Z mojego ogrodu, nie pryskane…

 Codziennie nadchodzą nowe i coraz bardziej sensacyjne wiadomości. Jak choćby te w niżej cytowanym artykule:
Skazani na świństwo: http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/kraj/skazani-na-swinstwo,1,5040219,kiosk-wiadomosc.html
   Afera solna polegająca na zastosowaniu w produkcji żywności soli używanej do posypywania dróg, to dowód na to, że handlowcy i producenci żywności są gotowi wcisnąć klientowi każde świństwo – od doprawionego przemysłową solą mięsa, poprzez odświeżone detergentami kurczaki, a kończąc na kostce masła bez masła i kaszy jaglanej faszerowanej molami spożywczymi. I właściwie niewiele można z tym zrobić.
Eksperci szacują, że rynek spożywczych podróbek w Polsce wart już jest 50 mld złotych – czytamy. (…)Nie należy oczekiwać, że fałszowanie żywności zostanie całkowicie wyeliminowane – rozwiewają wątpliwości kontrolerzy żywności, bo…

   Jeśli weźmie się pod uwagę faktyczne rozmiary produkcji żywności, liczbę producentów finalnych i ich kooperantów w zestawieniu z liczbą inspektorów inspektoratów Sanepidu zatrudnionych w powiatowych i wojewódzkich stacjach tej szacownej firmy, to musimy się zgodzić z faktem, że właściwej kontroli podlegają jedynie śladowe ilości produktów. Cała reszta masy towarowej podlega więc jedynie naszej, konsumenckiej kontroli jakości. Możliwe do przeprowadzenia oceny, jeśli są dokonywane, to wyłącznie przy pomocy zmysłów, które u poszczególnych ludzi mają bardzo zróżnicowaną wrażliwość sensoryczną. O tym, jak się różnimy najlepiej świadczą obserwacje z naszych domów, gdzie to, co jednym wydaje się przesolone, to drudzy dosalają twierdząc, że jest akurat odwrotnie. Czy zatem mogliśmy jakoś stwierdzić, że wędliny, pieczywo i przetwory solone były produkowane z udziałem soli przemysłowej? Wszak słone było!
Wszyscy wiedzą co oznacza określenie „Trzy białe damy śmierci”. To sól, cukier i maksymalnie oczyszczona mąka – także cukier, tyle że złożony. Sól jest konserwantem, a więc producenci zainteresowani wydłużaniem okresów przydatności do spożycia różnych produktów nie skąpią sobie z jej zużyciem. Tym bardziej, że sól jest tania, o przepraszam uważało się ją za tanią, ale jak pokazuje ostatnia afera i na soli można sporo zarobić.
W cytowanym artykule czytamy dalej:
(…)katalog wykroczeń jest naprawdę długi. Do mięs i wędlin wstrzykiwane są roztwory soli, żeby zwiększyć objętość produktu. W przypadku mrożonek np. ryb i owoców morza czasami więcej jest lodowej glazury, niż faktycznego pożywienia. Jaja gorszej kategorii notorycznie sprzedawane są jako te lepsze i oczywiście droższe. Co jakiś czas w kronikach policyjnych pojawia się informacja o zlikwidowaniu nielegalnej rozlewni alkoholu, gdzie często wlewa się spirytus przemysłowy do butelek markowych trunków. W maśle prawie w ogóle może nie być prawdziwego masła, a parówki cielęce mogą być tylko z nazwy. Inspektorzy znajdowali też np. odchody gryzoni w bułce tartej, niejadalne skorupiaki w konserwach rybnych czy zdejmowali ze sklepowych półek (w ubiegłym roku w Katowicach) opakowania kaszy jaglanej z molami spożywczymi w środku i słoiczki z marynowanymi papryczkami z larwami owadów. (…) Firmy kombinują właściwie w każdy możliwy sposób. Zastępują odpowiednie składniki tańszymi substytutami, oszukują na wadze, dodają do produktów składniki, których nigdy nie powinno tam być, kłamią na etykietach. Właściwie każda kontrola przynosi jakieś rewelacje, ale wszyscy mają świadomość, że wykrywamy tylko ułamek tego, co w rzeczywistości ma miejsce. Nawet ekologiczna żywność jest fałszowana – mówi nam jeden z inspektorów handlowych z południowej Polski. (…)Z badań wynika, że jedna trzecia skontrolowanych wędlin była sfałszowana…
Mam tu do zacytowania pewien sprawdzianik ze swojego podwórka. Dochowałem się w ubiegłym roku – przyznam, że dość nieuważnie – czterech kotów, którym kupuję karmę w puszkach, karmę suchą, a od czasu do czasu również tzw.okrawki z wędlin. To, co mnie najbardziej szokuje, to absolutna niechęć kotów do pokrojonych w drobną kosteczkę skrawków szynki, polędwicy, różnych szlachetnych wędlin, a nawet i salcesonów, które powinny mieć najmniej konserwantów. To, co dla nas jest szlachetną wędliną, dla nich nie przedstawia wystarczająco ponętnej oferty. A więc, co my jemy w istocie?
W ostatnim okresie eksploatowany jest w telewizji spot reklamowy, w którym producent pięknych jabłek używa przekonującego argumentu: Z mojego ogrodu, nie pryskane… Widać, że trafia do przekonania podobnego sobie mężczyzny, który bierze te jabłka, bo obaj wiedzą jakie to ważne. Po obejrzeniu tej scenki pozostaje jednak pytanie o prawdziwość tej informacji. Wszyscy chyba wiemy jak brzydkie są owoce nie pryskane przy tych, które miały pełną ochronę przeciw szkodnikom i chorobom roślin. Wiemy też jak często w reklamach sięga się do naszej wyobraźni, przy pomocy różnych chwytów mających odniesienie do naszej babci, czy mamy. Wiemy też, że jesteśmy naiwni, gdyż dajemy się uwieść i kupujemy. Oni też to wiedzą i kółko się kręci.
Gdy czytam tego rodzaju rewelacje zastanawiam się dokąd ten świat tak pędzi. Czy zysk wypracowany przy udziale metod, które sporadycznie wykrywają i upubliczniają stojący na straży norm zdrowotnych żywności inspektorzy Sanepidu, nie stanie w gardle pazernym na forsę producentom? Czy przy okazji tej afery zadziała wreszcie skuteczna i dotkliwa ręka Państwa wymierzająca sprawiedliwość oszustom mającym sobie za nic nasze zdrowie? Czy przykład Constaru sprzed lat niczego nas nie nauczył?
Ja, mimo różnych trudności zdrowotnych uprawiam na swojej działce trochę owoców i warzyw z zachowaniem warunków zapewniających zdrowie dla ich konsumentów. Mnie się nadal chce zapewnić to samozaopatrzenie dla swojej rodziny. Patrząc jednak wokół widzę, że należę już do absolutnych wyjątków. Czy nie mamy żadnego wyjścia?