Budzenie narodu

Wysłuchałem wczoraj debaty zaaranżowanej przez PiS , a dotyczącej programu gospodarczego tej partii. Dużo mądrych głów wypowiedziało bardzo dużo mądrych słów, z których niewiele jednak wynika, bo cóż to za dorada :

Powinno się postawić na demografię…

Należy zadbać o rodzinę…

Należy uprościć zasady poboru podatków…

Należy sięgnąć do kieszeni ludzi bogatych, banków i supermarketów…

To tyle samo są warte te wszystkie opinie jak słynna dorada typu : Rób jak uważasz. Jak ci nie wyjdzie to i tak oberwiesz.

Życzmy sobie nawzajem, aby te wszystkie narady, debaty,konwersatoria, dyskusje panelowe itd., od których wkrótce nas głowa rozboli przyniosły ewidentną zmianę na lepsze. Niewątpliwie istnieje pilna potrzeba opracowanie jednego, ale za to kompleksowego projektu reform rozpisanego niczym partytura na konkretne i spójne ze sobą ustawy. Aby to jednak przyniosło spodziewane efekty, to potrzebna jest do tego skuteczna maszynka do głosowania w parlamencie. No i łaskawie aprobująca zamiary reformatorów wola prezydenta, który ostatecznie podpisuje uchwalone ustawy.

Konia z rzędem temu, kto wskaże takiego lidera partii, który byłby w stanie zaproponować narodowi możliwy do przyjęcia program ratunkowy i z jego woli uzyskałby kwalifikowaną większość w parlamencie, aby móc ten program uchwalić. To się nie może udać, bo gdzie dwóch Polaków tam przynajmniej trzy zadnia : – moje, twojej ewentualnie nasze. Wszyscy jednak wiedzą, że jeśli nawet wybierzemy program„twoje” to i tak „mojsze zawsze będzie bardziej mojsze niż twojsze”, prawda? Przerabialiśmy to już wielokrotnie.

Partie polityczne opozycji muszą teraz powalczyć o poparcie tzw. elektoratu i temu ma służyć sobotni marsz „Obudź się Polsko”. Czekam z niecierpliwością na przejawy tego budzenia, ale skóra mi już cierpnie na myśl o tym, jakich środków gotowi są użyć do tego celu prowodyrzy i organizatorzy tego marszu

A budzić trzeba i to w taki sposób, aby jednoczyć, a nie dzielić ludzi na lepszych i gorszych, obywateli, patriotów czy Polaków, na naszych i obcych.

Dobrym sposobem budzenia narodu przez polityków byłoby rozpoczęcie przez nich od siebie samych i od swoich ludzi. Można na przykład pokazać światu, że chęć przewodzenia, to nie sposób na zaspokojenie swoich ambicji, ale służba dla ogółu. Wtedy być może pojawi się nadzieja, że im uwierzymy i poprzemy ich w wyborach?

Obserwujmy zatem pilnie wszystko to, co się wokół dzieje,abyśmy mogli odróżnić ziarno od plew gdy przyjdzie pora żniw, a szczególnie zasiewów pod nowe zbiory.

Olo, Jola i ich Ola

Wydarzeniem stulecia nazwano wczorajsze święto rodzinne państwa Kwaśniewskich.

Olo, Jola i ich Ola – chyba najbardziej znana i zwyczajnie lubiana, tak w wymiarze indywidualnym jak i traktowana łącznie polska rodzina świętowała zamążpójście Oli.

Media – chyba głownie te kolorowe, zupełnie oszalały. Wprawdzie nie jestem czytelnikiem kolorowych pisemek, ale i w tej lżejszej części Onetu prezentowano dużo materiałów dotyczącej młodej pary, a przy okazji jej rodziców. Po godzinie18-tej pojawiły się w Onet.pl pierwsze zdjęcia i opisy scen z okolic Katedry Polowej Wojska Polskiego, gdzie młodzi brali ślub. http://zyciegwiazd.onet.pl/334031,0,slub-oli-kwasniewskiej-i-kuby-badacha-zobacz-zdjec,fotonews_detail.html

