Co nam dał miniony rok???

    Podsumowanie roku

Chyba nie ma człowieka, który nie dokonuje w tych dniach choćby uproszczonych podsumowań minionego roku. Dziennikarze często pytają o takie podsumowania różne sławne osoby, jak i zwyczajnych celebrytów, aby zdobyć materiał do zapełnienia kolorowych pisemek i programów rozrywkowych. W jednaj z takich wypowiedzi usłyszałem:    

Mijający rok był dla mnie dobrym rokiem…   i tu następuje wyliczanie jakichś własnych osiągnięć, czy zdarzeń, które same w sobie niosły pozytywny dla nas skutek. Ktoś inny w sposób bardzo ordynarny wyzywał staruszka o imieniu mijającego roku i kazał mu jak najszybciej wypier…ć, bo niczego dobrego staruch mu nie przyniósł.
…Ksiądz kończący dzisiejszą mszę w naszym kościele też dokonał swoistego podsumowania:
– Dziękujmy Bogu, że nam dał niezwykły dar. Dał nam czas. Tylu znajomych i bliskich odprowadziliśmy w tym roku na cmentarz, a my nadal cieszymy się swoim darempowiedział. Możemy w tych dniach zastanowić się nad tym jak wykorzystujemy ten dar?

Czy mijający rok mógł dać nam coś od siebie? Dał nam czas. Każdemu po tyle samo. Dzisiaj powinien podliczyć każdego beneficjanta. Czy każdy z nas miałby się czym pochwalić, aby zyskać uznanie? Nie łatwe są takie rachunki, bo nie każdemu tego samego potrzeba. Jeden cieszy się tym, że żyje, że kwiaty rosną, a świat jest piękny, a drugiemu wszystkiego jest mało mimo, że zarobił dużo, a sprzeniewierzył i ukradł jeszcze więcej. Jeszcze więcej mu trzeba.
Rozmyślając nas swoim bilansem przypomniała mi się piosenka Czerwonych Gitar, którą warto sobie przypomnieć, aby zyskać jakąś skalę oceny: http://www.youtube.com/watch?v=fE2N3c8R_Mk

Mija rok, dobry rok.
Z żalem dziś żegnam go.
Miejsce da nowym dniom
Stary rok, dobry rok.

   Przypomniałem sobie tę piękną piosenkę i postanowiłem link do niej udostępnić znajomym z Facebooka z pytaniem: Myślisz Ty, myślę ja, co nam rok miniony dał??? Podobała się kilku, starszych wiekiem znajomym, ale furory nie zrobiła. Widocznie młodsi jeszcze nie dokonują takich podsumowań, a do tego chyba mają również inne piosenki, bardziej odpowiednie do tego czasu.
No właśnie. Jest jednak poważna różnica w postrzeganiu tego, co wokół nas się dzieje. Młodzi ludzie inaczej postrzegają problem upływającego czasu niż to się przytrafia starszym. Oto przed dwoma tygodniami na jednym z forów, w ramach toczącej się tam dyskusji na tematy egzystencjalne trafiła mnie jakby obuchem taka oto wypowiedź:

– Nie mam takiej pewności, że ludzie starsi 60+ mają takie same marzenia, pragnienia, radości i smutki jak trzydziestolatkowie, bo niestety pokolenia te inne mają zadania przed sobą. Oczywiście wszyscy pragną być kochani, zdrowi, materialnie zabezpieczeni itd. To młodsze pokolenie siłą rzeczy ma inne plany życiowe, które determinują jego myślenie – raczej w tym wieku nie myśli się o śmierci, o zamykaniu swoich spraw ziemskich, a raczej wprost przeciwnie. A ci starsi? Na pewno nie chcieliby być „ciężarem” dla młodych, bo zdają sobie sprawę z pogłębiającej się wraz z wiekiem niedołężności starczej. Co mogą tak naprawdę planować i na jaki czas w przyszłość? Mogą się cieszyć z sukcesów dzieci czy wnuków, czyli takim szczęściem „cudzym”, odbitym, bo przecież jednak nie własnym.  (podkreślenia moje)
Były też inne, jak choćby taka:

– Pewnie, są ludzie, którzy w tym wieku „zaczynają” żyć swoimi pasjami, na które wcześniej nie mieli czasu. Ale powiedzmy szczerze, ilu ich jest? W mojej ocenie nie tak wielu. Większa część ludzi 60+, będąca na emeryturze, niestety już „odpoczywa” – w fotelu przy telewizorze albo radiu, na ławeczce przed domem czy w parku itp. <MariaR>

Podkreśliłem to, co zdaniem młodej chyba komentatorki charakteryzuje myślenie młodych ( plany życiowe jako motor działań), jak i to, co ma być typowe dla osób starszych, w granicach 60+, które mogą już tylko… cieszyć z sukcesów dzieci czy wnuków, czyli takim szczęściem „cudzym”, odbitym, bo przecież jednak nie własnym.

Odpowiedziałem tamtej pani broniąc takich jak ja – czyli 60+ , a ona również zareagowała na moje słowa podtrzymaniem swojej opinii, nawet ją jeszcze rozszerzając. Po takiej wymianie zdań wycofałem się jednak, bo…opadły mnie różne wątpliwości.

