nawet chciała zapomnieć, to często nie jest w stanie tego uczynić. Takie doświadczenia odżywają na nowo z każdym skojarzeniem, czy przeżywaniem podobnych sytuacji. Bicie, wyzwiska upokarzanie, molestowanie, czy gwałt stają się trwałą skazą na charakterze. Pozostają na całe życie. Tak jak pręgi w słynnym filmie o tej samej nazwie.

Czy tak musi być? Czy każdy musi mieć jakiś garb na ciele lub duszy?

Teraz, po wycięciu tych drzew myślę, że błędem jest czynienie takich analogii i nadawanie roślinom jakichś symbolicznych znaczeń.

Makabryczna dydaktyka

Kończy się podliczanie strat wywołanych Orkanem Ksawery. Jeszcze tu i ówdzie przywracane są dostawy energii elektrycznej i usuwane inne straty. Dotknięci przez los jeszcze długo będą „lizać rany”, bo zapomoga z budżetu państwa w wysokości 6 tys. zł doraźnej pomocy nie na wiele im wystarczy.

W napisanym wczoraj tekście „Tak wiało, że wywiało…” podniosłem m.in. problem przygotowania społeczeństwa do przetrwania tego typu zdarzeń losowych. Jest to realizowane przez szkoły w ramach przedmiotu Edukacja dla bezpieczeństwa, jednak w wymiarze dalece niewystarczającym w mojej ocenie. W ramach edukacji dla dorosłych zajmują się tym ( czytaj – zajmować się powinny) zakłady pracy oraz Centra Zarządzania Kryzysowego w powiatach, województwach i poprzez Centrum Rządowe. Jak to jest realizowane? O to chciałem dzisiaj zapytać przypominając tekst napisany prawie trzy lata temu, bezpośrednio po trzęsieniu ziemi w Japonii. Zapraszam:

 

18/03/2011r. Makabryczna dydaktyka

Dzisiaj już tydzień mija od wydarzenia, które wstrząsnęło światem, czyli katastrofalnego trzęsienia ziemi, jakie nawiedziło Japonię. Wpadłem wtedy około południa na chwilę do domu i zajrzałem do Internetu. Akurat prezentowano informację o tragedii oraz film wideo pokazujący skuteczność zmiatania z bardzo starannie utrzymanych miast Japonii wszystkiego co na tej ziemi postawiono lub tylko pozostawiono, przez falę tsunami. Byłem wstrząśnięty widokiem wyrzucanych na ląd łodzi, a nawet dużych jednostek morskich. Przerażał mnie widok porywanych przez falę i niesionych niczym dziecięce klocki samochodów i wszelakiego sprzętu oraz materiałów pochodzących z rozbitych domów. Natychmiast zamieściłem na Naszej-klasie link do tych filmików z dopiskiem: Zobaczcie sami falę tsunami, a pod kolejnym filmem dopisałem: Polecam. Będziemy o tym rozmawiać na lekcjach PO.

Piszę o tym, gdyż będąc nauczycielem przedmiotu edukacja dla bezpieczeństwa zwanego również przysposobieniem obronnym dostrzegłem w tej niesamowitej tragedii szansę na pełniejszą realizację głównego celu edukacyjnego tego przedmiotu, jakim jest przygotowanie społeczeństwa do radzenia sobie w razie takich właśnie katastrof technicznych, czy też klęsk żywiołowych. Młodzież klas drugich LO i technikum akurat ma już za sobą takie tematy jak system ratownictwa medycznego, zarządzanie kryzysowe, alarmowanie ludności i postępowanie w czasie powodzi oraz pożarów, postępowanie ratownicze na wypadek skażeń chemicznych i promieniotwórczych, zakażeń biologicznych z ćwiczeniami w zakresie wykorzystywania sprzętu ochrony dróg oddechowych i skóry, zasady przeprowadzania ewakuacji itd. Istnieje wprawdzie obudowa multimedialna  do tego przedmiotu w postaci filmów, plansz, przeźroczy, czy foliogramów ale… ich jakość i aktualność budzi duże zastrzeżenia, więc jest mało wykorzystywana.  Taka katastrofa, to najprawdziwsza prawda, która wydarzyła się tu i teraz i jest dzięki przekazom medialnym na oczach całego świata. Taka katastrofa wydarzyła się w kraju przygotowanym jak żadne inne państwo do radzenia sobie w razie trzęsień ziemi, które tam występują z dużą regularnością. To się zdarzyło w państwie, gdzie już małe dzieci ćwiczą zasady zachowania się na wypadek alarmu i zarządzonej ewakuacji. W państwie, gdzie ludzie żyją według zupełnie różnej od naszej filozofii przetrwania. Każdy człowiek we wszystkich państwach świata oglądając relacje zapewne zastanawia się, co by zrobił w razie takiego nieszczęścia, a więc – ja w naiwności swojej pomyślałem, że i młodzież szkół średnich spędzająca dużo czasu przy telewizorach, a jeszcze więcej przy komputerach powinna tak samo postrzegać tragedię rodem z Japonii. Postanowiłem wykorzystać tę okazję i porozmawiać z uczniami wszystkich klas, w których uczę tego przedmiotu o tym, co widzieli i co to zdarzenie może oznaczać dla ludzi mieszkających w tamtym regionie świata, a nawet dla nas w odległej Polsce.

