Kończy się stary rok…

Czy z żalem żegnamy go? https://www.youtube.com/watch?v=fE2N3c8R_Mk
Chyba każdy czyni w tych dniach takie remanenty. Co nam rok miniony dał?

Dla mnie był to przeciętny rok, ale przecież nigdy nie jest tylko dobrze. Musi być trochę dobrze i trochę źle, bo jak jest tylko dobrze, to niedobrze – mawiał uduchowiony klasyk. Poza tym nie można stawiać sobie zbyt wysoko poprzeczki aby nie być zmuszonym przechodzić pod nią zamiast śmiało i zgrabnie ją przeskoczyć, zwłaszcza że zawsze robimy to przy otwartej kurtynie.
Facebook również w tych dniach stara się o swoich użytkowników.  Gdy nadeszła okazja zafundowania sobie kolażu ze zdjęć przypominających o kilku najważniejszych wydarzeniach roku, to nie zastanawiałem się długo i poprosiłem o tę przysługę. Szybko otrzymałem ów obrazek, a do tego ocenę, wygenerowaną jak sądzę przez ich mądry komputer. Brzmiała następująco:
W 2016 miałeś(-aś) wzloty i upadki, Czesław , lecz generalnie był to dla Ciebie ważny i pozytywny rok. Sporo się o sobie nauczyłeś(-aś), a w rok 2017 wejdziesz z większą pewnością siebie niż kiedykolwiek wcześniej. Spoglądając na te zdjęcia, musisz czuć dumę, wiedząc, że przetrwałeś(-aś) ten rok i jego turbulencje. Wyszedłeś/Wyszłaś z tego silniejszy(-a) niż kiedykolwiek i jesteś gotowy(-a) nadal się uśmiechać. Udostępnij przegląd swojego roku i pokaż wszystkim wydarzenia, które ukształtowały Twoje życie w 2016 roku.
Ładnie powiedziane, prawda? A jaka uniwersalności treści, pasującej chyba do każdego użytkownika?
Pochwaliłem się tym kolażem, który na szczęście nie zawierał wszystkich wydarzeń. Nie było wiec przejawów zazdrości, czy zawiści . Ot, kilka polubień i tyle. Nie ma tam zdjęć z najważniejszego chyba rodzinnego przeżycia jakim były narodziny Emilki – drugiej córeczki w rodzinie naszej córki Ani, ale nie można mieć żalu. Skoro nie publikuje się zdjęć, to niby skąd komputer ma je wydobyć?
Ja jestem zadowolony. Moi najbliżsi również. Żyjemy względnie dobrze, choróbska stosowne do wieku mamy ale je kontrolujemy. Wspieramy się w rodzinie i poza jej obrębem, bo trzeba sobie czymś zapracować na wdzięczną pamięć, gdy już nas nie będzie. Nie oczekujemy niczego nadzwyczajnego od malucha, który w huku petard i fajerwerków przybędzie za dni parę. Chcielibyśmy aby ta dziecina przyniosła ludziom radość i pokój nie zapominając i o nas.
W czasie świat udostępniłem na Fb piosenkę „Modlitwa” Okudżawy śpiewaną przez młodą dziewczynkę z taką pasją, że postanowiłem zapytać czy tego typu życzenia mogą płynąć spod  choinki https://www.facebook.com/czeslaw.brudek
W odpowiedzi pojawił się komentarz:
– Pięknie..naprawdę modlitwę usłyszałam. Odpowiedziałem niezwłocznie
–  Dziecko jest szczere i przez to bardziej przekonywające
Szanowni Państwo, goście tego bloga, zechciejcie gościnnie przyjąć  przybywającego do nas Malucha  A.D.2017 i zaopiekować się nim troskliwie. Ufajmy w to, że on jak tylko trochę okrzepnie i wzmocni się, to  obdarzy nas tym, czego nam w życiu brak.

Do siego Roku

 

 

Święta, to nie tylko biesiadowanie…

Wieczerzę wigilijną spożywaliśmy w domu mojej siostry Anny, w towarzystwie jej dzieci i brata mojej żony. Wszyscy z uczestników w stosunkowo niedalekiej przeszłości stracili kogoś bliskiego i to jakoś ciążyło nad atmosferą toczonych przy stole rozmów i czynionych tam różnych rozważań.  Wszyscy też staraliśmy się aby nie poruszać czułych strun i zachować atmosferę radosnego oczekiwania na obchody najważniejszych w świecie urodzin – jak to ślicznie nazywała Jedynka Polskiego Radia w czasie wieczoru poświęconego wspominkom ludzi skupionych wokół Domu Aktora w Skolimowie . Niemal wszyscy z nich wspominali swoje święta i same wigilie spędzone tu w kraju jak i na obczyźnie, a cały materiał był przeplatany najpiękniejszymi podobno w świecie całym polskimi kolędami. Gdy usłyszałem opowieść  Jerzego Połomskiego opowiadającego o swoim przeżywaniu świąt poza domem, to zrozumiałem, że ja podobnie jak i on nie wyobrażam sobie świąt spędzanych inaczej niż według obrzędu i tradycji katolickiej. Tak było zawsze od dzieciństwa i tak już pozostanie.

