Kapsuła czasu

W TVN 24 pokazano szeroko zakrojoną informację o odnalezieniu pod posadzką w jednym z polskich kościołów kawałka rury, w której budowniczowie kościoła umieścili dla potomności informacje o czasach kiedy ten kościół budowano. Wiemy dzięki temu kto tam pracował, ile marek kosztował chleb, a także czym żył wtedy świat, co wynikało z załączonych gazet. Czytaj dalej

Dacie mi szanse?

Jak już napisałem w poście z dnia 14 stycznia : http://tatulowe.blog.onet.pl/2013/01/14/ja-i-zycie-moje/ – zgłosiłem bloga Tatulowe opowieści do konkursu Blog Roku 2012 w kategorii Ja i życie moje. Próby zmiany kategorii nie powiodły się i tak już pozostało. Gdy nadszedł czas głosowania przy pomocy SMS-ów (24 stycznia do 31 stycznia), to zgodnie z żądaniem organizatorów poinformowałem o tym na blogu i uważałem, że to już wszystko czego ode mnie wymagano. Czytaj dalej

Studniówka – egzamin dojrzałości…towarzyskiej

Pod takim tytułem zamieściłem przed trzema już laty( jak ten czas leci!!!)swoje nauczycielskie przemyślenia na temat powszechnie organizowanych w styczniu studniówek. Teraz, już nie pracuję w szkole, ale jednak nie zaprzestałem obserwowania wszystkiego, co dotyczy szkoły i widzę, że utrwalają się już zupełnie inne zwyczaje, które delikatnie mówiąc znacznie odbiegają od wypracowanych przez wiele pokoleń schematów. Szokują mnie zwłaszcza medialne doniesienia z niby szkolnych imprez, które zaczynają się standardowo, aby później już stać się jakimś karnawałowym szaleństwem kontynuowanym w lokalach, klubach, hotelach, które ze szkołą nie ma już nic wspólnego. Aby nie być gołosłownym, to podam adres do bloga prowadzonego przez nauczyciela polonistę w renomowanym łódzkim liceum, który wielokrotnie nawiązuje do przygotowań i samego przebiegu balu zwanego studniówką: http://chetkowski.blog.polityka.pl/2013/01/06/polonez-taniec-szkolny/http://chetkowski.blog.polityka.pl/2013/01/12/studniowka-bez-nauczycieli/http://chetkowski.blog.polityka.pl/2013/01/17/studniowkowy-savoir-vivre/ Prawda, że ta dziedzina przeżyła już niebywały postęp?Prawdą jest, że w tekstach wyczuwa się pewną tendencję mającą sprowokować czytelników, a zwłaszcza uczniów autora do szerszych wypowiedzi, ale czy nie ma on racji zamieszczając instrukcję nie dla uczniów przecież, ale właśnie dla nauczycieli nazwaną studniowkowy-savoir-vivre?   Pozwólcie się zaprosić do mojego tekstu sprzed trzech lat. To było tak niedawno, a jakbyśmy byli w innym świecie. A może mnie się tak tylko wydaje?
17 Stycznia 2010
Minęła kolejna sobota. Kolejna grupa abiturientów odsypia właśnie trudy szalonej, studniówkowej nocy. Wkrótce ukażą się w Naszej – klasie. pl pierwsze amatorskie zdjęcia i pierwsze opinie o urodzie pokazywanych tam ludzi. Pojawią się też pierwsze podsumowania. Mam nadzieję na obejrzenie zdjęć i nagrań jak i na relacje słowne. Ciekawe, czy opinie i nadzieje uczniów, których wypowiedzi umieściłem w poprzednim tekście udało się zrealizować. Jak się dowiem – to opowiem. Dzisiaj chcę uzupełnić poprzednio poczynione refleksje o elementy, które podsunięto mi w trakcie rozmów z uczniami i absolwentami na temat przyszłych i minionych, niekiedy dość dawno studniówek. W mojej szkole studniówka odbędzie się w najbliższą sobotę. Rodzice tym razem zadecydowali, że nie będą wynajmować lokalu lecz własnymi siłami zorganizują ten bal w sali gimnastycznej szkoły. Przygotowania do balu trwają . Już dość dawno temu, na specjalnym zebraniu z udziałem młodzieży rozdzielono pomiędzy rodziców i młodzież wszelkie zadania i teraz wystarczy już tylko je zrealizować. W wypowiedziach uczniów przeważa nadzieja na dobrą zabawę i pełna determinacja w staraniach, aby tak właśnie się stało. Jak będzie – zobaczymy. Ja będę gościem na tej zabawie i sprawdzę czy tak będzie. Z przeprowadzonych rozmów wynika, że do sukcesu w tym względzie nie trzeba wiele.
