Każdy chce i potrzebuje rozmowy, tylko o rozmówcę trudno

Każdy powinien mieć kogoś

Mema udostępniła jedna z moich znajomych na swoim koncie Fejsbuka. Treść ma głęboki sens, bo została napisana przez wybitnego autora i  chyba nikt nie będzie kwestionował jej słuszności. Ja również się z nią zgadzam, tylko że ktoś połączył w całość treść z nie pasującym do tego przesłania zdjęciem. Ten osiłek i bokser jest niby symbolem owego „każdego”?, a do tego założył słuchawki żeby nie słuchać rozmówcy?  Rękawice bokserskie sprzyjają dobrej rozmowie? A może to ona przyszła do niego aby pogadać i nawiązawszy nim  full kontakt czołami nawet nie zadbała o to, aby on zdjął te słuchawki?
Ponieważ lubię tę moją znajomą to postanowiłem ją zapytać:
– On, mając słuchawki na uszach chyba tylko mówi, co?
– Może to on właśnie potrzebuje się wygadać – odpowiedziała
– W rękawicach bokserskich łatwiej trafić … do przekonania – pytałem dalej
– Dokładnie – odpowiedziała bez zwłoki
–  Bo według niego bardziej liczy się argument siły, a nie siła argumentu, co?
Tu nasza rozmowa się przerwała i tylko lajk przy ostatniej zaczepce potwierdzał, że trafiłem w sedno.
Powie ktoś, że się czepiam, a ja tylko zgłaszam swoje wątpliwości do ważnego społecznie problemu jakim jest dobra, szczera i oczyszczająca rozmowa. Każdy chce mieć kogoś z kim… Dlaczego jednak nie każdy może sobie to zapewnić? Chcemy się tylko wygadać? Tak jak w zasłyszanej kiedyś opowieści, z której wynikało, że w pewnym mieście funkcjonuje pewna pani, która przychodzi do kawiarni i stawia na stoliku ogłoszenie : – Jestem gotowa cię wysłuchać. Okazuje się, że na brak zajęcia nie narzeka. Kolejek nie było, ale zawsze ktoś czekał aż zwolni się miejsce obok tej pani. A może jednak ta rozmowa ma czemuś służyć, np. wyjaśnieniu wątpliwości, znalezieniu kompromisu, a potem nawet zażegnania jakiegoś tam kryzysu i wypracowanie warunków do zgody?
Aby zilustrować tok moich myśli posłużę się przykładem.
Podczas ostatniej mojej wizyty u mojej Ani nasza rozmowa zeszła na aktywność w zakresie konwersacji jaką przejawia moja wnusia Marysia. Ona – co chyba typowe dla dzieci w jej wieku – może zamęczyć pytaniami, stawianymi opiniami, domaganiem się tego, co akurat wydało się jej najpotrzebniejsze i atrakcyjne. Ania mówi, że to jest bardzo ciekawe, ale – jak to mawiał pewien góral – bywa menconce. Przy takim właśnie spędzania czasu w oczekiwaniu na autobus Marysia bawiła mamę rozmową, której przysłuchiwali się również czekający tam ludzie. Jeden z panów będąc wyraźnie poruszony treścią rozmowy odezwał się do Ani następującymi słowami:
Przepraszam ale tak mimo woli przysłuchuję się waszej rozmowie i zupełnie przypomniała mi się moja córka. Jest w podobnym wieku i podobnie reaguje na rozmowę. Tylko, że moja żona odeszła ode mnie i zabrała za sobą córeczkę, a teraz uniemożliwia mi kontakt z dzieckiem. Bardzo mnie tym skrzywdziła…
Tu dało się zauważyć, że ten człowiek był lekko pod wpływem, co może było czynnikiem sprzyjającym otwarciu się wobec obcej osoby. Nie był jednak pijany. Był wyraźnie przygnębiony i jakby zainteresowany okazją do wygadania się. Ania odpowiedziała pocieszająco, że może nie wszystko stracone, że trzeba szukać okazji do porozumienia się w tej sprawie, a gdyby nawet nie dało się tego załatwić w rodzinie, to niech pamięta, że nie jest sam. Zawsze może np. pójść do kościoła, bo tam jest Ktoś, kto wysłucha każdego, i nawet może podsunąć jakieś rozwiązanie…
Rozmówca Ani bardzo jej dziękował i niemal płakał. Pożegnał się całując ją w rękę i zauważył, iż dziwny to przypadek, że akurat los go zetknął z nimi na tym przystanku. Ot przypadkowe spotkanie, prawda?
Napisałem wczoraj do Ani:
– Zapamiętałem Twoją opowieść o spotkanym na przystanku facecie, któremu podpowiedziałaś, aby poszedł do kościoła i tam opowiedział Bogu o swoich rodzicielskich problemach. Nie wiem czy skorzystał z Twojej rady? Jak myślisz?
– Oj myślę że tak. Płakała jego dusza cała. Oczekiwał Spotkania. A to był tylko pretekst. Jego oczy…. ON BYL GOTOWY. A Pan posyła takich jak ja. To Jego dzieło, nie moje.
– Jak będziesz u nas, to sobie zapiszę kilka takich opowieści , dobrze?
– Sure. Mogłam ja zapisywać. Pamięć jest ulotna – odpowiedziała.
– Ja bym to rozpowszechniał u siebie na blogu przy okazji kolejnych opowieści.
– A, to super. To zaczniemy współdziałać 🙂 A jak Pan tego chce, Papa, to będzie więcej takich sytuacji
– Nie masz nic przeciw temu abym nazywał mego rozmówcę „Moja Ania”?
– Nie. Jestem Twoją Anią.
– Tak też myślałem…

