Cześć Szwagierku …

Robert. Święto zmarłych A.D. 2008

 

30 października, a więc równo 9 lat temu odszedł na drugą, podobno lepszą stronę bytu mój szwagier Robert. Pożegnaliśmy go ostatecznie dopiero 3 listopada, kiedy na grobach pyszniły się piękne kwiaty i dopalały się znicze pozostawione przez tłumy ludzi odwiedzających groby swoich bliskich w dniach Święta Zmarłych. Takie są jednak zwyczaje kościelne. Nasze pożegnanie wydłużyło się nieco i może poprzez to, w czasie corocznego przygotowywania grobów do Święta Zmarłych na nowo odżywa w nas tamten czas. Tak by było i w tym roku. Byliśmy codziennie na cmentarzu, a w dniu dzisiejszym również na Mszy świętej odprawianej w jego intencji.
Od jutra tj 31 października aż do 3 listopada cmentarze będą zamknięte i pozostaną nam wspomnienia, do których dzisiaj nawiązuję

Tatulowe opowieści

 Od kiedy pamiętam zawsze zwracał się do mnie tym zwrotem. Naszym spotkaniom zawsze towarzyszył Jego szczery uśmiech i żywe zainteresowanie tym, co wydarzyło się w czasie od ostatniego spotkania, lub z czym właśnie do niego przychodzę. Zawsze był życzliwie nastawiony do wszystkich Członków mojej rodziny, jak i do innych ludzi, z którymi przyszło mu się spotykać. A było tych ludzi dużo. Chociażby z racji wykonywanego od kilkudziesięciu lat zawodu mechanika, ślusarza, tokarza i wielu zawodów pokrewnych, które pochłonęły go bez reszty jeszcze w wieku nastolatka, gdy pozostał przy ojcu, aby kontynuować jego dzieło.   Wielu z tych ludzi przybyło wczoraj do kościoła, aby odbyć z nim ostatnią jego podróż, do rodzinnego grobu. Żegnający go ksiądz prałat Henryk Kozakiewicz, proboszcz parafii św. Bartłomieja w Staszowie, gdzie mieszkał, w bardzo sugestywny sposób przybliżył postać i dzieło życia zmarłego Roberta. Mówiąc o nim, nawet nie próbował ukrywać swojego wzruszenia. A że mówił pięknie i…

View original post 369 słów więcej

Dyscyplina społeczna w walce z pandemią

Niepokojące wieści dochodzące z frontu walki z pandemią mrożą krew w żyłach chyba wszystkich ludzi. Znaleźliśmy się na prostej wznoszącej się niemal w stałym tempie. Przybywa świeżo zakażonych i ofiar wirusa. Osoby informujące o sytuacji na froncie walki uspokajają, jak to w lecie bywało, że: … Nie ma się czego obawiać, bo wszystko jest pod kontrolą, a przy takich potęgach jak Francja, Włochy, Niemcy, Anglia, Szwecja jesteśmy świetnie zorganizowani i póki co wyprzedzamy ich mniejszą liczbą chorych i zmarłych, a wolne łóżka i respiratory mamy w magazynach rezerw państwowych i w każdej chwili mogą być rzucone na linie walki. Lekarzy i pomocniczego  personelu medycznego wprawdzie mamy trochę mało, ale…
rząd działa i działać nie przestanie,
aż bezpieczeństwo zapewni
i medal w uznaniu zasług dostanie…

