Przytulania nigdy dosyć

Dotychczas wiedziałem, że Światowy Dzień Przytulania obchodzony jest w czerwcu. Pisałem nawet o tym na blogu. Dzisiaj rano usłyszałem w radiowej Jedynce, że właśnie dzisiaj 31 stycznia mamy Międzynarodowy Dzień Przytulania. Porannej audycji towarzyszą sympatycznie brzmiące SMS-y oraz e-maile nadsyłane przez radiosłuchaczy. Jakaś uczona w tych sprawach pani ekspert opowiedziała o korzyściach płynących z uzewnętrzniania uczuć wobec swoich bliskich, a także z okazywania sympatii przygodnym ludziom, choćby przez uśmiech i życzliwe słowo. Odnośnie samego aktu przytulania wypowiedziała się w samych superlatywach. Jest to nic nie kosztujący zabieg mogący znacznie zmienić nasze nastawienie względem świata, czy innych ludzi oraz uczynić znośniejszym nasz dzień powszedni. Powinniśmy wszyscy fundować sobie wzajemnie taką uprzejmość i przysługę, oczywiście z uwzględnieniem dobrego smaku i dobrej woli drugiej strony. Jeśli ktoś nie ma możliwości zafundować sobie takiego bliskiego kontaktu z drugą osobą to powinien rozważyć np. zafundowanie sobie masażu, który może być namiastką kontaktu polegającego na przytulaniu. Z dalszej rozmowy dowiedziałem się, że w Stanach, a za nimi również w innych miejscach świata organizuje się spotkania, które mają dostarczyć jego uczestnikom takich właśnie serdecznych wrażeń. My raczkując w tej dziedzinie włączamy się dopiero w tę inicjatywę, bo np. dzisiaj w okolicy stacji metra Centralny w Warszawie będzie można spotkać ludzi, którzy będą przytulać wszystkich gotowych przyjąć za dobra monetę taki gest. Pewnie zobaczymy to w wieczornych serwisach informacyjnych. Zanim to nastąpi polecam ten oto filmik pokazywany dość często na facebooku, jako że ma całkiem sympatyczną wymowę. Ja również przesłałem link do niego do wielu moich znajomych. Zobaczcie go sami: http://demotywatory.pl/3644717/Czasem-wystarczy-tak-niewiele
Mało kto odpowiedział, a jeśli już, to w odpowiedzi nawiązywał do tych scen filmu, które dotyczyły ludzi spieszących z uśmiechem w objęcia misia. I to jest oczywiste. Dla mnie może ważniejsza jest ta część filmu, która dotyczy faceta przebranego za misia. Przypatrzcie się mu ponownie i pomyślcie o takim aspekcie sprawy: Oto ten sam mężczyzna, bez przebrania, odgrywa swoją rolę. Rozpostarł ramiona i czeka na ludzi gotowych skorzystać z okazji do przytulania. Jaki byłby ten filmik zrealizowany w tej drugiej wersji scenariusza? Czy życzliwy ludziom człowiek o ułomnej powierzchowności musi ukryć swoje wady w przebraniu, aby ktoś chciał go przytulić?

 

  

Reklamy

Kto nie skacze, ten za ACTA, hop,hop, hop!

Skandowanie tekstu, który uczyniłem dzisiaj tytułem tego posta uczyniono stałym elementem demonstracji, wykorzystywanym w czasie protestów niemal we wszystkich miastach, gdzie młodzież demonstrowała swój sprzeciw wobec złowrogiej umowy ACTA. Niby to tylko zabawa i jednocześnie potrzebny w czasie zimowych chłodów element rozgrzewki, ale również konieczna deklaracja przynależności. Wszyscy widzieli jak wielu młodych ludzi skandowało. Czy jednak wszyscy wiedzą przeciwko czemu demonstrują? Czytaj dalej

Żegnaj Ireno

Stało się. Odeszła po ciężkiej chorobie w minioną sobotę. W audycjach radiowych Jedynki wciąż słyszę nadawane z myślą o pożegnaniu z nią jej piosenki. Większość z nich jest znana każdemu powyżej pewnego, zastrzeżonego do wyłącznego użytku młodzieży wieku. Dla starszych jak ja ( byliśmy rówieśnikami?) miała jednak Pani Irena jeszcze coś do odkrycia. Mnie poraziły swoją wymową słowa refrenu piosenki, którą usłyszałem po raz pierwszy dzień po jej śmierci. Posłuchajcie.

http://www.youtube.com/watch?v=dLfMOPG5Z2Q

Nie mijaj życie me… śpiewała w piosence umieszczonej na płycie „Małe rzeczy” wydanej jak się okazuje stosunkowo niedawno, bo w październiku 2008 roku. Zastanawiałem się czy już wtedy znała swoje przeznaczenie?