Czy wszystko skończyć się musi?

Dwumiesięczny – bez mała – pobyt w Chicago dobiegł końca. Dość intensywnie przeżywany czas został udokumentowany na paru tysiącach zdjęć i kilku filmikach, które wymagają teraz odpowiedniego posortowania i zapisania według kolejności zdarzeń, aby móc do nich sięgać w każdym czasie. To na wypadek, gdyby pamięć nie nadążała za potrzebą snucia opowieści dla bliskich sercu i znajomych tak w Realu jak i na blogu. Do niektórych przeżywanych tam wątków będę jeszcze wracał, gdyż uważam, że warto dzielić się przemyśleniami, z których coś wynika.

Dzisiaj o powrotach, które mają raczej smutne konotacje, bo to jednak są rozstania pozostawiające sporo pytań w głowach tych, którzy się rozstają. Nie wiemy na jak długi czas się żegnamy i czy w ogóle się jeszcze spotkamy. W każdym razie uważam, że ktoś mądrze napisał, a ktoś inny wyśpiewał w piosence ; http://www.janwolek.com/tak_mlodo_jak_teraz.html
Już było: „Jakoś to będzie”
Już było: „Życie przed nami”
Tak pędzi się wciąż w obłędzie
Bo czuje się w słowach dynamit

