„Pomazańców” było wielu, ale żaden nie podskoczy przy twardzielu

   Wypowiedź pani premier Beaty Szydło, wygłoszona przy okazji mianowania swojego zastępcy Mateusza Morawieckiego na szefa SUPERRESORTU  – jakiego historia naszej państwowości jeszcze nie znała – poruszyła chyba wszystkich. „Oboje z Mateuszem jesteśmy pomazańcami  Jarosława Kaczyńskiego”- Link: https://natemat.pl/191123,mocne-wyznanie-premier-beaty-szydlo-oboje-z-mateuszem-jestesmy-pomazancami-jaroslawa-kaczynskiego
Ta poufałość wynika z konsekwentnego utrzymywania tezy o drużynie, którą przecież stworzył Prezes wszystkich prezesów Jarosław Kaczyński. Takich pomazańców jest bardzo wielu, bo to i Pan Prezydent i prezes NBP, Prezes Radiokomitetu, Prezes TVP i wielu innych. Pomazańcy pana prezesa potrafią pięknie opisywać walory charakterologiczne Pana Prezesa budując mu wspaniały wizerunek KLIK. Ostatnie doniesienia tropiące brzydką cechę poprzedników, czyli nepotyzm i kolesiostwo już we własnych szeregach PiS wskazują na to, że szeregi pomazańców liczą już tysiące ludzi, a to jeszcze nie koniec akcji tropienia tych szczęśliwców.
Na szczęście dla pozostałych – tych gorszego sortu, ale wciąż mających czynne prawo wyborcze Faktyczny Przywódca jest ideowym twardzielem, który już nie raz pokazał, że nawet gdy kogoś pomazał, to w razie sprzeniewierzenia się, czy tylko przy okazaniu braku lojalności stać go na to aby go strącić z wysokiego konia w nicość. Bywało też, że w łaskawości swej przywracał jednak do łask błądzących ale dopiero po odpowiednim ich przeczołganiu – oczywiści tylko dla korekty niektórych postaw. Wszyscy znamy wiele szczegółów pochodzących z obserwacji naszej sceny politycznej, zwłaszcza jeśli śledzimy przekaziory służące wszystkim panom, a dodatkowo przeglądamy to, co w Necie. Wiemy też co postanowił SUWEREN i jak długo trwa kadencja parlamentu.
Władza, zwłaszcza realizowana przez tak wytrawnego polityka przestrzega ważnego warunku:
Reformy, zwłaszcza tak fundamentalne jak w programie PiS-u należy przeprowadzić w pierwszym roku kadencji, a pozostałe trzy lata poświęcić na budowanie pozytywnego wizerunku władzy. Jest to warunek konieczny aby móc zrealizować marzenie każdej władzy jakim jest wygranie kolejnych wyborów. Ten warunek jest teraz realizowany, bo do października jest bardzo blisko. Jeśli poślizg z tym terminem obejmie jeszcze zimę, to i tak będzie dobrze. Ponieważ wielki plan, zwany planem Morawieckiego przyjęty przez rząd w marcu, tuż przed obchodami 100 dni rządzenia nadal pozostaje w sferze prezentacji multimedialnej, postanowiono usunąć przeszkodę jaką był główny księgowy kraju i przyznać panu Morawieckiemu wszelkie uprawnienia niezbędne do wdrożenia go w życie. Zapadła decyzja: Ucieczka do przodu!!!Skutek?
Mateusz Morawiecki dziś oficjalnie został powołany przez prezydenta na stanowisko ministra finansów. Jest też jednocześnie ministrem rozwoju. Skupia więc w swoim ręku ogromną władzę… KLIK
Co do planu Morawieckiego, który stał się oficjalnym planem PiS, to pozwolę sobie przypomnieć swój tekst z marca tego roku, w którym omówiłem podobieństwo tego planu do zewnętrznego programu dla Polski opracowanego pod patronatem Forebs – a przez ekonomistów światowych w 2015 r. Oto Link:
https://tatulowe.wordpress.com/2016/03/07/czytam-czytam-i-oczy-przecieram
Na zachętę fragment: „…Pan Morawiecki pracował cichutko, ale ta cisza była zapowiedzią mającej nastąpić rewolucji w zarządzaniu naszą gospodarką i przestawieniem jej na nowoczesne tory pozwalające nawiązać konkurencyjną walkę o rynki światowe. Swój plan ogłosił w przededniu tzw. Studniówki rządu. Dotrzymał obietnicy. Ogłosił. W doniesieniach prasowych czytaliśmy słodko brzmiące zapowiedzi:
Przeciętny Kowalski w Polsce będzie zarabiał tyle, co przeciętny obywatel w UE za 15 lat …  Taki jest m.in. cel planu rozwojowego.
Pod artykułem pojawiło się wiele komentarzy, a pośród nich ktoś taki jak ja napisał…
~stary człowiek : Mam 70 lat i od lat ciągle słyszę od polityków i ichnich ekonomistów ( nie mylić z prawdziwymi) że Musimy, Musimy, Musimy tyle, że na tym Musimy się kończy, a potem podatki w górę , opłaty z roku na rok coraz wyższe, a my za……my i poza potem na plecach niewiele z tego mamy. Ale my musimy, bo jak nie my, to kto ? Chcieliśmy zmiany tych, co nas doją, no to sobie zmieniliśmy, a oni też mówią, że Musimy, bo przecież oni niczego nie produkują oprócz bubli prawnych ale z tego w gospodarce nie przybywa. I koło się zamyka, widać taki nasz los…
Wciąż aktualne są te słowa i dlatego je przytaczam. Zaraz po nich napisałem wtedy i takie słowa:
Prawda, że to jest przygnębiające? Tyle już mieliśmy  genialnych planów mających uczynić z nas potęgę światową na miarę naszych nieskromnych, a nawet mocarstwowych ambicji, że jeszcze jeden więcej nie powinien nas oburzać. Papier przyjmie wszystko – nieprawdaż?
Budowaliśmy socjalizm według planów pięcioletnich, czy nawet czteroletnich , a realizowanych wtedy zwykle na rok przed terminem. Mieliśmy wielkie plany na korektę  socjalizmu na taki… „z  ludzką twarzą”, który jak wiemy też nie wypalił. Kolejny plan zwany planem Balcerowicza wprawdzie wypalił ,ale jak pamiętamy wielu polityków z Koziej Wólki zbudowało sobie na krytyce tamtych zamierzeń  i osoby samego autora własną karierę polityczną, a kolejne rządy tak go modyfikowały, że przestał przypominać to, co w założeniach miał zapewnić. Później był Kołodko, Hausner, Boni i pewnie paru jeszcze innych. Teraz mamy plan Morawieckiego i należy się przyglądać jak będzie  dojrzewał i jakim się wreszcie urodzi…
Czy szanse na realizację Planu Zrównoważonego Rozwoju po upływie pół roku od jego przyjęcia i przekształceniu struktury rządu wrosły? Ja wciąż jestem sceptyczny, ale jestem gotowy na rozmowę i chętnie dam się przekonać, że tak będzie.