Na chybcika, zwłaszcza po nocach poprawiają prawo i to w szerszym zakresie niż wskazywałaby na to potrzeba. Tłumaczenie się potrzebą zapewnienia bezpieczeństwa nie trafia do przekonania opozycji. Służby otrzymały taką kontrolę nad społeczeństwem, że wielu krzyczy o zamachu na prawa obywatelskie dokonane pod płaszczykiem walki z Covid-19.
Strach się bać!!!
Czy musimy się zgadzać na każde kolejne ograniczenie wolności osobistej?
Wielu z nas odpowie na to przecząco, nie szczędząc panującym słów ostrej krytyki, a nawet hejtu.
Jest to wynikiem kryzysu zaufania do władzy jaki ogarnia coraz szersze kręgi i to nie tylko pro PiS-owskiego społeczeństwa. Jest to raczej problem na odrębną i szerszą niż ta dyskusję.
   Dzisiaj obejrzałem z uwagą film udostępniany w TVN 24 z cyklu „Ewa Ewart poleca”, którego treścią było porównanie metod walki z Covid-19 w pierwszych miesiącach bieżącego roku, kiedy jeszcze nie nazywano tego epidemią, nie mówiąc już o pandemii, w dwóch państwach tj. Wielkiej Brytanii i Korei Południowej. Porównanie wypadło zdecydowanie na korzyść Korei, w której nie pozwolono rozwinąć się chorobie i uzyskano nad jej rozwojem rzeczywistą, a nie tylko deklarowaną kontrolę. Stało się to możliwe właśnie dzięki śledzeniu kontaktów międzyludzkich ( telefony i media społecznościowe), śledzeniu zapisów kamer zainstalowanych na ulicach, w komunikacji miejskiej, restauracjach itd. itd. na namierzaniu i likwidowaniu ognisk zarazy i obejmowaniu ludzi kontaktujących się z zakażonymi skuteczną kwarantanną. W. Brytania podeszła do tego podobnie do nas. Z nonszalancją i zarozumialstwem. Są przygotowani, panują nad sytuacją, nie dadzą się zmóc.
To wszystko czym się teraz chwalą odbyło się za aprobatą większości społeczeństwa koreańskiego, które przedkładało wyższość bezpieczeństwa zdrowotnego nad ograniczaniem swobód obywatelskich wynikających ze stale poszerzanych form śledzenia każdego ruchu, kontaktów, miejsc przebywania obywateli.
Podobnie było w Chinach w początkach epidemii. Prawa obywatelskie przegrywały z potrzebami bezpardonowej walki z wszelkimi formami rozprzestrzeniania się wirusa. Nie informowano obywateli np. o tym, że wyjścia z wielopiętrowych bloków gdzie panowała zaraza zaspawywano z zewnątrz, aby nikt się nie wydostał. Ofiary zabierano z domów i ulic nie informując rodziny gdzie będą pochowane. Władza dopilnowując spokoju społecznego karała surowo wszystkich, którzy mu zagrażali.
Może to nieludzkie, ale doprowadziło do zwalczenia epidemii w tak ogromnym kraju i pozwoliło na konsekwentne utrzymywanie jej pod faktyczną, a nie tylko deklarowaną kontrolą.
   Od zawsze wiemy, że to inne cywilizacje, że są z natury zdyscyplinowani, że są solidarni w działaniu, choćby to było ostro i bezwzględnie wymuszane na ludziach.
Inaczej jest w Europie, w USA i innych państwach. Tu panuje odwieczne: „Jakoś to będzie, bo jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było”
Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi, Włosi, a również Polacy pokazali jak cenią sobie wolność i lekceważyli nakazy i zakazy dotyczące bezpieczeństwa epidemiologicznego. Zapracowali na to, co ich teraz spotyka. Chińczycy Japończycy, Koreańczycy zwyciężyli wirusa ponosząc wprawdzie znaczące straty gospodarcze, a Europejczycy dopiero wchodzą w tę nierówną walkę z wirusem, któremu pozwolili nadmiernie się rozwinąć. Liżą rany i liczą własne straty gospodarcze i społeczne, które ktoś, kiedyś musi spłacić.
   Nasi rządzący przemalowali Polskę na czerwono i też walczą… z górnikami, rolnikami, a ostatnio z kobietami manifestującymi na ulicach. Manifestującymi w trudnych, jesiennych warunkach, ułatwiających wirusowi atak …
Wczoraj wpadła mi w ręce lipcowa Angora z wielkim zdjęciem plaży na okładce. Plaża oczywiście z mocno zagęszczonym tłumem i napisem:
„Do domu wrócimy, wszystkich zarazimy…”
Nasze metody walki w oparciu o szpitale polowe, jak ten na stadionie narodowym, czy tworzonym właśnie Solidarnościowym Korpusem Wsparcia Seniorów mogą nie wystarczyć…
https://www.tvp.info/50467347/solidarnosciowy-korpus-wsparcia-seniorow-jak-skorzystac-z-pomocy
Co o tym sądzicie?