Moja żona nie odchodziła od komputera dopóki nie przeglądnęła zdjęć z pogłębioną analizą z kroju sukni ślubnej włącznie oraz nie zapoznała się ze wszystkim, co opisano w pierwszych newsach. To od niej dowiedziałem się o tym, że ślub opóźnił się ze względu na tłum ludzi i reporterów nie pozwalający wejść gościom ślubnym i nowożeńcom do kościoła, że tato Aleksander prowadził córkę do ołtarza, że w ceremonii brali udział czterej księża, wśród których był kapelan z Pałacu Prezydenckiego, który znał Olę z czasów, gdy będąc dziewczęciem mieszkała z rodzicami w pałacu . Od niej wiem, że weselisko na 350 osób odbyło się na zamku w Serocku. Od niej wiem wszystko na temat ślubu Oli. Dalsze informacje zapewne wyleją się z kolorowej prasy dopiero w poniedziałek .Zobaczymy więc jak było i niejeden z nas wspomni z łezką w oku własny ślub, albo śluby swoich dzieci,które przeżywa się nie mniej emocjonalnie. Przywołuję tę łezkę świadomie, bo na tle tak wystawnie zorganizowanej uroczystości nasze własne śluby i wesela wydadzą się nam skromniutkie, albo wynajdziemy jakieś mankamenty w strojach własnych, czy też u zacnych gości, albo też dopatrzymy się bolesnego braku niektórych osób spośród uczestników uroczystości weselnych. Jedną będziemy mieli w tych porównaniach niewątpliwą przewagę, a mianowicie tę, że te wesela były nasze, a więc najlepsze z możliwych w naszych warunkach i w naszych czasach. Na pewno wielu z nas sięgnie do dokumentacji zdjęciowej, czy też filmowej i przeżyje jeszcze raz swoje rodzinne wydarzenia związane z własnym ślubem, czy też ślubem swoich dzieci. Możemy sobie to zafundować, szczególnie że walka z jesienią , a wiec snującymi się jak mgła smuteczkami wymaga świadomego poprawiania nastroju, tak sobie jak i ludziom z naszego otoczenia

Ja już to zrobiłem. Przejrzałem filmy ze ślubów moich córek zwracając uwagę na wiele szczegółów, które zwyczajnie, z biegiem lat zacierają się w pamięci. Jacy byliśmy wszyscy młodzi i jacy piękni w tych strojach i nastrojach. Jaki ja byłem spięty podczas udzielania rodzicielskiego błogosławieństwa w domu i gdy prowadziłem córki do ołtarza, aby tam przekazać je pod opiekę zięciom. Jacy oni byli ufni i pełni wiary w dobre życie, które rozpoczynali…

Życzę Państwu miłych wrażeń z takiej retrospektywnej podróży do źródeł rodzinnego szczęścia.

Jak dawać, jak brać?

Scenka z życia.

W piętrowym domu, w rynku małego miasteczka mieszkają starsi wiekiem ludzie. Codziennie obserwują przez okno na piętrze rynek i wszystko co się na nim dzieje. Widać stąd otoczenie większości sklepów, przystanek autobusowy no i ławeczki ustawione przy alejkach. Ludzie przychodzący do rynku na zakupy w umiejscowionych tu sklepach, zasiadają często na tych ławeczkach, aby pogadać, poczekać na kogoś, kto załatwia sprawy, poczekać na autobus, zależnie od potrzeb. Ławeczki mają jednak również stałych lokatorów. Są to ludzie uzależnieni od alkoholu, którzy schodzą się co rano, aby wspólnie zaradzić trapiącemu ich wszystkich ssaniu w dołku, które nie daje się wytrzymać dopóki …nie znajdzie się sposób na wspólny zakup lekarstwa, czyli jakiegoś alkoholu przywracającego stan równowagi w ich zrujnowanych na ogół organizmach. Takich ludzi można spotkać w każdym miasteczku. W jednym z takich miasteczek, które kiedyś odwiedzałem służbowo nazywano ich „Letkiewicze”. Ich życie jednak lekkie nie jest, ale toczy się miarowo i byłoby w sumie beztroskie gdyby nie zimne pory roku. Nie wiemy jak mają w domach, jeśli można tak nazwać miejsca gdzie egzystują, ale widzimy jak jesiennym, czy zimowym rankiem chodzą skuleni z zimna i tak samo skuleni wysiadują na tych ławeczkach do czasu, aż jadłodajnia wyda im ciepłe posiłki, po spożyciu których znikają z pola widzenia, aż do następnego poranka.