Jak w starym, dobrym kawale…

Mój blogowy znajomy postanowił podjąć próbę zaprowadzenia na swoim blogu obowiązujących przecież zasad dyskusji, czy też debaty, która byłaby kulturalną wymianą myśli, a nie hejtem do jakiego dochodzi na większości blogów poruszających problematykę społeczną i polityczną. Napisał więc notkę zaopatrzoną numerem kolejnym oraz tytułem: Odcinek 108 – czyli, czy umiemy się spierać? We wstępie napisał:

Zamiast pisać „choleryki”, zadawajmy pytania. Proste, sensowne pytania. Panuje przekonanie (i jest to przekonanie powszechne), że w sporze, dyskusji (nie tylko politycznej) powinno chodzić o przekonanie interlokutora. Problem polega na tym, że ów interlokutor uważa dokładnie tak samo. I obaj nie spoczną dopóki tego nie dokonają. W jaki sposób ów proces „przekonywania” może się powieść, gdy strony słyszą tylko swoje argumenty – nie mam pojęcia. Niestety od lat nasza klasa polityczna uprawia „dialog ” na takiej właśnie zasadzie. Nie mam takiej mocy sprawczej by to zmienić ale myślę, że na naszym blogu też jest jakieś poletko do popisu… Na przykład ja zadałbym stronom dzisiejszego sporu pytanie – „Czy akceptujemy monteskiuszowski trójpodział władzy”. Tu zapraszam do przeczytania całości, a zwłaszcza dyskusji jaką ta próba wywołała: http://leszek-moje-reflesje-blog-onet.blogspot.com/2016/09/okiem-emeryta-108-sokrates-dla-ubogich-1.html  Trudno tam znaleźć odpowiedź na postawione pytanie, ale za to łatwo dostrzeżemy wszelkie odstępstwa od zasad prowadzenia publicznej debaty. Zabrałem po dłuuuugiej przerwie głos w tej debacie. Gdy obaczyłem co się święci, to natychmiast zamilkłem aby Broń Boże nie sprowokować hejterów do walki ze mną, albo co gorsze zainfekować nimi mój spokojny dotąd  blog. Dyskusja trwa nadal i mam zabawę ze śledzeniem wypowiedzi tych, którzy podporządkowali się apelowi autora jak i tych, którzy uprawiają zwykłą już „naparzankę”.
No a jak to się ma do tytułu ten notki? Już spieszę z objaśnieniami.
Pewien pan miał dobrane towarzystwo, które jednak pozostawiało po spotkaniach dość niemiłe wspomnienia. Kac i to nie tylko alkoholowy towarzyszył mu zawsze i odbierał radość płynącą z biesiadowania. Po przemyśleniu całej sprawy postanowił to zmienić . Zakupił wytworne alkohole, zamówił wspaniały bufet z przekąskami i postanowił, że koniec z toastami, piciem na komendę, a później zwyczajnym już żłopaniem wódy. Zapraszając całe towarzystwo zadał sobie trud objaśnienia każdemu z osobna istoty i celu zmiany zasad przebiegu spotkań. Wszyscy okazali zrozumienie i ochoczo przystali na nowe warunki. Przybyli, pochwalili, ale jakoś nie każdemu pasowały wytworne alkohole i maczanie w nich „dziubka”. Atmosfera była dość sztywna. Rozmowy nie kleiły się gdyż dotąd nie było zwyczaju rozmawiania w parach, czy też węższych kręgach. Za stołem było lepiej . Jeden mówił, a reszta słuchała, aby wreszcie osiągnąć tak ulubiony stan, kiedy wszyscy mówili jednocześnie przekrzykując się wzajemnie. Brakowało jednego: Rozmownej wody. Postanowili odpuścić sobie wcześniejsze uzgodnienia. Ktoś wreszcie przemówił:… No polej stary, daj spokój z tym salonem, to nie dla nas… No i poszło. Koniaki pito jak czystą i nie poprzestano, aż skończyły się zapasy w bogato wyposażonym barku . Imprezę uratowano.
Tylko kac pozostał i to nie tylko ten alkoholowy