Wystarczy, że na tę jedną noc znikną wszelkie podziały:
– na prymusów i lizusów,
– na ładnych i mniej ładnych,
– na bardziej lub mniej zabawowych,
– na bogatych i biednych,
– na miastowych i „wsioków”,
– na lepiej lub gorzej ubranych, czy zadbanych.
   Gdyby tak jeszcze udało się nie wyrzucać sobie wzajemnie tego kto więcej, a kto mniej z siebie dał dla dobra wspólnej zabawy? A może jeszcze udałoby się nie trzymać krótko przy sobie przyprowadzonego partnera, a po prostu bawić się wspólnie? Choćby tak, jak udaje się to czynić o północy, kiedy wszyscy fantazyjnie poprzebierani wybiegają na parkiet i żywiołowo tańczą „ tupanego”.
Prawda, że niewiele trzeba z siebie dać, aby spełnione zostały warunki dobrej zabawy?       Pisząc poprzedni tekst wykorzystałem tylko najbardziej charakterystyczne wypowiedzi młodych ludzi przygotowujących się do zabawy. Sporo ciekawych głosów pojawiło się również w komentarzach. W tak zwanym międzyczasie, pytałem wielu ludzi o wspomnienia z ich studniówek i rzadko były to jednoznacznie pozytywne opinie. To co w ich wspomnieniach kładło się cieniem na atmosferze zabawy zamieściłem powyżej. Na ogół wszędzie był podział na naszych i pozostałych. Nasi, byli na ogół lepiej zadbani i trzymali się razem. Ci, którzy mieli za partnera swojego chłopaka lub dziewczynę bawili się tylko ze sobą, a w dodatku znikali gdzieś na długi czas. Ci z wypożyczonymi partnerami ( brat koleżanki, siostra kolegi) często cierpieli męki, gdy okazało się, że partner źle tańczy, izoluje się od towarzystwa… bo nie może znaleźć wspólnego tematu, albo wypił zbyt dużo. Co wtedy robić z takim partnerem. Część dziewczyn ratując się przed utratą resztki marzeń pozostawiało siedzących samotnie przy stole lub w gronie podobnych sobie spędzających czas smutasów i dołączały do tańczących w grupie rówieśników. Inni wychodzili wcześniej z zabawy zabierając ze sobą gorycz zawodu. Trochę smutne jest to co piszę, ale mam nadzieję, że nie wykraczę tym tekstem niczego złego. Mam nadzieję, że będzie wprost przeciwnie jeśli moje słowa zostanę przemyślane i wzięte pod uwagę. W najbliższą sobotę będziemy dzięki temu świadkami udanej pod każdym względem i wspaniałej zabawy.
Jestem pewny, że STUDNIÓWKA – jako swoisty egzamin dojrzałości…towarzyskiej zostanie zdany śpiewająco. Udanej zabawy ! Wciąż aktualne wydaje się pytanie: – Kogo winić za nieudaną zabawę i za gorycz rozczarowania?

Babunia i dziadunio

Gdybyśmy wiedzieli, że wnukowie to taka radość, najpierw postaralibyśmy się o nich – powiedział  H. Jackson Brown i była to na tyle odkrywcza myśl, że wszedł z tą sentencją do historii. Gdy opisując swoje relacje z wnukami przytoczyłem powyższą sentencję zięciowi, to on uśmiechnął się jedynie i chyba mnie nie zrozumiał tak do końca. On wie, że nie da się przeskoczyć następstwa pokoleń. Czytaj dalej

Studiuj, inwestuj w siebie…

Jestem szczęśliwym ojcem absolwentki jednego w wydziałów Dominican Universyty w Chicago. Moja córka, absolwentka polonistyki w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Kielcach, przed paroma dniami odebrała tam dyplom ukończenia studiów w drugiej już, tym razem amerykańskiej uczelni. Wszyscy widzieliśmy w tym jedyną szansę na otwarcie drogi do możliwości jakie w Ameryce daje posiadanie porządnego wykształcenia. Byliśmy u niej w Chicago i z nią w uniwersytecie, gdy składała potrzebne dokumenty i wnosiła wymagane opłaty. Wspieraliśmy ją zarówno wtedy, gdy podejmowała decyzję i w każdej chwili na przestrzeni tych trudnych lat studiowania, kiedy należało godzić obowiązki matki, żony i pani domu oraz zwyczajnie pracować na chleb, na ubezpieczenie, na „waciki” i powiedzmy dla samorealizacji.