Niedawno obchodził swoje 80-te urodziny Krzysztof Penderecki. Zapytany z tej okazji o swoje plany na przyszłość powiedział , że:  Jego plany związane z dokończeniem różnych projektów będących w różnym stopniu zaawansowania nie sięgają dalej niż 20 lat do przodu…
W życzeniach świątecznych otrzymanych od zaprzyjaźnionej pary starszych ludzi – (pan skończył w tym roku 100 lat) wyczytaliśmy takie słowa: 
Kochani! Nie wiemy jak to się stało, że dopadła nas nieubłagana i „Jesień życia”. Staramy się nie poddawać pesymistycznym nastrojom i poruszać się codziennie, chociaż coraz wolniej …

Ja sam dokonując podobnych podsumowań spojrzałem wyłącznie na swoje dokonania i powiem, że nie mam się czego wstydzić.  Pisałem „Tatulowe opowieści” https://tatulowe.wordpress.com/&nbsp; jak również do innych miejsc urozmaicając wszystkie teksty własnymi na ogół zdjęciami. Jestem bardzo aktywnym uczestnikiem forów społecznościowych, na których krąg moich znajomych nieustannie się poszerza. To oznacza, że moi znajomi, w dużej części moi byli uczniowie, nie wykreślili mnie ze swoich zbiorów z chwilą zakończenia mojej pracy w szkole, a to dla byłego belfra jest wartością samą w sobie. Z wieloma z nich utrzymuję bliski kontakt i będę się starał, aby tak pozostało na dłużej. Kontakty i relacje rodzinne pozostawały w tym czasie na zadowalającym poziomie… itd. itd.
– Czy starsi ludzie mają swoje pozytywne życiowe obrachunki?,
– Czy to jest tylko udziałem nielicznych, jak na to wskazuje moja polemistka w słowach:

Powtórzę w formie cytatu: „Pewnie, są ludzie, którzy w tym wieku „zaczynają” żyć swoimi pasjami, na które wcześniej nie mieli czasu. Ale powiedzmy szczerze, ilu ich jest? W mojej ocenie nie tak wielu. Większa część ludzi 60+, będąca na emeryturze, niestety już „odpoczywa” – w fotelu przy telewizorze albo radiu, na ławeczce przed domem czy w parku..”.

Dodajmy: Senior jest niezmiennie zadowolony i cieszy się byle czym…

Reklamy

Niech się już ten dzień zakończy i przyjdzie piękny poranek…

Po wyjściu ostatnich gości i uprzątnięciu śladów naszego biesiadowania zajrzałem do Facebooka. Właśnie wtedy jedna z moich znajomych zamieściła anons:
Niech się już ten dzień zakończy i przyjdzie piękny poranek…
    Zastanowiło mnie takie nastawienie młodej w końcu osoby, a jednocześnie przypomniałem sobie o tym, że już coś takiego przydarzyło mi się przed dwoma laty. Wtedy też zajrzałem do Facebooka i tam przeczytałem podobnie brzmiący komunikat: Wreszcie normalny dzień i… kawusia
Wklepałem ten tekścik do blogowej wyszukiwarki i oto co znalazłem: Wreszcie normalny dzień i…kawusia  27/12/2011  Czytaj dalej

Porcelanowy Jubileusz moich dzieci

Kochani Jubilaci

Nadejszła wiekopomna chwiłłła…i oto nasze dzieci świętują już 20 rocznicę zawarcia związku małżeńskiego. W tradycji świętowania wszelkich jubileuszy 20–lecie zwane jest rocznicą porcelanową. A cóż ma w sobie takiego porcelana, że aż trafiła do takiej dziedziny życia??? Za ciocią Wikipedią podaję:
Porcelana – rodzaj białej, przeświecającej  ceramiki wysokiej jakości, wynaleziony w   Chinach w VII w. Porcelana jest wytwarzana z mieszanki  glinki kaolinowej ze  skaleniem i  kwarcem poprzez wypalanie. Charakteryzuje się niską nasiąkliwością, bardzo dobrymi właściwościami dielektrycznymi, dużą wytrzymałością mechaniczną, wysoką odpornością na działanie czynników chemicznych i nieprzepuszczalnością dla cieczy i gazów. W technice używana jako materiał na nisko- i wysokonapięciowe  izolatory sprzęt laboratoryjny oraz jako wyroby gospodarstwa domowego. Porcelanę wyrabianą w Saksonii nazywano „białym złotem” dlatego, że zastępowała złoto jako królewski podarunek, osiągając ceny porównywalne do kruszcu…
   Jak widać związki porcelany z dobrym małżeństwem są bardzo silne. Podobnie jak przy porcelanie wchodzimy w związek z innym składnikiem (pozostałbym przy dwóch!), a po uformowaniu poddają nas wypalaniu w tyglu i do tego w wysokiej temperaturze jakie stwarza życie. To szokowa technologia, ale dzięki temu zyskujemy wiele niezwykle ważnych cech i przymiotów, o których powyżej. Oceńcie sami, które z tych cech są dla Was najważniejsze. No i wreszcie ten ostatni walor – Białe złoto. Cenne prawda? A jak brzmią dzwoneczki wykonane z porcelany stosowane do zawieszania w drzwiach przy najsłabszym nawet wiaterku? Czysty i szlachetny dźwięk, nie dający się porównać z niczym innym. Czy zatem słusznie nazywają jubileusz 20 lecia porcelanowym? Ja uważam, że tak.