Po pierwszych poniedziałkowych lekcjach byłem rozbity. Nie wiem, czy ktoś uwierzy, jak małe zainteresowanie przykłada się do takich zdarzeń w wieku 15 do 18 lat. Na kolejnych lekcjach w kolejnych klasach spotykałem się z sytuacją niemal całkowitego braku wiedzy o tym, co się stało w Japonii. Jeśli kilka osób na klasę wiedziało o tym, że było tam trzęsienie ziemi, a nawet fala tsunami, to była to wiedza tak fragmentaryczna, że trzeba by ją uznać za zerową. Często za najważniejszą informację uważano to, o ile odchylił się biegun magnetyczny ziemi, czy też o ile metrów przesunęła się wyspa, a nie to jakie rozmiary szkód w ludziach, czy jaką wielkość strat materialnych odnotowano. Jeśli do tego dodać wypowiadane czasem opinie typu:

–       A co mnie to obchodzi, przecież to daleko od nas, albo:

–        Nie oglądam telewizji, a przynajmniej programów informacyjnych, bo tam ciągle polityka, katastrofy, afery, przekręty. Wolę spędzać czas tak, jak lubię,

W tej sytuacji wziąłem na siebie ciężar poinformowania moich uczniów o grozie sytuacji z wykorzystaniem wiedzy tych uczniów, którzy widzieli przekazy i rozumieli istotę zagrożeń skażeniem promieniotwórczym.

W kolejnych dniach rozniosła się po szkole informacja o charakterze zajęć z PO, co miało ten pozytywny efekt, że uczniowie byli już bardziej przygotowani do dyskusji i brali w niej udział. Ponieważ przedmiot ma wymiar jednej godziny w tygodniu, to miałem za sobą dość ograniczoną czasem próbę dotarcia do wyobraźni wszystkich młodych ludzi, których uczę (ok.300 osób) z bardzo ważnymi informacjami wynikającymi z rozmiarów klęski żywiołowej oraz katastrofy nuklearnej.

Myślę, że ta próba była jednak udana. Teraz już inaczej będą patrzeć na kolejne relacje. Docenią też, jak wyjątkowym narodem są Japończycy w swej niezwykłej postawie myślenia grupowego i nadzwyczajnym zdyscyplinowaniu ułatwiającym zarządzanie akcją ratowniczą, co prowadziło do ograniczenia szkód. Dowiedzieli się również i tego, że my nie jesteśmy gotowi na to, aby stawić czoła takiemu zagrożeniu.

Kogo za to winić? Co zrobić abyśmy przyswoili choć trochę umiejętności zachowania się w razie katastrof, prezentowanych teraz przez Japończyków dla ogólnoświatowej widowni?

Czy w wypowiedziach zanotowanych teraz, już po przejściu orkanu będzie dominować zadnie: – No i o co kopię kruszyć? Było, minęło…

Był przyzwoity

W niedzielę wróciłem z wesela. Jeszcze mam w pamięci przeżyte wraz z młodymi i ich gośćmi wspaniałe przyjęcie, zwłaszcza że właśnie „obrabiam” w komputerze zdjęcia zrobione podczas zaślubin i przyjęcia i mam to na świeżo przed oczami. Było pięknie i będziemy mieli z żoną co wspominać. Czytaj dalej

Jarmarki, czy nadal kolorowe?