Ile zwykle trwa
Szczęścia nagły blask
Moment, moment, moment
Jak zapałki trzask
Zachwyt był i zgasł
Krótko żyje płomień

To skojarzenie życia z płonącą świecą jest niezwykle sugestywne. Krótko żyje płomień…

Dzień jej śmierci to święto babć, którym wnuczęta życzą wtedy długiego, słodkiego życia. Ona wprawdzie zdążyła doczekać się wnuka, ale już nie zdążyła odebrać wypowiadanych przez jego mamę w zastępstwie niespełna rocznego syna życzeń dla siebie.

W wypowiedziach ludzi znających jej tajemnicę możemy wyczytać, że:

do końca swoich dni nie chciała, by o jej cierpieniu wiedział ktokolwiek poza najbliższymi. Wolała odejść bez rozgłosu, otoczona rodziną. Nawet jak grała jeszcze koncerty i już wiedziała, że jest chora, nie dawała po sobie poznać, tylko dalej się uśmiechała do swojej publiczności. Gdy dowiedziała się, że choroba jest śmiertelna, przyjęła to bardzo spokojnie. Ta choroba jest nieprzewidywalna. Każdy ma nadzieję, że pokona raka. Ona na pewno walczyła. Ale taki wyrok jest końcem drogi – mówi były mąż artystki


http://www.se.pl/rozrywka/plotki/byly-maz-ireny-jarockiej-marian-zacharewicz-chciaa-odejsc-bez-rozgosu_223623.html

Typowe dla określenia osobowości artystki jest zdanie kończące wywiad z jej byłym mężem:

Nie nadawała się do tej branży dlatego, że była taka wrażliwa. Ona była zaprzeczeniem gwiazdy. Nie robiła kariery na chama. Irena lepiej by się czuła w roli gospodyni domowej albo w spokojnej pracy, tylko od czasu do czasu koncertując, żeby nie przeszkadzało jej to w życiu prywatnym.

W świetle tego co przytaczam czyż nie pięknie i jakże wymownie brzmią słowa:

Nie mijaj życie me, nie mijaj
Nie mijaj w oka mgnieniu
Spójrz nawet nie jesteśmy po imieniu…

…Nie odchodź w smutku, w gniewie
My przecież nie możemy żyć bez siebie.

Odżyło we mnie wspomnienie pewnego wieczoru 1984 r ,spędzonego w gronie znajomych , w pewnej polskiej restauracji na Jackowie w Chicago, gdzie Irena Jarocka wystąpiła z recitalem swoich piosenek. Sala była pełna ludzi, dymu papierosowego zmieszanego z zapachem piwa i typowego gwaru stałych bywalców. My, obcy w tym gronie poprosiliśmy o zsunięcie kilku stolików i przy jakichś napojach i przekąskach czekaliśmy na występ gwiazdy wieczoru. Doczekaliśmy się. Spontanicznie reagowaliśmy oklaskami na każdą kolejno zaśpiewaną piosenkę i w tych swoich reakcjach byliśmy w sensie dosłownym jakąś nieopisaną wyspą na oceanie – powiedziałbym…średniego zainteresowania występem „jakiejś tam artystki z Polski”. Większość gości nawet nie przerywała sobie konsumpcji, swoich rozmów i nie powstrzymywała się od wybuchów gromkiego śmiechu z dowcipów opowiadanych przy stołach. Ta specyfika zachowań sprawiła, że Pani Irena jakby do nas tylko kierowała swoje piosenki, a to nas z kolei nakręcało. Po zaśpiewaniu całej umówionej wiązanki piosenek zrobiliśmy Jej owację na stojąco. To nic, że sala i personel przyglądali się nam z zaciekawieniem. My osiągnęliśmy taki skutek, że otrzymaliśmy w rewanżu na bis kilka piosenek z repertuaru Edith Piaf. Pięknie zaśpiewanych.