Odnosząc się do przebiegu Waszego wspólnego życia i Waszych osiągnięć na płaszczyźnie rodziny, kariery zawodowej, relacji towarzyskich i wszelkich innych to chcemy Wam wraz z Mamuną powiedzieć, że jesteśmy szczęśliwi Waszym szczęściem, dumni z Waszych osiągnięć, zatroskani Waszymi problemami, przejęci możliwościami realizacji Waszych planów, bo jesteście po prostu ważną częścią naszego życia.
Życzymy Wam szczęścia w dalszym pożyciu małżeńskim, rodzinnym i zawodowym. Szczęść Boże.
   Jako załącznik do tego o czym powyżej pozwolę sobie zamieścić tu opowiastkę, jaką znalazłem na zaprzyjaźnionym blogu w nadziei, że dopowie to, czego nie zdołałem wyrazić moimi słowami. Proszę jednak abyście czytając ją używali liczby mnogiej „My, Wam, Was” zamiast „Ci” Oto ona:
Opowiastka z życzeniami stosowanymi pomiędzy ojcem i córką:
[…]Lotnisko. Starszy mężczyzna i młoda kobieta obejmują się przed rozstaniem. Oboje rozumieją, że jest to prawdopodobnie ich ostatnie pożegnanie: jemu już niewiele życia pozostało, ona mieszka daleko, ich spotkania bywają bardzo rzadkie. W głośnikach rozlega się napomnienie dla pasażerów, że za niewielką chwilę kończy się odprawa.

„Kocham cię, córeczko, i życzę ci, ile trzeba.
„Ja też cię kocham, tatusiu, i życzę ci, ile trzeba.”
Stojący obok pasażer, słysząc te dziwne pozdrowienia, nie mógł powstrzymać ciekawości, podszedł więc i zapytał znaczenie słów „ile trzeba”.
„Są to życzenia, które w naszej rodzinie istnieją od wielu pokoleń” – odparł mężczyzna.
A znaczą? – pytał dalej obcy
Życzę ci słońca, ile trzeba, by twe życie jaśniało stałym blaskiem.
Życzę ci deszczu, ile trzeba by móc się cieszyć słońcem.
Życzę ci szczęścia, ile trzeba, by starczyło go na radowanie się życiem.
Życzę ci smutku, ile trzeba by niewielkie radości stawały się szczęściem.
Życzę ci losu łaskawego, ile trzeba, by mieć wszystko, co w życiu niezbędne.
Życzę ci strat, ile trzeba by docenić to, co się ma.
Życzę ci spotkań, ile trzeba, aby być gotowym na ostatnie rozstanie.
Z Bogiem kochani Jubilaci…

Emigracyjne wspomnienia świąteczne

Dzisiaj, gdy ponad 2 miliony naszych rodaków przebywa poza granicami kraju, to już niemal wszyscy znamy klimaty emigracyjnego życia. Bywa, że jest im tam bardzo trudno, zwłaszcza w porze takich świąt jak te, które przed nami. Nie łatwo przeżyć rozstanie również i tym, którzy pozostali w domach, ale chyba nie ma potrzeby prowadzić sporów o to, komu trudniej. Wystarczy postarać się o zrozumienie przemyśleń każdego, który zechce się otworzyć aby opowiedzieć co przeżył. Ja przeżyłem sporo i napatrzyłem się jeszcze więcej, może dlatego mimo upływu tylu lat wciąż wracam do tamtych czasów? Czytaj dalej

Pora spotkań świątecznych w klasach szkolnych

spotkanie_oplatkowe_w_klasie_szkolnejKto jest w szkole – ten wie, a kto był (wszyscy byliśmy kiedyś uczniami), ten wspomni swoje przeżycia z okresu tzw. wigilii klasowych. Nauki praktycznie już wtedy nie ma, bo obowiązuje niepisana zasada, że: Już od Księcia Ziemowita, przed świętami nikt nie pyta. Jedyne co się wtedy dzieje, to dekoracja sal, wykonywanie gazetek o tematyce świątecznej, uzgadnianie co, kto przyniesie z domu, aby urządzić klasową wigilię.    Nasza gazetka, obok życzeń i wątków historycznych mówiących o korzeniach tradycji świątecznej, zawiera również dwa piękne wiersze jednej z byłych uczennic naszej szkoły, napisane specjalnie na taką okazję. Uczniowie podjęli trud organizacji przyjęcia klasowego, które odbędzie się w ostatnim dniu nauki przed przerwą świąteczną. Rozpisane zostały zadania i role. Czekamy na nasze klasowe uroczystości. Bardzo jestem ciekawy efektów mamino-uczniowskich zabiegów o stronę kulinarną, a jeszcze bardziej o stronę duchową spotkania. Pewnie przyniosą opłatek, ułożą na sianku i…
Zaproszono  za pomocą specjalnie przygotowanych zaproszeń o kształcie czerwonych bombek, wszystkich nauczycieli. Na pewno przyjdą. Będą, jak sądzę, uroczyście wyglądać w świątecznych ubraniach. Będą się do siebie uśmiechać życząc sobie tego wszystkiego, co najważniejsze dla nastolatków. Czy uda się jednak stworzyć atmosferę świątecznego spotkania na obcym gruncie? Czy są na tyle zintegrowanym zespołem, aby podjąć się i należycie wywiązać się z trudnej przecież funkcji gospodarza przyjęcia? Czy uda się zaśpiewać wspólnie jakąś kolędę? Porozmawiać po duszam – jak to mówią Rosjanie? Mało ich znam, gdyż dopiero w tym roku uczyniono mnie ich wychowawcą. Do tego – jak to się zdarza nawet w najlepszej rodzinie – może zbyt dużo wymagam?