Wszyscy chyba znamy pojęcie jarmarku i to nie tylko ze słynnej piosenki Janusza Laskowskiego http://www.youtube.com/watch?v=VJs3YRjN2h0 spopularyzowanej przez Marylę Rodowicz. Nawet mieszczuchy znają ten fenomen, chociaż tam stosuje się raczej inne nazwy, jak bazar, targ, czy jeszcze inne nazwy według tradycji lokalnych.

Jarmark ma bardzo stare tradycje. Warto wspomnieć, że przywileje targowe od XII wieku przyznawała głowa panująca lub władze kościelne. Przywilej określał liczbę dni targowych oraz wyznaczał miejsca do prowadzenia handlu. Początkowo handel koncentrował się wokół dużego placu targowego zwanego później rynkiem. Przywileje targowe nadawane miastom i miasteczkom dawały możliwości rozwoju takich miejscowości oraz przynosiły zyski zarówno jej mieszkańcom, jak i dochody wpływające do kas miejskich z pobieranych opłat targowych. Był to zatem silny czynnik miastotwórczy.

Moja rodzinna miejscowość też posiadała kiedyś prawo do organizowania jarmarków. W notce historycznej Wikipedii pod hasłem Bogoria – czytamy:

1616 r. Krzysztof Bogoria Podłęcki założył tu miasto. Przywilej lokacyjny wydał król Zygmunt III Waza. Założyciel miasta wybudował tu ratusz i ustanowił cechy. Mieszkańcy Bogorii otrzymali przywilej warzenia i szynkowania trunków. W latach 1619-1645  Bogoria otrzymała przywileje na organizowanie 8 jarmarków rocznie.

Różnie wiodło się moim praprzodkom, ale z tego co ja pamiętam, to podejmowane po II wojnie próby organizowania jarmarków w Bogorii nie powiodły się. Tradycyjne miejsca handlu jarmarcznego w pobliskich miastach powiatowych jak Staszów, Opatów i Sandomierz utrzymały swój prymat i tak jest do dnia dzisiejszego.

W czasach PRL jarmark przyciągał ogromne rzesze ludzi, głównie rolników sprzedających swoje płody rolne oraz rzemieślników zaopatrujących już nie tylko wieś, ale i miejscową ludność w wyroby przemysłowe. Złośliwi nazywali ten dzień świętem dyszla jako, że najazd furmanek utrudniał ruch miejski i wprowadzał trochę zamętu w senne i uporządkowane życie mieszczuchów.

Ja sam, szefując w latach osiemdziesiątych Gminnej Spółdzielni w Staszowie, która na mocy decyzji władz miejskich sprawowała pieczę nad targowiskiem miałem z tą działalnością duże kłopoty. Stawki opłat targowych były tak skalkulowane przez władze miejskie, że pozostająca w naszej dyspozycji część wpływów pochodzących z tych opłat nie pokrywała kosztów utrzymania całej działalności, a zatem przynosiła nam spore straty. Stragany podnajmowane GS-om w dni targowe stały puste przez pozostały czas przyciągając wagarującą młodzież i innych ludzi szukających tam schronienia. Były zatem częste przypadki włamań i demolowania sprzętu, który musieliśmy naprawiać własnymi siłami. Nadzorując tę działalność miałem okazję przyjrzeć się temu biznesowi będącemu swoistą enklawą wolnego rynku w morzu gospodarki planowej zwanego dzisiaj komuną. Pamiętam tamte czasy ogólnego niedostatku wyrobów niemal wszelkich branż w sklepach spółdzielczych i względny ich dostatek w ofercie targowej. Niemal wszystko było sprzedawane wprost z wozów konnych lub przyczep traktorowych, czy ze skrzyń ładunkowych coraz częściej pojawiających się samochodów ciężarowych Star, Lublin, dostawczych typu Żuk, Nysa, Tarpan, wreszcie i z osobowych Fiat 125 czy Polonez.