Małgosia przed Uniwersytetem w dniu graduacji. Jej uśmiech mówi wszystko.

Nie był to łatwy czas. Sami doskonale wiedzieliśmy jak takie godzenie obowiązków smakuje. Zarówno ja, jak i żona studiowaliśmy w tym samym trybie co Małgosia i musieliśmy godzić obowiązki domowe i zawodowe, przez wiele lat, a jak się okazało również wielokrotnie. Udało się nam, a myślę, że głównie dlatego, iż oboje uzupełnialiśmy i poszerzaliśmy swoje kwalifikacje oraz kompetencje utrzymując się w pracy, którą wykonywaliśmy przed rozpoczęciem studiów. Moi pracodawcy byli nawet zainteresowani tym, abym uzupełniał swoje kwalifikacje. Wynikało to z faktu, że Centrala Spółdzielni dla której wtedy pracowałem dofinansowywała kierunek kształcenia na uczelni i miała prawo kierować tam jakąś liczbę ludzi rokujących nadzieję na odrobienie w zrzeszonych firmach wsparcia udzielanego im w momencie rekrutacji. I to działało przynosząc efekty dla obydwu stron. Działało w starym systemie, ale jak wiemy po 1989 roku przestało działać, bo postanowiono zlikwidować wszelką działalność spółdzielczą, bo upadały lawinowo państwowe przedsiębiorstwa, bo uczelnie postanowiono urynkowić i pozostawić niemal wszelkie decyzje w gestii ich samorządnych senatów.

Wiemy też jak wyglądały następne lata, jak z roku na rok przybywało uczelni, zwłaszcza prowadzonych jako prywatne przedsięwzięcia biznesowe, jak mnożyły się nowe kierunki sprzedaży „kwitów na inteligencję”, jak wszyscy zachwycali się rosnącymi jak grzyby po deszczu wskaźnikami skolaryzacji i odsetkiem ludzi z wyższym stopniem wykształcenia.

Ten pęd ku powszechnemu szczęściu trwa nadal, ale coraz częściej pojawiają się nad tym rynkiem usług edukacyjnych ciemne chmury rozczarowania i frustracji, zwłaszcza po stronie tych, którzy mając wprawdzie dyplom zasilają szeregi bezrobotnych absolwentów. Pieniądze wydane na takie dyplomy okazały się bardzo chybioną inwestycją. A przecież nie tylko o zmarnowane pieniądze tu chodzi.

To wszystko wiemy nie od dziś i wielu z nas zapewne sądzi, że to taka nasza polska specjalność. Ot ktoś robi duże pieniądze sprzedając młodym i naiwnym ludziom iluzję, że dyplom odsunie od nich widmo bezrobocia już na starcie i zapewni dostatnie życie w branży, którą zaszczycili swoim zainteresowaniem.

Niestety, jak się okazuje, ja sam do nich należałem. Aż do czasu wzięcia do ręki tygodnika Przegląd, którego materiały już tu cytowałem w poprzednim tekście. Zainteresowanych zapraszam do lektury:

http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/wyklad-dla-100-tysiecy-studentow

Otóż w materiale o Internetowej rewolucja w amerykańskim szkolnictwie wyższym pan Dariusz Wiśniewski w korespondencja z Chicago właśnie omawia zmiany zachodzące w amerykańskim szkolnictwie. Podkreślając obecny stan, charakteryzujący się niezwykle wysoką pozycją amerykańskich uniwersytetów  pisze o Słonej cenie wiedzy używając następujących argumentów
W światowym rankingu amerykańskie uniwersytety wciąż stanowią czołówkę. W pierwszej setce znajduje się ich ok. 50, a w pierwszej dziesiątce aż osiem (pozostałe dwa to brytyjskie Cambridge i Oksford). Uczelnie w USA wypuszczają najwięcej noblistów, a ich ogólny wkład w światowy dorobek naukowy jest nieporównywalny z innymi krajami. Dyplom ukończenia studiów wyższych, zwłaszcza na uczelniach z Ivy League – Ligi Bluszczowej (osiem najbardziej prestiżowych uniwersytetów w USA) pozostaje gwarancją lepszej pracy i wysokich zarobków...