Różnie bywa z tymi uroczystościami. Każdy nauczyciel wspomni przeróżne fakty związane z takim klasowym świętem. Ja, przed wielu laty jako wychowawca męskiej klasy zawodówki przeżyłem taką oto przygodę. Studiowałem wtedy na studiach podyplomowych w Krakowie. Dojeżdżałem tam na weekendy autobusem, a po mieście poruszałem się komunikacją miejską. Przyglądałem się kiedyś, jadąc tramwajem, staruszce z pieskiem wielorasowym. Wsiedli, oboje mocno zmoknięci do dość pustego tramwaju. Piesek usiadł na foteliku przy oknie, a jego pani na siedzeniu obok. Piesek patrzył przez okno na światła miasta, a jego pani próbowała go głaskać, porządkując przy okazji jego zmokniętą mocno sierść. Piesek nawet na nią nie spojrzał. Ja wysiadłem wcześniej, a oni pojechali dalej. Utkwiła mi jednak w pamięci ta scena, bo tłumaczyłem sobie, że ona pewnie samotna, a pies jest być może jedyną bliską jej istotą. Wiedziałem, że chłopaki niczego sami nie przygotują, a względy prestiżowe w tym wieku nakazują być nade wszystko… twardzielem. Na ostatniej lekcji wychowawczej postawiłem przyniesiony z domu na biurku stroik świąteczny, zapaliłem świeczkę i biorąc w rękę przyniesiony opłatek – wygłosiłem nawiązanie do tego, co miało za chwilę nastąpić:

   Wiecie, że Święta Bożego Narodzenia nazywane są najbardziej rodzinnymi ze wszystkich świąt. Wszyscy spieszą z daleka, aby w ten jedyny wieczór być z bliskimi, połamać się opłatkiem, popłakać się przy tym i poczuć, przy całowaniu z dubeltówki, jakie dziwnie mokre są również policzki tych, którym my właśnie składamy życzenia. Kto przeżył chociaż jedne święta z dala od bliskich, ten wie o czym mówię. Są jednak samotni, którzy tę samotność odczuwają szczególnie dotkliwie w ten właśnie wieczór. Przygotowujemy puste nakrycie dla przygodnego gościa, a tak naprawdę mało kto dba o to, aby to puste nakrycie miało swego użytkownika. Rozejrzyjmy się wokół, czy nie mamy kuzynki, sąsiadki czy innej samotnej osoby, która mogłaby w ten wieczór przy takim nakryciu z nami usiąść

Tu opowiedziałem im scenkę zaobserwowaną w tramwaju. W klasie panowała cisza. Pomyślałem sobie, że najwyższy czas sięgnąć do opłatka i wtedy… jeden z uczniów zapytał głośno:- A skąd pan bierze takie kawałki, sam pan to wymyśla?
Czar prysnął, jak się to mówi. Okazało się ponadto, że prawie nikt nie przyniósł swojego opłatka i mój musiał wystarczyć. Przynajmniej dla mnie do składania im życzeń. Oni między sobą podawali sobie tylko grabę i wygłaszali standardowe „zdrowia, szczęścia, pomyślności”.

Innym razem wśród abiturientów, jeszcze 5-letniego technikum, przy poprawnie zastawionym stole zostałem poczęstowany i zabawiany rozmową stosowną do okazji. W tle słychać było kolędy odtwarzane z płyt. Było bardzo dostojnie i elegancko. Po kwadransie ktoś z uczniów zapytał kolegę odpowiedzialnego za oprawę muzyczną: – Czy nie masz czegoś na swojską nutę? Okazało się, że miał. Były to nagrania hip-hop, w których oni akurat gustowali. Zapytali grzecznie: – Czy mogą zmienić rytm?
– Jasne, odpowiedziałem. To jest Wasze święto klasowe. Było więc tak, jak lubili i sami chcieli.
   Kiedyś tak wypadło, że miałem lekcję w klasie  II LO akurat w czasie, gdy przygotowywali klasową wigilię i ledwie zdążyli zsunąć stoły. Przyniesione z własnych domów wiktuały były raczej świąteczne niż wigilijne. Stół nakrywały niektóre tylko dziewczyny. Reszta siedziała czekając, aż nakrywanie zostanie zakończone. Zaproponowali mi herbatkę. Położyli plastikowe sztućce i porcję ciasta na talerzyku. Nikt jednak nie poczuł się do roli gospodarza. Opłatki leżały sobie na białej serwetce, pod którą było sianko i czekały… na co? Do składania sobie życzeń i połamania się opłatkiem niestety nie doszło. Ich wychowawczyni przebywała na zwolnieniu lekarskim. Z zainteresowaniem obserwowałem 18-latków, którzy sami się jakoś zorganizowali i zainwestowali własne pieniądze i pracę w sałatki, napoje i ciasta i przynieśli to wszystko, często z domów bardzo odległych od szkoły. Nakryli i już. Masz, jedz i baw się dobrze. Tak, jakby w tym wszystkim wyłącznie o jedzenie chodziło.

Ciekawe, czy znają klimaty tworzone w piosence śpiewanej przez Elżbietę Wojnowską: …Zaproście mnie do stołu, zróbcie mi miejsce, między wami… http://www.youtube.com/watch?v=unuivE67DFo Albo tę nastroje jakie stworzył Andrzej Sikorowski z zespołu Pod Budą w swojej piosence: http://www.youtube.com/watch?v=pmWuscbxJuA

Pogawędzimy sobie nieco,
gwiazd zapytamy co nas czeka.
Starzy znajomi skądś przylecą
może się uda nie narzekać?

   Wkrótce przeżyję praktyczny sprawdzian klasowego przyjęcia wigilijnego w mojej klasie. Trzymam kciuki za to, aby wszystko się udało.

Święta, święta, radości tyle w nas,
święta, świętą, choinkę ubrać czas.
Święta, święta miłości bije dzwon,
święta, święta podajmy sobie dłoń.