Tak się złożyło że dzisiaj gościem naszego Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia w Bogorii był ks. profesor Ignatianum z Krakowa K. Śnieżyński, który przygotował na ten szczególny czas swoje rozważania. Zostały one udostępnione na stronie parafialnej ale myślę, że nie zaszkodzi upowszechnić myśli wśród czytelników mojego bloga. Rzadka to okazja i dlatego z niej korzystam. Mam nadzieję, że czas świąt będzie sprzyjał takiej lekturze

Boże Narodzenie 2016 – rozważania ks. prof. K. Śnieżyńskiego Kierownika Katedry Filozofii Boga i Religii Ignatianum w Krakowie  gościnnie uczestniczącego w naszych uroczystościach

Tegoroczne Święta Bożego Narodzenia rozpoczęły się od uroczystej mszy wigilijnej, której przewodniczył  nowy proboszcz naszej wspólnoty parafialnej ks. Paweł Cygan wespół z innymi kapłanami: ks. A. Wierzbickim, ks. prof. K. Śnieżyńskim z Krakowa oraz ks. P. Byczkiem – miejscowym wikariuszem. W krótkiej homilii przypomniał wszystkim zebranym o Bracie Albercie Chmielowskim, który będzie patronował przez cały następny rok wszystkim naszym dziełom miłosierdzia. Ksiądz Cygan zwrócił uwagę na charakter dnia dzisiejszego, podkreślił, że jest to dzień w którym dzielimy się dobrem i miłością z innymi ludźmi. Jak powiedział Brat Albert Chmielowski mamy być dobrzy jak chleb, czyli mamy umieć dostrzegać w innych ludziach Chrystusa, który jest prawdziwym człowiekiem i prawdziwym Bogiem. Dokonywanie dzieł miłosierdzi względem tych najbardziej potrzebujących jest prawdziwym testem naszego człowieczeństwa. Pokazuje w praktyce jakimi to jesteśmy chrześcijanami, czy tylko z deklaracji, czy też po owocach. Można dopowiedzieć za I. Kantem, że prawdziwa wiara rodzi prawdziwe uczynki. W dzisiejszy wieczór dotykamy tajemnicy wcielenia, obecności Boga pośród ludzi, który stał się człowiekiem podobnym do nas wszystkich z wyjątkiem grzechu. Ta sytuacja prowokuje szereg pytań i refleksji, które warto podjąć aby kolejny już raz uświadomić sobie na czym polega istota Bożego Narodzenia.
Co roku inaczej przeżywamy Boże Narodzenie. Ma na to wpływ wiele czynników. Po pierwsze jesteśmy o rok starsi, więcej przeżyliśmy, więcej doświadczyliśmy. Przeżyte doświadczenia zmieniają nasze poglądy, zapatrywania, przekonania. Po prostu sprawiają, że zmienia się nasz Punkt widzenia świata. Z tego jednak, że jesteśmy o rok starsi i więcej przeżyliśmy, logicznie nie wynika, że jesteśmy mądrzejsi. Niektórzy tyle doświadczali a nie potrafią z tych doświadczeń wyprowadzić żadnego wniosku. Czasem więcej było w tych doświadczeniach zła jak dobra. Świat jest przecież dwuznaczny. Nie zawsze pozwala nam dostrzegać Boga i dobro niesione przez innych ludzi. W dzisiejszy wieczór  bardzo wielu z nas zatrzyma się przy betlejemskiej stajence. Pochylamy się nad Bożą Dzieciną z tym całym bagażem naszych doświadczeń; trosk, niepokojów, obaw o coraz bardziej niejasną przyszłość. Stajemy przed żłobkiem przygnębieni, zatroskani o naszą codzienność, która wcale przez ostatni rok się nie zmieniła, choć tyle sobie roku temu obiecywaliśmy. Przychodzimy z całą masą problemów, których nie likwidują rodzinne spotkania, świąteczne podarunki, śpiewy kolęd itp. W głowie kołaczą się nam różny myśli. Rzeczywistość wokół nas skrzeczy od sprzeczności, konfliktów, wojen, biedy i cierpienia niewinnych ludzi. Nawet we własnym kraju co rusz to jakiś konflikt, podział, coraz więcej grup jest niezadowolonych z obecnej polityki. W tych podziałach i niezadowoleniach tkwimy my sami. Nas też dzielą i my dzielimy innych, czasem już odruchowo, bo tak robią wszyscy. My tu oni tam, my prawdziwi katolicy oni fałszywi… Przychodzą święta, czas można powiedzieć, błogosławiony. Czas pokoju i spokoju. Może za bardzo na nie czekamy. Tak jakby kumulowały w sobie cały rok. W ten jeden dzień w roku chcemy się poprawnie zachowywać, wygładzić swoje myśli i zachowania, przybrać pozę poprawnych, przymknąć oko na takie lub inne niedociągnięcie drugiego, podać rękę bo nie wypada nie podać. A przecież nie tylko od święta mamy być spokojni i żyć w pokoju. Tymi wartościami trzeba żyć na co dzień, a nie tylko raz w roku przy stole wigilijnym. Wigilia powinna mieć miejsce każdego dnia, kiedy z bliskimi siadamy do stołu o poranku, w południe i wieczorem. Jeśli na co dzień nie potrafimy łamać się chlebem z bliskimi, nie będziemy tego potrafili w wigilie, dlatego niektórzy robią tyle uników aby w ten dzień nie spotkać się z bliskimi.                                       