Taką Ją zapamiętałem. Nie miała w sobie niczego z gwiazdorstwa. Ot ciepła, wrażliwa i piękna kobieta, jakby nawet nieco zakłopotana sławą.

Odeszła stanowczo przedwcześnie. Prosiła w cytowanej piosence:

Zostaw mi choć ślad
Wiosnę w deszczu barw
Kamyk, zapach, listek
Dzikich gęsi klucz,
Dotyk czułych ust,
Siebie – czyli wszystko

 Nie mijaj życie me, nie mijaj
Nacieszyć daj się sobą
Obejmij mnie i przytul się przed drogą
Nie mijaj życie me, nie mijaj
A jeśli już to skrycie,
Pozostaw mi zastępcze jakieś życie

Myślę, że życie spełni w części jej prośbę, bo chociaż minęło, to liczone w fizycznym ziemskim wymiarze, to pozostanie z nami to zastępcze jej życie wyrażone w jej piosenkach, teledyskach i w naszych sercach.

Dziadki – dziatkom

   Pod takim hasłem przebiegał w 2010 r obchodzony w dniu 24 marca Narodowy Dzień  Życia. Doceniono w ten sposób ogromny wysiłek milionów babć i dziadków zaangażowanych bez reszty w działania na rzecz rodziny, a szczególnie w wychowanie własnych wnuków. Prezentowane wtedy badania społeczne podkreślały nadzwyczaj pozytywną rolę babć i dziadków , którą ktoś już kiedyś określił niezwykle udanym sloganem „Babcia Anioł, Dziadek Stróż”. Tegoroczne obchody święta babć i dziadków również poprzedzono podobnymi badaniami. Wyniki były jeszcze bardziej pozytywne, gdyż blisko trzy czwarte z  pytanych Polaków coś zawdzięcza swojej babci lub dziadkowi.

  Zastanawiając się nad tym fenomenem warto chyba uwzględnić realia naszego kraju w dobie przemian jakie przeżywamy. Bezrobocie – szczególnie wśród ludzi młodych, brak mieszkań przesuwający granicę usamodzielnienia się młodych ludzi do wieku ok. 30 lat wymusza niejako ich zamieszkiwanie w domach rodzinnych, a więc i w rodzinie wielopokoleniowej gdzie współistnieją z rodzicami i dziadkami właśnie.

   Pisząc w poprzednim tekście o tych sprawach podkreślałem w zakończeniu:

los ludzi bez pracy nie jest do pozazdroszczenia. Na szczęście mają oparcie w rodzinach, które przygarną, przytulą i nie dadzą zaznać głodu, czy bezdomności.
Może, gdy wreszcie minie kryzys wstrząsający całą Europą doczekamy się istotnych zmian warunków życia. Nie trzeba nam wiele. Tylko Pracy, bo wtedy zarobimy na chleb i na tę resztę. Tymczasem kochajmy rodziców i dziadków – o czym warto szczególnie pamiętać w czasie zbliżającego się Święta Babci i Dziadka. Oni nie pozwolą zginąć swoim dzieciom i wnukom. Z nimi przetrwają każdą biedę.
Niech żyje rodzina wielopokoleniowa
!!!

Ktoś podpisujący się nickiem dziadek tak to skomentował:

~ babcia i dziadek, utrzymujący swoje bezrobotne wnuki, ze swoich groszowych emerytur ! jaki to żałosny obraz dzisiejszej, macoszej polski !

