Migracja była, jest i będzie, tak w Polsce jak i wszędzie

Każdy, kto nawet nie interesuje się polityką, nie czyta gazet, a w telewizji ogląda tylko seriale wie, że rząd Polski zgodził się przyjąć 2000 imigrantów, którzy sforsowali przeszkody naturalne i dotarli do Włoch i Grecji, aby tam szukać rozwiązania swoich kłopotów. Znamy już pierwsze reakcje naszych polityków, zwłaszcza tych niechętnych inicjatywie rządu i samemu rządowi. Te reakcje zderzają się z pełnymi refleksji wypowiedziami trzeźwo myślących  ludzi dostrzegających tak proste zestawienie jak 2ooo uchodźców przybywających do naszego kraju z liczbą 20 000 000 Polaków – też emigrantów żyjących poza granicami Polski w całym świecie. Nie wiem, czy ten rachunek przyniesie jakieś otrzeźwienie zwłaszcza ludziom mieniącym się katolikami i namiętnie wykorzystującym swoje zapatrywania religijne w kampanii wyborczej. „Gość w dom – Bóg w dom” – powiadają, ale tych biedaków dalej odsyłają…
Przypomnę naukę kościoła o jakiej pisałem z okazji Dnia Migranta i Uchodźcy przed trzema laty. Mamy innego urzędującego Papieża, ale poprzednik i autor cytowanego orędzia wciąż żyje i zapewne poglądów nie zmienił…

Dzień Migranta i Uchodźcy

Dzisiaj będąc w kościele na niedzielnej mszy św. usłyszałem o jeszcze jednym obchodzonym dniu. To właśnie dzisiaj, 15 stycznia, kościół obchodzi Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy. Z omówienia idei tego święta wynika, że… dzień ten jest pomyślany jako „okazja dla pobudzenia wspólnot chrześcijańskich do odpowiedzialności wobec braci migrantów oraz do obowiązku współdziałania w rozwiązywaniu ich różnorakich problemów”.
To dobrze, że kościół zajmuje się rodakami na emigracji, bo to jest wciąż ogromna liczba ludzi decydujących się na rozstanie z rodziną po to, aby załatwić jakieś tam życiowe sprawy. Trudy emigracji przeżywa nie tylko ok. 1,5 mln naszych emigrantów, ale również ich rodziny martwiące się o los bliskich. Modlitwy w ich intencjach są więc jak najbardziej na miejscu. I to nie tylko u nas w kraju, ale może przede wszystkim w krajach gdzie nasi migranci przebywają. Tam kościoły z językiem polskim są nie tylko domami modlitwy, bo wokół nich gromadzi się często lokalna Polonia, świadcząc sobie pomoc w różnych, choćby adaptacyjnych problemach. Chyba wszyscy wiedzą co to jest Jackowo, czy Władysławowo w Chicago, czy inne takie miejsca w europejskich współczesnych centrach emigracji.

Gdy słyszę o emigracji, to moje myśli zawsze wędrują do owych…”różnorakich problemów” jakie stanęły na mojej drodze, gdy sam byłem w takiej sytuacji. Byłem migrantem, a ściślej emigrantem w Polsce, a równocześnie imigrantem w USA, gdy w 1984 r wyjechałem do USA na pół roku( na tyle przyznawano wizę turystyczną). Niestety, jak się tam okazało, po połowie roku poszukiwań jakiejkolwiek pracy wciąż nie miałem żadnych pieniędzy, a więc nie miałem z czym wracać. Już pisałem na tym blogu o rozterkach jakie w oddaleniu od rodziny musiałem przeżywać. Przerobiłem na własnej skórze różne zawirowania i dobrze wiem ile przykrości i upokorzeń musi przeżyć niemal każdy pracujący u pracodawców – swojaków. Tam na obczyźnie okazywało się na ogół, że to Polak właśnie, znający jako-tako język i zasady funkcjonowania na tamtejszym rynku pracy, bywał znacznie gorszym pracodawcą niż obywatele kraju, w którym przebywamy. Obecne kierunki migracji od czasu wstąpienia do Unii Europejskiej uległy zupełnej przebudowie. Dzisiaj wyjeżdżający za pracą na ogół mają w kieszeni kontrakty, ich praca jest legalna, mają ubezpieczenie i zasiłki socjalne. W tym obszarze naszym emigrantom jest coraz lepiej. Pozostaje jednak do uwzględnienia wiele innych zagrożeń czyhających na obczyźnie. Papież Benedykt XVI przypomniał o tych zagrożeniach w swoim orędziu na ten dzień podkreślając, że: http://ekai.pl/wydarzenia/temat_dnia/x50354/oredzie-na-swiatowy-dzien-migranta-i-uchodzcy/ „… Ludzie poszukują lepszych warunków życia lub uciekają przed groźbą prześladowań, wojen, przemocy, głodu i klęsk żywiołowych. To doprowadziło „do nie mającego precedensu wymieszania osób i narodów, rodząc nowe problemy z punktu widzenia nie tylko ludzkiego, ale także etycznego, religijnego i duchowego”.
Przypomniał przy okazji o obowiązku jaki spoczywa na wspólnotach chrześcijańskich, które powinny szczególną troską otoczyć pracujących migrantów oraz ich rodziny poprzez modlitwę, solidarność i chrześcijańską miłość, a także wprowadzanie nowych programów politycznych, ekonomicznych i społecznych, które będą sprzyjały poszanowaniu godności każdej osoby ludzkiej, ochronie rodziny, będą zapewniały godziwe mieszkanie, pracę i opiekę. Natomiast kapłani, zakonnicy i zakonnice, świeccy, powinni pomagać migrantom w przezwyciężaniu trudności integracyjnych…”