Tu pora przywołać doświadczenie moich znajomych, którzy widząc jednego ze zmarzniętych panów zasiadającego akurat na wprost ich okna pomyśleli, że pomogą mu przetrwać zimne  dni wyposażając go w dostatni, prawie nowy kożuch. Pan domu wyskoczył więc do wychłodzonego letkiewicza i zaproponował mu dar serca. Nie przewidział jedynie tego, że jego pomysł niekoniecznie spodoba się obdarowanemu. Przy okazji odmowy przyjęcia kożucha musiał jeszcze wysłuchać jaki afront mu uczynił tym pomysłem. Przecież on nie jest dziadem, aby przyjmować takie prezenty – krzyczał za nim. Mój znajomy jak niepyszny wrócił do domu z postanowieniem, że nigdy więcej nie wyjdzie z podobną ofertą. Przynajmniej tak wprost, jak to uczynił w tym przypadku.

   Przypomniałem sobie tę historię w związku z problemami o jakich napisała na swoim blogu Siostra Małgorzata Chmielewska opiekująca się bezdomnymi zakwaterowanymi w kilku domach opieki prowadzonymi przez fundację, którą zarządza. Teraz już mają nadkomplet i niekiedy muszą przyjmować zgłaszających się oferując im gorsze warunki niż pozostałym, co skutkuje nieoczekiwanymi zachowaniami . Oto fragmenty tego, co siostra napisała:

…W Warszawie – tłok. Jedna pani, obrażona, że musi spać w jadalni z powodu braku miejsca …wezwała policję, a ta oczywiście przyjechała na interwencję. Może dzielni funkcjonariusze zaczną przyjmować bezdomnych w komisariatach. Tam przecież tyle miejsca! Cóż, teraz każdemu miejsce w pięciogwiazdkowym hotelu się należy, a jak nie, to wsadzać nas będą do więzienia. http://siostramalgorzata.blogspot.com/2012/09/dobroc-niezrozumiaa.html#comment-form  W podsumowaniu tekstu pt.: Dobroć niezrozumiała czytamy:

Bezinteresowna dobroć wydaje się niektórym ludziom tak nierzeczywista, że albo usiłują jej nadużywać w przekonaniu, że dobry to frajer, który teraz zapewni im szczęśliwe dzieciństwo, którego część z nich nie miała, poprowadzi przez życie bez wysiłku z ich strony, zapewni kogoś do kochania i bycie kochanym, kasę, chatę i święty spokój od kłopotów oraz będzie znosił wszystkie  fanaberie. Albo też węszą podstęp i nieuczciwość.
Czyli marzenia o niebie. Tylko na owo niebo trzeba samemu zapracować. Z tym bywa różnie. Na szczęście także i dobrze. Jest wielu mieszkańców, którzy kochają nasze domy, stają tu na nogi i idą dalej lub zostają z nami na zawsze. A ci, którym to nie odpowiada, cóż- mogą szukać szczęścia gdzie indziej. Na ogól nie piszę o anegdotycznych wręcz sytuacjach w kontakcie z wieloma, bo nie chcę, żeby sam fakt bycia bezdomnym stygmatyzował naszych ludzi. Większość jest w porządku, ale ….cóż, bywa także jak wyżej albo jeszcze gorzej.

Ciekawa jest dyskusja jaką ten artykuł wyzwolił, gdyż wzięli w niej udział zarówno pensjonariusze domów opieki społecznej jak i tzw. dobroczyńcy świadczący poprzez podatki pieniądze niezbędne do utrzymania opieki społecznej . Bardzo przejmujący jest również ton wypowiedzi ludzi , którzy pracują na rzecz bezdomnych i z niezwykłym poświęceniem zapewniają ciągłość żywienia, leczenia, utrzymania w należytym stanie higieny i sprawności obiekty zastępujące dom ludziom pozbawionym nie zawsze z ich winy tego najważniejszego dobra. Większość pensjonariuszy aktywnie włącza się w codzienne życie wspólnoty, ale nie brakuje też takich, którym wszystko, co oferuje dom opieki, po prostu się należy . Stąd taka niespotykana gorycz w wypowiedzi Siostry, zwanej przez wielu Polska Matką Teresą z Kalkuty.

   Tak już jakoś u nas jest, że bardzo wielu z nas podchodzi do życia roszczeniowo. Wiele partii politycznych podejmując totalną krytykę obecnego stanu opieki społecznej, czyni ludziom obietnicę poprawy stanu opieki, oczywiście po wygraniu wyborów. Nic więc dziwnego, że w jednym dniu tj. 17 września br. Rzeczpospolita pisze:

Coraz większa bieda w Polsce, szturm po zasiłki

W Polsce coraz bardziej zwiększa się poziom biedy, czego najlepszym przykładem jest oblężenie ośrodków pomocy społecznej w całej Polsce…

W tym samym czasie Biznes.Onet.pl zamieszcza ciekawy materiał o zgoła innym wydźwięku, zaczynający się od słów:

http://biznes.onet.pl/luksusowe-zycie-na-zasilku,18490,5244438,1,news-detal

Ania oficjalnie nigdy nie pracowała. Jest wychowanką domu dziecka, dzięki czemu od miasta dostała mieszkanie socjalne, a od MOPS-u zasiłki, które wystarczają jej na bezstresowe życie. Pomimo tego, że jest zdrowa, nie chce iść do pracy, bo wyznaje starą i jakże popularną dewizę: „Czy się stoi, czy się leży – 1000 złotych się należy”.