Przemijanie…

Obraz przemawia lepiej niż słowa

Nadal tkwimy zanurzeni w smuteczkach cali. Trauma jaką opisałem w poprzednim wpisie nie mija ot, tak sobie. Trzeba czasu i my o tym wiemy doskonale. W dodatku wczoraj byłem na pogrzebie mojego rówieśnika. Padał deszcz, było smutno i jak zawsze w takich razach refleksyjnie. Do tego naszego dołka dołącza się depresyjne działanie jesiennej aury. Pochmurno, chłód i obfite deszcze pozbawiają drzewa cudownie wykolorowanych liści. Zapowiadane na kolejną noc przymrozki dopełnią obrazu spustoszenia, a wiatr to pozamiata i dopiero wtedy objawią się smuteczki jesieni.
   Jeszcze dzisiaj, w dopołudniowej audycji Jedynki Polskiego Radia przeznaczonej dla ludzi starszych, gdy usłyszałem czyjąś pochwałę jesieni zawartą w słowach:
Jesień – to druga wiosna, kiedy każdy liść jest kwiatem, pobiegłem z telefonem aby uwiecznić liście – kwiaty i udostępnić to w formie pociechy dla przygnębionych jak ja. Czy kogoś oderwałem w ten sposób od jesiennych smuteczków? Nigdy się tego nie dowiem.
   Niezwykle dołujące wieści dobiegają z frontu walki z koronawirusem. Co dzień większa liczba nowych zachorowań i zmarłych. Do mediów trafiają dramatyczne relacje z nieudanych prób umieszczenia chorych w szpitalach, o brakach łóżek i respiratorów, o brakach personelu, o dramacie decydowania przez lekarzy kogo podłączyć do aparatury, a kogo spisać na straty…
Do tego trzeba jeszcze dodać postawy polityków i innych Bardzo Ważnych Osób, którzy mnożą sankcje i ograniczenia dla maluczkich, a sami paradują bez zabezpieczeń i są antywzorcem postępowania w tak trudnych czasach.
Gdy weźmie się pod uwagę ich ataki na lekarzy, że podobno im się nie chce pracować, na nauczycieli, że się boją zarazić w bezpośrednim kontakcie z uczniami, na rolników, że nie rozumieją przyjaciół zwierząt, górnicy jeszcze coś innego, to wkrótce runą resztki zaufania do władzy, zniechęcimy się do solidarności społecznej i co wtedy? Kryzys finansowy i wszystkie związane z tym zagrożenia, to jeszcze mało???
Wieczorem napotkałem na umieszczony przez kogoś na Fb rysunek, który przemawia do mnie już wiele lat, a dzisiaj dopiero przeczytałem zamieszczony pod nim tekst. Może wszyscy go znają, ale jednak nie wszyscy korzystają z Facebooka i mogli się z tym nie zetknąć, dlatego postanowiłem go udostępnić.
Oto on:
Ledwo zaczął się dzień i… jest już szósta wieczorem.
Tydzień ledwo przybył w poniedziałek i już jest piątek.
… a miesiąc już minął
.. a rok prawie się kończy
… i minęło już 40, 50 lub 60 lat naszego życia
… i zdajemy sobie sprawę, że straciliśmy naszych rodziców, naszych przyjaciół, znajomych
I zdajemy sobie sprawę, że jest już za późno, aby wrócić. Więc…
Spróbujmy jednak jak najlepiej wykorzystać czas, jaki nam pozostał. Nie zwlekajmy z szukaniem zajęć, które lubimy, które sprawiają nam radość. Dodajmy kolorów naszej szarości. Uśmiechnijmy się do małych rzeczy w życiu, które są balsamem dla naszych serc. I mimo wszystko, nadal cieszmy się spokojem tego czasu, który nam pozostał. Spróbujmy wyeliminować słowo „potem”…
Zrobię to potem…
Powiem potem…
Pomyślę o tym potem…
Zostawiamy wszystko na później, jakby „potem” było nasze.
Ponieważ nie rozumiemy, że:
potem – kawa jest zimna…
potem – priorytety się zmieniają…
potem – rok się skończy…
potem – zdrowie się kończy…
potem – dzieci dorastają…
potem – rodzice się starzeją…
potem – obietnice są zapominane…
potem – dzień staje się nocą…
potem – życie się kończy…
Potem często jest za późno…
Więc… nie zostawiaj niczego na później, ponieważ czekając na *później*, możemy stracić najlepsze chwile, możemy stracić przyjaciela, możemy stracić swoją prawdziwą miłość i człowieka którego kochaliśmy, a potem już nie da się tego cofnąć pomimo, że żałujemy to, co zrobiliśmy lub czego nie zrobiliśmy…
– najlepsze doświadczenia
– najlepszych przyjaciół
– najlepszą rodzinę…
Dziś jest odpowiedni dzień… Ta chwila jest *tu i teraz*… Nie jesteśmy już w wieku, w którym możemy sobie pozwolić na odłożenie na jutro tego, co należy zrobić od razu. Zobaczmy więc, czy będziesz mieć czas, aby przeczytać tę wiadomość, a następnie udostępnić ją. A może odłożysz to na… „później”?