Ja, również dziadek, odpowiedziałem mu tymi słowami:

Macocha może być dobra i troskliwa. Nie w nazwie problem.
Babciom i Dziadkom zawdzięczamy bardzo wiele i na ogół wymieniamy tu Ich zasługi z najmłodszych lat. W dniu Ich Święta warto zauważyć i te zasługi o których dzisiaj mówimy.
Życzmy im długiego życia, bo nie prędko przestaną być przydatne i pomocne .
Pozdrawiam
Również dziadek

   Nie każdy dziadek ma takie same poglądy, już choćby tylko ze względu na wiek wnuków. Ponieważ tak się ułożyło, że moje wnuki to jeszcze małe dzieci, to i moje oczekiwanie na nasze święto nie odbiegało od ubiegłorocznych. Pamiętały !!! Były życzenia wyrażane wielokrotnie i na różny sposób, były też laurki i drobne upominki. Największym jednak prezentem był niezapowiedziany przyjazd Córki Ani z Krakowa z naszą słodką Marysią. Pojaśniały nasze twarze od słodkich uścisków i odśpiewanego z entuzjazmem Sto Lat!

   Sobota dla babci, a niedziela dla mnie. Intensywne przeżycia, zabawy, wspólne rysowanie, czytanie i oglądanie bajek, gry i sto innych zajęć wg scenariusza narzucanego przez Marysię. Obserwowanie rozwoju jaki nastąpił w dziecku na przestrzeni jednego tylko miesiąca przynosiło nam same niemal zachwyty. To jest ten wiek w rozwoju dziecka, kiedy bardzo przydałby się częstszy kontakt. Cóż jednak począć wobec znacznego oddalenia? „Gdzie Rzym, a gdzie Krym”? A do tego jeszcze Kraków i Chicago, z którego mieszkańcami również rozmawialiśmy dzisiaj by Skype?

Już odjechali. Powróciła cisza i tylko brzmią mi jeszcze w uszach słowa z pożegnania:

Dziadziusiu, będziesz tęsknił? Zapytała już ubrana, przed wyjściem z domu.

Tak Marysiu będę tęsknił, a ty też będziesz tęskniła?

Taaak.

To obiecaj że porozmawiamy od czasu do czasu przez telefon.

– I przez komputer dziadziusiu, dodała.

        

   Będziemy zatem czekali, bo cóż pozostaje dziadkom jeśli nie czekanie?

   Będziemy codziennie wędrować myślami do spraw naszych dzieci. Będziemy – spoglądając na dwa zegary w kuchni ustawione na czas polski i chicagowski, zastanawiać się gdzie aktualnie przebywają, co robią, czy już wrócili szczęśliwie do domów. Będziemy czekać na telefon, e-maile, SMS-y, czy wywoływanie do rozmowy poprzez Skype. Na szczęście nasze dzieci wiedząc o tym ,że czekamy, nie każą nam zbyt długo męczyć się niepewnością . Na szczęście.

   A czy wnuki będą o nas pamiętać? Tu też nie mamy wątpliwości, że będą, gdyż ich mamy o to dbają. Ja mam dodatkową nadzieję, że nawet to co piszę będzie kiedyś przez nich czytane i znajdą tu dużo informacji o tym jaką rolę w życiu dziadków odgrywały dzieci i wnuki. Może ten przekaz przyniesie równie pozytywne skutki jak bezpośredni kontakt?

Pracy i chleba

   Wyprawa do lekarza zawsze wiąże się z dłuższym oczekiwaniem na swoją kolejność. Jest okazja poczytać pozostawione w tym celu ulotki, czy też zwykle stare gazety, albo porozmawiać z ludźmi którzy siedzą w poczekalni. Ja zwykle sięgam po gazety, bo mimo, że stare, to jednak wciąż mogą dostarczyć dużo ciekawych informacji, zwłaszcza gdy są to tygodniki, których nie kupuję na co dzień. Żona woli pogaduchy. Tak było i przy ostatnio odbywanej wizycie.

O pani Jola też czeka do lekarza, mówi żona do pani, którą znam z okienka bankowego. Wie pani, że byłam zaskoczona gdy dowiedziałem się ,że na jesieni wydała pani córkę za mąż. Pamiętam ją jako uczennicę, jeszcze ze szkoły podstawowej, a tu proszę – już wyszła za mąż. Jak ten czas leci?

Tak, tak, wyszła za mąż za chłopaka, którego poznała jeszcze na studiach, odpowiedziała znajoma żony.

A jakie studia ukończyła córka, dopytywała się żona.

Rehabilitację, a do tego, to mimo że ukończyła je z wyróżnieniem to nie może dostać pracy. Niby wciąż szuka, jeździ i rozsyła CV wszędzie gdzie tylko możliwe, ale na razie siedzi z nami w domu. Zresztą syn Jurek też skończył studia licencjackie i też nie może znaleźć pracy.