Pokój niech będzie z nami…

Gołabek-pokoju...Mój przyjaciel Facebook,  który wciąż stara się umilać mi czas przypominając udostępniane przed rokiem, dwoma trzema itd. laty teksty i zdjęcia przypomniał niedawno tekst o symbolice wojny i pokoju wyobrażonej w postaci leżącego bez życia białego gołąbka pokoju, nad którym z troską pochyliły się jakieś czarne ptaszyska symbolizujące wojnę. Czytaj dalej

Jak Ci smutno – idź na cmentarz…

Wieczór 012.Od młodzieńczych lat ciągnęło mnie do oglądania kościołów i cmentarzy.  Nie umiem tego wytłumaczyć. Byłem i jestem introwertykiem. Czy nastrój tych miejsc mnie urzekał, czy późniejsze zainteresowanie rzeźbą już wtedy się objawiało w ten sposób? Dość powiedzieć, że gdzie tylko byłem to odwiedzałem również te obiekty.    Sporo wspomnień związanych z wędrówką po cmentarzach opowiadałem znajomym i moim uczniom. Podczas pobytu w Szczecinie w 1965 r, dzięki mojej przemiłej kuzynce, opiekunce i przewodniczce Ali zwiedziłem również cmentarz, który mnie oszołomił swymi rozmiarami. Piękne, szerokie aleje, drzewa i zadbane trawniki przypominały park. Ala pokazała mi też poniemiecki budynek z czerwonej cegły, gdzie było, jeszcze „za Niemca”, krematorium. Wtedy jeszcze go nie używano, gdyż musiało jeszcze wiele czasu upłynąć, aby nasze społeczeństwo zaakceptowało tę formę pochówku. Na końcu alei, wstydliwie skryte w zdziczałych już zaroślach, stały ułożone jedna przy drugiej płyty nagrobne zapisane pięknym gotykiem, należące do dawnych obywateli miasta Szczecin – Niemców. Gdy pomyślałem, że te piękne aleje wytyczono na grobach przedwojennych mieszkańców, z których usunięto te płyty nagrobne, to przeżyłem wstrząs. Oto uczyłem się historii w systemie pozaszkolnym, z życia. W kolejnych latach przyszło mi przeżyć przyspieszoną edukację na przykładzie kirkutów – cmentarzy żydowskich, z których usunięte macewy służyły nam, Polakom jako płyty chodnikowe i kamienie do ostrzenia kos – tzw. ostrzaki. Ba, nawet plac przykościelny w jakiejś prowincjonalnej miejscowości wyłożono tymi macewami, odwróconymi napisami w dół, aby nie szokować ludzi. Wszyscy, z proboszczem tamtej parafii włącznie wiedzieli o tym, i…?
To tylko kolejny przykład naszego  chrześcijańskiego stosunku do zmarłych innych wyznań. A co się stało z ich cmentarzami? Czy ludzie mieszkający lub pracujący w domach wybudowanych na kirkutach odczuwają z tego powodu jakieś niepokoje? Myślą o tych, po szczątkach których, codziennie stąpają? A może myślą o nich w tych dniach,  kiedy odwiedzają wypielęgnowane groby swoich bliskich? Jeszcze jedno doświadczenie, tym razem ze Lwowa. Kilka lat temu byłem tam z wycieczką i obowiązkowo odwiedziliśmy Cmentarz Łyczakowski i Cmentarz Orląt. Nasza przewspaniała przewodniczka – Polka, którą słyszałem później w roli korespondenta radia w czasie pomarańczowej rewolucji – opowiedziała nam prawdziwą historię tego miejsca. Walka polskich patriotów i katolików o ocalenie cmentarza, na którym radzieccy przyjaciele urządzili wysypisko śmieci, to materiał na scenariusz filmowy. Mieszkający tam Polacy wynosili te śmieci w plecakach, walizach i w czym się tylko dało, i to w konspiracyjny sposób. Mieszkając u Polki pracującej jako położna w jednym ze szpitali lwowskich, przegadaliśmy niemal w całości dwie noce wypytując o tamte czasy i przeżycia Polaków, którym trudno było wtedy być Polakami. To kolejna lekcja historii z życia.