Wspomnienia, wspomnienia…*

*Powyższe działo się  w 2008 r. i moi młodzi przyjaciele spisali się na medal

Dobra Polszczyzna

Od kilku dni w radio – czyli w Jedynce Polskiego Radia, które w moim domu gra niemal bez przerwy, słyszałem zapowiedzi zbliżającego się Dnia Dobrej Polszczyzny w Jedynce. Temat dobrze mi znany jeszcze z pracy w szkole. Tam, mimo, że nie jestem polonistą, to jednak prowadziłem swoją prywatną wojnę … z wulgaryzmami zwłaszcza. Zawsze w Tygodniu Języka Ojczystego przypadającego na dni 14 do 21 lutego, wywieszałem na tablicy w swojej sali materiały propagandowe i jakieś prasowe zdjęcia związane z tym tematem. Materiałem, który miał wywołać jakiś, w miarę silny efekt był urywek tekstu pochodzący ze szkolnego kalendarza. Była to relacja młodego chłopaka z wycieczki do Paryża. Być może przesadnie najeżona słowami na k…   Czytaj dalej

Nie pozwól babci wybierać prezentów…

Podobno każda przeciętna polska rodzina przeznacza na organizację nadchodzących świąt około 1126 zł. Jest to wyraźnie mniej niż w roku ubiegłym, co eksperci zapisują nam na konto rosnącej skłonności do oszczędzania. To duży pozytyw. Część tych pieniędzy przeznaczymy na prezenty. Sporą część. O ten rynek walczą zaciekle handlowcy wielu branż , bo to praktycznie jedyna w roku okazja, aby sobie powetować różne niepowodzenia i poprawić wskaźniki sprzedaży , no i – co chyba oczywiste – również zysków. To w tym celu już od połowy listopada pojawiają się świąteczne dekoracje, świąteczna muzyka i przeróżne specjalne okazje świąteczne. To dlatego ilość reklam w programach radiowych i telewizyjnych i czas ich nadawania tak skokowo rośnie. Niektóre z nich potrafią nas rozbawić, a inne serdecznie wkurzają, ale podobno bardzo oddziaływują na naszą wyobraźnie …no i na chęć czynienia zakupów. Te dwa czynniki wprawiają nas w stan jakiegoś amoku. Spieszymy się i kupujemy wszystko co nam podsuwają, tak jakby miało tych towarów zabraknąć. Może to jeszcze pamięć pustych sklepów z czasów PRL-u tak nas dopinguje?

Przed paroma dniami znalazłem w Onet przedruk ciekawego artykułu z portalu Gazeta.pl, w którym przedstawiono rozmowę z doświadczoną panią handlowiec na temat atmosfery panującej w centrach handlowych przed świętami.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,15113905.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta

Przytoczę tu tylko fragmenty tej rozmowy.

Pani redaktor wprowadza w temat następującymi słowami:

W ostatnią sobotę miałam wielką nieprzyjemność być w warszawskiej galerii handlowej Złote Tarasy i wyszłam bliska ataku paniki. Przeraziły mnie te tłumy robiące przedświąteczne zakupy.

Ania: To prawda. Rzadko kiedy kupujący w galeriach są tak nabuzowani, źli albo agresywni. A pierwsze symptomy przedświątecznej gorączki można zauważyć już w połowie listopada. Pojawiają się wraz z pierwszymi świątecznymi dekoracjami. Wtedy ludzie zaczynają kręcić się po sklepach w poszukiwaniu prezentów na mikołajki albo już pod choinkę. Jeszcze nie wiedzą, czego dokładnie szukają, ale już szukają.

Z czego to się bierze?

Ludzie wchodzą do tego udekorowanego świątecznie centrum handlowego, zewsząd atakują ich choinki, mikołaje albo jakieś reniferki, słyszą „Last Christmas” lecące z głośników, widzą te podniecone tłumy i wpadają w taki dziwny stan. A kiedy zobaczą jeszcze do tego gdzieś wywieszkę „OKAZJA”, to już kompletnie się rozpadają….

Wariują, czyli…

 Chodzą, włóczą się, nie wiedzą, czego chcą – ale wiedzą, że coś na pewno – i wystarczy nawet bardzo niewielka zachęta ze strony ekspedienta. Biorą wszystko. Już przy ladzie zapytasz: „A może jeszcze podkolanówki?”. Biorą. „I te skarpetki ładne może?”. Też biorą. „A te wełniane…?”. I tak można bez końca. Kluczowe jest jednak słowo „okazja”. Nawet nie „przecena”.

… byłam świadkiem takiej dostawy do sklepu bardzo znanej sieci odzieżowej. Ciężko to sobie wyobrazić, jak się tego nie widzi, ale to były olbrzymie kontenery z wielkimi paletami pełnymi głównie – jak podejrzewam – złogów magazynowych. Takie złogi szybciutko się przemetkowuje i już ma się świeżutki, nowy towar, który można sobie postawić dumnie na środku sklepu albo przy wejściu z oznakowaniem „Kolekcja świąteczna”. Dlatego przed świętami trzeba uważać na to, co wyłożone jest na środek sklepu. To są zwykle rzeczy, których sklep chce się pozbyć.

Rodzice to łatwy cel?

Tak, strasznie łatwo jest ich naciągnąć. Przed świętami są tak napaleni – bo przecież chodzi o dzieci – że nie patrzą, że to nie ten kolor (bo co za różnica?), nie ten rozmiar (za parę lat dorośnie!), że to sukienka, a nie spodenki… Mówię ci, czyste szaleństwo…

No właśnie : Dzieci…Dla nich wszystko!