Kiedy z pamięci wyszperasz
Ten frazes ukochany
Pamiętaj – tak młodo jak teraz
Już nigdy się nie spotkamy …
W relacjach z dorosłymi dziećmi to przesłanie Jana Wołka ma jeszcze bardziej wymowne zastosowanie.
Gdy planowaliśmy terminy wyjazdu nasza córka powiedziała: – Nie obawiajcie się problemów zdrowotnych,  bo o wiele od was starsi ludzie podejmują takie wyzwania i to z wielką radością. Przyjeżdżajcie, pobędziemy razem i sami zobaczycie jak my tu żyjemy. Pisałem już o tym w relacjach bezpośrednich. Każde spotkanie z ludźmi, przebiegające na gruncie pracy zawodowej córki, czy na gruncie prywatnym z jej przyjaciółmi i znajomymi była dobrą okazją do takich obserwacji. Teraz wiemy jak oni tam są zajęci, jak zaplątani w terminy, jak gonią, aby zdążyć z pracą zawodową, z życiem rodzinnym, które dostarcza wiele okazji do sprawdzenia się w tym zdążaniu i nadążaniu, czy z życiem towarzyskim wreszcie. Nie zawsze są to radosne przemyślenia. Rodzice mają jednak inne spojrzenie na emigracyjną rzeczywistość swoich dorosłych dzieci. Zawsze wydają się na miejscu porównania z tym, co ich rówieśnicy osiągnęli w tym samym czasie w Polsce. Tu przecież powstały zupełnie inne warunki od tych jakie panowały w czasie, gdy nasze dzieci wyjeżdżały. Wszyscy znamy  liczne przykłady osiąganych w Polsce  bardzo pozytywnych karier rówieśników naszych dzieci, zwłaszcza gdy mogli liczyć na mieszkanie u rodziców, czy też samodzielne zdobyte dzięki pomocy rodziny, a nie musieli kupować mieszkań, czy domów na kredyt i spłacać ich wraz z niebotycznymi odsetkami.
Nasi młodzi, będący jednak już w połowie życia, najczęściej nie mają  jednak wyboru wobec wyborów jakich kiedyś dokonali – czasem z naszym, ich rodziców udziałem. Już nie czas myśleć o powrotach i rozpoczynaniu tu życia na nowo. Dzieci tam chodzą do szkoły i między sobą najczęściej rozmawiają po angielsku. Tam zdobywają przyjaciół, a osiągając sukcesy w nauce nabywają jakieś kwalifikacje, które zdeterminują ich przyszłe życie…
Kto ma takie dzieci, ten wie o czym ja piszę. Wychowujemy wszak dzieci nie dla siebie ale dla świata, prawda? One już samodzielnie walczą o swoje miejsce na ziemi realizując własne marzenia.  My, niezależnie od własnych ocen i przemyśleń, mieliśmy sposobność przyglądania się pracy naszej córki i rozmawiania z ludźmi, których tam spotykaliśmy. Wszyscy gratulowali  nam ”taakiej córki”, która stała się dobrym duchem instytucji. To jej zasługom przypisuje się poprawienie atmosfery medialnej wokół muzeum i ożywienie jego działalności.  Byliśmy oczywiście wdzięczni tym ludziom i oczywiście że dumni z osiągnięć naszego dziecka.

Wyjeżdżaliśmy uspokojeni o tym co na dzisiaj osiągnęły nasze dzieci, jak i o  ich przyszłość, która może okazać się jeszcze bardziej owocna i stabilna zarazem. Pożegnanie w domu, a później na lotnisku miało już spokojniejszy niż podczas poprzednich pożegnań  przebieg, chociaż swoją porcję emocji posiadało. Może dlatego całonocny przelot na trasie Chicago- Berlin odbyłem bez spania oglądając w monitorku umocowanym w oparciu fotela siedzącego przede mną pasażera dwa nieme filmy. Nieme, gdyż specjalnie nie włączyłem sobie fonii starając się zrozumieć  z gry aktorów treść i sens ich fabuły. W pierwszym z nich jakaś pani pracująca jako masażystka wykonująca usługi w domach klientów i z mozołem taszczyła do nich leżankę z kompletem potrzebnych akcesoriów starała się urządzić sobie długie, szczęśliwe życie. Bez sukcesów zresztą. W drugim moja ulubiona od czasów młodości Shirley MacLaine, tu jako babcia próbowała wyprowadzić na prostą drogę życia swoją wnuczkę Cameron Diaz. Tu był pełny sukces. Okazało się, że związek pomiędzy siostrami, u którego podstaw leżał obok DNA jedynie ten sam rozmiar butów – szpilek oczywiście, udało się uratować. Tytuł polski „Siostry”, a w wersji oryginalnej „W jej butach” – Szczerze polecam każdemu widzowi.|
Na lotnisku w Krakowie wpadłem w objęcia drugiej córki Ani, która z rodziną czekała na nasz przyjazd. Wspólna niedziela, to okazja na wspólnego udziału we mszy świętej w Łagiewnikach, gdzie modlono się w intencji małżeństw i  rodzin. Tuż przed wejściem do sanktuarium, przed Bramą Miłosierdzia  moja Ania spotkała znajomego, a po krótkiej wymianie zdań przedstawiła mnie podobnie jak czyniła to moja Małgosia: – Pan pozwoli, to jest mój osobisty tatuś. Nic w tym szczególnego, prawda? A jednak ten pan powiedział: – Powinien pan być dumny z takiej córki jak pani Ania – zupełnie podobnie jak czynili to znajomi córki w Chicago. Zawsze odpowiadałem nie kryjąc wzruszenia, że jestem bardzo dumny i że serdecznie dziękuję Bogu za tak życzliwych ludzi jacy pojawiają się na drodze moich dzieci.