Po tym wstępie pora na scenkę z naszego, tym razem cmentarza. Kilka lat temu w czynie społecznym usuwaliśmy z cmentarza sporych rozmiarów pryzmę śmieci usypaną przez nas samych, na zaniedbanej i nie odwiedzanej jego części. Nikt nie wiedział kiedy ta piramida urosła. Wszyscy wiedzieli z czego była usypana. To ludzie porządkujący groby swoich bliskich mieli wygodę. Sprzątając groby swoich krewnych – śmieci wysypywali na groby innych. Trudno było nabierać na łopatę śmieci cmentarne, bo to i resztki wieńców i zniczy, ale kolejnego szoku doznałem, gdy wyszarpałem ze śmieci coś, co mi nie pozwalało zagłębić łopaty w pryzmę. Ze zgrozą dostrzegłem, że są to… czarne rajstopy, w których grzechotały kości nóg jakiejś zmarłej. Pokazałem znalezisko ludziom pracującym obok z pytaniem: – Jak można było kopiąc grobowiec na miejscu jakiegoś zapomnianego grobu nie pozostawić tych szczątków tam, gdzie leżały, tylko wyrzucić na stertę śmieci? Poprosiliśmy naszego kościelnego o zabezpieczenie tych szczątków i pogrzebanie ich w cmentarnej ziemi przy okazji kopania jakiegoś kolejnego grobu. Tacy jesteśmy. Przeżywamy odejście bliskich. Modlimy się za nich i nawet do nich. Czynimy z cmentarzy nie tylko miejsce okazjonalnych odwiedzin, ale również cel codziennych wędrówek i spacerów, a równocześnie stać  nas na kradzież kwiatów, albo zniczy z grobów, czy też metalowych ozdób z grobowców. Jacy właściwie jesteśmy?

   Dla poprawy nastroju historyjka z ubiegłego roku mająca związek z tytułem opowiadanka. Wieczorem, tak jak od zawsze czynimy to w naszej rodzinie, wybraliśmy się z żoną na wieczorne odwiedziny zmarłych leżących na naszym parafialnym cmentarzu. Nastrój wieczoru nie da się porównać z niczym innym. Blask dochodzący od kolorowych zniczów pozwala rozpoznawać mijanych ludzi niemal w ostatniej chwili. Sporo znajomych, w tym i młodzieży pozdrawiającej swoich belfrów. Spacerujemy powoli, przystając – z roku na rok coraz częściej – przy tych co odeszli, aby zmówić modlitwę. Wreszcie wracamy w kierunku głównej alei. Przystajemy jeszcze raz przy grobowcu moich Rodziców. Widzę przy nim jakieś dwie młode kobiety. Modlą się. Czekamy chwilkę. Widzę znak krzyża czyniony na zakończenie modlitwy i…

