Studiuj, inwestuj w siebie…

Jestem szczęśliwym ojcem absolwentki jednego w wydziałów Dominican Universyty w Chicago. Moja córka, absolwentka polonistyki w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Kielcach, przed paroma dniami odebrała tam dyplom ukończenia studiów w drugiej już, tym razem amerykańskiej uczelni. Wszyscy widzieliśmy w tym jedyną szansę na otwarcie drogi do możliwości jakie w Ameryce daje posiadanie porządnego wykształcenia. Byliśmy u niej w Chicago i z nią w uniwersytecie, gdy składała potrzebne dokumenty i wnosiła wymagane opłaty. Wspieraliśmy ją zarówno wtedy, gdy podejmowała decyzję i w każdej chwili na przestrzeni tych trudnych lat studiowania, kiedy należało godzić obowiązki matki, żony i pani domu oraz zwyczajnie pracować na chleb, na ubezpieczenie, na „waciki” i powiedzmy dla samorealizacji.

Małgosia przed Uniwersytetem w dniu graduacji. Jej uśmiech mówi wszystko.

Nie był to łatwy czas. Sami doskonale wiedzieliśmy jak takie godzenie obowiązków smakuje. Zarówno ja, jak i żona studiowaliśmy w tym samym trybie co Małgosia i musieliśmy godzić obowiązki domowe i zawodowe, przez wiele lat, a jak się okazało również wielokrotnie. Udało się nam, a myślę, że głównie dlatego, iż oboje uzupełnialiśmy i poszerzaliśmy swoje kwalifikacje oraz kompetencje utrzymując się w pracy, którą wykonywaliśmy przed rozpoczęciem studiów. Moi pracodawcy byli nawet zainteresowani tym, abym uzupełniał swoje kwalifikacje. Wynikało to z faktu, że Centrala Spółdzielni dla której wtedy pracowałem dofinansowywała kierunek kształcenia na uczelni i miała prawo kierować tam jakąś liczbę ludzi rokujących nadzieję na odrobienie w zrzeszonych firmach wsparcia udzielanego im w momencie rekrutacji. I to działało przynosząc efekty dla obydwu stron. Działało w starym systemie, ale jak wiemy po 1989 roku przestało działać, bo postanowiono zlikwidować wszelką działalność spółdzielczą, bo upadały lawinowo państwowe przedsiębiorstwa, bo uczelnie postanowiono urynkowić i pozostawić niemal wszelkie decyzje w gestii ich samorządnych senatów.

Wiemy też jak wyglądały następne lata, jak z roku na rok przybywało uczelni, zwłaszcza prowadzonych jako prywatne przedsięwzięcia biznesowe, jak mnożyły się nowe kierunki sprzedaży „kwitów na inteligencję”, jak wszyscy zachwycali się rosnącymi jak grzyby po deszczu wskaźnikami skolaryzacji i odsetkiem ludzi z wyższym stopniem wykształcenia.

Ten pęd ku powszechnemu szczęściu trwa nadal, ale coraz częściej pojawiają się nad tym rynkiem usług edukacyjnych ciemne chmury rozczarowania i frustracji, zwłaszcza po stronie tych, którzy mając wprawdzie dyplom zasilają szeregi bezrobotnych absolwentów. Pieniądze wydane na takie dyplomy okazały się bardzo chybioną inwestycją. A przecież nie tylko o zmarnowane pieniądze tu chodzi.

To wszystko wiemy nie od dziś i wielu z nas zapewne sądzi, że to taka nasza polska specjalność. Ot ktoś robi duże pieniądze sprzedając młodym i naiwnym ludziom iluzję, że dyplom odsunie od nich widmo bezrobocia już na starcie i zapewni dostatnie życie w branży, którą zaszczycili swoim zainteresowaniem.

Niestety, jak się okazuje, ja sam do nich należałem. Aż do czasu wzięcia do ręki tygodnika Przegląd, którego materiały już tu cytowałem w poprzednim tekście. Zainteresowanych zapraszam do lektury:

http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/wyklad-dla-100-tysiecy-studentow

Otóż w materiale o Internetowej rewolucja w amerykańskim szkolnictwie wyższym pan Dariusz Wiśniewski w korespondencja z Chicago właśnie omawia zmiany zachodzące w amerykańskim szkolnictwie. Podkreślając obecny stan, charakteryzujący się niezwykle wysoką pozycją amerykańskich uniwersytetów  pisze o Słonej cenie wiedzy używając następujących argumentów
W światowym rankingu amerykańskie uniwersytety wciąż stanowią czołówkę. W pierwszej setce znajduje się ich ok. 50, a w pierwszej dziesiątce aż osiem (pozostałe dwa to brytyjskie Cambridge i Oksford). Uczelnie w USA wypuszczają najwięcej noblistów, a ich ogólny wkład w światowy dorobek naukowy jest nieporównywalny z innymi krajami. Dyplom ukończenia studiów wyższych, zwłaszcza na uczelniach z Ivy League – Ligi Bluszczowej (osiem najbardziej prestiżowych uniwersytetów w USA) pozostaje gwarancją lepszej pracy i wysokich zarobków...