Dzisiaj gdy dojechałem z Krakowa do domu napisałem na Fb komunikat: Dojechaliśmy.
Pozdrawiam.
Wkrótce pojawił się komentarz Ani:

– Welcom home!! Odpowiedziałem na gorąco”
– Dzięki ANIIU. Pan Bóg obdarzył nas dwoma córkami, które bardzo pomogły w tej wyprawie. Jedna podwozi, druga odbiera z lotniska, to tak jakby z jednych ramion wpadać w drugie. Dziękujemy. Odpowiedź nadeszła po chwili:
–  „bo tylko miłość życiu daje smak”- to podśpiewywana piosenka Maryni, z Rancza;)
Znajdę tę piosenkę i nauczę się na pamięć – brzmiała moja odpowiedź.
– To serialowa piosenka 🙂 razem obejrzymy 🙂
Z Małgosią porozmawialiśmy na czacie FB. Równie serdecznie.

NIC się nie kończy, a co najwyżej zmienia formę…

Spotkanie z @Brzozą – blogową czytelniczką i komentatorką

13480222_10204874005930340_1327891754_nW pierwszych dniach pobytu w Chicago, kiedy nasz Tomcio kończył naukę w polskiej szkole na Trójcowie miałem okazję zobaczyć jak wygląda ta szkoła i sama uroczystość zakończenia roku szkolnego. Budynek szkoły należący do parafii św. Trójcy jest częścią jej kompleksu budynków. Ojciec ze Zgromadzenia Chrystusowego,  ks. Andrzej Totzke, pełni funkcję proboszcza parafii zorganizowanej jako misja ewangelizacyjna jast zarazem prezydentem szkoły i zarządza nią poprzez radę szkoły i jej dyrektora , panią Marię Baran.
Uroczystość oficjalna odbyła się w kościele, gdzie mogli się swobodnie pomieścić uczniowie przedszkola, szkoły podstawowej i liceum wraz z towarzyszacymi im rodzinami. Uczniowie wystąpili w strojach graduacyjnych odpowiednich do rangi szkoły, a całość towarzystwa pięknie komponowała się z wnętrzem dodając splendoru całemu wydarzeniu. Jak zwykle na takich spotkaniach były gratulacje dla uczniów i to nie tylko z okazji zdania do następnej klasy, czy ukończenia szkoły. Gratulowano im również podjęcia wysiłku zwiazanego z nauką jezyka ojczystego, zdobywaniem wiedzy o Polsce i świecie realizowanej w soboty, kiedy ich amerykańscy koledzy mają zasłużony weekend. Dziękowano również rodzicom, którzy doceniając znaczenie tej nauki nie szczędzili trudów dowozu swoich pociech do szkoły i bardzo wspierali pracę tej placówki. Wszystkim życzono miłych i bezpiecznych wakacji oraz powrotu do szkoły i nauki w następnej klasie lub na kolejnym stopniu edukacji. Po częśći oficjalnej przeszliśmy wszyscy do szkoły na spotkanie w klasach naszych pociech, gdzie uczniom wręczono świadectwa, dyplomy i nagrody książkowe. Porozmawialiśmy z nauczycielami i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjecia.