W ostatni poniedziałek odbyłem na prośbę żony swoistą podróż do wspomnień z lat minionych. Podwiozłem ją na jarmark właśnie w poszukiwaniu różnych rzeczy niezbędnych w zbliżającej się porze zimowej. Było już trochę późno, tak pod koniec działalności. Poszczególne stoiska już pakowały swój dobytek lub odjeżdżały ze swoich stanowisk. Żona poszukiwała potrzebnych jej rzeczy, a ja chodziłem pomiędzy stoiskami przyglądając się całemu zapleczu handlowemu wystawionemu na jarmarku i słuchając strzępów rozmów jakie prowadzili sprzedający pomiędzy sobą lub z takimi jak my, spóźnionymi klientami.

Byłem pod wrażeniem zmian jakie tu zaszły od czasów, które wspominam. Na ogół nikt już nie sprzedaje z samochodów. Każdy handlowiec posiada odpowiednie do prowadzonej branży namioty sułtańskie lub inne, Wszystkie są niezwykle łatwe w montażu i demontażu. Urządzenia handlowe służące ekspozycji towarów też przeszły swoistą metamorfozę. Już nie ma łóżek, czy jakichś przypadkowych stolików. Wszystko jest dokładnie przystosowane do tego, aby łatwo i szybko to ustawić, aby pomieścić jak najwięcej towaru i właściwie go wyeksponować. Cały dobytek jest tak przemyślany, aby zmieścił się w posiadanym pojeździe i tak w nim zapakowany, aby już następnego dnia i w nowym miejscu szybko rozwinąć stragan i ułożyć w nim swój towar. Zniknęły kolory – te z piosenki, na rzecz biało-niebieskich poszyć namiotów.

Gdy tak obserwowałem młody na ogół personel jak sprawnie przeprowadza zwijanie biznesu z pełnym rozeznaniem gdzie zapakowano poszczególne towary, co trzeba uzupełnić, to pomyślałem i o tym, że gdy ja następnego dnia będę się zastanawiał czy już wstać, czy jeszcze sobie poleżeć oni będą już w kolejnym mieście handlować. W tym dniu było słonecznie, cieplutko i bezwietrznie, a przecież nie zawsze tak bywa. Czasem pada i wieje zrywając te różne folie i brezenty, czasem jest zimno i mgliście, czasem mimo ofiarnego świadczenia gotowości do handlu nie ma komu sprzedać oferowanych towarów i co wtedy???  Nerwy puszczają, przychodzi zwątpienie w sens prowadzenia takiej działalności. Dlaczego więc tak się męczą? Dlatego że tam, na tych targach, jarmarkach jest popyt reprezentowany przez ludzi chcących względnie tanio zaspokoić swoje potrzeby. Jak jest popyt to w ślad za nim pojawia się podaż, bo…klient nasz Pan.

To dla nas trudzą się te rzesze zaprawionych w trudnym handlu ludzi. Kupując u nich możemy im wyrazić uznanie dla ich trudnej pracy.

Opowieść o intuicji, czy też o Aniołach Stróżach?

Jako starzy już ludzie zamieszkujemy w znacznym oddaleniu od dzieci i … co tu dużo mówić – tęsknimy za nimi. Mamy wprawdzie wypróbowane kanały łączności i utrwalone już formy porozumiewania się. Niemal przez cały dzień włączony komputer dostarcza nam informacji o ich aktywności na forach społecznościowych, czy na Skype. Mamy też telefony, e-maile, a jednak bywa, że mijają godziny, czy nawet dni w których zwyczajowo łączyliśmy się i wtedy przy braku rozmowy pojawia się niepokój. Uspokajamy się wzajemnie powtarzając że : No news is good news, ale niepokój pozostaje wciąż silny. Tak było i dzisiaj. Czekamy dzień, czekamy dwa aż wreszcie żona zasiada do komputera i zaczepia. Ponieważ nie ma odzewu na nasze Puk, puk...to sięga po telefon i … Czytaj dalej

Zarządzanie zasobami rodziców

Przyszła moda na nowe kierunki studiów, a jednocześnie promowanie tradycyjnych kierunków, które są modyfikowane pod potrzeby grymaśnych obecnie studentów. Niż demograficzny przetoczył się przez przedszkola, szkoły podstawowe, gimnazja i spustoszywszy szkoły średnie dotarł do uczelni wyższych. Wszędzie trwa walka o nabór uczniów i studentów. Uczelnie zagrożone finansowo podejmują przeróżne akcje promocyjne mające zachęcić jeszcze niezdecydowanych do podejmowania studiów właśnie u nich. Czytaj dalej

