Wszystko umiera…

Doczekałem i cieszę się z tego…

Tatulowe opowieści

   Doczekaliśmy się kolejnego Święta Zmarłych. Jakoś szczęśliwie potraktował nas los, bo nie żegnaliśmy w minionym roku nikogo z kręgu bliskich nam osób. Wciąż trzymamy się krzepko. I to jest nasze szczęście. Każdy chyba człowiek w miarę gdy przybywa mu lat, ma świadomość wchodzenia w smugę cienia. Każdy stara się być przygotowanym na to, co w każdej chwili może nastąpić i utrzymuje – jak potrafi najlepiej – dobre relacje z innymi ludźmi oraz z samym Panem Bogiem. Tak jak każdemu zdarzały się i nam jakieś zawirowania zdrowotne, ale nie poddawaliśmy się. Lekarze robili co mogli, aby nas ratować, a i tam na górze też widocznie nie było jeszcze przygotowanych miejsc dla nas. Żyjemy więc z dnia na dzień, a bywa, że nawet planujemy dość odległe sprawy.

View original post 527 słów więcej

Lustro, jako urządzenie diagnostyczne ?

Jako mężczyzna, korzystam z lustra tylko przy goleniu. Nie po to o tym piszę, aby klasyfikować ludzi na tych, co często lub rzadko korzystają z tego starego przecież urządzenia służącego ocenie ładu na głowie, czy w innych miejscach ciała. Żyjąc między ludźmi, zwłaszcza jak są życzliwi również możemy odnotować nasilenie jakichś prób oceny zmian w naszym wyglądzie, które mogą, a przynajmniej powinny nas zastanowić. Tym bardziej, jeśli wierzymy w przydatność samoobserwacji w profilaktyce zdrowia naszego i naszych bliskich. Wczesne sygnały płynące z naszego organizmu mogą bardzo pomóc we wczesnym usuwaniu przyczyn, a nie tylko skutków istniejących chorób.
Ciągle brakuje nam czasu, wiedzy, czy odwagi, aby ostro zabrać się za tę stronę naszego życia, mimo że znamy coraz bardziej gorzko brzmiące zawołanie:
– Obywatelu, ulecz się sam…
Ponieważ wokół nas jak i w nas (a przynajmniej we mnie) zaczyna królować jesień, to sprawy zdrowia jako warunku w miarę długiego życia zaprzątają moją uwagę na tyle, że sięgam po tematykę około zdrowotną i czytam, aby dzielić się tą wiedzą z bliskimi.
Tak trafiłem dzisiaj na artykuł dotyczący oceny naszego zdrowia przez specjalistów medycyny chińskiej. Zapraszam, bo jest się nad czym zastanowić. Oto link do tego tekstu: https://kobieta.onet.pl/choroby-wypisane-na-twarzy/44pr6tm
Od dawna jestem zauroczony opowieścią z dalekiego wschodu, w której przedstawiono, w czym tkwi ich filozofia w podejściu do profilaktyki zdrowia. Otóż brzmi to następująco:
Głębokim celem medycyny chińskiej jest zapobieganie. Stara historia mówi, że jeśli lekarz był odpowiedzialny za wioskę, wszyscy płacili mu comiesięczne wynagrodzenie. Jeśli ktoś był chory, przestawało się płacić, ponieważ obowiązkiem lekarza było utrzymanie ludzi w zdrowiu. Druga wersja historii mówi, że każda osoba we wsi miała swoją szafkę z ziołami i jeśli osoba zaczęła używać ziół, lekarz był odpowiedzialny za uzupełnienie jej z własnych zasobów.
W zalinkowanym tekście możemy przeczytać o tym, że:

Medycyna chińska opiera się na czterech filarach diagnozy. Pierwszy to „widzę” i „obserwuję”. Drugi to „czuję” (odnosi się to też do tego, co czuje pacjent, ale też lekarz) i „słucham”. Mam tu na myśli to, co jako pacjent mówisz i w jaki sposób to mówisz, a także to, czego nie mówisz. Trzeci to „pytam”, kiedy jako lekarz zadaję pytania. Ostatni to „badam”. Zawiera się w tym badanie pulsu i ciała, gdy sprawdzam różne obszary ciała i dotykam konkretnych punktów w celu zbadania, czy są na przykład bolesne. Określamy też jakość skóry i wszelkie nieprawidłowości. Najciekawsze dwa filary, to widzenie i słuchanie. Ucząc, zawsze mówię, że poprzez obserwację, jako lekarz powinieneś zdobyć większość informacji o stanie zdrowia pacjenta. Słuchając, trochę więcej, ale generalnie po obejrzeniu i poczuciu powinieneś dotrzeć do 50–80 proc. diagnozy. Następnie zadajesz pytania, aby wyjaśnić to, co już widziałeś i poczułeś, a na koniec badasz ciało, aby domknąć diagnozę…
Wydaje się proste, chociaż proste to nie jest. Za tym podejściem stoją tysiące lat praktyki, no i konkretny specjalista, do którego się udajemy w potrzebie.
Nie każdemu jednak możemy zaufać.
Medycyna naturalna wkracza coraz szerzej do naszego kraju i oferuje usługi, o jakich do niedawna nawet nam się nie śniło. To wszystko poparte jest technikami marketingowymi, którym trudno się oprzeć. Zwłaszcza, gdy jesteśmy już chorzy, odczuwamy ból i dyskomfort, a jednocześnie narasta w nas obawa o przyszłość. Jesteśmy wtedy bardziej skorzy uwierzyć i sporo zapłacić za obiecaną pomoc.

Jak ci smutno – idź na cmentarz…

Minęło 11 lat od czasu kiedy opisałem te wspomnienia, refleksje i przemyślenia. To kawał czasu, który wiele zmienił w sposobach świętowania Dnia Zmarłych. My sami też jesteśmy już w innym miejscu naszej osi życia. Wspominając czas przeszły, coraz częściej spoglądamy w przód. Jak to z nami będzie?

Tatulowe opowieści

   Od młodzieńczych lat ciągnęło mnie do oglądania kościołów i cmentarzy.         Nie umiem tego wytłumaczyć. Byłem i jestem introwertykiem. Czy nastrój tych miejsc mnie urzekał, czy późniejsze zainteresowanie rzeźbą już wtedy się objawiało w ten sposób? Dość powiedzieć, że gdzie tylko byłem to odwiedzałem również te obiekty. Sporo wspomnień związanych z tą wędrówką opowiadam znajomym i moim uczniom. Podczas pobytu w Szczecinie w 1965 r, dzięki mojej przemiłej kuzynce, opiekunce i przewodniczce Ali zwiedziłem również cmentarz, który mnie oszołomił swymi rozmiarami. Piękne, szerokie aleje, drzewa i zadbane trawniki przypominały park. Ala pokazała mi też poniemiecki budynek z czerwonej cegły, gdzie było, jeszcze „za Niemca”, krematorium. Wtedy jeszcze go nie używano, gdyż musiało jeszcze wiele czasu upłynąć, aby społeczeństwo zaakceptowało tę formę pochówku. Na końcu alei, wstydliwie skryte w zdziczałych już zaroślach, stały ułożone jedna przy drugiej płyty nagrobne zapisane pięknym gotykiem, należące do dawnych obywateli miasta Szczecin – Niemców. Gdy…