W Jedynce PR dość często pojawia się ostatnimi czasy reklama, której fragment użyłem w tytule. Jakaś starsza pani zachwala dziecku gumową kaczuszkę i wtedy pojawia się energiczny doradca wygłaszając to zdanie: Nie pozwól babci wybierać prezentów… Po takim wstępie oferuje przeróżne gadżety elektroniki użytkowej w cenach „O hohoho!!!” Jak zakrzyknąłby z podziwem w głosie Mikołaj. Jakaś tam kaczuszka za parę złotych? Kto to widział. Musi być sprzęcior Ful wypas… To dopiero będzie się liczyć. Nawet dla twojej wygody będą prowadzić nocną sprzedaż, po okazyjnych cenach. Brakuje ci pieniędzy? No problem. Są banki i para banki, które chętnie pożyczą…w 15 minut, z odroczoną o 3 miesiące spłatą pierwszej raty. To że będzie w tym czasie już nowy okres przedświąteczny nie stanowi problemu. Bierz i nie zastanawiaj się. Podpisuj umowę i nie trać czasu na jej czytanie, a zwłaszcza w miejscach gdzie treść wymagała użycia tych małych liter. Idą Święta!. Trzeba się spieszyć z zakupami, bo później trzeba jeszcze umyć szyby w oknach, zmieniać firanki, pościel, posprzątać, upiec ciasta i gotować tradycyjne potrawy, a tak to przynajmniej to jedno będzie już za nami…

Gorączka przedświątecznych zakupów, to ciężka i zaraźliwa przypadłość i lubi mieć nawroty.

U Lisa…na żywo…

Obejrzałem poniedziałkowy program Tomasz Lis na żywo i wciąż myślę o tym, czy to przypadek sprawił, czy jest to zapowiedź jakiejś trwalszej przemiany pana Lisa, bo tym razem słuchając kolejnych jego gości chwilami byłem nawet wzruszony. Do niedawna, podobnie jak w większości programów typu „Mówiące głowy”, tak i u pana Lisa można było spotkać rozmówców tak dobranych, że łatwo było sprowokować atmosferę awantury, w której nawet sam autor nie mógł sobie poradzić. Nic więc dziwnego, że ściągał na siebie dość ostrą krytykę. Czy to go zmieniło? Czy porzuci tamten styl prowadzenia rozmów na ważne przecież i przyciągające ludzką uwagę tematy? To się okaże. Chciałbym, aby ostatni jego program był zapowiedzią takiej trwałej odmiany w całej telewizyjnej debacie uprawianej we wszystkich stacjach. Dla tych z Państwa którzy nie widzieli programu załączam link: http://vod.pl/tomasz-lis-na-zywo,144412,w.html  Czytaj dalej

Makabryczna dydaktyka

Kończy się podliczanie strat wywołanych Orkanem Ksawery. Jeszcze tu i ówdzie przywracane są dostawy energii elektrycznej i usuwane inne straty. Dotknięci przez los jeszcze długo będą „lizać rany”, bo zapomoga z budżetu państwa w wysokości 6 tys. zł doraźnej pomocy nie na wiele im wystarczy.

W napisanym wczoraj tekście „Tak wiało, że wywiało…” podniosłem m.in. problem przygotowania społeczeństwa do przetrwania tego typu zdarzeń losowych. Jest to realizowane przez szkoły w ramach przedmiotu Edukacja dla bezpieczeństwa, jednak w wymiarze dalece niewystarczającym w mojej ocenie. W ramach edukacji dla dorosłych zajmują się tym ( czytaj – zajmować się powinny) zakłady pracy oraz Centra Zarządzania Kryzysowego w powiatach, województwach i poprzez Centrum Rządowe. Jak to jest realizowane? O to chciałem dzisiaj zapytać przypominając tekst napisany prawie trzy lata temu, bezpośrednio po trzęsieniu ziemi w Japonii. Zapraszam:

 

18/03/2011r. Makabryczna dydaktyka

Dzisiaj już tydzień mija od wydarzenia, które wstrząsnęło światem, czyli katastrofalnego trzęsienia ziemi, jakie nawiedziło Japonię. Wpadłem wtedy około południa na chwilę do domu i zajrzałem do Internetu. Akurat prezentowano informację o tragedii oraz film wideo pokazujący skuteczność zmiatania z bardzo starannie utrzymanych miast Japonii wszystkiego co na tej ziemi postawiono lub tylko pozostawiono, przez falę tsunami. Byłem wstrząśnięty widokiem wyrzucanych na ląd łodzi, a nawet dużych jednostek morskich. Przerażał mnie widok porywanych przez falę i niesionych niczym dziecięce klocki samochodów i wszelakiego sprzętu oraz materiałów pochodzących z rozbitych domów. Natychmiast zamieściłem na Naszej-klasie link do tych filmików z dopiskiem: Zobaczcie sami falę tsunami, a pod kolejnym filmem dopisałem: Polecam. Będziemy o tym rozmawiać na lekcjach PO.