Wychowanie do wartości

Dzisiejsza niedziela inauguruje trzeci już w kościele katolickim Tydzień wychowania (15 do 21 września) realizowany pod hasłem: Wychowanie do wartości. Konferencja Episkopatu Polski skierowała w tej sprawie list do wiernych odczytywany w kościołach w dniu 1 września br.. http://www.diecezja.radom.pl/episkopatu-polski/2659-list-kep-3tw
Czytamy w nim m.in.: Czytaj dalej

11 września, roku pamiętnego…

   Wydarzenie, którego 12-tą rocznicę dzisiaj obchodzi Ameryka, jest jednym z gatunku takich, po których już nic nie jest tak, jak było. Zasada strategiczna terrorystów : – Uderzyć jednego, aby wpłynąć na stu innych, sprawdziła się tu wyjątkowo dobrze. Przestraszyli cały świat. Nikt już nie mógł się czuć tak bezpiecznie jak to wcześniej bywało. Krzywa wydatków na zapewnienie bezpieczeństwa niemal w każdym państwie świata poszybowała ostro w górę. Wszystkie miejsca potencjalnie zagrożone zamachami musiały być objęte specjalnym nadzorem służb specjalnych. Nastąpił niebywały rozwój nowych technologii i know how służących pokryciu zapotrzebowania na specjalny sprzęt niezbędny do monitorowania wszystkiego „co się rusza”. Czy te wydatki zdołały usunąć zagrożenia? Wiemy, że nie! Po Nowym Jorku mieliśmy w 2002 r. atak na Bali, w 2003 atak w Moskwie, Lagos, Jerozolimie, a w 2004 r. atak na pociąg w Madrycie…i tak dalej. Wojna z terroryzmem nie jest łatwa i mieliśmy w tych minionych 12 latach dobre tego przykłady, jeśli poświęcaliśmy choćby trochę uwagi na obserwację tego, co się działo w Iraku, Afganistanie i innych zapalnych rejonach świata. Wiemy jak długo trwało polowanie na Bin Ladena wykreowanego na sprawcę wszelkiego zła. Dzisiaj widzimy jak sobie Ameryka poradziła z tamtą traumatyczną katastrofą. Wyleczono już materialne rany zadane przez wrogie Ameryce siły. Zabudowuje się na nowo strefę kataklizmu zwaną „Ground Zero” i wkrótce zabliźnią się ostatnie ślady nieszczęścia, w którym śmierć poniosło ponad 3 tysiące ludzi.
Gdy sięgnąć do gazet z tamtego czasu, to i dzisiaj chyba każdego może porazić przerażenie wypisane na twarzach ludzi ratujących się ucieczką z zagrożonej strefy. Bardzo wymowne były hasła rzucane wtedy przez prezydenta i innych polityków do poranionego w swej dumie narodu:
– Nikt nie zabije ducha Ameryki!
– Bądź silna Ameryko!
– Zamachy mogą zniszczyć stal, ale nie uszkodzą stalowej determinacji Ameryki – George W. Bush

Dzisiaj sami Amerykanie pozytywnie oceniają sposób wychodzenia z traumy w którą atak na WTC ich wtrącił. Ponoszą ogromne koszty, ale udaje im się utrzymywać wojnę daleko od granic swojego państwa. Ich doświadczenia są adaptowane do wzmacniania bezpieczeństwa w innych krajach przynosząc niezłe dochody zaangażowanym w ten proceder firmom. Wydaje się, że świat normalnieje, ale to tylko złudzenie wzmacniane medialną ciszą na temat kolejnych zamachów. Udaje się przedłużać ten okres, ale wszyscy wiemy, że licho nie śpi, albo śpi licho. Trzeba być gotowym na spacerze, w podróży samolotem, pociągiem, w banku, ale i w teatrze, a nawet w tak sielskim zakątku świata jakim niegdyś była indonezyjska  wyspa Bali. Trzeba być zawsze gotowym, bo już na stałe element niepokoju został wbudowany w rzeczywistość świata.
Dla mnie jednym z najbardziej przerażających zdjęć z tragedii WTC było zdjęcie spadających z ogromnej wysokości ludzi, którzy w ogromie bezsilnej rozpaczy wyskakiwali z okien nie mając szans na ratunek. To wrażenie spotęgował dodatkowo wiersz Wisławy Szymborskiej poświęcony tym ludziom. W gazetce szkolnej poświęconej zagrożeniom ze strony światowego terroryzmu dokonałem kompilacji tych dwóch środków wyrazu, aby spotęgować wzrokowe wrażenia i ułatwić zrozumienie wymowy tego wiersza.
Obyśmy nigdy nie doczekali się takiego sądnego dnia.

