Tyle wiemy o sobie, na ile nas…zbadano

   Już od kilku lat ciężko znosiłem koniec zimy i przedwiośnie. Mimo, że regularnie szczepiłem się przeciwko grypie, to jednak musiałem co rok odchorować kilka zimnych tygodni, a do pełnego zdrowia dochodziłem przez dłuższy czas. Praca w szkole zobowiązywała do wyzbycia się wszelkich kaszelków, szczególnie gdy przez lata zajmowałem się społecznie szerzeniem oświaty zdrowotnej i przekonywałem moich młodych słuchaczy do profilaktyki w tym zakresie. Leczenie objawowe stosowane przez lekarzy pierwszego kontaktu pomagało zamaskować objawy, a nie wyleczyć przyczynę tych nawracających infekcji. Kontakt ze specjalistami,  alergologiem lub pulmonologiem stanowił już szansę na głębsze poznanie przyczyn, gdyby jednak była szansa trafić na dobrego specjalistę i do tego posiadającego odpowiednie wyposażenie gabinetu. Rozpoznanie spirometrem sprawności układu oddechowego przynosiło zmienne wyniki ( bo i różne bywają te aparaty) jednak ze wskazaniem na POChP – czyli Przewlekłą Obturacyjną Chorobę Płuc, gdyż to badanie połączone z wywiadem lekarskim dawało łatwe skojarzenie. Znacie tę rozmowę?

– Palił pan papierosy?

– Paliłem pani doktor.

– A długo pan palił?

– Niemal od kolebki, pani doktor.

– Czy nadal pan pali?

– Rzuciłem już dawno, bo około 18 lat temu.

– To oznacza, że pańskie szanse na raka płuc zrównały się z tymi, którzy w ogóle nie palili.

-Wiem, wiem o tym. Wielokrotnie to powtarzałem moim uczniom, ale sam miałem poważne problemy z rzuceniem tego wstrętnego nałogu.

-No to się pan dorobił. Pańskie płuca są w takim stanie, że przekraczają o 20 lat pański biologiczny wiek. Coś jednak możemy pomóc… i tu recepta na różne specyfiki.

Jak to nie pomagało,  to wizyta u innego lekarza, który odstawiał nieskuteczne leki i ordynował inne. Kaszel suchy? To niech pan weźmie leki wykrztuśne. Nie pomaga, a to może damy panu leki przeciwkaszlowe?

I tak od kryzysu do kryzysu. Zaleczone, ale nie wyleczone, a nawet często porządnie nierozpoznane dolegliwości odkładają się w nas i owocują różnymi dolegliwościami. Tak sami sobie fundujemy marny los, na który już może pomóc tylko doktor Piasek lub czasami Glinka, zależnie jaka gleba zalega na miejscowym cmentarzu.

Ja, nauczony tragicznym doświadczeniem dwóch bliskich osób, które po kilku miesiącach od rozpoznania choroby  nowotworowej opuścili nas w męczarniach chemo i radioterapii, zdecydowałem się na porządną diagnozę. Kto doświadczył takiego losu w odniesieniu do swojej osoby lub swoich bliskich, ten wie, że te nie obojętne dla zdrowia terapie nie dają jednak szans na odwrócenie złowrogiego przeznaczenia. Tym bardziej, że wszyscy mieliśmy niebywałe zasługi dla rozwoju przemysłu tytoniowego liczone stażem kilkudziesięciu lat palenia papierosów. Czynnie lub biernie.

Lekarz rodzinny nie pomógł, ale skierował do pneumonologa. Ten leczył przez miesiąc, a wobec braku wyraźnych rezultatów uwzględnił moją prośbę i skierował mnie na wyższy szczebel wtajemniczenia. Tak trafiłem do wojewódzkiego szpitala na oddział alergologii i pulmonologii akurat w czasie pomiędzy śmiercią mojego swata, a jego pogrzebem. Już dwa dni pobytu sprawiło, że mogłem poznać objawy chorób, na które leczyli się tam moi współmieszkańcy i które potencjalnie na mnie zagięły parol. To stamtąd wyrwałem się na kilka godzin aby wziąć udział w pogrzebie Mieczysława, o pożegnaniu z którym tak pięknie napisała moja córka Małgosia, że aż trafiła z tym tekstem na pierwszą stronę Onetu.

Dalsze badania i profesjonalne leczenie potrwały łącznie 11 dni. Przyniosły jednak takie wyniki, które pozwalają uspokoić siebie i swoich bliskich, że fatum zawarte w słowach : Naszych biorą!!! – przynajmniej na razie, mnie nie dotyczy. Mam przepisane sporo leków i wyznaczone terminy badań kontrolnych, ale póki co, nie ma tego najwyższego zagrożenia.

Jakże ucieszyła się moja żona i córki . Kamień niepewności spadł nam z serca.

Jakże ja cieszę się z tego, że udało mi się dość dawno już porzucić ten zgubny nałóg, mimo, że wcale łatwe to nie było. Nadal jestem zagrożony powrotem do nałogu, bo wciąż mnie to kusi, jednak podobnie jak świadomy alkoholik wiem, że nie wolno mi nawet dla zabawy zaciągnąć się dymkiem, bo wszystko byłoby natychmiast stracone. Wytrwałem w abstynencji 18 lat, więc może i uda się przedłużać ten rezultat w nieskończoność?

Gdy obserwowałem chorych, którzy leczyli się w owym szpitalu, a po inhalacjach leczących ich sfatygowane oskrzela i płuca szli na zewnątrz, na tradycyjną inhalację dymem papierosowym, to uświadomiłem sobie o ile lepsza jest moja sytuacja. Ja mam to już poza sobą, a przed sobą konieczne leczenie, kolejne badania i dbałość o wszystkie składniki mojego dalszego i względnie normalnego i samodzielnego życia. Tym bardziej, że takie okresy jak moje opisane tu doświadczenia dostarczają niezbitych dowodów na to, że mamy dla kogo żyć.

Pamiętajmy o sobie i o swoich bliskich.

Kowalem swego losu każdy bywa sam…

http://www.freemobo.com/ContentView.aspx?id=935367&langid=pl-PL