Co chcemy powiedzieć małemu Bogu, co chcemy od niego usłyszeć? A może nie mamy nic do powiedzenia? Być może wcale nie chodzi o to aby mówić. Może wystarczy stanąć w ciszy serca i umysłu,  wypowiedzieć w słowie wewnętrznym małemu Panu Bogu to co nas najbardziej smuci, dręczy, boli. Z Bogiem trzeba nauczyć się właściwie rozmawiać. Każdy z nas ma jakieś wypracowane strategie dialogowania z Panem Bogiem, które wyniósł z tradycji, wychowania, kultury. Trudno powiedzieć, która jest właściwa. Można powiedzieć, że po owocach je poznamy. Niektóre z tych strategii polegają na ciągłym proszeniu, inne na przepraszaniu, jeszcze inne na oskarżaniu, a jeszcze inne na bezmyślnym klepaniu utartych przez tradycje formułek. W Boże Narodzenie Pan Bóg wystawia nasze zdolności komunikacyjne na wysoką próbę. Mamy z mim porozmawiać właśnie jak z dzieckiem. Kto ma dzieci, i wie jak na serio do nich trzeba podchodzić, ten wie jak trudna jest z nimi komunikacja. Dziecko jest bardzo wymagającym rozmówcą. W małym żłóbku leży mały Bóg, który chce z nami porozmawiać, coś od nas usłyszeć, ale też chce nam coś ważnego zakomunikować. Badania psychologiczne dowiodły, że małe dzieci są bardzo wyrafinowanymi rozmówcami. Potrafią reagować nie tylko na komunikaty słowne ale też na te, które wyrażane są przez mowę ciała. Są bardzo wrażliwe na spójność jaka zachodzi między tym co dorośli do nich mówią a tym co robią. Badania psychologiczne pokazują, w jaki sposób małe dzieci reagują na takie przypadki niespójności dorosłych. Dziecko jest bardzo dobrym detektywem faryzeizmu i obłudy ludzi dorosłych. Mamo, tato dlaczego mówisz tak a robisz inaczej? Komunikaty te dotyczą nie tylko skompilowanych sytuacji, ale już tych najprostszych bo dotyczących np. przestawiania zabawek. Dzieci reagują na sprzeczności, w które wpadają dorośli, kiedy próbują przed nimi grać. I choć wiedza ta u dziecka pojawia się stopniowo, to w przypadku Bożego dziecka jest trochę inaczej. Trzeba pamiętać kto leży w tym żłóbku. Leży w nim nie tylko człowiek ale prawdziwy Bóg, wszechmocny stwórca, który zna nasze serca i umysły. On zna każdego z nas, każdy włos na naszej głowie jest policzony. Tego dziecka nie można oszukać, nie można go zwieść na manowce ludzką logiką. Ono wszystko wie o każdym z nas. Niczego przed nim nie ukryjemy. Dlatego nie ma sensu przed nim grać. Trzeba stanąć w prawdzie tego kim jestem, nawet jeśli jest to prawda najgorsza. To dziecko nie chce abyśmy podziwiali jego żłóbek, nie interesują go nasze estetyczne oceny. Ono nie interesuje się tym ile pieniędzy wrzucimy do stojącego obok koszyczka. To może interesuje klękającego obok nas sąsiada, który jednym okiem chce dostrzec ile tam wrzucamy a drugim wodzi gdzieś po stajence, aby zobaczyć nie wiadomo co. Boże dziecię zainteresowane jest tym, co chcemy mu powiedzieć o sobie, o tym kim naprawdę jesteśmy. Żadne dziecko nie lubi kiedy dorośli przed nim udają, kiedy grają, kiedy wysilają się aby pokazać jacy to oni są fajni. Nikt nie chce być oszukiwany. Boga nie interesuje to co jest fajne, ale to co szczere, prawdziwe, autentyczne w nas samych. Wniosek z tego taki, że jeśli ktoś ma iść do żłóbka i uprawiać gierki, stroić się w szaty, które nie są jego własnymi, to niech nie idzie. Po prostu niech sobie daruje tę „szopkę”. Autentyczna religijność polega na tym, że nie żartujemy sobie z Pana Boga, nie gramy z nim w nasze zabawy, tylko mówimy jak jest. Bóg wymaga od nas porzucenia masek faryzeizmu, zakłamania, nie lubi tego, tak jak nie znoszą tych zachowań małe dzieci, tak bardzo wyczulone na kłamstwo i prawdę. Jeśli zatem Święta Bożego Narodzenia mają mieć jakiekolwiek