– A zięć?

– Zięć też nie mógł znaleźć pracy zgodnej z wyuczonym kierunkiem i uchwycił się pracy kierowcy w firmie transportowej swojego brata. Całe tygodnie nie ma go w domy. Przyjeżdża na weekendy.

To jest wam wesoło? Dom pełen ludzi?

No tak, jest wesoło, ale czy tak powinno być? Co za czasów doczekaliśmy?

– My to znamy, pani Jolu, powiedziała żona. Mamy w rodzinie dwoje młodych magistrów, którzy pokończyli po parę fakultetów i nie mogą sobie znaleźć czegoś na tyle pewnego, aby pomyśleć o dzieciach i rodzinie, a zegar tyka. Oboje już grubo przekroczyli trzydziestkę, a o dziecku na razie cicho. Rodzice się martwią, ale cóż mogą zrobić gdy czasy takie?

– No właśnie. Wielu młodych wciąż czeka, a ich rodzice czekają z nimi, odpowiedziała rozmówczyni.

Słuchałem i uśmiechałem się tylko, bo cóż pomoże objaśnianie komuś złożoności polskiego rynku pracy na rozwiązanie ich konkretnych problemów?

Akurat ogłoszono dane o gwałtownym wzroście bezrobocia odnotowanym tuż po nowym roku, między innymi z tego powodu, że bardzo duża liczba tzw. śmieciowych umów o pracę skończyła się z dniem 31.12.2011 r i ci , na ogół młodzi ludzie zameldowali się w urzędach pracy jako bezrobotni. Część z nich być może otrzyma kolejne umowy, znowu na czas określony, ale znaczna liczba młodych będzie czekać wiosny, kiedy ruszą prace w budownictwie, ogrodnictwie, rolnictwie i innych pracach sezonowych. Wiosna niesie nadzieję i na tym polu. Czy dla wszystkich? Zapewne ci, którzy teraz powiększyli rzesze bezrobotnych mają większe szanse znaleźć pracę, bo mają już jakieś doświadczenie i motywację do pracy. Mniejsze szanse mają absolwenci, którzy jeszcze się przyglądają, szukają, a często mając wysoko postawione aspiracje lub formalne kwalifikacje w zawodach, na które nie ma zapotrzebowania nie zadowolą się każdą pracą jaką oferują pracodawcy. Poczekają. Na razie posiedzą w domu przy rodzicach, gdzie przynajmniej nie trzeba płacić za mieszkanie i jedzenie.

   Po powrocie do domu znalazłem w Wiadomościach Onet.pl taką oto informację:

http://biznes.onet.pl/mlodzi-trzy-razy-nic,18563,4997892,1,news-detal
W Polsce jest 580 tys. NEET-sów, (z ang.: not in employment, education or training) czyli młodych, którzy nie pracują, nie uczą się ani w żaden sposób się nie doszkalają. Kosztują nas ponad 5 mld euro rocznie – informuje „Gazeta Wyborcza”.

Jak wyliczyła unijna instytucja Eurofound, NEET-si stanowią 12,8 proc. wszystkich osób w wieku 15-24 lat w 27 krajach UE; w Polsce – 11 proc., ale w dwa lata ich liczba wzrosła o 1,5 proc.

Według szacunków Eurofound polscy NEET-si kosztują ponad 5 mld euro rocznie, a na jednym gospodarka i państwo tracą 37 tys. zł. Realny koszt ich utrzymania to 1,5 proc. naszego PKB – jeden z wyższych wyników w Europie, znacznie powyżej średniej.

Straszne są te liczby, ale i los ludzi bez pracy nie jest do pozazdroszczenia. Na szczęście mają oparcie w rodzinach, które przygarną, przytulą i nie dadzą zaznać głodu czy bezdomności.

Może, gdy wreszcie minie kryzys wstrząsający całą Europą doczekamy się istotnych zmian warunków życia. Nie trzeba nam wiele. Tylko Pracy, bo wtedy zarobimy na chleb i tę resztę.

Tymczasem kochajmy rodziców i dziadków. Z nimi przetrwamy każdą biedę.