Piszę o tym, gdyż będąc nauczycielem przedmiotu edukacja dla bezpieczeństwa zwanego również przysposobieniem obronnym dostrzegłem w tej niesamowitej tragedii szansę na pełniejszą realizację głównego celu edukacyjnego tego przedmiotu, jakim jest przygotowanie społeczeństwa do radzenia sobie w razie takich właśnie katastrof technicznych, czy też klęsk żywiołowych. Młodzież klas drugich LO i technikum akurat ma już za sobą takie tematy jak system ratownictwa medycznego, zarządzanie kryzysowe, alarmowanie ludności i postępowanie w czasie powodzi oraz pożarów, postępowanie ratownicze na wypadek skażeń chemicznych i promieniotwórczych, zakażeń biologicznych z ćwiczeniami w zakresie wykorzystywania sprzętu ochrony dróg oddechowych i skóry, zasady przeprowadzania ewakuacji itd. Istnieje wprawdzie obudowa multimedialna  do tego przedmiotu w postaci filmów, plansz, przeźroczy, czy foliogramów ale… ich jakość i aktualność budzi duże zastrzeżenia, więc jest mało wykorzystywana.  Taka katastrofa, to najprawdziwsza prawda, która wydarzyła się tu i teraz i jest dzięki przekazom medialnym na oczach całego świata. Taka katastrofa wydarzyła się w kraju przygotowanym jak żadne inne państwo do radzenia sobie w razie trzęsień ziemi, które tam występują z dużą regularnością. To się zdarzyło w państwie, gdzie już małe dzieci ćwiczą zasady zachowania się na wypadek alarmu i zarządzonej ewakuacji. W państwie, gdzie ludzie żyją według zupełnie różnej od naszej filozofii przetrwania. Każdy człowiek we wszystkich państwach świata oglądając relacje zapewne zastanawia się, co by zrobił w razie takiego nieszczęścia, a więc – ja w naiwności swojej pomyślałem, że i młodzież szkół średnich spędzająca dużo czasu przy telewizorach, a jeszcze więcej przy komputerach powinna tak samo postrzegać tragedię rodem z Japonii. Postanowiłem wykorzystać tę okazję i porozmawiać z uczniami wszystkich klas, w których uczę tego przedmiotu o tym, co widzieli i co to zdarzenie może oznaczać dla ludzi mieszkających w tamtym regionie świata, a nawet dla nas w odległej Polsce.

Po pierwszych poniedziałkowych lekcjach byłem rozbity. Nie wiem, czy ktoś uwierzy, jak małe zainteresowanie przykłada się do takich zdarzeń w wieku 15 do 18 lat. Na kolejnych lekcjach w kolejnych klasach spotykałem się z sytuacją niemal całkowitego braku wiedzy o tym, co się stało w Japonii. Jeśli kilka osób na klasę wiedziało o tym, że było tam trzęsienie ziemi, a nawet fala tsunami, to była to wiedza tak fragmentaryczna, że trzeba by ją uznać za zerową. Często za najważniejszą informację uważano to, o ile odchylił się biegun magnetyczny ziemi, czy też o ile metrów przesunęła się wyspa, a nie to jakie rozmiary szkód w ludziach, czy jaką wielkość strat materialnych odnotowano. Jeśli do tego dodać wypowiadane czasem opinie typu:

–       A co mnie to obchodzi, przecież to daleko od nas, albo:

–        Nie oglądam telewizji, a przynajmniej programów informacyjnych, bo tam ciągle polityka, katastrofy, afery, przekręty. Wolę spędzać czas tak, jak lubię,

W tej sytuacji wziąłem na siebie ciężar poinformowania moich uczniów o grozie sytuacji z wykorzystaniem wiedzy tych uczniów, którzy widzieli przekazy i rozumieli istotę zagrożeń skażeniem promieniotwórczym.

W kolejnych dniach rozniosła się po szkole informacja o charakterze zajęć z PO, co miało ten pozytywny efekt, że uczniowie byli już bardziej przygotowani do dyskusji i brali w niej udział. Ponieważ przedmiot ma wymiar jednej godziny w tygodniu, to miałem za sobą dość ograniczoną czasem próbę dotarcia do wyobraźni wszystkich młodych ludzi, których uczę (ok.300 osób) z bardzo ważnymi informacjami wynikającymi z rozmiarów klęski żywiołowej oraz katastrofy nuklearnej.

Myślę, że ta próba była jednak udana. Teraz już inaczej będą patrzeć na kolejne relacje. Docenią też, jak wyjątkowym narodem są Japończycy w swej niezwykłej postawie myślenia grupowego i nadzwyczajnym zdyscyplinowaniu ułatwiającym zarządzanie akcją ratowniczą, co prowadziło do ograniczenia szkód. Dowiedzieli się również i tego, że my nie jesteśmy gotowi na to, aby stawić czoła takiemu zagrożeniu.

Kogo za to winić? Co zrobić abyśmy przyswoili choć trochę umiejętności zachowania się w razie katastrof, prezentowanych teraz przez Japończyków dla ogólnoświatowej widowni?

Czy w wypowiedziach zanotowanych teraz, już po przejściu orkanu będzie dominować zadnie: – No i o co kopię kruszyć? Było, minęło…