znaczenia, to chciejmy małemu Bogu powiedzieć o tym kim naprawdę jesteśmy, przestańmy udawać i grać. Nawet w podejściu do dzieci istnieje granica zabawy! Podejście do każdego dziecka wymaga wielkiej dojrzałości. W religii obowiązuje ta sama zasada. Religia nie jest dla ludzi infantylnych, którzy szukają w niej substytutów i pociechy dla własnego zmarnowanego życia. Szkoda, że często tak właśnie jest. Bóg wymaga od nas nie tyle użalania się nad sobą, co właśnie działania, pokonywania siebie i stawiania czoła nowym wyzwaniom. Nie dajmy satysfakcji Fryderykowi Nietzschemu, który uważał, że religia jest tylko dla ludzi słabych, bezbronnych i sfrustrowanych życiem. Silni nie potrzebują religijnych substytutów, oni biorą życie w całym jego bogactwie i trudnościach przed którymi nie chowają się w zakamarki zalęknionej przed światem religijności. Chciejmy zatem być silni i odważni! Czyli tacy, jak to leżące w stajence betlejemskiej małe dzieciątko! Tylko odwaga pozwala na dokonywanie dzieł miłosierdzia w stylu brata Alberta Chmielowskiego. Ten błogosławiony siłę do swojego działania czerpał z wiary w absolutne miłosierdzie samego Boga, który w dzisiejszą noc przychodzi do nas jako bezbronne dziecko. Największym darem jaki przynosi jest właśnie miłosierna miłość, która ma nas uczyć wyobraźni miłosierdzia wobec innych ludzi, szczególnie wobec potrzebujących. Dlatego kiedy zasiądziemy do wigilii, pięknie ubrani, w wygodnych fotelach, otoczeni najbliższymi, którzy jeszcze żyją i są zdrowi, pomyślmy o tych którzy w tym momencie giną w Aleppo czy w innych miejscach na świecie, gdzie troczy się wojna, gdzie panuje głód, gdzie giną od kul niewinne dzieci, lub też umierają z braku wody w Afryce. Starajmy się w ten wieczór nie myśleć tylko o sobie, o naszych bliskich, o tym wszystkim co mamy w zasięgu rak i wzroku. Niech myśli, które skierujemy wobec tych najbardziej potrzebujących będą pierwszą oznaką wyobraźni miłosierdzia, że potrafimy myśleć w ten wieczór także o innych, a nie tylko o tym czy placek się udał, czy pierogi się nie przypaliły, czy goście zjedli wszystko czy też nie. W naszej tradycji wigilijnej jest zwyczaj szykowania pustego miejsca dla niespodziewanego gościa. Ta piękna tradycja w praktyce nie jest realizowana co dobrze pokazał kiedyś jeden z dziennikarzy chodząc w wigilię pod domach i udając bezdomnego, który nie miał gdzie zjeść wigilijnej wieczerzy. Dziennikarz ten chodził od domu do domu, i nigdzie nie zastał zaproszony. A przecież w każdym z tych domów było miejsce dla zbłąkanego przybysza. W każdym z tych domów mieszali katolicy, którzy przed kolacją łamali się opłatkiem i życzyli sobie wszystkiego dobrego. Taki przybysz mógłby tak naprawdę tylko zakłócić naszą harmonię wigilijnej kolacji, porcelanowy talerz którzy rzekomo jest przygotowany dla gościa, musi pozostać i tak pustym talerzem, bo przecież trudno nam sobie wyobrazić, jak przy takim porcelanowym zbytku mógłby usiąść brudny i niechlujnie ubrany przybysz z dalekiego kraju lub naszego sąsiedztwa. To chyba przekracza naszą wyobraźnię! Uraziłby nasz gust estetyczny wypracowywany w pocie czoła przez tyle tygodni. Nie mówiąc już o tym, że ktoś z domowników mógłby dostać na jego widok niestrawności i odżałować pierogów babci, która robiła je niemalże z poświęceniem życia. Bo przecież dla wielu kształt pierogów jest znacznie ważniejsze niż przychodzący w drugim człowieku Bóg. Nie bądźmy małostkowi w tym co robimy, bo według tej małostkowości odmierzone nam będzie! Być może tą małostkowością przypodobamy się cioci, czy wujkowi, ale czy Panu Bogu? Przecież to nie ci którym tak bardzo próbujemy się przypodobać będą nas sądzić w godzinie naszej śmierci. Szkoda zatem czasu na domowe „szopki” przy wigilijnym stole. Prawdziwa wiara związana jest z próbą. Ten kto nie wystawia swojej wiary na próbę ten nie wierzy, a tylko tak mu się wydaje. Próba jaka niesie wigilijny wieczór jest próbą miłości i miłosierdzia dla naszych bliźnich. Chciejmy przetestować naszą wiarę, otwierając się na dar obcości Boga w drugim człowieku.