View original post 911 słów więcej

Drogowe obserwacje

Mamy wciąż piękną, ciepłą jesień i co najwyżej opadające liście z drzew mogą przysporzyć kierowcom kłopotów z właściwym do sytuacji na drodze reagowaniem. Mamy jednak za sobą już dwa (w moim regionie) poranne przymrozki, ścielące się nad polami dymy, zamglenia oraz błoto nanoszone na jezdnię przez wyjeżdżające z pól ciągniki i maszyny rolnicze. Aura przygotowuje nas do sezonu. Nas, czyli kierowców, ale czy również nas, jako pieszych użytkowników dróg?
Ostatnio jeździłem trochę po południowej Polsce i nabyłem sporo nowych doświadczeń. Wciąż nie najlepiej jest z odblaskami, które są już obowiązkowe od trzech lat. Ustawienie świateł mijających nas pojazdów też ma sporo do życzenia, a jeśli oślepianie połączyć z mżawkami, deszczem, którego nie nadążą zbierać z szyb najlepsze choćby wycieraczki, to jeszcze jesienią możemy przeżyć sporo emocjonujących momentów. Zimowe warunki jazdy, to już odrębny temat, do którego jeszcze możemy się przygotować.
To jednak wciąż nie wszystko. Warto jeszcze zatrzymać się nad przejściami dla pieszych, które przyjęto traktować, jako enklawę uprzywilejowania wyłącznie pieszych. Piesi wkraczają ostro na pasy, nie zważając na innych użytkowników drogi. Tak jakby pierwsza nauka zasad korzystania z dróg, jaką pobierali już w przedszkolu przestała obowiązywać. Nawet stosowną piosenkę na ten temat napisano:
LEWO, PRAWO, LEWO Autor: Maria Lorek

Przechodzenie przez jezdnię nie jest zabawą.
Zatrzymaj się! Spójrz w lewo, potem w prawo.
Przechodzenie przez jezdnię nie jest zabawą.
Jeszcze raz: koleżanko, kolego, spójrz w lewo.

W lewo, w prawo, w lewo /2x

Ostrożność nie zaszkodzi.
Gdy jezdnia wolna – możesz przechodzić.
Ostrożność nie zaszkodzi.
Gdy jezdnia wolna – możesz przechodzić.
W lewo, w prawo, w lewo /3x
Możesz przechodzić…
Dlaczego dzisiaj o tym piszę?
Proszę sobie wyobrazić mój ranek, w czasie którego napotkałem na Fb dodany przez znajomą wierszyk o śmierci na drodze. Poruszony jego treścią udostępniłem na swoim koncie Fb z dopiskiem: Smutna rzeczywistość.
Nie zaglądałem później do Fb, gdyż wracając z wojaży, po prostu nie miałem na to czasu. W czasie jazdy usłyszałem w programie I PR informację o tragicznym wypadku, jaki wydarzył się dzisiaj na ul. Sokratesa na warszawskim osiedlu Bielany. Otóż na przejściu dla pieszych rodzinka złożona z tatusia, mamusi i dziecka zostali zaatakowani przez jadącego z dużą prędkością kierowcę. Tatuś zdążył jeszcze odepchnąć żonę i dziecko, ale sam nie zdążył odskoczyć i zginął na miejscu. Podobno kierowca nie był pijany ani „naćpany”. Policja bada okoliczności wypadku – usłyszałem w wieczornych wiadomościach. Przy okazji usłyszałem, że na przejściach dla pieszych tylko w Warszawie zginęło w tym roku 19 osób. Ile było poszkodowanych, którym się udało uratować życie? Tego nie usłyszałem.

   Ja sam, przed tygodniem, jadąc ulicą biegnącą równolegle do szpitala zauważyłem dwoje młodych ludzi idących chodnikiem po prawej stronie ulicy i trzymających nosiłki dla dzieci w rękach… Z wiadomą zawartością oczywiście. Gdy doszli do przejścia kobieta bez chwili zastanowienia się i choćby spojrzenia czy ktoś nie nadjeżdża, wkroczyła na pasy, a za nią jak za panią matką powtórzył ten manewr facet. Na szczęście zdążyłem zahamować, ale dłuższą chwilę byłem roztrzęsiony. Na szczęście dla tych idiotów i ich maleńkich dzieci jechałem wolno, droga była sucha, opony i hamulce miałem dobre, no i refleks nie zawiódł. Ja wyciągnąłem wnioski z opisanej sytuacji, a oni? Założę się, że nawet nie poczuwają się do jakiegoś błędu, bo przecież pieszy na pasach ma pierwszeństwo…
Oby takie postępowanie nie zdarzyło się ani mnie, ani żadnemu innemu kierowcy.