–  Dobry wieczór. Państwo mnie nie poznają? Magda jestem. Jako dziecko mieszkałam z rodzicami u pańskich rodziców. Na panią Marysię mówiłam babciu. Przyjechałam z koleżanką w tym wyjątkowym dniu, aby się pomodlić na grobie babci. Teraz rozpoznaję w niej Magdę jako byłą moją uczennicę. Idziemy wspólnie w kierunku wyjścia. Pytam:
– Co słychać?
– Oj sporo słychać. – Odpowiada. – Rodzice rozjechali się po Europie za pracą. Siostra wyszła za mąż i ma małe dziecko. Mieszkam zupełnie sama.
– Taka piękna dziewczyna jest sama? – pytam
– Tak wyszło.
– A gdzie pracujesz? – pytam.
– Jestem pielęgniarką w domu opieki, – odpowiada.
– To trudną masz pracę, mówię.
– Nie wyobrażam sobie innej. Jestem bardzo zadowolona z pracy, – mówi. Mam coraz więcej wspólnego z opieką zdrowotną, bo sama zachorowałam. Ziarnica. Rok leczenia. Radio i chemoterapia pomogły. Włoski mi wyszły, ale odrosły już nowe, nawet ładniejsze, bo się kręcą. O proszę – pokazuje ładną fryzurkę. – Teraz jestem już w czasie remisji. A sama jestem z tego powodu, że mój narzeczony zostawił mnie, jak się dowiedział o mojej chorobie. Ale nie skarżę się i nie płaczę. Lepiej, że się tak stało niż miałoby to później ważyć na naszych losach…
 Byłem oszołomiony. Żona też miała podobne odczucia. Ile można się dowiedzieć o życiu w ciągu kilkunastominutowej rozmowy? O ludziach także. To przecież młoda dziewczyna i tyle już przeżyła, a jaka postawa? Jakie doświadczenie ma już za sobą? Opowiedziałem o tym spotkaniu wielu osobom. Wykorzystałem nauki płynące z tego spotkania na lekcjach wychowawczych. Sam sporo się nauczyłem. Wtedy jeszcze nawet się nie domyślałem tego, że dokładnie za rok po przygodzie, jaką przeżyła Magda ja sam powędruję korytarzami tego samego szpitala, szukając ratunku dla swojego zdrowia. Opisałem to w poście „Rodzina”.

Wędrując po cmentarzu możemy wspominać, ale i uczyć się. Warto poddać się refleksyjnym nastrojom. Miłego spacerowania i głębokich refleksji życzę. Ja też wybiorę się na wieczorne „myślenice”. Jak co roku. Może się tam spotkamy…

Ja – bloger Onetu mam duże oczekiwania

kroplówka i tlenJuż osiem lat minęło odkąd córka założyła mi ten blog na platformie Onetu właśnie. W pierwszych latach jakoś to szło. Redakcja zajmująca się blogami trzymała rękę na pulsie i codziennie, a nawet częściej zamieszczała na pierwszej stronie Onet-u interesujące notki. Promowano w ten sposób autorów i ich blogi, a i czytelnikom dostarczano masowej rozrywki, jako że na takie polecenie  wybrany blog nawiedzało często ponad sto tysięcy czytelników pozostawiających setki komentarzy.  Ulubieni przez redakcję autorzy chwalili się tym na blogach i mieli satysfakcję płynącą z tego, że ktoś ich doceniał. Coś się działo. Był też okres przebudowy portalu i wtedy poczęstowano nas okropnymi trudnościami w edycji tekstów jak i w obsłudze bloga. Wielu blogerów przeniosło się na inne portale, ale większość pozostała. Teraz jest już łatwiej publikować. Tylko że z promocją blogów zrobiło się całkiem beznadziejnie. Wkurzało mnie pozostawianie tygodniami nie zmienianej zakładki <blogi> na pierwszej stronie, a na redakcyjnej stronie Blog.pl wciąż zawieszony jest tekst o gali Blog Roku 2015, która jak wiemy miała miejsce w marcu 2016. Rankingi blogów kiedyś często zmieniane teraz są od tego samego czasu jakby zabetonowane  na stałe. Nawykły do sprawdzania jak to jest z moim blogiem nadal często tam zaglądam ale wciąż trafiam na opisaną sytuację. Wkurzyłem się wreszcie i napisałem do redakcji Blog.pl list:

2016-09-11 16:07 – Tatul  napisał(a):  Anna Sadowska prezentuje na stronie Blog.pl  wpis mówiący o tym, że promowanie przez Was jej tekstów przysporzyło jej czytelników. Co się u Was porobiło, że od tygodni nie zmieniacie promowanych na stronie głównej Onet. notek?
Dlaczego rankingi blogów w różnych kategoriach zostały od kilku miesięcy zabetonowane ma mur?
Nie zależy Wam na zwiększaniu czytelnictwa blogów mimo że reklamy wciskają się tak do poczty Onet jak i na blogi?
Stawiałem już te pytania i… Jak grochem o ścianę.
Może ktoś mi  łaskawie odpowie
Pozdrawiam – Tatul
Odpowiedź nadeszła po paru dniach:
Szanowni Państwo, dziękujemy za przesłany list.
Uprzejmie informujemy, że Państwa uwagi zostały przekazane do Redakcji serwisu blog.pl
Pozdrawiamy, BOK Blog.pl
Zapewne odpowiedź została wygenerowana przez komputer – pomyślałem , a ponieważ brakowało zmian na wspomnianych stronach, to ponowiłem swój apel. Gdy dzisiaj zajrzałem to aż mnie zatkało. Zmieniono polecane teksty na 5 blogach i obok czterech promujących jakieś żarcie znalazło się coś do poczytania dla innych niż gospodynie domowe. Natychmiast tam wszedłem i już wstępniak przykuł moją uwagę następującymi słowami:
Budzę się. Pierwszą czynnością nie jest pójście pod prysznic ani nawet załatwienie innych potrzeb. Najważniejsze to sprawdzić maila, media społecznościowe, najważniejsze informacje na portalach. I tak kilkadziesiąt razy w ciągu dnia. Tu do poczytania cała reszta notki : http://namoimpodworku.blog.pl/2016/09/15/uzaleznieni-od-informacji/  Natychmiast skomentowałem:
Tak właśnie jest. Coraz częściej szukam uzasadnień dla pozostawienia włączonego komputera aby szybciej do niego podejść i zobaczyć co nowego w komentarzach do mojego bloga, co nowego na Fb, co w poczcie … To zakrawa na uzależnienie ale nie jest mi z tym źle. Może dlatego, że jestem emerytem? 