 

 

Gdy nadchodzi świąteczny dzień, to wszystkie waśnie i spory idą w cień…

IdąW drodze są, ale dojdą na czas. Przygotujmy nie jedno puste nakrycie ale co najmniej trzy.
https://www.youtube.com/watch?v=cmhrXqxOcSc

 

 

Wszystkim czytelnikom z całego serca życzę  pięknych, zdrowych, spędzonych z Najbliższymi Świąt Bożego Narodzenia.
Jednocześnie bardzo serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia świąteczno-noworoczne przekazane mi  zwykłą pocztą, mailami, SMS-ami , w czasie rozmów telefonicznych o na Fejsbuku.
Świętujmy tak aby było co wspominać

Mówić, czy milczeć – oto jest pytanie…

W czasach PRL funkcjonował  dowcip pozwalający  spojrzeć na rzeczywistość z pominięciem propagandowych treści oferowanych przez ówczesne media. Rzecz działa się w ZSRR. Mieszczuch zjechał na wieś, gdzie miał daczę. Podczas pobytu w daczy rozmawiał z miejscowym chłopem o tym, czym on żyje mieszkając w mieście. Dziwi się chłopu, że on nic nie wie o polityce, o tym kto, kogo i za co zwolnił ze stanowiska, czy też akurat zatrudnił. Czytaj dalej

Ola – Nauczycielka języka angielskiego w gimnazjum

O sobie napisała: Całkowicie z powołania, chociaż z przypadku. Do szczęścia potrzebująca duszy „w stanie podgorączkowym”, kochająca zbyt wiele uciech świata tego. Podróżująca po Polsce, po Europie i na krańce świata z misiem Paddingtonem. Nie umie żyć bez literatury, muzyki i…
Prowadzi blog :Nauczyciel trochę inaczej : http://nauczycieltrocheinaczej.blog.pl/2016/06/29/koniec/
Z okazji uzyskania awansu zawodowego Nauczyciel mianowany, w czerwcu 2016 napisała:

Koniec – krótki nekrolog w hołdzie gimnazjum
Teraz zrozumiesz. Wyjdzie ci na dobre. Oczy ci się otworzą. Dwa pożegnania. Jedno do życia. Drugie do śmierci. Dwa sukcesy. Jedna porażka. Prawie jak cztery wesela i pogrzeb.
Poniedziałek, 27.06.2016
Biała sukienka, wysokie szpilki i 5 bukietów kwiatów. Jadę zdawać egzamin. Pewna siebie opowiadam o metodach i formach pracy. Prezentuję swój dorobek z dumą. Wyjazdy, warsztaty językowe, propagowanie zdrowego i aktywnego stylu życia, dwa wychowawstwa. Entuzjazm i wiara, że dużo mogę. Później 6 pytań od komisji. Na 5 odpowiadam śpiewająco, z jednym mam problem, ale po krótkim naprowadzeniu już wiem o czym mówić. Komisja prosi mnie o wyjście. Czekam na korytarzu na werdykt. Jestem zadowolona. Po kilkunastu minutach wracam do sali. Zdała pani. Jesteśmy dumni. Jedno z najlepszych mianowań, możliwe nawet najlepsze. Wspaniale. Gratulujemy! Wręczam kwiaty. Jestem szczęśliwa. Ja – nauczyciel mianowany. I to mianowany nie byle jak! Mogę wszystko, nie ma na mnie mocnych! 