Byłoby to wspaniałym porównaniem zwłaszcza do wyników nauki polskiej i niedościgłym wzorem, gdyby nie to, że:
W ciągu ostatnich 25 lat koszt studiów wyższych w Stanach wzrósł o 440%. Istnieje wprawdzie system stypendialny, lecz w czasie kryzysu stał się znacznie mniej hojny. Dla wielu młodych Amerykanów nie tylko Ivy League jest niedostępne, gdyż niedostępne są również placówki przeciętne. Roczny koszt studiowania na uniwersytecie stanowym to ok. 15-25 tys. dol., natomiast Harvard, Yale czy Cornell (Ivy Leaque)  wymagają wydania grubo ponad 50 tys. dol. Do tego dochodzą akademik, podręczniki i utrzymanie. Ponieważ rodziców nie stać na tak wysokie opłaty, studenci zaciągają pożyczki na naukę. W roku 2011 każdy absolwent czteroletnich podstawowych studiów był zadłużony średnio na 26 tys. dol. Aktualnie studenci i absolwenci są zadłużeni na ogólną kwotę ponad biliona dolarów. To więcej niż całościowy dług na kartach kredytowych wszystkich obywateli. Dyplom uczelni amerykańskiej ciągle jest niezwykle cenną zdobyczą, ale czy wiedza musi tyle kosztować?-
zastanawia się autor.

Dalej już jest niemal tak samo jak u nas, w naszej rodzimej dyskusji o rynku usług edukacji zwanej wyższą. Znajdziemy tam i takie słowa:

Studiowanie na amerykańskim uniwersytecie stało się przedsięwzięciem ryzykownym. Obecnie szansa, że ukończy się czteroletnie studia w ciągu sześciu lat, wynosi tylko 57%. Aż 30% studentów przerywa edukację (wzrost o 25% w stosunku do danych sprzed dekady). Ci, którzy porzucili naukę, często z powodów finansowych, właściwie nie mają możliwości spłaty zaciągniętej pożyczki. Dług nieraz obciąża krewnego albo rodziców, którzy zdecydowali się być żyrantami. Rzucenie studiów w wielu przypadkach staje się tragedią całej rodziny. Nieraz więc lepiej, by młody człowiek nie miał dyplomu, bo nie obciąży się ogromną pożyczką.
Uniwersytety w dużej części same są odpowiedzialne za swoją niewydolność i nadmierne koncentrowanie się na zysku.
Przez lata wypuszczały absolwentów, którzy nie mogli znaleźć pracy (obecnie ok. 40%). W ciągu dwóch lat po zakończeniu studiów 9% młodych prawników (zawód w USA niezwykle intratny) nie jest w stanie spłacać pożyczki. W innych profesjach odsetek ten wynosi nawet 30%. Władze uniwersyteckie o tym wiedziały, ale nie kwapiły się do zmian. Zwyczajowo w kryzysie, gdy jest stosunkowo duże bezrobocie, uczelnie stają się azylem dla wielu młodych ludzi chcących przeczekać trudne czasy. Zdarza się więc, że studiują oni byle co, a potem, gdy stwierdzają, że pierwszy fakultet jest bezwartościowy przy szukaniu pracy, zapisują się na drugi, bo „jak będę kończył(a), to sytuacja pewnie się poprawi”. Uniwersytety nie ostrzegały kandydatów, że pieniądze wydane na studia mogą się okazać stracone.
Ale nie chodzi tylko o pieniądze. Dyplom uczelni amerykańskich powoli traci prestiż. Absolwenci z wyższym wykształceniem zarabiają więcej niż ci ze średnim, lecz po uwzględnieniu inflacji od roku 1979 ich zarobki pozostają na tym samym poziomie. Przez ostatnie dwie dekady kwalifikacje absolwentów znacznie się obniżyły.
(podkreślenia pochodzą ode mnie)

Jeśli ktoś z Państwa doczytał ten artykuł do końca, to zapewne nasunęły mu się takie same jak moje wnioski. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, ale żeby nawet w Ameryce tak traktowano potencjał tkwiący w młodym pokoleniu?

Podobne pytania można stawiać przy analizie sytuacji panującej we Francji, Hiszpanii, Portugalii, we Włoszech itd. itd. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma…, ale to spostrzeżenie wcale nie dostarcza nam uspokojenia, prawda?