 Szymborska Wisława Fotografia z 11 września

Skoczyli z płonących pięter w dół
– jeden, dwóch, jeszcze kilku
wyżej, niżej.
Fotografia powstrzymała ich przy życiu,
a teraz przechowuje
nad ziemią ku ziemi.
Każdy to jeszcze całość
z osobistą twarzą
i krwią dobrze ukrytą.
Jest dosyć czasu,
żeby rozwiały się włosy,
a z kieszeni wypadły
klucze, drobne pieniądze.
Są ciągle jeszcze w zasięgu powietrza,
w obrębie miejsc,
które się właśnie otwarły.
Tylko dwie rzeczy mogę dla nich zrobić
– opisać ten lot
i nie dodawać ostatniego zdania.

 

Fredro mądrym człowiekiem był…

...Pani od działalności kulturalno -.oświatowej w internacie zakładała w tym czasie kółko teatralne. Upatrzyła sobie mnie do roli Gustawa w Ślubach panieńskich A. Fredry, jakie postanowiła w okrojonej postaci wystawić na początek swej działalności. Otrzymaliśmy teksty do wkucia i raz na tydzień, na próbach ćwiczyliśmy się w grze aktorskiej. Ubawu było przy tym co niemiara i może na tym rzecz polegała aby jedynie „gonić króliczka”, bo do wystawienia sztuki nigdy nie doszło… Pisałem już kiedyś na tym blogu http://tatulowe.blog.onet.pl/2008/08/02/ku-doroslosci/
To młodzieńcze doświadczenie pozostawiło w mojej pamięci i do dzisiaj jeszcze pamiętam fragmenty roli jaką miałem odgrywać. Oglądając po wielu latach Śluby panieńskie powtarzałem za aktorem zapamiętane:
Gustaw do Anieli Akt IV scena trzecia
Jeszcze, Anielo, w kwiat życia bogata,
Znasz tylko rozkosz, a nie znasz cierpienia;
Jeszcze, szczęśliwa, nie znasz oddalenia!
Nie wiesz, że wtedy cały ogrom świata
Jeden punkt tylko dla nas w sobie mieści,
A tym jest chwila spodziewanej wieści.

Nie wiesz, jak wtedy śledcze oko płonie,
Jak każdy szelest dech zapiera w łonie,
I jaka boleść, gdy mija godzina
Z nią wprzód spłacona pociecha jedyna!
   Tamto doświadczenie jakoś mnie przygotowało do odbioru treści (nie tylko fredrowskiej) sztuki scenicznej oraz oceny aktorstwa osób wcielających się w daną rolę. Gdy zapoznałem się z charakterystykami męskich postaci Ślubów panieńskich, to zrozumiałem też istotną pomyłkę tkwiącą w obsadzeniu mnie w roli Gustawa – wesołego i żywiołowego lekkoducha, który lubi się bawić, jest lekkomyślny ale i sympatyczny zarazem, podczas gdy moja natura przemawiałaby raczej za rolą Albina, który był płaczliwym, cierpliwym, uległym, typowym sentymentalnym kochankiem, a do tego flegmatykiem i raczej pesymistą...
Zainicjowana przez pana Prezydenta RP akcja Narodowe Czytanie, obejmujące w tym roku dorobek urodzonego 220 lat temu Aleksandra Fredro autora „Zemsty”, „Męża i żony” i „Pana Jowialskiego” było niezwykle udanym przedsięwzięciem popularyzującym dorobek tego wybitnego autora jak i zanikającą sztukę czytania. Słuchając Jedynki Polskiego Radia zaangażowanej w organizację tej akcji można było odnieść wrażenie dużego sukcesu. http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/927351,Narodowe-czytanie-dziel-Fredry-zakonczone-Za-rok-Sienkiewicz
Czytano publicznie w 220 miejscach Polski nie tylko te poważne teksty, ale również nie mniej przemawiające do wyobraźni i wciąż bardzo aktualne sentencje jego autorstwa. Ja sam często korzystam z zasobów złotych myśli różnych autorów w tym i Aleksandra Fredro. Polecam zatem do przemyślenia tę lżejszą część Jego dorobku, bo warto   Aleksander Hrabia Fredro sentencje:
– Rada graniczy z naganą. 