Byłoby to wspaniałym porównaniem zwłaszcza do wyników nauki polskiej i niedościgłym wzorem, gdyby nie to, że:
W ciągu ostatnich 25 lat koszt studiów wyższych w Stanach wzrósł o 440%. Istnieje wprawdzie system stypendialny, lecz w czasie kryzysu stał się znacznie mniej hojny. Dla wielu młodych Amerykanów nie tylko Ivy League jest niedostępne, gdyż niedostępne są również placówki przeciętne. Roczny koszt studiowania na uniwersytecie stanowym to ok. 15-25 tys. dol., natomiast Harvard, Yale czy Cornell (Ivy Leaque)  wymagają wydania grubo ponad 50 tys. dol. Do tego dochodzą akademik, podręczniki i utrzymanie. Ponieważ rodziców nie stać na tak wysokie opłaty, studenci zaciągają pożyczki na naukę. W roku 2011 każdy absolwent czteroletnich podstawowych studiów był zadłużony średnio na 26 tys. dol. Aktualnie studenci i absolwenci są zadłużeni na ogólną kwotę ponad biliona dolarów. To więcej niż całościowy dług na kartach kredytowych wszystkich obywateli. Dyplom uczelni amerykańskiej ciągle jest niezwykle cenną zdobyczą, ale czy wiedza musi tyle kosztować?-
zastanawia się autor.

Dalej już jest niemal tak samo jak u nas, w naszej rodzimej dyskusji o rynku usług edukacji zwanej wyższą. Znajdziemy tam i takie słowa:

Studiowanie na amerykańskim uniwersytecie stało się przedsięwzięciem ryzykownym. Obecnie szansa, że ukończy się czteroletnie studia w ciągu sześciu lat, wynosi tylko 57%. Aż 30% studentów przerywa edukację (wzrost o 25% w stosunku do danych sprzed dekady). Ci, którzy porzucili naukę, często z powodów finansowych, właściwie nie mają możliwości spłaty zaciągniętej pożyczki. Dług nieraz obciąża krewnego albo rodziców, którzy zdecydowali się być żyrantami. Rzucenie studiów w wielu przypadkach staje się tragedią całej rodziny. Nieraz więc lepiej, by młody człowiek nie miał dyplomu, bo nie obciąży się ogromną pożyczką.
Uniwersytety w dużej części same są odpowiedzialne za swoją niewydolność i nadmierne koncentrowanie się na zysku.
Przez lata wypuszczały absolwentów, którzy nie mogli znaleźć pracy (obecnie ok. 40%). W ciągu dwóch lat po zakończeniu studiów 9% młodych prawników (zawód w USA niezwykle intratny) nie jest w stanie spłacać pożyczki. W innych profesjach odsetek ten wynosi nawet 30%. Władze uniwersyteckie o tym wiedziały, ale nie kwapiły się do zmian. Zwyczajowo w kryzysie, gdy jest stosunkowo duże bezrobocie, uczelnie stają się azylem dla wielu młodych ludzi chcących przeczekać trudne czasy. Zdarza się więc, że studiują oni byle co, a potem, gdy stwierdzają, że pierwszy fakultet jest bezwartościowy przy szukaniu pracy, zapisują się na drugi, bo „jak będę kończył(a), to sytuacja pewnie się poprawi”. Uniwersytety nie ostrzegały kandydatów, że pieniądze wydane na studia mogą się okazać stracone.
Ale nie chodzi tylko o pieniądze. Dyplom uczelni amerykańskich powoli traci prestiż. Absolwenci z wyższym wykształceniem zarabiają więcej niż ci ze średnim, lecz po uwzględnieniu inflacji od roku 1979 ich zarobki pozostają na tym samym poziomie. Przez ostatnie dwie dekady kwalifikacje absolwentów znacznie się obniżyły.
(podkreślenia pochodzą ode mnie)

Jeśli ktoś z Państwa doczytał ten artykuł do końca, to zapewne nasunęły mu się takie same jak moje wnioski. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, ale żeby nawet w Ameryce tak traktowano potencjał tkwiący w młodym pokoleniu?

Podobne pytania można stawiać przy analizie sytuacji panującej we Francji, Hiszpanii, Portugalii, we Włoszech itd. itd. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma…, ale to spostrzeżenie wcale nie dostarcza nam uspokojenia, prawda?

Oni w tych bogatych krajach ciągle prowadzą politykę drenażu mózgów. To tam jadą z całego świata młodzi, wykształceni i bardzo zmotywowani do znalezienia miejsca dla siebie i realizacji pomysłu na siebie ludzie. Wielu z nich znajduje tam to, czego w swojej ojczyźnie daremnie szukają. Czy tak być musi?

Reklamy