Oni w tych bogatych krajach ciągle prowadzą politykę drenażu mózgów. To tam jadą z całego świata młodzi, wykształceni i bardzo zmotywowani do znalezienia miejsca dla siebie i realizacji pomysłu na siebie ludzie. Wielu z nich znajduje tam to, czego w swojej ojczyźnie daremnie szukają. Czy tak być musi?

Doktor Siema

Równo przed trzema laty napisałem tekst opatrzony tytułem Do szkoły za karę: https://tatulowe.wordpress.com/2010/01/10/do-szkoly-za-kare/
Opisałem tam widziany okiem nauczyciela obraz szkoły i jej głównych lokatorów czyli uczniów, którym nie chce się uczyć, ale chce się pozytywnie odpowiedzieć na apel śmiesznego facecika w kolorowych okularach i ciuchach, a w dodatku używającego tak drażniącego moralistów slangu z kluczowymi zawołaniami typu : Róbta co chceta, siema itd. Ponieważ był to okres kampanii wyborczej na prezydenta, to swoją wypowiedź zakończyłem słowami:
…Po powrocie z wywiadówki usłyszałem w Jedynce PR końcówkę dyskusji polityków i dziennikarzy na temat szans wyborczych oficjalnie zgłoszonych dotychczas kandydatów na prezydenta. Przeważała opinia, że:
– żaden z nich nie jest w stanie porwać społeczeństwa do bardzo pożądanego zrywu…
Ja znam takiego, co potrafi porywać – pomyślałem. Szczególnie pozytywnie reagują na jego wezwanie młodzi ludzie. Ci sami, o których cytowany raport mówił, że do szkoły chodzą za karę. Ten gość nosi żółtą koszulę i śmieszne okulary w grubej, niemodnej oprawie. Nazywa się Jerzy Owsiak. Owsiak na prezydenta!
Długo potem musiałem bronić swojej opinii, zwłaszcza w dyskusji ze swoim uczniem, który obecnie jest już bratem w zgromadzeniu zakonnym i jak się okazuje zachował bardzo krytyczną postawę wobec osoby Jerzego Owsiaka nie bacząc na jego zasługi.

   Tematowi WOŚP i jej liderowi poświeciła miejsce na swoim blogu osoba doświadczona jak mało kto w organizowaniu pomocy dla bezdomnych i chorych Siostra Małgorzata Chmielowska. Siostra na zakończenie swojej opowieści dodała taki komentarz:
…Nie znaczy to, że we wszystkim zgadzam się z zarówno z Jurkiem Owsiakiem, jak i z innymi wspaniałymi ludźmi i organizacjami, którzy, każdy jak potrafi i rozumie, starają się łatać biedę narażeni na, w najlepszym wypadku podejrzenie, że są nienormalni, a jeśli już normalni, to mają w tym swój głęboko ukryty, prywatny interes. Zwykle materialny, ale także – zysk w postaci sławy i bywania „na salonach” oraz wiele innych „zysków”, które zawistni sobie wyobrażają. Nie znaczy, że nie popełniają błędów, bo i ja je popełniam. Tylko ten, kto nic nie robi, jest bez-błędny. Znaczy to, że oni też mają prawo się nie zgadzać ze mną. Ale wszyscy się szanujemy i w razie potrzeby wspieramy. Tam gdzie dzieje się ewidentne dobro, tam ogoniasty ogonem macha. Któż jest jeszcze w stanie zmobilizować setki tysięcy różnych ludzi do jednej akcji w kraju, w którym każdy przechodzień to potencjalny wróg? Do tej pory tylko  Jurek Owsiak. I chwała mu za to. Niech stanie człowiek wierzący w szranki i przebije Orkiestrę! Będzie dwa razy pięknie.