Warto więc wiedzieć, że gdziekolwiek jesteśmy, to wśród chrześcijan powinniśmy się czuć jak w rodzinie, która przecież niejedno przeżywa i daje sobie radę. Czy jednak sięgamy po wsparcie wśród współbraci w wierze? To wiedzą najlepiej ludzie, którzy taką przygodę mają już za sobą lub aktualnie przebywają za granicą.
Zaglądam dość często do działu listów pisanych do tygodnika „Angora”. Wiele z nich jest pisanych przez emigrantów właśnie. Znajdziemy tam zarówno pozytywne jak i negatywne opisy doświadczeń naszych ziomków. Ponieważ wiele złych doświadczeń wynika jednak z naszych własnych win i zaniedbań, postanowiłem zacytować na zakończenie fragment listu Łucji Jurys, która po powrocie z 20 letniego pobytu w Kanadzie, już na emeryturę w Polsce napisała takie słowa: (Angora nr 1 z 8.01.2012)      …Mówiąc o moim losie emigranta, podkreślam, że kraju, do którego się jedzie nie wolno traktować jak wroga!!! Jest to trudne, bo jesteśmy często tam niezrealizowani zawodowo, rozbici rodzinnie i pełni wątpliwości w wyborach życiowych. Ale to trzeba przełamać. A najlepiej zrobić to swoja pracą. Czyli dać coś temu krajowi, a nie tylko brać. To brzmi może gazetowo, ale my Polacy, nie powinniśmy być tak roszczeniowi w obcym kraju, powinniśmy natomiast mniej pić ze smutku, mniej narzekać i więcej się uśmiechać. Moje dzieci są tam szczęśliwe, choć bardzo kochają także Polskę. Ja tu jestem szczęśliwa, ale lubię też Kanadę i zawsze traktuję ją jak drugą ojczyznę. Życzę wszystkim sfrustrowanym rodakom zdrowia do ciężkiej pracy tam, także daleko, a po pracy jak najmniej zapijania smutków. Chwile zadowolenia przychodzą dopiero po pewnym czasie, a obcy kraj staje się przyjazny. A potem to już się obcina kupony od podjętych decyzji…
    Nie chcę prowokować ataku myślących inaczej, ale wydaje mi się, że ta pani wie o czym pisze. Pomagajmy sobie wszyscy,  ale wpierw pomóżmy również sami sobie, co? Z badań Głównego Urzędu Statystycznego z października 2011 r. wynika, że czasowo za granicą przebywało w 2010 r. prawie dwa miliony Polaków. Liczbę migrantów w całym świecie szacuje się na ponad 200 mln.

…Kończąc przypomnę jeszcze pojęcie „Emigracja wewnętrzna” , które było modne w końcówce epoki PRL-u. Nawet w klapie marynarek nosiło się „oporniki” mające coś zademonstrować. Czy dzisiaj istnieje emigracja wewnętrzna?
Pytanie kieruję zwłaszcza do zwolenników PiS i całej prawicy, którzy od 8 lat przebywają na emigracji wewnętrznej i z poszerzania jej szeregów uczynili swoje narzędzie walki politycznej o powrót do władzy. Jak wygrają, to obecny obóz władzy uda się … gdzie? Na emigrację wewnętrzną? Oby tylko…