To jest tylko rama dzisiejszej opowieści, albowiem idąc do szkoły …

Na schodach spotykamy panią z emblematem „Nauczyciel”, która pozdrawia naszą Małgosię i wita się z nią, aby po chwili nam ją przedstawić:
Tato, Mamo – to jest Tereska. Pracowałyśmy kiedyś współnie w liceum. Witamy się i przedstawiamy jak zwykle w takich sytuacjach się robi, a tymczasem Tereska mówi:
Rozpoznałam państwo z fotografii zamieszczanych na blogu. Pan jest <Tatulem>,  a ja jestem <Brzoza>. Nie darowała bym sobie gdybym się chociaż nie przywitała i nie ujawniła przy okazji swoich prawdziwych danych…
Dla mnie było to pełne zaskoczenie. <Brzoza> towarzyszyła mojemu blogowaniu niemal od samego początku prowadzenia bloga. Jej komentarze były pełne treści i doskonale poszerzały te wątki, o których pisałem. Bywało, że brała mnie w obronę przed atakami ludzi napadających na mnie, a nie na moje argumenty, ale od jakichś trzech lat zaprzestała komentowania, chociaż od czasu do czasu nadawała komunikat: Jestem, czytam, ale …
Wszyscy prowadzący blogi na pewno dobrze znają uczucia jakie towarzyszą takim spotkaniom. Możemy wtedy skonfrontować realną osobę z jej medialnym wizerunkiem i nickiem jakim się posługiwała. Możemy też sprawdzić, czy więzi jakie zostały zadzieżgnięte poprzez teksty mają jakąś wartość. My, będący w przejściu pomiędzy budynkami i wciąż w trakcie trwającej uroczystości zakończenia roku szkolnego mogliśmy sobie pozwolić jedynie na krótką wymianę uprzejmości i wspólne zdjęcie. Rozstaliśmy się z zapewnieniem, że podczas tego pobytu na pewno się spotkamy, aby pogadać i poznać się w „realu”.
Czas pobytu zbliża się do końca i wreszcie wczoraj zapowiedziane spotkanie doszło do skutku. Tereska dojechała do domu Małgosi z dalekiego południa. Jechała 4 autostradami, a sama droga zajęła jej 1 ½ godziny, które należało wygospodarować w precyzyjnie zaplanowanej amerykańskiej rzeczywistości. Popłynęły rozmowy, opowieści o pracy i życiu, o naszej blogowej znajomości, naszych poglądach i zainteresowaniach, o wielu innych sprawach wartych obgadania. Wiele na tym skorzystaliśmy. Zrobiliśmy też sobie pamiątkowe zdjęcia, do których będziemy powracać we wspomnianiach. Telefony i SMS-y od córek przypominały naszemu gościowi o nieubłagalnym upływie czasu i przyspieszały czas rozstania. Mam nadzieję, że @ Brzoza wygospodaruje w swoim kalendarzu czas na powrót do komentowania, dzięki czemu również Państwo będą mogli ją poznać lub tylko ją sobie przypomnieć.

Pozdrawiam serdecznie @Brzozę i wszystkich czytelników

 

 

Bal letni Muzeum Polskiego w Ameryce

13396868_10204823975999623_619746830_oZnam to muzeum już co najmniej od 20 lat, czyli od czasu kiedy nasza córka zaczęła tam pracować w charakterze bibliotekarki. Znam pracujących tam ludzi i oni mnie znają jako ojca Małgosi, czy też jako wolontariusza, który okresowo, przy okazji odwiedzin córki bywał tam i udzielał się zwłaszcza w bibliotece. Znałem też od dawna rangę wydarzenia jakim był i jest nadal organizowany zawsze z wielkim pietyzmem Bal Letni, będący zarówno wydarzeniem kulturalnym dla ludzi będących przyjaciółmi Muzeum, jak i wydarzeniem promocyjno biznesowym. Wiedziałem,  że spotkania chicagowskiej elity polonijnej, do których dochodziło na balu zawsze owocowały nowymi deklaracjami wsparcia i pomocy pozwalającej choć w części złagodzić problemy finansowe i kreślić nieco jaśniejszą przyszłość tej zasłużonej dla kultury polskiej instytucji. Nigdy nie myślałem o sobie w kategoriach uczestnika takiego balu aż wreszcie, w tym roku otrzymaliśmy zaproszenia do uczestnictwa i mogliśmy przyglądać się wszystkiemu z bliska. Dzięki temu mogę dzisiaj powiedzieć: – A ja tam byłem, czerwone wino piłem, przepyszny obiad w towarzystwie uroczych ludzi spożyłem i nawet tańczyłem – co wydawało mi się wcześniej wręcz niemożliwe. – Te moje ciężkie nogi ledwo mnie noszą... narzekałem gdy tylko rozmowa schodziła na temat zdrowia. Gdy jednak zobaczyłem tańczących, to nie mogłem się oprzeć pokusie i poszliśmy z żoną sprawdzić te nasze nogi. Test wypadł pomyślnie, więc czemu by nie skorzystać z okazji, tym bardziej, że do tańca przygrywała orkiestra znanego i cenionego w Chicago pana Antoniego Kawalkowskiego, a repertuar granych utworów bardzo nam odpowiadał. Grą Mistrza zachwycaliśmy się już w czasie obiadu, gdyż podchodził do poszczególnych stołów i spełniał życzenia gości grając znane utwory solo na skrzypcach przy akompaniamencie pozostałych członkow orkiestry. Przy naszym stole uchwalono oddanie decyzji o wyborze utworu w nasze ręce, jako seniorów i szmaragdowych jubilatów zarazem. Wybraliśmy słynną arię ze „Skrzypka na dachu”, która pozwoliła zaprezentować Mistrzowi klasę swojej wirtuozerii, a nas wprawić w zachwyt i skłonić do podśpiewywania znanych wszystkim słów od których wiele by zależało: – Gdybym był bogatyhttps://www.facebook.com/groups/403534266422230/