Czekam wciąż na odzew autorki podnoszącej ważny problem uzależnienia od wytworów technologii IT, które staje  się coraz bardziej powszechne i obejmuje nie tylko seniorów ale nawet malutkie dzieci. Przed napisaniem tego tekstu zapytałem domowników i gości naszego domu o to jak postrzegają mój przypadek. Diagnoza była jednoznaczna. Jestem jednym z tych, którym trudno zaakceptować nawet kilkugodzinne odstawienie od komputera.
Muszę to poważnie przemyśleć

 

 

Przyjaciel pies miał na imię Agis

Taki był, gdy się do nas wprowadził

 

Panowie prowadzący w TVN 24  Szkło kontaktowe przed paroma dniami przypominali sobie na antenie różne nasze powiedzonka z psem w tytule. O dziwo znaleźli kilkanaście takich powiedzeń, a przecież nie wyczerpali tematu. My sami też moglibyśmy dodać do powiedzeń typu: Pies ci mordę lizał; Pies z tobą tańcował; Psia krew. Zeszedł na psy… sporo innych o bardzo pozytywnym wydźwięku. Dla przykładu Sztaudynger:
Tę prawdę poznajemy z wiekiem,|
Nie każdy pies jest psem, nie każdy człowiek człowiekiem
.
– „Pies jest jedyną istotą na świecie , która bardziej kocha Ciebie niż samego siebie”./J. Billings /
– „Na początku Bóg stworzył człowieka, ale widząc go tak słabym, dał mu psa” – /Alfons Toussenel/
– „Aby mieć właściwe spojrzenie na własną pozycję w życiu, człowiek powinien posiadać psa, który będzie go uwielbiał, i kota, który będzie go ignorował”./ D. Bruce
– „Ten kraj szczęśliwy … gdzie – po psie płaczą szczerze i dłużej …”/Adam Mickiewicz/
– „Jeśli ktoś się nie podoba twojemu psu, najprawdopodobniej tobie też nie powinien się podobać” – /Anonim/
Pies poczciwszy od człowieka – nim ukąsi, pierwej szczeka.
Wystarczy wpisać do wyszukiwarki stosowne hasło i to co nam się wyświetli na pewno nas poruszy. Autorzy z różnych epok pisząc swoje przemyślenia na temat przyjaźni z psem na pewno kochali swoje psy skoro takie świadectwa im wystawili.