Nie są to jedyne źródła wiedzy na temat stanu, czy też poziomu sprawowanej przez państwo opieki społecznej. Jaką zatem wiedzę wiedzę może posiadać czytelnik jednej lub drugiej gazety?

Dobroczynność jest ze wszech miar pożądaną cechą i postawą każdego obywatela i katolika. My, Polacy mamy się czym chwalić w tym względzie, szczególnie gdy odbywa się to w ramach zorganizowanej akcji charytatywnej prowadzonej dla przykładu przez Caritas, czy Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Nie spotkałem się z oceną poziomu dobroczynności świadczonej w wymiarze indywidualnym. Ten aspekt naszego człowieczeństwa nie lubi, a wręcz nie znosi rozgłosu. Wszak wszyscy znamy słowa: Niech nie wie prawica, co czyni lewica…”. Wiemy również jak przykre i upokarzające może być dla obdarowywanego rozpowiadanie o tym szerzej.

   Czy wszyscy beneficjanci społecznej pomocy są do niej upoważnieni?

   Czy nie znamy ze swojego otoczenia przypadków oszustw i naciągania danych służących zdobyciu nienależnych społecznych środków pomocy? Nawet fikcyjne rozwody, czy też fałszywe zaświadczenia z obdukcji dowodzącej przemocy w rodzinie używane są w tym celu, aby uzyskać pewne prawa i uprawnienia. Wiedząc o tym zwykle mówimy: A co mnie to obchodzi? Nie moje małpy, nie mój cyrk. Dobrze, że on, ona potrafi sobie poradzić z bezduszną machiną ZUS, KRUS, czy innych instytucji. No i jest jak jest.

     Z drugiej strony, mamy mamy doczynienia z licznymi rzeszami personelu, który w imieniu rządu, fundacji i organizacji charytatywnych w domach opieki, noclegowniach, czy pensjonatach pracuje, często za minimalne wynagrodzenie i bez specjalistycznego przygotowania. Nie zawsze są to osoby z powołaniem i odpowiednim poziomem empatii oraz znawstwem psychiki pensjonariuszy zamieszkujących w tych placówkach. Mimo ich poświecenia i oddania sprawie zapewne dochodzi jednak do iskrzenia, szczególnie na styku dawca wszelkiego dobra i odbiorca tego dobra – często o duszy złamanej i sponiewieranej przez los, ale jednak domagającej się należnego szacunku przynależnego każdej istocie ludzkiej. Bardzo drażliwa może być to sytuacja, a wobec strachu o utratę świadczeń na ogół przemilczana przez podopiecznych, do czasu aż konflikt wybuchnie i wywoła niezbędną korektę relacji.

Sztuką jest świadczyć pomoc tak, aby nie wywoływać zakłopotania, czy wręcz upokorzenia człowieka w potrzebie. Tego, jak wszystkiego innego trzeba się wyraźnie uczyć, a nauka przynosi najlepsze efekty, gdy jest poparta praktyką, prawda?

 

 

Już minął rok na bocznym torze

Pierwszy dzień nowego roku szkolnego mamy już za sobą. Było jak zwykle. Narady nauczycieli poprzedzające rok szkolny przyniosły nowe rozdania. Wielu nauczycieli straciło pracę, lub otrzymało propozycję nie do odrzucenia. Jakąś tam część etatu z możliwością uzupełniania do pełnego etatu w innej szkole, która również musiała redukować zatrudnienie. Koleżanka opowiadając o tych mrocznych klimatach wspomniała o jakiejś pani, której pozostało do przepracowania 4 godziny tygodniowo. Będzie miała dużo wolnego czasu, prawda?  Ktoś zapytał:
To ile będzie wynosić jej pensja?
A to przecież łatwo obliczyć – odpowiedziała inna pani. Pensję miesięczną należy podzielić przez 18 i to, co wyjdzie pomnożyć przez cztery. Czytaj dalej