Mam zaproszenie do wizyty w Bydgoszczy

Dzisiaj pozwolę sobie powrócić do tekstu sprzed dwóch tygodni, w którym nawiązałem do społecznej akcji: Podziękuj nauczycielowi. Dla przypomnienia link. Przedstawiłem tam pokrótce sylwetkę mojego nauczyciela z technikum oraz niecodzienne metody jakie wobec uczniów stosował na swoich zajęciach. Spodziewałem się poruszyć  wrażliwość czytelników i wywołać szeroką dyskusję nad tym za co lubimy lub nie lubiliśmy swoich nauczycieli. Szału nie było, bo stali moi goście podzielali moje poglądy na sprawę lub byli na tyle delikatni aby nie wyciągać z niepamięci  drażliwych wspomnień i tu je upowszechniać. Udostępniłem na stronie instytutu link do mojej blogowej opowieści w nadziei na to, że profesor dotrze do tego tekstu i go przeczyta. Po tym wyczynie niemal codziennie sprawdzałem naszą korespondencję  szukając jakiegoś potwierdzenia tego faktu. Doczekałem się. Mój rozmówca, a syn profesora zamieścił tam w ubiegłym tygodniu króciutki wpis:
Przesłałem Panu nr tel. kom. w prywatnych wiadomościach. Profesor POZDRAWIA i czeka na telefon.
    Byłem nieco zaskoczony, ale i cieszyłem się zarazem. Moja żona od razu zastrzegła sobie obowiązkową obecność przy tej rozmowie . Gdy tylko  udało się nam znaleźć taki dogodny moment to wybrałem podany numer i …
– Dzień doby, nazywam się  X Y i jestem byłym uczniem profesora Sadkiewicza. Czy mógłbym z nim porozmawiać?
– Ależ proszę… –  odezwał się miły damski głos, a za chwilę już rozmawiałem z profesorem. Przypomniałem okres w który chodziłem do technikum i rolę jaką inż. Sadkiewicz odgrywał w naszym uczniowskim życiu. Wspomniałem różne jego wyczyny jak np. parkowanie samochodu na boisku szkolnym dokonywane na pełnym gazie z zatrzymaniem się o parę centymetrów od muru . Stojąc w grupie chłopaków zawsze podziwialiśmy ten wyczyn. – Jak on to robi, że jest zdolny do powtarzania tego manewru bez uszkodzenia choćby zderzaka  – zastanawialiśmy się często. Profesor śmiał się i dopowiedział, że teraz już nie mógłby tego powtórzyć, ale mimo znacznego przekroczenia 80- tki nadal jeździ po Polsce i świecie. Tekst na blogu przeczytał i bardzo mu się podobał. Szczegóły z pracy w szkole oczywiście pamięta, ale nie sądził że tak wryją się w pamięć jego uczniów.

Przedstawił mi pokrótce swoją karierę zawodową mierzoną uzyskiwaniem kolejnymi stopni naukowych oraz patentów dla swoich wynalazków, które zawędrowały nie tylko do laboratoriów prowadzonych w piekarniach i młynach w Polsce ale i w szerokim świecie. Szczegóły tej kariery poznałem dopiero po rozmowie wpadając na tę stronę: http://www.ips.wm.tu.koszalin.pl/doc/2014/1.2014/pdf_strona/IPS_1_2014_LUDZIE%20NAUKI.pdf
Istotnie, niebywałe dokonania i zasłużone sukcesy, nie tylko wobec byłych uczniów ale nawet wobec swoich synów, którzy – jak się to mówi „weszli w buty ojca” i z sukcesem kontynuują  jego dzieło.
Profesor przepytał mnie o „moją karierę” i nie omieszkał wspomnieć o tym, że wielu z jego uczniów wysoko zaszło, bo kilku jest profesorami, a kilku doktorami po habilitacji. Był wyraźnie zdziwiony tym, że będąc na emeryturze nie pracuję zawodowo, bo praca trzyma go w ciągłej sprawności nawet w momentach, gdy coś tam strzyka, czy dokucza w inny sposób. Doradzał mi zmianę trybu życia no i zapraszał do siebie, oczywiście z żoną  na szersze i dłuższe pogawędki.
Zaproszenie przyjąłem z nieskrywaną radością. Żona podsumowała naszą rozmowę jednym zdaniem:
– No, to była bardzo miła rozmowa i chyba dość rzadki przypadek nawiązania ponownych kontaktów z byłym nauczycielem po niemal 50 latach  od ukończenia nauki w szkole.
Z analizy notki biograficznej umieszczonej pod załączonym linkiem wyczytałem, że mój profesor odszedł ze szkoły dwa lata po mnie i już nie powrócił do nauczycielskiej roboty. Pochłonęła go pasja inżyniera, konstruktora i mechanika, a nauk udzielał już na wyższym poziomie w miejscowym uniwersytecie i na przeróżnych szkoleniach