   Czy tak się stanie? Wątpię. A bardzo przydałby się przykład takiej postawy i indywidualnego działania zamiast słów mających zohydzić zarówno ideę WOŚP jak i jej dyrygenta J. Owsiaka.
Warto może przytoczyć godną odnotowania nowinę, na którą napotkałem w leżącym na stoliku poczekalni tygodniku Przegląd, w którym zamieszczono wywiad z Prof. Tadeusz Gadaczem – filozofem i religioznawcą, dyrektorem Instytutu Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, profesorem Collegium Civitas. Z treści wywiadu wynika, że już wkrótce, bo 17 stycznia 2013, jego macierzysta uczelnia uhonoruje dokonania Jerzego Owsiaka nadanym mu tytułem doktora honoris causa. Laudacja jaką z tej okazji wygłosi właśnie ten wybitny filozof będzie podkreślać niewątpliwe zasługi Jerzego Owsiaka w życiu społecznym Polski, a również w życiu indywidualnym milionów już młodych ludzi, którzy angażowali się jako wolontariusze w działania WOŚP. Jedno z pytań skierowanych do profesora brzmiało następująco:

  • Czyli przyszły doktor Siema i jego instytucja to znakomity materiał badawczy dla socjologów i psychologów społecznych?
    Oto odpowiedź:
    – Na pewno, i to przez długie lata, bo Owsiak i cała WOŚP są fenomenem, już nie tylko na skalę krajową, ale i światową. I to wielorakim fenomenem, dotyczącym relacji społecznych, ludzkich zachowań i postaw, wrażliwości, mówiącym także o pewnych kwestiach wychowawczych. Myślę, że nikt tego nie badał, może socjolodzy zaczną to robić. Będą analizować, co się dzieje z tymi młodymi, którzy zbierali pieniądze, śledzić, jak potoczyły się ich losy, czy pozostali wolontariuszami, czy wykazują postawy pro społeczne itp. Przypuszczam, że w takich badaniach wyjdą daleko idące, bardzo pozytywne efekty wpływu Owsiaka i jego Orkiestry na młode pokolenie Polaków.

Dla pełniejszego obrazu wydarzenia jakie ostatnio przewaliło się przez Polskę i zagraniczne środowiska gdzie żyją Polacy warto również przeczytać treści zawarte w artykule jak i w komentarzach do niego jakie znajdziemy na blogu Polityki prowadzonym przez A. Szostkiewicza: http://szostkiewicz.blog.polityka.pl/2013/01/13/nie-lekajcie-sie-owsiaka/

Autor dokonując oceny działania Owsiaka i szumu wokół niego wywołanym nieopatrznym chlapnięciem dotyczącym eutanazji, wypowiedź swoją kończy słowami:
Nie lękajcie się Owsiaka. Podziękujcie mu. Nikt w odrodzonej Polsce, w Kościele, ani na prawicy, nie uratował tylu istnień co on.

Ja i życie moje

W pierwszych dniach stycznia na blogach funkcjonujących w ramach Blog.pl pojawiło się hasło reklamowe BLOG ROKU 2012 i bezpośrednia zachęta wyrażona słowami: Zgłoś bloga do konkursu. Nie zastanawiałem się długo i dokonałem zgłoszenia. Ponieważ już piąty rok z rzędu piszę kolejne posty z pozycji faceta, który opowiada to, co widzi w otaczającym go świecie i jak to ocenia, a przy tym często powołuje się na własne doświadczenia z dość bogatego życia osobistego i zawodowego, to wydało mi się, że słuszne będzie wskazanie kategorii „Ja i życie moje”. Czytaj dalej

Nadal Marne perspektywy staruszków

Niemal co roku poświęcam sporo miejsca ludziom starym. Styczeń jest dobrym czasem na to przypominanie. Wszak w styczniu mamy Dzień Babci i Dzień Dziadka, a nieco wcześniej Dzień Ludzi Starszych, czy Dzień Seniora jak to się nazywa w przyjętej nomenklaturze. W roku ubiegłym również pisałem o tym bulwersującym temacie przy okazji gorącej debaty dotyczącej reformy systemu emerytalnego w Polsce. Dla chętnych podaję adres tamtego artykułu:  http://tatulowe.blog.onet.pl/2012/02/18/marne-perspektywy-staruszkow/

W swojej wypowiedzi z 18 lutego 2012 posłużyłem się wydarzeniem dnia jakim było takie oto zdarzenie:

Wicepremier Polskiego Rządu, pan Waldemar Pawlak zabrał ostatnio w debacie publicznej znaczący – jak się okazuje głos. Cytują go teraz wszystkie media podkreślając fakt, że to nie jest zwykłe „chlapnięcie” jakie się zdarza niemal wszystkim politykom, ale świadome podkreślenie braku wiary w system ubezpieczeń społecznych, jako zabezpieczenie warunków godnego życia dla coraz szerszej rzeszy staruszków. Podkreśla się przy tym i ten fakt, że skoro pan Waldemar, człowiek bardzo bogaty nie wierzy w proponowaną przez Premiera reformę systemu emerytalnego, to jakim prawem żądać takiej akceptacji od dzisiejszego emeryta mającego np. 700 zł emerytury, dewaluowanej rok po roku o kilka procent inflacji? Pan Waldemar wierzy w siłę IV Filara systemu, czyli… w swoje dzieci, które nie pozwolą mu zginąć, gdy już przestanie zarabiać. Ponieważ mniej więcej rok temu pisałem felietonik o prawach ludzi starych i tam również wskazałem na aspekt istnienia IV filara, to pomyślałem, że warto przy tej okazji przypomnieć tamten tekst i zapytać Państwa, czy jest nadal aktualny?

Dzisiaj żyjemy już w zreformowanym systemie emerytalnym. Czy perspektywy życia dla ludzi starych uległy choćby szczątkowej poprawie? Wszyscy wiemy, że nie. Przynajmniej nie widać szans na poprawę jeśli idzie o wolę świadczenia takiej pomocy ze strony państwa. Nadal ich szansą jest IV Filar systemu czyli własne dzieci, które przejmą nad nimi wszelką opiekę, jeśli ich wystarczająco kochają i mają środki, aby taką opiekę zapewnić we własnym domu. To, że nie mają często własnych domów, albo że nie mają tam warunków niezbędnych do tego, aby taką pełno zakresową opiekę zapewniać, albo że musieliby się zwolnić z pracy, a wtedy los całej rodziny ulegnie załamaniu, to już doprawdy drobne szczegóły problemu.

W cytowanym artykule sprzed roku powoływałem się również na znaleziony w Polityce (Nr 4 z 21 stycznia 2011) felieton Ludwika Stommy, w którym znalazłem tak postawioną kwestię:

… Mamy rzecznika praw dziecka, mamy tysiąc fundacji poświęconych prawom milusińskich. Czy ktoś słyszał o rzeczniku praw ludzi starych? Uderzyły mnie te słowa swoją oczywistością i zaciekawiony przeczytałem cały felieton. Polecam go nie tylko ludziom starszym, ale może właśnie przede wszystkim ludziom młodym, którzy przecież ulegną kiedyś prawom przyrody i też się zestarzeją. Wszak …Życie to choroba śmiertelna przenoszona drogą płciową – jak to ładnie nazwał w swoim filmie Krzysztof Zanussi. Na każdego kto się urodził przyjdzie również i kres ziemskiej podróży. W jakich warunkach to nastąpi, myślę, że każdy ma na ten temat swoją hipotezę.

Dzisiaj sprawdziłem w wyszukiwarce internetowej hasło Rzecznik Ludzi Starych, aby upewnić się, czy czegoś nie przegapiłem. Stwierdziłem, że jest już zmiana w tym obszarze. Już mamy Rzeczników Pomocy Osobom Starszym:  http://www.rpos.pl/rzecznik/swiadczenia 
http://www.rpos.pl/public/upload/doc/rzecznik_biuletyn_1.pdf

Są to jednak rozwiązania lokalne w ramach samorządów. Nie zanosi się również na szybką zmianę tego stanu jeśli chodzi o rozwiązania systemowe . Jak czytamy w opracowaniu : http://www.samorzad.lex.pl/czytaj/-/artykul/publikacja-rpo-potrzebni-sa-samorzadowi-rzecznicy-praw-osob-starszych

Wśród rekomendacji RPO (Rzecznika Praw Obywatelskich) jest m.in. rozpoczęcie prac nad utworzeniem urzędu Rzecznika Praw Osób Starszych, który byłby umocowany w strukturze powiatu. Zadaniem rzecznika byłaby kompleksowa pomoc seniorom m.in. w zakresie pomocy prawnej, a także podejmowanie działań sprzyjających kształtowaniu pozytywnego wizerunku osób starszych w społeczności lokalnej. Rady seniorów miałyby być z kolei powoływane na poziomie dzielnicy. Zajmowałyby się sprawami związanymi z życiem codziennym i najbliższym otoczeniem seniorów_ podkreślenia moje.

Mariusz Wachowicz, autor tego opracowania datowanego na 30.11 2012 kończy swój wywód słowami: …Rośnie też średni wiek Polaków. Według danych GUS z ubiegłorocznego Narodowego Spisu Powszechnego, na każde 100 osób w wieku produkcyjnym przypadało łącznie 57 osób w wieku nieprodukcyjnym – o 5 mniej niż w roku 2002. Liczba osób w wieku przedprodukcyjnym zmniejszyła się jednak w tym czasie z 38 do 30, zaś tych w wieku poprodukcyjnym wzrosła z 24 do 27.