Po obiedzie nastąpił czas  oficjalnych powitań, przemówień wybitnych gości i gospodarzy, podziękowania, na wręczanie wyróżnień i nagrody głównej noszącej oryginalną nazwę Nagrody Ducha Polskości, którą tym razem wyrożniono Polsko Amerykańską Izbę Handlową – co może jest symbolem czasu? Kto wie?

Oto jedna z licznych medialnych relacji z tej części uroczystości:http://wiadomosci.com/nami-doroczny-bal-letni-muzeum-polskiego-ameryce/

Wszystko było pięknie zorganizowane i przebiegało w przyjaznej, niemal rodzinnej atmosferze. My, przedstawiani jako rodzice pani dyrektor Małgorzaty, a przy okazji jubilaci obchodzący 45 lecie swojego małżeństwa byliśmy traktowani nad wyraz życzliwie i bardzo przyjaźnie. Świętowanie szmaragdowej rocznicy rozpoczęte na balu, trwało jeszcze dni kilka, a swoją kulminację miało w dniu 5 czerwca na zamówionej specjalnie mszy świętej odprawionej w kościele na Trójcowie. Było nam bardzo miło spędzać tak ważne chwile w kręgu rodziny i przyjaciół Małgosi, którzy są również naszymi przyjaciółmi. Tą drogą składam im wyrazy wdzięczności i serdecznie pozdrawiam.

Po balu a przed

 

 

Spotkanie na lunchu

Panią Betty poznaliśmy przed wielu już laty. Opisywałem tu kiedyś lunch w stylu Hawai, na którym występowaliśmy w strojach z elementami ubioru hawajskiego, albo przynajmniej w barwnych naszyjnikach z kwiatów. Do dzisiaj pamiętam część ludzi jakich tam spotkałem, rozmowy tam prowadzone i świetną zabawę, chociaż nie byliśmy na całości przygotowanego perfekcyjnie spotkania. Zapraszam do tamtych relacji: http://tatulowe.blog.onet.pl/2009/07/28/hawajskie-spotkanie/

Tym razem było inaczej. Przypadkowy telefon pani Betty wykonany do domu Małgosi odebrała żona. Wzajemne przedstawianie przerodziło się w dłuższą i serdeczną rozmowę, która zakończyła się propozycją spotkania na lunchu właśnie, po to aby swobodnie porozmawiać i pobyć ze sobą. Panie doprecyzowały daty i w uzgodnionym dniu przed nasz dom zajechał biały Mercedes (taki  jak mój, ale znacznie młodszy i w innej klasie). Zabraliśmy ze sobą chłopców Małgosi i podjechaliśmy pod młody wiekiem lokal Fogo de Chao – Brazylian SteakHouse w Rosemont. http://fogodechao.com/