Nauczycielskie święto A.D.2019


Już 8 lat minęło odkąd odszedłem na emeryturę. Zdążyłem już przywyknąć do życia w nowej roli i według nowego rozkładu zajęć. Nie muszę już wszystkiego dostosowywać do rozkładów lekcji obowiązujących w dwóch szkołach, w których pracowałem, co nie było łatwym zadaniem. Mam świadomość tego, że po reformie oświaty bardzo wielu nauczycieli, nie z własnej woli musi tego doświadczać. O ile rozkłady lekcji po mniejszych lub większych zabiegach udawało się jakoś skorelować, to rady, szkolenia, klasyfikacja semestralna i roczna stawała się często nie lada wyzwaniem. Dlatego w spotkaniach z byłymi kolegami w zawodzie pytam o to jak obeszła się z nimi reforma i jak sobie obecnie radzą, zwłaszcza w obliczu dość częstej konieczności uzupełniania etatu w innych szkołach.
Z tego co wiem, sytuacja nauczycieli stała się mało komfortowa. Walka o podwyżkę wynagrodzeń w realiach szkół, w których istnieją dwa związki zawodowe o różnym podejściu do tzw. interesu nauczyciela jest sporym wyzwaniem. Ci protestują, a tamci chcą pracować, podczas gdy dyrekcje próbują realizować zadania szkoły licząc się z wolą jednych i drugich. Dyrektorzy przestają być kolegami i siłą rzeczy stają się faktycznymi pracodawcami biorącymi pod uwagę jak w danej sytuacji postępuje pracownik.
Nie zazdroszczę nauczycielom warunków wynikających z czasu, w jakim przyszło im pracować. Nie tylko dla chleba przecież, ale i z powołania.
W takich jednak warunkach przyszło nam świętować kolejny Dzień Edukacji Narodowej. Mnie, jeszcze tym razem się udało. Otrzymałem zaproszenie na uroczystość obchodów DEN w mieście, gdzie realizowałem etat w zespole szkół ekonomicznych. Druga szkoła gdzie parę lat pracowałem na pół etatu, konsekwentnie nie zaprasza byłych pracowników na takie uroczystości. Było tak jak się spodziewałem. Tradycyjne przemówienie podkreślające znaczenie zawodu nauczyciela, okolicznościowe życzenia, odznaczenia państwowe i resortowe dla najlepszych z tradycyjną już czerwoną różą, skromna cześć rozrywkowa i poczęstunek. Najważniejsza, przynajmniej dla mnie, była część nieoficjalna, bo to pogadać można, wymienić się poglądami i spostrzeżeniami, wymienić uśmiechy, uprzejmości. Miałem też miłe spotkania z byłymi uczennicami, które posługiwały tam jako pracownice świadczące usługi cateringowe. Niektóre z nich kończyły szkołę ponad 20 lat temu i o dziwo pamiętają i to z dobrej strony.
Gdy nadszedł właściwy Dzień Nauczyciela Facebook przypomniał mi życzenia składane mi przed laty przez moich znajomych jak i te, które ja składałem koleżankom i kolegom w zawodzie. Udostępniłem je ponownie, bo życzeń nigdy dosyć, przynajmniej w tym jedynym dniu w roku.
Kochani nauczyciele, oby Wam się, bo jak Wam się, to i nam się…
A w pracy spokoju i spełnionej radości…
Niezliczonych przejawów uczniowskiej wdzięczność.
No i niech zawsze uśmiech na obliczu Waszym gości.

Była debata? Jaka debata? Kto wygrał? – Beata!

Gdy obejrzałem realizowaną wczoraj przez TVN 24 debatę polityków biorących udział w obecnej rozgrywce o władze, to przypominałem sobie poprzednie debaty. Zasadą było zestawienie ze sobą, w bezpośrednim starciu na argumenty liderów konkurujących partii, czy ugrupowań. Był to swoisty test pokazujący lotność ich umysłów, a także odporność na stres w jaki wpadali wystawiając się na strzał na oczach wielomilionowej widowni.
Były to emocjonujące widowiska przybliżające same postaci z politycznej sceny, a także i ich programy. Niezliczone komentarze poszerzały to, co mogliśmy zaobserwować sami. Na podstawie takich debat mogliśmy wnioskować na temat kandydatów i ich szans na wyborcze już zwycięstwo. Wczorajsza debata była już inna. Z liderów wystąpił tylko szef PSL, a pozostali, to któryś tam z rzędu garnitur polityków powtarzających uzgodnione i znane z kampanii fragmenty programów. Przedstawiciel partii rządzącej chciał się pochwalić efektami, a przeciwnicy kontrowali to uwagami o wpadkach i propagandowym oszustwie. 
Widowisko było jednak ciekawe, ale wnioski płynące z niego zbyt miałkie aby móc wróżyć o zwycięstwie.
No i jeszcze jedno. Miejsce debaty to studio TVN , o której pan Horała raczył powiedzieć, że to największa obecnie partia opozycyjna. 
Czy TVP mogłaby to lepiej zrealizować?
Na zachętę przypomnienie debaty poprzedzającej poprzednie wybory parlamentarne. Beata vs Ewa https://tatulowe.wordpress.com/2015/10/20/byla-debata-jaka-debata-kto-wygral-beata/