Dzień Migranta i Uchodźcy

Dawno nie zaglądałem do kalendarza świąt znanych i nieznanych i przegapiłem styczniowy Dzień Sprzątania Biurka (8.01.) Dzień Wegetarian (11.01), chociaż powinienem te święta włączyć do swojego kalendarza. Dla zaprowadzenia ładu na biurku i uporządkowania mojej diety, niestety niezbyt racjonalnie skonstruowanej.

Dzisiaj będąc w kościele na niedzielnej mszy św. usłyszałem o jeszcze jednym dniu. To właśnie dzisiaj, 15 stycznia ,kościół obchodzi Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy. Z omówienia idei tego święta wynika, że… dzień ten jest pomyślany jako „okazja dla pobudzenia wspólnot chrześcijańskich do odpowiedzialności wobec braci migrantów oraz do obowiązku współdziałania w rozwiązywaniu ich różnorakich problemów”.

   To dobrze, że kościół zajmuje się rodakami na emigracji, bo to jest wciąż ogromna liczba ludzi decydujących się na rozstanie z rodziną po to, aby załatwić jakieś tam życiowe sprawy. Trudy emigracji przeżywa nie tylko ok. 1,5 mln naszych emigrantów, ale również ich rodziny martwiące się o los bliskich. Modlitwy w ich intencjach są więc jak najbardziej na miejscu. I to nie tylko u nas w kraju, ale może przede wszystkim w krajach gdzie nasi migranci przebywają. Tam kościoły z językiem polskim są nie tylko domami modlitwy, bo wokół nich gromadzi się często lokalna Polonia, świadcząc sobie pomoc w różnych, choćby adaptacyjnych problemach. Chyba wszyscy wiedzą co to jest Jackowo, czy Władysławowo w Chicago, czy inne takie miejsca w europejskich współczesnych centrach emigracji.

Gdy słyszę o emigracji, to moje myśli zawsze wędrują do owych „…różnorakich problemów” jakie stanęły na mojej drodze gdy sam byłem w takiej sytuacji.

Byłem migrantem, czyli emigrantem w Polsce, a równocześnie imigrantem w USA, gdy w 1984 r wyjechałem do USA na pół roku( na tyle przyznawano wizę turystyczną). Niestety, jak się tam okazało, po połowie roku poszukiwań jakiejkolwiek pracy wciąż nie miałem żadnych pieniędzy, a więc nie miałem z czym wracać. Już pisałem na tym blogu o rozterkach jakie w oddaleniu od rodziny musiałem przeżywać. Przerobiłem na własnej skórze różne zawirowania i dobrze wiem ile przykrości i upokorzeń musi przeżyć niemal każdy pracujący u pracodawców – swojaków. Tam na obczyźnie okazywało się na ogół, że to Polak właśnie, znający jako-tako język i zasady funkcjonowania na tamtejszym rynku pracy, bywał znacznie gorszym pracodawcą niż obywatele kraju przebywania.

Obecne kierunki migracji od czasu wstąpienia do Unii Europejskiej uległy zupełnej przebudowie. Dzisiaj wyjeżdżający za pracą na ogół mają w kieszeni kontrakty, ich praca jest legalna, mają ubezpieczenie i zasiłki socjalne. W tym obszarze naszym emigrantom jest coraz lepiej. Pozostaje jednak do uwzględnienia wiele innych zagrożeń czyhających na obczyźnie. Papież Benedykt XVI przypomniał o tych zagrożeniach w swoim orędziu na ten dzień podkreślając, że:


http://ekai.pl/wydarzenia/temat_dnia/x50354/oredzie-na-swiatowy-dzien-migranta-i-uchodzcy/

„… Ludzie poszukują lepszych warunków życia lub uciekają przed groźbą prześladowań, wojen, przemocy, głodu i klęsk żywiołowych. To doprowadziło „do nie mającego precedensu wymieszania osób i narodów, rodząc nowe problemy z punktu widzenia nie tylko ludzkiego, ale także etycznego, religijnego i duchowego”.