Ten sam dzień. Koniec naiwności. Wiadomość jak bomba wybucha w moim sercu. Ale jak to?! Nie możecie mi tego zrobić!? Przecież przed chwilą uzyskałam kolejny stopień awansu zawodowego. Mam plany na kolejne lata. Nawiązałam współpracę z instytucjami. Mam pomysł na promocję i rozwój naszej placówki…
To koniec. Likwidujemy. Wygaszamy gimnazja, a wraz z nimi twój śmieszny zapał do pracy. Twoje niemądre nadzieje. Przecież wiedziałaś, że tak będzie. Nie powinnaś była liczyć na nic innego. Głupie, głupie dziecko. Czy nam ciebie żal? Niekoniecznie. Raczej nie. A czemu miałoby być? Przecież współtworzyłaś wylęgarnię kryminalistów. I jeszcze chciałaś tego bronić. Ale widzisz,  prawda zwycięży. Lud przemówił. Nikt tu ciebie nie chce z tą twoją szkołą. A właściwie, to wiesz co? Tak naprawdę, to mamy cię totalnie gdzieś. Jakoś sobie poradzisz. A jeśli nie, to już nie nasza sprawa. My tylko przyszliśmy naprawić świat. A że po trupach? To zasypiemy popiołem i po krzyku. Zrobimy wielki krok nad tobą i pójdziemy dalej. Do lepszej przyszłości, gdzie nie ma takich wynaturzeń jak GIMNAZJUM (brrr… aż ciary przechodzą na sam dźwięk słowa). Możemy ci ewentualnie zostawić łopatę. Może się odkopiesz. Nie życzymy powodzenia. Ale życzymy, żebyś siedziała cicho.
I tak właśnie pani minister zwolniła mnie w dzień mojego mianowania. Zwolniła z odroczeniem. Dała mi miłosiernie rok. Rok pracy na tonącym statku…
W zakończeniu tego gorzkiego w wymowie tekstu znajdziemy jeszcze objaśnienie:
Dwa sukcesy: moja klasa i mianowanie.
Jedna porażka: nieumiejętność obronienia tego, w co wierzę, pomimo działań i zaangażowania.
Nie wytrzymałem i skomentowałem:
Współczuję Olu, ale i gratuluję zarazem tego mianowania. Weszłaś na kolejny stopień wtajemniczenia, co wraz z doświadczeniem spożytkujesz nie w tej, to w innej szkole, albo i poza nią. Trudno dyskutować z JKaczyńskim o reformie oświaty, bo z tym zamysłem szarżował w kampanii wyborczej i jak widać skutecznie przekonał ludzi o tym, że całą winę za braki w wychowaniu młodzieży miało utworzenie gimnazjów. Jak je zlikwiduje, jak zmieni programy nauczania, to wychowa sobie nowe społeczeństwo zdolne zrozumieć jego idee „dobrej zmiany”. W ten sposób powstanie IV Rzeczypospolita , a ludzie będą żyć w szczęściu i dobrobycie.
Odpowiedź Oli brzmiała następująco:
– A ja Tobie dziękuję Tatul za wsparcie, przede wszystkim to udzielone na Twoim blogu w komentarzach. Może to dziwne, ale pomogłeś mi uporać się z czarnymi myślami. Przez cały czas widzę przed oczami obrazek z rozlanym mlekiem i kotami 🙂
To był czas przed wakacjami. Ola pisała bardzo ciekawe teksty, ale ja tam nie zaglądałem, aż do dnia dzisiejszego. Gdy usłyszałem informację o tym że właśnie dzisiaj kończą się (aż 9 dniowe) konsultacje na temat reformy i wdrażanej w ramach niej nowej podstawy programowej, to pomyślałem o tym żeby zaglądnąć do bloga Oli, bo może tam znajdę informacje o tym jak przeżywają czas porażki pracownicy gimnazjów. Nie pomyliłem się. Przeczytałem tekst związany z rozpoczęciem kolejnego roku szkolnego, który nie tylko dla autorki był inny niż wcześniejsze. Oto co napisała: Inaczej było. Z wielu powodów.