– Przeprosiny – jak wywabiona plama: zawsze coś zostaje. 
– Każdy człowiek ma trzech głównych wrogów: jednego w górze, drugiego w dole, a trzeciego z boku. Pierwszym jest siła, drugim b o j a ż ń, a trzecim zawiść. 
– Niejeden wielki człowiek stojąc przed zwierciadłem – zobaczy oszusta. 
– W ceremoniach tonie gościnność. 
-Na świecie jak na jarmarku: lepiej się ten sprzeda, co się przecenia jak ten, co się nie docenia. 
– Bądź oszczędnym, abyś mógł być szczodrym. 
– Bankructwo jest najbliższą drogą do majątku.  
– Literaturze zdałby się bardzo hamulec; czy nie można by naznaczyć pewnych nagród dla tych, którzy najmniej arkuszy wydrukują? 
-W tej Polsce nigdy ładu, ale najmniej teraz. 
-Nie ma większej radości dla głupiego, jak znaleźć głupszego od siebie.
-Nie ludzie nami rządzą, lecz własne słabości. 
-Nim się odezwiesz, pomyśl pierwej nieco, bo często słowa jakby z worka lecą. 
– Ludzie ze szkodą gonią za modą. 
– Kocha się sam w sobie, a dalibóg nie ma w czym.
– Ideolog chce ze swojej gliny nowego człowieka ulepić. I zawsze robi tylko błoto.
– Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba. 
– Jeśli nie chcesz mojej zguby, krokodyla daj mi luby. 
– Przyjaciół kochamy dla ich wad, bo lubimy, gdy ktoś też ma wady. 
– Łgarzowi nikt nigdy nie wierzy, tylko czasem on sam sobie. 
– Bo ja rzadko kiedy myślę, alem za to chyża w dziele. 
– I kura ma skrzydła jak orzeł, ale cóż z tego? 
– Garbaty nie lubi garbatego, bo go brzydkim widzi. 
– Pies poczciwszy od człowieka – nim ukąsi, pierwej szczeka. 
– Nie umieć – nie ma grzechu. Ale wielki błąd: udawać, że się umie, czego się nie umie 
– Ale teraz to się staje, że od kury mądrzejsze jaje. 
Dla dopełnienia fredrowskiego oglądu świata, który do mnie szczególnie przemawia zacytuję jeszcze inne, takie oto perełki:
[Będę feudałem…]
Będę feudałem 
Albo radykałem, 
Kogo mam obrzucić błotem,  
Pomówimy potem o tem. 
Moje czoło jak miedziaczek,  
Moje pióro jak wiatraczek 
Na usługi swoje masz, 
Tylko powiedz, co mi dasz?

Sejm
Prawo! Prawo! Jeszcze prawo! 

Jakby z nieba lecą żwawo; 
Gdy schowamy je w pamięci, 
Będziem żyli jakby święci. 
Ale zawsze w praw dostatku 
Jedna piosnka: Zapłać bratku! 
Więc możemy być świętymi, 
Lecz świętymi tureckimi.

[Wolność! Braterstwo! Ojczyzna!…]
Wolność! Braterstwo! Ojczyzna! Ba, Wiara! 

A koniec: Co dasz? To dziś grunt, to miara. 
No i na finał jeszcze jeden, taki sobie cytacik:
Ja z nim w zgodzie? – Mocium Panie, 
Wprzódy słońce w miejscu stanie!
Prędzej w morzu wyschnie woda,
niż tu u nas będzie zgoda!

Czy nasi politycy nie powinni wziąć udziału w narodowym czytaniu takich dzieł Aleksandra Fredry?