Tak wiało, że wywiało…

Wszyscy przeżyliśmy zimowy test pod nazwą Orkan Ksawery. Tak służby utrzymania ruchu jak i drogowcy, a już na pewno użytkownicy dróg raczej go oblali. Srogi był to sprawdzian, a że mało kto go zdał z zadowalającym wynikiem, to świadczy tylko o tym, że nie uczymy się na własnych błędach jak również lekceważymy doświadczeniach innych. Orkan zaatakował kilka dni wcześniej niemal całą Europę zachodnią. Były więc doniesienia medialne, były ostrzeżenia IMiGW niemal w każdej prognozie pogody i mogliśmy się lepiej przygotować. Służby drogowe były przygotowane do zimy więc nic nie powinno ich zaskoczyć, bo w grudniu śnieg nie jest nadzwyczajnym zdarzeniem. Służby ratownicze chyba najlepiej zdały swój test jeśli zważyć, że na dzień wyciszania się wiatru – jak usłyszałem w Jedynce PR, było ponad 10 tys. zgłoszeń. Urocza Pani Wicepremier co pół godziny otrzymywała szczegółowy raport o stanie bezpieczeństwa i reagowała poprzez Rządowe i Wojewódzkie Centra Reagowania Kryzysowego. Jak wypadnie podsumowanie rozmiaru szkód i sprawności akcji ratowniczej? Wkrótce się dowiemy. Czy ten raport obejmie również ocenę naszej obywatelskiej wiedzy na temat zagrożeń i sposobu postępowania w razie wystąpienia konkretnego zagrożenia? Kto dzisiaj tego uczy? Wprawdzie w szkole już od podstawówki, poprzez gimnazjum, aż po liceum dzieci i młodzież mają wprawdzie przedmiot Edukacja dla Bezpieczeństwa, ale w wymiarze ograniczonym do 1 lekcji w cyklu kształcenia, co jest zaledwie liźnięciem tematu. A że pragmatyczna młodzież nie traktuje poważnie przedmiotów niematuralnych więc efekty kształcenia są raczej mierne. Na studiach już tego nie uczą, a w dorosłym życiu? Jedynie na jakichś szkoleniach w zakładach pracy – o ile ktoś pracuje w jakiejś szanującej się korporacji. A pozostali…? Coś tam się wie, prawda? Gdy jednak tak silnie wieje, to może wywiać  z głowy słabo utrwaloną wiedzę, prawda? Zajrzałem do Internetu. Pod hasłem Zarządzanie kryzysowe znalazłem Mały poradnik. Zajrzałem pod hasło” Zarządzanie kryzysowe i sięgnąłem do pierwszego z brzegu Poradnika „Bezpieczeństwo i ja”. Tam wyszukałem rozdział:

W PRZYPADKU OSTRZEŻENIA O BURZY ŚNIEŻNEJ POWINIENEŚ:

Pozostać w domu w czasie opadów; słuchać komunikatów radiowych o warunkach pogodowych, jeżeli musisz wyjść z domu, ubierz się w ciepłą odzież wielowarstwową, powiadom kogoś o docelowym miejscu podróży. Na czas dłuższej podróży przygotuj wysokoenergetyczne, suche pożywienie oraz kilka butelek wody.

Zachowaj ostrożność poruszając się po zaśnieżonym i oblodzonym terenie, zwróć uwagę na zwisające sople, zwały śniegu na dachach budynków, itp.

obserwuj czy nie występują u ciebie objawy odmrożenia lub wychłodzenia – jeżeli to stwierdzisz konieczna będzie natychmiastowa pomoc medyczna.

UNIKAJ PODRÓŻOWANIA W CZASIE BURZY ŚNIEŻNEJ, JEŚLI JEDNAK MUSISZ TO ZROBIĆ TO:

– wyjeżdżaj z zapasem paliwa,

– powiadom kogokolwiek o docelowym miejscu podróży oraz o przewidywanej trasie przejazdu,

– jeśli posiadasz radiotelefon, to zabierz go ze sobą,

-zabierz ze sobą prowiant i koce.

JEŻELI UTKNĄŁEŚ W DRODZE:

– Nie szukaj sam pomocy, pozostań w samochodzie chyba, że pomoc jest w widocznej odległości,

– Umocuj na antenie lub dachu samochodu jaskrawą tkaninę, aby była widoczna dla ratowników,

– Okryj się kocem i uruchamiaj silnik co godzinę na 10 minut włączając ogrzewanie i zewnętrzne światła samochodu (aby uniknąć zatrucia spalinami sprawdź czy rura wydechowa jest wolna od śniegu oraz dla wentylacji uchyl lekko okna)

– Zwracaj uwagę na oznaki odmrożeń lub wychłodzenia organizmu.

– Wykonuj co jakiś czas lekkie ćwiczenia ruchowe dla utrzymania krążenia krwi,

– Unikaj nadmiernego lub zbędnego wysiłku, Zimne otoczenie powoduje dodatkowe obciążenie dla serca. Nadmierny wysiłek, taki jak odgarnianie śniegu albo pchanie samochodu może spowodować zdrowotne dolegliwości.

– Jeżeli w samochodzie jest więcej osób, to powinny się zgromadzić koło siebie dla utrzymania ciepła…

Nie piszę o oponach, bo już i u nas jest prawnie ustalona data, po której jeżdżenie bez zimowych opon jest wykroczeniem. Jak dużo kierowców tkwiących przez wiele godzin w długich, liczących dziesiątki kilometrów korkach jechało na łysawych oponach? A pojazdy tarasujące drogi na łysych oponach, bez łańcuchów to była rzadkość? To był start w zimowy sezon i od razu gorzka nauczka. Nauczyliśmy się czegoś?

Czy sięgniemy do poradników? Usłuchamy i dostosujemy się do tego co napisali w poradnikach?

Aby chronić się przed wiatrem warto nosić czapeczkę. Może wtedy lepiej zniesiemy chłód, a przy okazji ochronimy się przed wywiewaniem z główki tego, co warto zachować w naszej świadomości.

Bezpieczeństwo nie jest darem niebios, ani jakiejkolwiek władzy. Nasze bezpieczeństwo zależy od nas samych”- Takie hasło zawiesiłem w swojej sali PO w Ekonomiku gdzie pracowałem przez ostatnie 20 lat . Wisiało sobie spokojnie na tablicy poświęconej bezpieczeństwu właśnie. Tablica nazywała się: „Strzeżonego…” Ile osób przewinęło się przez te salę przez te wszystkie lata??? Czy pamiętają ???