W najbliższych 20 latach odsetek osób starszych w Polsce ulegnie podwojeniu – do 24 proc., a ludzie starsi stanowić będą w 2030 r. populację 8,5-milionową. Niemal w połowie będą to osoby po 75. roku życia. Prognozowany przyrost liczby osób starszych będzie w Polsce szybszy niż w krajach Europy Zachodniej.

Nie będzie wiec rozwiązań służących faktycznemu przygotowaniu się państwa do zwiększonych obowiązków służących poprawie losu ludzi starszych i ich rodzin. Próba zrzucenia tematu na biedne samorządy powiatowe, to już niemal powszechna praktyka zamiatania pod dywan palących i nie da się ukryć, że niezwykle kosztownych problemów społecznych.

Czy nadejdzie czas, gdy „białe kołnierzyki” pomyślą z troską o tej specyficznej grupie społecznej? Jeśli rośnie ich liczebność, to może ktoś zauważy i to, że są oni również wyborcami? Ludziom starym, którzy walczyli o zmiany ustrojowe trudno zaakceptować los jaki teraz im się szykuje. W czasach PRL o emeryturze mówiło się powszechnie, że ZUS płaci: „…Za dużo, aby umrzeć, za mało, aby żyć”. Dzisiejsi emeryci doczekali się odpłaty. Jeszcze pamiętają tamto zawołanie, więc bez trudu odpowiedzą na zadane samemu sobie  pytanie:
Jak ci tam na emeryturze? Szkoda gadać. – Płacą za dużo, aby umrzeć, ale za mało aby żyć.
Jak zatem żyć?  – Krótko!!! – Odpowiada władza dzisiejszym i jutrzejszym staruszkom.

Nagle w tym roku, pojawiła się szansa na …na ruszenie z posad bryły, czy może lepiej góry narosłych wokół staruszków problemów. Oto nasz polski dobroczyńca Jerzy Owsiak włączył sprawę opieki nad ludźmi starymi w zakres działań tegorocznego Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Na pewno nie on skromnymi przecież i dzielonymi z dziećmi środkami pochodzącymi z naszych składek diametralnie zmieni rzeczywistość, ale przynajmniej ruszy tę skałę niemożności. Zapowiada wspomożenie przez WOŚP otwierania i wyposażania nowych oddziałów geriatrycznych, poszerzenia liczebności i kwalifikacji kadr lekarzy geriatrów, a także personelu średniego, co pozwoli poszerzyć front opieki nad ludźmi starymi w ramach środków publicznych. Wiele jeszcze usłyszymy na ten temat w czasie przed niedzielnym finałem i w czasie jego trwania. Ja życzę mu, jak co roku zresztą osiągnięcia kolejnego rekordu finansowego, bo będzie to nasz wspólny, polski i wielopokoleniowy sukces pozwalający w jakiejś części na rozwiązanie palących problemów. Boję się jednak tego, że jego przeciwnicy, również w tym roku ruszą do ataku

Ano właśnie. Czy tym razem ulegniemy namowom przeciwników Owsiaka, czy tak jak to było w latach poprzednich wesprzemy jego akcję pomocy małym dzieciom, jak i tym i tym starym już Dzieciom inaczej. Ja sądzę, że tak jak to ująłem w tytule mamy Nadal…Marne perspektywy staruszków. Ja nie mam żadnych wątpliwości, co do tego jak mam postąpić, gdy na mojej drodze pojawi się mały zziębnięty wolontariusz z czerwonym serduszkiem.

Ja niezmiennie popieram WOŚP i cele jakim służy.

Ci, co krzyczą, podjudzają, na swój program zapraszają…

Posłużyłem się w temacie parafrazą słów pioseneczki zapraszającej niegdyś do programu dla dzieci. Ci co skaczą, co fruwają… śpiewano w oryginale. Ci, o których ja piszę też skaczą, a przynajmniej podskakują i przeskakują z newsa na news czyniąc sobie z każdego bulwersującego zdarzenia materiał dla młócenia tematu, co jak wiemy służy jedynie zwiększeniu oglądalności, a nam widzom skutecznie robi wodę z mózgu. Czytaj dalej