…z netu, ale jakże prawdziwe…

Żegnaj Szwagrze

Nie napisałem niczego nowego od prawie miesiąca. Nie jest to dużo , ale przy osiągnięciach niektórych znajomych publikujących nowe wpisy co dzień, czy dwa, to bardzo duże zaniedbanie. Zawiedzionych przepraszam, ale życie nie uwzględnia takich ustaleń i zobowiązań.
Moje życie przyniosło nam gorzką pigułę do przełknięcia.
24 września odszedł od nas w sposób nagły brat żony, a więc mój Szwagier Czesław. Wprawdzie wiedziałem, co oznacza odejście w sposób nagły, bo tak pożegnał nas mój brat mający wtedy 45 lat, ale tamte przeżycia, w miarę upływu kolejnych lat już się zatarły w pamięci. Teraz, to nam z żoną przyszło stwierdzić dlaczego nie przyszedł na obiad o stałej godzinie i poszliśmy do niego, aby to sprawdzić. Przezorny Szwagier, który od śmierci żony (2 lipca 2015) mieszkał sam zaopatrzył nas w zapasowe klucze, co teraz okazało się bardzo przydatne.
To, czego obawialiśmy się najbardziej okazało się faktem. Upadł w drodze z łóżka do łazienki i najpewniej było to skutkiem udaru, jak stwierdził wezwany na miejsce lekarz. Możemy jedynie przypuszczać, że nie cierpiał i że gdyby nawet ktoś przy nim był, to i tak nie mógłby odwrócić jego losu.
Śmierć zawsze przychodzi nie w porę i zaskakuje nawet w przypadku osób starych i obciążonych niepełnosprawnością. Ludzie powtarzają utarty slogan, w którym twierdzą, że takie rozwiązanie jest dobre tak dla odchodzącego, jak i pozostających na tym łez padole. Wciąż myślę nad tym i nie bardzo się z tym zgadzam, ale przyznaję im w końcu rację biorąc pod uwagę ewentualne niedołęstwo i cierpienie, jakie często jest udziałem ludzi starych. W każdym innym przypadku osieroceni chcieliby się choćby pożegnać i przygotować na odejście.
   Pisałem ostatnio o potrzebie dawania świadectwa istnienia wygłaszanego przy okazji odprowadzania zmarłego w tę ostatnią ziemską podróż. Takie świadectwo zostało wygłoszone i tym razem przez odprawiającego mszę żałobną księdza, i chociaż nie dostarczaliśmy danych o życiu zmarłego, to było ono poruszające .
Odżywały w nas słuchających strzępy rozmów, zdarzeń z życia z udziałem zmarłego i wspomnienia. Z pożegnalnej mowy wynikała też, coraz głębiej odczuwana potrzeba uporządkowania swoich ziemskich spraw i relacji międzyludzkich, aby być gotowym do drogi na tamtą stronę. Życie bowiem jest jak ta świeca na wietrze, o której śpiewał w piosence „Candle In The Wind” Elton John, na pogrzebie księżnej Diany:
Myślę, że żyłeś
Jak świeca na wietrze
Nie wiedząc gdzie się schronić kiedy zaczynał padać deszcz
I oddałbym wiele żeby moc cię poznać…
Żegnałem przed 9 laty swojego młodszego wiekiem szwagierka, który przegrał walkę z rakiem. Opisałem to: w tym tekście
Żegnając starszego wiekiem Szwagra nie chciałbym poddawać porównywaniu, czy wartościowaniu ich zasług dla mnie, dla rodziny, czy dla społeczności, w której wzrastaliśmy, rozwijaliśmy się i po długim stosunkowo życiu przychodzi nam z niej odchodzić. Każdy człowiek jest inny, a i to, na tyle możemy go poznać, na ile pozwolił nam wejść „w swoje buty” i zrozumieć uwarunkowania jego decyzji, jego wyborów i postaw.
Straciliśmy brata, szwagra, przyjaciela i opiekuna rodziny. Wciąż jesteśmy w traumie i rozmyślaniach nad odchodzeniem z tego świata jakie stanie się naszym udziałem. Jesteśmy codziennie na cmentarzu, tak jak on to robił po odejściu swej żony przez ponad 5 lat. Oni są już połączeni, a my wciąż w drodze ku miejscu naszego spotkania
Żegnaj i czekaj


W cieniu dobrego drzewa