Początek roku szkolnego 2016/17. Nawet nie próbuję udawać, że wszystko po staremu. Ten statek zaczął już tonąć, a my, jak ta orkiestra na Titanicu – gramy do samego końca. Nie spuszczamy z tonu. Biała sukienka (a przecież powinna być czarna na żałobę!), wysokie szpilki z czerwoną podeszwą i makijaż. Tylko krok taki trochę mniej żwawy, tylko uśmiech niekoniecznie sięga oczu… Ale przecież widziałeś mnie dzisiaj na rozpoczęciu, jak siedziałam z nie do końca obecną miną w ławce. Jak szłam do pokoju nauczycielskiego, odpowiadając na pozdrowienia z jakimś bladym uśmiechem. Nie zawróciłam samochodu. BO JESTEŚ DLA MNIE WAŻNY. Bo dlatego w tej szkole dalej pracuję. Bo muszę jechać z Tobą na konkurs do Szczecina, omówić po raz setny Present Simple, przygotować do FCE, zapoznać Cię z tajnikami wymowy i transkrypcji, albo powiedzieć Ci po prostu na której jesteśmy stronie. Muszę skończyć, co zaczęłam. Nie. Nie muszę. Chcę. Ale Ty musisz zrozumieć, że moja sytuacja się zmieniła, bo pracuję w miejscu bez przyszłości i bez klasy. A TY jesteś powodem, dla którego zostaję. To chyba dużo. Więc wiedz, że wielkie przed Tobą zadanie. Mam nadzieję, że podołasz. http://nauczycieltrocheinaczej.blog.pl/2016/09/01/konca-poczatki-czyli-rozpoczynam-20162017-w-gimnazjum/
Czytelnicy Oli i tym razem wyrażali jej słowa pocieszenia i wsparcia:
– Ania – Jestem przerażona tymi pomysłami PIS-u. Było potężne zamieszanie z wprowadzeniem gimnazjum, po to tylko by jakiś czas później je usunąć. To chore. Trzymam za Ciebie kciuki Olu i wszystkiego dobrego!
– Ola – Ja też jestem przerażona. Dziękuję za trzymanie kciuków, przyda się
– Cieszę się, że są jeszcze nauczyciele, dla których uczeń jest najważniejszy. Znaczy, ze szkołą nie jest źle.
– Ola – Ano są tacy nauczyciele, całkiem sporo nawet. Tylko się często zniechęcają po jakimś czasie i właściwie trudno im się dziwić.
– Tatul – Choć Titanic tonął, to orkiestra grała. Pracujesz Olu więc graj w tej orkiestrze najlepiej jak potrafisz. Nobles oblige… powiadali ci, którzy musieli trzymać fason i nieść kaganek oświaty między lud. Musimy do nich nawiązywać – Ola – Staram się, naprawdę się staram. Sama praca sprawia mi tak dużą przyjemność jak wcześniej. Wymyślam ciekawe lekcje, robię tony kartkóweczek (tak, można to liczyć na tony) i nawiązuję bliskie relacje z uczniami (oczywiście z zachowaniem tego niezbędnego dystansu, który przypomina kto jest uczniem, a kto nauczycielem). Tylko z tyłu głowy ciągle kołacze się ta myśl, że statek tonie. A ja utopić się nie chcę, więc muszę powoli myśleć gdzie wypłynąć.
– Iga – Ty nigdy nie utoniesz Ola. Jesteś cudownym nauczycielem. Bardzo mnie wzruszyły Twoje słowa, myśli… Podnosisz moją wiarę w człowieka, w pedagogów.
Ps. Nie smutaj się, warto trwać do końca na Titanicu. Mimo wszystko.
– Ola – I póki co trwać będę. Ten rok na pewno. Kolejne chyba też, bo jakoś tak dziwnie mi to wszystko opuszczać… Byłam wczoraj w Szczecinie z uczennicą na finale ogólnopolskiego konkursu z języka angielskiego. Były dwie kategorie: gimnazjalna i licealna. Prowadząca też pracuje w gimnazjum. I znowu mnie taki smutek naszedł, że tego gimnazjalnego etapu już nie będzie niedługo. Ale takie komentarze jak Twój podtrzymują mnie na duchu. Dziękuję.

