Kto i co ma w głowie na kolei

   W czasach mojego dzieciństwa – a były to czasy powojenne – w moim środowisku jeszcze obowiązywało przedwojenne powiedzenie Kto ma w głowie olej, ten idzie na kolej. Ta prawda wciąż jeszcze obowiązywała. Mieszkałem w małej miejscowości, gdzie zlokalizowano jeszcze w czasach zaborów węzeł Kolei Dojazdowych PKP. Była to kolej wąskotorowa. Na placówkach zlokalizowanych w obrębie stacji kolejowej istniała parowozownia z zakładem naprawczym, odcinek ruchu odpowiedzialny za utrzymanie rozgałęzionych w trzech kierunkach linii torów i wreszcie załogi parowozów, a później spalinowozów, zwanych – ze względu na kraj pochodzenia – „Rumunami”. Na naszej „kolejce” pracowało łącznie kilkadziesiąt osób, co wraz z rodzinami stanowiło znaczącą już społeczność rodzin kolejarskich.
   To pośród nich funkcjonowało to tytułowe powiedzenie o związku oleju w głowie z koleją. Trwało to u nas przez kilka pokoleń. Zainteresowanie pracą na kolei przechodziło głównie z ojca na syna, ale bywało też inaczej, gdyż jeszcze w latach sześćdziesiątych sporo chłopaków wybierało drogę kształcenia w Technikach Kolejowych. I trwałoby to pewnie przez następne pokolenia, gdyby nie konkurencja transportu samochodowego, zdolnego przewieźć każdy ładunek w każde miejsce, a nie tylko na bocznicę, gdzie już tylko siła mięśni decydowała o terminie wyładowania wagonów. Wojna o przewozy towarowe z góry stała na przegranych pozycjach. Tak się też stało i z naszą wąskotorówką. Szukając poprawy rentowności próbowano przede wszystkim ograniczać zatrudnienie we wszystkich obszarach kolejarskiej działalności. Później ograniczano ilość przejazdów, aż wreszcie wstrzymano całkowicie przewozy pasażerskie, a później i towarowe. Zaprzestano remontu torowisk, przepustów oraz innych urządzeń. Ludzie pracujący na kolejce uzyskiwali uprawnienia emerytalne lub rentowe jeszcze tu na miejscu lub co młodsi oddelegowani byli do sąsiednich stacji tej prawdziwej, normalnej kolei, gdzie mogli dalej pracować. Budynki, torowiska i wszelkie urządzenia kolejowe spokojnie sobie niszczały zamknięte na cztery spusty czekając na decyzję właściciela, czyli Okręgowej Dyrekcji Kolei Dojazdowych. Tu pojawia się już nasz stary paradoks. Kolei dojazdowych już faktycznie nie było, ale Okręgowa Dyrekcja – owszem. Ta, też nie była samodzielna w swych decyzjach, gdyż miała nad sobą dyrekcję wyższego szczebla, a wreszcie i ministerstwo transportu, które musiało konsultować decyzję o likwidacji torów i infrastruktury kolejowej z ministerstwem obrony, boć to również sprawa pryncypiów w zakresie obrony. U nas doczekano się wreszcie likwidacji torowisk, które w latach osiemdziesiątych jakaś firma zdemontowała, a po pocięciu szyn sprzedała je do hut.

   Tereny stacji i budynki nadal niszczeją mimo częściowego ich wykorzystania przez podnajemców. Plan rewitalizacji terenów dawnego węzła kolejowego wejdzie w fazę realizacji dopiero w przyszłym roku i powstanie tam wiele potrzebnych dla lokalnej społeczności obiektów sportowych i rekreacyjnych.
   Po ostatniej tragedii na torach mamy w kraju medialny festiwal poświęcony w pierwszej fazie samej katastrofie i pięknie poprowadzonej akcji ratunkowej, a w kolejnych fazach analizowaniu przyczyn tej tragedii. Mamy zatem liczne wypowiedzi polityków, jak zwykle chętnie wykorzystujących dla politycznych celów każdą tragedię, mamy ekspertów kolejowych i analityków, mamy wreszcie związkowców wskazujących na słabe strony polityki PAŃSTWA w tym zakresie. Będziemy wszyscy mądrzejsi, gdy zrozumiemy co właściwie stało się w naszym kraju z dumną firmą Polskie Koleje Państwowe. Może kolejne ekipy polityków sprawujących rządy również uderzą się we własne piersi i powiedzą czego właściwie chcą od firmy, która wprawdzie nie może kierować się tylko ekonomią, bo musi uwzględniać różne aspekty polityki PAŃSTWA, ale musi wreszcie dostosować bazę do realnych rozmiarów dzisiejszych i przyszłych interesów strategicznych, w tym również ograniczenia miliardowych strat i potwornego marnotrawstwa publicznych, więc niczyich(?) pieniędzy.
   Gdy wczoraj pokazano w TVN 24 reportaż z jakiejś stacji w białostockiem, na której życie już dawno zamarło, do tego przy dźwiękach muzyczki wyjętej żywcem z westernu, to jako żywo stanęły mi przed oczyma widoczki z naszej stacji kolei dojazdowej, gdzie przez ponad 30 lat mieliśmy takie same widoczki. Dziesiątki lat naliczania amortyzacji, składek ubezpieczeniowych, kosztów nadzoru, opłacania podatków od nieruchomości i czego tam jeszcze bez grosza dochodu z tej działalności nie zastanawiało nikogo z dyrekcji PKP? Wśród naszych, w części kolejarskich rodzin, jeszcze w latach siedemdziesiątych wymyślono modyfikację powiedzenia cytowanego na wstępie. Tak to leciało: Kto ma w głowie olej, ten p….li kolej!
   My mamy to za sobą. Nie ma już tu żadnego kolejarza. A w Polsce?
W Polsce jeszcze są. Ci, ze starego zaciągu. Nowych już się nie szkoli, bo od dawna zlikwidowano technika kolejarskie, a kursowa edukacja maszynisty trwa podobno tylko 3 miesiące. Dyżurny ruchu to ktoś z awansu. Nadal się redukuje zatrudnienie, ogranicza ilość kursów, tras, zamyka stacje… czyli wszystko jest po staremu. Łącznie z wieloletnim oczekiwaniem na decyzje: CO DALEJ Z TRANSPORTEM KOLEJOWYM??? Powstaje w tym czasie coraz więcej spółek i spółeczek dających zatrudnienie i dobre utrzymanie coraz liczniejszej rzeszy kolejarzy od rządzenia, a nie od roboty. Co jakiś czas kolejarze zastrajkują, co jakiś czas przewali się skandal z niedopasowaniem rozkładów do potrzeb, co jakiś czas zdarzy się katastrofa, po której jest głośno, a później wszystko ucicha i tak sobie trwamy do następnego szoku.
   Może w tej dziedzinie POPIS przeprowadzi plebiscyt, aby wreszcie NARÓD powiedział co dalej robić z PKP? Można podejrzewać, że Naród w swojej zbiorowej mądrości posiada olej w głowie, więc może go politykom odstąpi? Kto wie?