Wnętrze lokalu było dość ciemne i bardzo ciekawie zaaranżowane. Oczy szybko dostosowujące się do natężenia światła dostrzegły nowe dla nas, a interesujące akcenty. Obsługę stanowili panowie o urodzie typowej dla Indian . Ciemna cera, kruczoczarne włosy i ubiory w stylu gauchos złożone ze  spodni typu „pompki” jak je nazywaliśmy, koszuli z zawiązaną pod szyją czerwoną apaszką i coś na kształt kamizelki. Zajęliśmy zaproponowany stolik i wysłuchaliśmy powitania oraz informacji o zasadach funkcjonowania lokalu. Każdy z nas otrzymał dwubarwny żeton z instrukcją aby obok nakrycia eksponować właściwą jego stronę. Czerwona zawierała napis: „No thanks” i dawała wytchnienie od biegających wśród stolikow gauchos oferujących prosto z rożna różne gatunki mięs odcinane bardzo ostrymi i długimi niczym maczety nożami. Zielona strona żetonu stanowiła zaproszenie sformowane w napisie: „Yes, Please” i wtedy kelnerzy jeden po drugim zjawiali się jak za dotknięciem czarodziejskiej różczki. Mieliśmy zatem możliwość poznania nieco egzotycznej kuchni poczynając od oferty baru sałatkowego, poprzez dania główne aż po desery. Trzeba jednak powiedzieć, że nie tylko po wrażenia smakowe tam zawędrowaliśmy. Wspominaliśmy to dawne spotkanie w stylu hawajskim i dopytywaliśmy się o los ludzi tam poznanych, prosiliśmy o informacje na temat realizacji życiowych pasji pani Betty zaangażowanej w wiele projektów społecznych realizowanych na zasadzie wolontariatu, o sukcesy jej chóru, w działalność którego mocno się angażuje, a także o wiele innych spraw. Urocza rozmówczyni odpowiadała nam na zadawane pytania, a przy okazji na zasadzie dygresji  poszerzała swoje opowieści o wrażenia z wielu podróży do Brazylii oraz Argentyny gdzie poznawała kulturę no i kuchnię tamtych krajów. W trakcie pobytu w lokalu robiłem zdjęcia, a przy wyjściu poprosiliśmy jednego z gauchos o wspólne zdjęcie, na co przystał bez zastrzeżeń.  Będę mogł je udostępnić dopiero po powrocie do kraju. W drodze powrotnej mieliśmy okazję posłuchać pięknej muzyki dobiegającej z pokładowego radia. Na moją uwagę, że nagranie przypomina mi niegdysiejsze koncerty noworoczne muzyki Sztrausa nadawane niegdyś przez TVP wprost z Wiednia, pani Betty odpowiedziała:
– Tak, to jest muzyka Straussa. Wraz z mężem byliśmy wielokrotnie na takich koncertach, a zarazem balach organizowanych jeszcze w pałacu należącym do rodziny Jego Cesarskiej Mości. Były perfekcyjnie przygotowane i prowadzone. Dbano o każdy szczegół i wszyscy czuli tam powiew wielkiego świata i to sięgających samych szczytów europejskiej i światowej elity. Tamte czasy bezpowrotnie minęły. Dzisiaj tamte bale są tylko wspomnieniem zanikającego świata…
Dojechaliśmy szybko na miejsce i opowieść pani Betty musiała być przerwana. Dziękując za to spotkanie, za świetne jedzonko, opowieści różnej treści, w czasie których przewędrowaliśmy wspólnie kawał świata usłyszałem…
– To ja panu dziękuję za pomoc jakiej udzielił mi pan w czasie przygotowania wystawy katyńskiej w Polskim Muzeum w Ameryce. Mieliśmy wtedy bardzo napięte terminy i pańska pomoc okazała się bezcenna…

–   Bardzo lubię takie niespodzianki – odpowiedziałem z trudem, bo zapomniałem na chwilę języka w gębie. Małgosia prosiła o wsparcie, mówiła jakie to ważne i że splecione terminami z innymi projektami o podobnej treści, no i że Pani za tym stoi organizując i finansując przedsięwzięcie. Bardzo się cieszę, że mogłem z oddali w tym uczestniczyć…

Do zobaczenia na muzealnym balu. Do miłego spotkania…