Tu, mimo upływu kilku miesięcy od edycji tego tekstu zamieściłem swój kolejny komentarz i prośbę zarazem:
– Tatul – Olu droga, Twoje obawy wyrażone w tym wpisie powoli się materializują. Jeszcze słychać krytykę pomysłu likwidacji gimnazjów, jeszcze są sprzeciwy środowiska nauczycielskiego ale wszystko wskazuje na to, że koniec blisko. Jak wygląda ten czas w szkole, w gronie nauczycielskim, wśród młodzieży i rodziców? Byłbym wdzięczny za wypowiedź wprost z frontu walki.
Czekam na odpowiedź i jak tylko się pojawi to ją przytoczę w komentarzach.
Na koniec jeszcze jeden cytat z tego bloga:
… Ale powiem Ci, że mnie ostatnio dobija przede wszystkim to, co dzieje się w Oświacie naszej polskiej. Jeju… tragedia jakaś… Nikt tu nikogo poważnie nie traktuje, nie ma z kim rozmawiać, nie ma do kogo się odwoływać i wychodzi na to, że dosłownie wszyscy ucierpią na tych reformach, tylko niektórzy jeszcze o tym po prostu nie wiedzą.

 

 

Czy to można powtórzyć???

Podczas śniadania, z naszego radyjka dobiegała miła dla ucha piosenka śpiewana przez wczesną Edytę  Górniak. Początek – jakby na rozkręcenie się brzmiał dość łagodnie, aby po chwili, jak to u Edyty nabrać siły niemal krzyku :

Nie proszę o więcej niż możesz mi dać…
Żona zareagowała nerwowo dysponując..:
– Czego ona się tak wydziera, głowa mi zaraz pęknie. Wyłącz to zaraz, albo włącz coś spokojniejszego…
Wyłączyłem, bo wiem co to znaczy ból głowy, ale zacząłem się przekomarzać:
– Pomyśl tylko – mówię , jak ona biedna ma przemówić do niego jeśli nie krzykiem? Przecież tak niewiele chce. On może to spełnić, ale jakoś się z tym ociąga więc krzyknęła. Z chłopami tak już jest, że czasem trzeba krzyknąć…|
Żona uśmiechnęła się ale nie chciała rozszerzać tej rozmowy. Piosenka przebrzmiała, jak i następujące po niej inne piosenki. Nasze życie toczyło się normalnym rytmem, typowym dla dwojga starszych ludzi, którzy TE sprawy mają już dawno uregulowane i nie zanosi się na radykalne zmiany, a więc i podpowiedź Edyty jak upominać się o swoje nie budzą emocji. Żona zapewne zapomniała o tym incydencie, ale ja postanowiłem sprawdzić o co właściwie tej Edycie chodziło. Znalazłem piosenkę, wysłuchałem jej brzmienia czytając podczas tego tekst napisany przez inną Edytę: Tekst piosenki: Edyta Bartosiewicz. Muzyka i wykonanie : Edyta Górniak http://www.tekstowo.pl/piosenka,edyta_gorniak,nie_prosze_o_wiecej.html-
Nie mów, że dzisiaj nie kończy się świat,
Że ból kiedyś minie, zagoi rany czas
Nie mów, że jeszcze przede mną jest wciąż
To, co najpiękniejsze
Jak mam uwierzyć w to?
Nie proszę o więcej niż możesz mi dać !!!
Czy jeszcze kiedyś powtórzy się
Co zdarzyło się nam…
Jeśli znam się na tekstach współczesnych piosenek, to babka została porzucona i cierpi tęskniąc za nim. Rozpamiętuje miniony czas i nie chce aby ktoś opowiadał jej jakieś bzdury typu: Ból minie, czas leczy rany, nie trać nadziei na to, że wszystko co najpiękniejsze wciąż jest przed tobą itd. itd… Ona wie, że było jak było, ale trzeba walczyć o tę miłość i dlatego gotowa mu wszystko wybaczyć woła w przestrzeń z całych sił: Wróć miły w te strony: https://www.youtube.com/watch?v=-pVs95whkNM  (proszę wysłuchać również następnej piosenki pod  tym linkiem)
Wróć do mnie wróć, całą sobą cię pragnę…
Nie proszę o więcej niż możesz mi dać
Czy jeszcze kiedyś powtórzy się
Co zdarzyło się nam
Nie proszę o więcej, zbyt dobrze Cię znam…
Czy jeszcze kiedyś, kochany…
Kochany, kochany…
Gdy skończyłem odsłuchiwanie piosenek śpiewanych przez dziewczyny i facetów mających ten sam problem, to w jakimś programie informacyjnym TVN omawiano przypadek pewnego Słowaka, który udając Włocha tak rozkochał w sobie jedną z dziewczyn wołających jak Edyta: Wróć miły, że nie bacząc na elementarne zasady bezpieczeństwa oddała mu nie tylko siebie ale i cały swój dobytek – około 800 tys. zł. Oprzytomniała w samą porę. Faceta ujęto i będzie miał sprawę o dość wysoko ustawionym wyroku odsiadki. Przy okazji wspomniano inne wyczyny takich zuchów wypełniających pustkę po byłym, czy byłej nie omieszkując wspomnieć naszego „Tulipana”, który w latach schyłkowego PRL-u uszczęśliwiał kobiety oczyszczając ich konta i zasoby. Odsiedział swoje i twierdzi, że niczego nie żałuje. Czynił wszak dobro i spełniał marzenia.

Ot życie, życie…