Dlaczego ja dzisiaj tyle piszę o psie, ano dlatego, że gdy rankiem zaglądnąłem do zaprzyjaźnionego bloga https://klateracje.blogspot.com/2016/09/na-psa-urok-tola.html  to znalazłem ciekawie i nawet zabawnie napisane historyjki związane ze zwierzakami, które żyły w domu autora, w tym również o pożegnaniach z nimi. Tekst bogato ilustrowany zdjęciami zaczyna się taką oto psią deklaracją:
Bardziej kocham ciebie niż siebie samego,
Nic na to nie poradzę, takie pieskie ego,
A kiedy podkulę ogon do ostatniej podroży,
To płakał po mnie będziesz
I szczerzej, i dłużej.
   Trafił mnie w czułe miejsce, gdyż może nie płaczę, ale wraz z żoną bardzo przeżywamy pożegnanie z naszymi pupilami. Prawie w jednym czasie pożegnaliśmy się z psem , który porzucony przez poprzedniego „pana” zamieszkał z nami 7 lat temu i kotkę, którą jako małe kocię dostaliśmy w prezencie od moje siostry 18 lat temu.
Przeczytałem tekst i większość obszernej dyskusji pod nim, a w końcu i sam zabrałem głos w sprawie pisząc:
Zaglądam… Czytam… Nachodzą mnie wspomnienia. Aktualnie przeżywamy smutek rozstania z naszymi zwierzętami. Odszedł od nas przygarnięty przed 7 laty pies o pokroju wilka, którego ktoś porzucił na parkingu pobliskiego zakładu wulkanizacyjnego. Ujęło nas to, że sam sobie wybrał nasze domostwo i uparcie przeskakiwał przez siatkę dotąd, aż zaakceptowaliśmy jego adopcję. Nie wiedzieliśmy ile miał lat, ale zasmuciliśmy się gdy podczas spaceru spotkany znawca psów zwrócił się do niego: No i co staruszku? Odtąd już inaczej patrzyliśmy na jego walkę z przejawami starości i niedołęstwa. Tydzień po nim odeszła nasza kocica, która była z nami przez 18 lat, a więc w przeliczaniu wieku zwierząt na parametry ludzi była baaaardzo stara. Obserwując procesy starzenia jakim podlegały nasze zwierzęta myśleliśmy o sobie. Nie chcemy przeżywać tego ponownie…
   Przed opisaniem tej dzisiejszej przygody zaglądnąłem do cytowanego tekstu i znalazłem tam odpowiedź autora. Oto ona:
 – Też wydawało mi sie, tatulu, że po stracie Fancy, nie będzie mnie stać emocjonalnie na opiekę nad kolejnym psem. A jednak stało sie inaczej. Chyba spełniło sie stare żydowskie porzekadło (jidysz): „Men tracht und Gott lacht (kiedy człowiek coś planuje, to Pan Bóg z niego się śmieje!)”.
Tym razem nie był to jakiś upiorny chichot, lecz śmiech nader przyjazny! Ból po stracie ukochanych pupilków jest zawsze szczery i dojmujący. Ludzi wobec siebie nie zawsze na to stać…
Serdeczności
    Nie będę teraz rozstrzygał kiedy i na mnie spłynie potrzeba sprawienia sobie nowego przyjaciela. Wystarczy powiedzieć, że każde otwarcie bramy związane z wyjazdem samochodu związane jest z nawykiem sprawdzenia gdzie jest pies. Rankiem i wieczorem gdy przychodzi pora karmienia naszych zwierzątek odzywają się nawyki jakie w sobie w minionych latach wytworzyłem. To samo podczas zakupów gdy zastanawiam się, czy mam wystarczający zapas karmy.
Przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka – powiadają ci, którzy na ludziach się znają. Straciliśmy domowników, ale mamy świadomość tego, że żyły z nami w miarę komfortowo, a my zyskaliśmy dzięki nim dużo doświadczeń i przemyśleń

.

Cytaty cynią cłowieka ocytanym?

Powyższy cytat znalazłem kiedyś na stronie :Teksty z murów (Dla zainteresowanych: Wiele jest podobnych stron i nie wszystkie zostały pozbawione treści wulgarnych i pisanych poniżej pewnego akceptowanego powszechnie poziomu. Warto je przeglądnąć, bo za nimi nie stoją jakieś sławne nazwiska, a jednak wiele z nich jest genialnie sformułowane, dowcipne, a do tego spełnia wymogi gatunku, do których według znawców tematu należy zaliczyć: Czytaj dalej

Radny, czyli zaradny?

W mojej karierze (ha, ha, ha…) zawodowej byłem zwykłym spółdzielczym urzędniczyną – 1 rok, byłem lustratorem (to znacznie więcej niż dzisiejszy audytor)Centrali Rolniczych Spółdzielni ”Samopomoc Chłopska” – przez 5 lat, prezesem zarządu Gminnej spółdzielni – też 5 lat, a w tym czasie ukończyłem studia ekonomiczne, a w innej spółdzielni znów 2 lata prezesem zarządu  zanim wreszcie zostałem nauczycielem już po kres mojej aktywności – 22 lata. Sporo tego było, prawda? Sam mawiałem z ironią o tej mojej (ha, ha, ha…) karierze,  że … Co zawód, to zawód. Zmieniałem pracę zawsze na zasadzie porozumienia stron i zawsze miałem trudności w uwolnieniu się od obowiązków. Na ogół nikt stojący z boku nie chciał mi wierzyć w to, że to ja sam rezygnowałem z czegoś tak intratnego jak stołki prezesa spółdzielni.