Tatulowe opowieści

Kto żyw bierze dzisiaj udział w debacie na temat wczorajszej debaty. Pytania wokół tego, co to właściwie było i kto wygrał zawarłem w tytule. Odpowiedzi zależą od tego kto odpowiada. Nie pierwszy raz w polskiej polityce punkt widzenia tak dokładnie zależy od punktu siedzenia. Pod wypowiedzią pana Błaszczaka może podpisać się każda ze stron pod warunkiem, że zamiennie użyje imienia Ewa lub Beata.

View original post 513 słów więcej

Jesień przyszła, a z nią… sezon katarów, kaszelków, przeziębień i grypy…

Plakacik spotkany w poczekalni mojej przychodni lekarskiej

Boję się sezonowych zachorowań, a właściwie to zaostrzeń mojej POChP, czyli przewlekłej obturacyjnej choroby płuc. Mój lekarz pulmonolog zalecił mi coroczne przyjmowanie szczepionki przeciw grypie z takim wyprzedzeniem, aby zdążyć przed nadejściem sezonu grypowego. Słucham go i od paru lat spieszę się z  przyjęciem szczepionki, aby zdążyć zanim przyplącze mi się katar, bo wtedy lekarz rodzinny zabroni wkraczanie ze szczepionką aż do ustąpienia objawów przeziębienia. A z tym może zejść nawet sporo czasu.
Korzystając z ciepłej pogody zdecydowałem się załatwić tę sprawę. Wizyta u lekarza rodzinnego, badanko – pozytywne, recepta, zlecenie na zastrzyk, wizyta w aptece… Zaskoczony byłem brakiem szczepionek, zwłaszcza, że było to poparte informacją, że i w hurtowniach brak szczepionek. Na szczęście w innej aptece szczepionki były w sprzedaży i mogłem sprawę załatwić w sposób ostateczny. Teraz nabieram odporności i mam nadzieję, że przeżyję kolejną jesień i zimę w sposób nie zagrażający mojemu zdrowiu i życiu.
Dzielę się tymi informacjami, aby dać pozytywny sygnał ludziom ulegającym wpływom antyszczepionkowców i lekceważącym zalecenia lekarskie. Na wzmocnienie mojego świadectwa udostępniam link
Znajdziemy tam m.in. taką informację:
…O tej przenoszonej drogą kropelkową chorobie zakaźnej w Ogólnopolskim Dniu Profilaktyki Grypy, czyli 1 października, oraz szczepieniach mówili eksperci na konferencji prasowej w Głównym Inspektoracie Sanitarnym (GIS).

Poinformowali, że w ostatnim sezonie epidemicznym na grypę i grypopodobne infekcje zachorowało w Polsce 4,5 mln osób; choroba w największym stopniu dotknęła najmłodszych.

Szczyt zachorowań na grypę przypada na miesiące od października do kwietnia. Wciąż jednak można i warto się zaszczepić. To najlepszy, choć nie dający 100 proc. gwarancji, sposób ochrony przed tą chorobą. Wbrew reklamom specyfików, które rzekomo mają podnosić odporność, przed wirusem grypy nie chronią.
To tylko wstęp artykułu. Trzeba koniecznie doczytać go do końca.Pamiętajmy o tym, że naczelne hasło naszej chorej służby zdrowia brzmi: Obywatelu, ulecz się sam…