Już jako nauczyciel podjąłem się obowiązków przewodniczącego rady nadzorczej w spółdzielni mieszkaniowej, w której otrzymałem po 18 latach oczekiwania mieszkanie lokatorskie. Poszło zwyczajnie. Wziąłem udział w zebraniu członkowskim, bo chciałem coś zrobić dla siebie i wielu innych nieszczęśników, którzy otrzymywali w podobnym czasie (1987-89)mieszkania w nowo oddawanych blokach. Wszyscy mieliśmy wtedy podobną atrakcję w docieraniu do mieszkań. Było to błoto o konsystencji śmietany pochodzące z miejscowych iłów o barwie popielu. Chodziliśmy unurzani w tym błocie po kostki, bo nie miał kto, i za co utwardzić nowej ulicy, przy której postawiono nasze bloki. Idąc do pracy musieliśmy więc po drodze zmieniać buty, aby jakoś po ludzku wyglądać. Poszedłem więc aby domagać się skrócenia naszych mąk i zabierałem wielokrotnie głos w tej i nie tylko w tej sprawie. Byłem aktywnym mieszkańcem więc zgłoszono mnie na kandydata na Walne Zebranie, które wybrało mnie na członka Rady Nadzorczej, a ta na swego przewodniczącego. Nim się obejrzałem już było po sprawie. Kadencja trwała 3 lata, a w moim przypadku, ponieważ  nie udało mi się z tego wyplątać wybrano mnie i na kolejną kadencję  i tak spędziłem zanurzony w spółdzielcze sprawy długie 6 lat. Na kolejne Walne Zebranie  poszedłem już zdeterminowany. NIE! Bo właśnie przestałem być członkiem spółdzielni. Było to w roku 1994 kiedy na skutek zmian jakie zachodziły w Polsce po 1989 roku niemal cała spółdzielczość upadła, a spółdzielczość mieszkaniowa utraciwszy finansową pomoc państwa przestała inwestować w bazę mieszkaniową stała się de facto spółdzielczością zarządzającą zasobami. Taka była moja kariera (ha, ha, ha…) w zakresie prominentnych stanowisk w zarządach i radach nadzorczych spółdzielni.
Od czasu odejścia z tej fuchy nikt nawet nie wspomniał o tym, że przepracowałem tam 6 lat. Natrudziłem się z problemami jakie życie stawiało przed spółdzielnią , a więc i jej radą nadzorczą biorąc za tę fuchę tyle forsy, że aż mi zazdroszczono. Wypłacano nam dietę za zebrania, które odbywały się raz w miesiącu, głównie wieczorami i trwały zwykle 4-6 godzin. Wynagrodzeniem była ½ diety liczonej tak, jak w podróży służbowej, czyli jakieś 6-8 złotych… Na miesiąc!!!  Dla uzupełnienia obrazu osiąganych korzyści dodam jeszcze i ten fakt, że bywały jeszcze herbatki i jakieś ciasteczka do tej herbatki, ale bez szaleństw.|
Wspominam te fakty, bo coś się jednak zmieniło po latach. Oto jakieś dwa tygodnie temu otrzymałem zaproszenie z „mojej” spółdzielni mieszkaniowej na spotkanie z okazji obchodów 50 lecia istnienia tej spółdzielni. Byłem zaszczycony i pojechałem. Otrzymałem pamiątkowy medal 50 lecia i bonus w postaci książki z rycinami starych zakątków miasta, w którym tyle nowego zawdzięczamy spółdzielcom. Posłuchałem o historii i o perspektywach na przyszłość. Podano kawę i herbatkę i domowe ciasto, chyba upieczone w ramach oszczędności przez pracownice spółdzielni. Nie wiem kiedy sobie znowu o nas – starych działaczach przypomną, a jeśli nawet, to mogę już być po drugiej stronie.
Mam jednak świadomość rzetelnego wykonania ważnej funkcji i to w absolutnie społecznym charakterze. W okresie późniejszym miałem również przyjemność – na podobnych zasadach – sprawować  funkcję przewodniczącego Komisji Rewizyjnej w oddziale (szczebel powiatu)  Związku Nauczycielstwa Polskiego. Ten fakt został odnotowany w opracowaniu jubileuszowym jakiego dopracował się ZNP. Może kiedyś napiszą historię Spółdzielni Mieszkaniowej i tam wymienią w dwóch linijkach moje nazwisko, funkcję i czas jej sprawowania? Takie miody na mnie spływały z racji pełnienia tych i jeszcze innych funkcji społecznych.
Kto miał do czynienia z tak pojmowaną aktywnością społeczną ten zapewne jest podobnie jak ja oburzony ostatnimi posunięciami kadrowymi nowej władzy. Niezwykle zdolny pan Misiewicz – tak jak tysiące innych – jest w stanie podjąć się każdej pracy i takie propozycje otrzymuje od swego potężnego mentora. Wszystko potrafi i na wszystkim się zna. Ma najważniejsze z obowiązujących obecnie kompetencji. Jest lojalny.  To wystarczy.  http://natemat.pl/189347,czlowiek-wielu-talentow-rzecznik-macierewicza-ma-kolejna-posade-tym-razem-w-tvp

https://www.wprost.pl/kraj/10022338/Misiewicz-w-radzie-nadzorczej-PGZ-Koncze-studia-licencjackie.html

Jak mają się do obecnych standardów stare zasady starych ludzi?