Przypomniał o obowiązku jaki spoczywa na wspólnotach chrześcijańskich, które powinny szczególną troską otoczyć pracujących migrantów oraz ich rodziny poprzez modlitwę, solidarność i chrześcijańską miłość, a także wprowadzanie nowych programów politycznych, ekonomicznych i społecznych, które będą sprzyjały poszanowaniu godności każdej osoby ludzkiej, ochronie rodziny, będą zapewniały godziwe mieszkanie, pracę i opiekę. Natomiast kapłani, zakonnicy i zakonnice, świeccy, powinni pomagać migrantom w przezwyciężaniu trudności integracyjnych…”

Warto więc wiedzieć, że gdziekolwiek jesteśmy, to wśród chrześcijan powinniśmy się czuć jak w rodzinie, która przecież niejedno przeżywa i daje sobie radę. Czy jednak sięgamy po wsparcie wśród współbraci w wierze? To wiedzą najlepiej ludzie, którzy taką przygodę mają już za sobą lub aktualnie przebywają za granicą.

   Zaglądam dość często do działu listów pisanych do tygodnika „Angora”. Wiele z nich jest pisanych przez emigrantów właśnie. Znajdziemy tam zarówno pozytywne jak i negatywne doświadczenia naszych ziomków. Ponieważ wiele złych doświadczeń wynika jednak z naszych własnych win i zaniedbań, postanowiłem zacytować na zakończenie fragment listu Łucji Jurys, która po powrocie z 20 letniego pobytu w Kanadzie, już na emeryturę w Polsce napisała takie słowa: (Angora nr 1 z 8.01.2012)

…Mówiąc o moim losie emigranta, podkreślam, że kraju, do którego się jedzie nie wolno traktować jak wroga!!! Jest to trudne, bo jesteśmy często tam niezrealizowani zawodowo, rozbici rodzinnie i pełni wątpliwości w wyborach życiowych. Ale to trzeba przełamać. A najlepiej zrobić to swoja pracą. Czyli dać coś temu krajowi, a nie tylko brać. To brzmi może gazetowo, ale my Polacy, nie powinniśmy być tak roszczeniowi w obcym kraju, powinniśmy natomiast mniej pić ze smutku, mniej narzekać i więcej się uśmiechać. Moje dzieci są tam szczęśliwe, choć bardzo kochają także Polskę. Ja tu jestem szczęśliwa, ale lubię też Kanadę i zawsze traktuję ją jak drugą ojczyznę. Życzę wszystkim sfrustrowanym rodakom zdrowia do ciężkiej pracy tam, także daleko, a po pracy jak najmniej zapijania smutków. Chwile zadowolenia przychodzą dopiero po pewnym czasie, a obcy kraj staje się przyjazny. A potem to już się obcina kupony od podjętych decyzji…

Nie chcę prowokować ataku myślących inaczej, ale wydaje mi się, że ta pani wie o czym pisze. Pomagajmy sobie wszyscy ale wpierw pomóżmy również sami sobie, co?

Z badań Głównego Urzędu Statystycznego z października 2011 r. wynika, że czasowo za granicą przebywało w 2010 r. prawie dwa miliony Polaków. Liczbę migrantów w całym świecie szacuje się na ponad 200 mln.

 

 

Rodzice wciąż się kłócą…

Wszyscy mamy w pamięci obrazki z życia naszych rodzin, w których ucieranie się wzajemnych relacji międzyludzkich było procesem ciągłym i trwało w nieskończoność. Byliśmy mali – oni kłócili się, później byliśmy więksi i starsi, kończyliśmy szkołę, wyjeżdżaliśmy z domów na studia, wreszcie zakładaliśmy swoją rodzinę, a nasi rodzice wciąż uzgadniali swoje stanowisko względem nas, ale i w każdej innej sprawie krzycząc do i na siebie. Czytaj dalej

Owsiak wiecznie żywy i żwawy

    Zbliża się 20 Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Będziemy więc przeżywać i wspominać już dwadzieścia lat realizacji tego samego, chociaż wciąż poszerzanego i uzupełnianego o różne atrakcje scenariusza. Dla mnie jest to nieustająca fascynacja dziełem tego „cudacznego”, ale i cudownego człowieczka, który wbrew liczącemu się frontowi negacji i odmowy, wciąż radzi sobie doskonale i porywa do działania kolejne już pokolenia wolontariuszy.Jego działanie niezmiennie od wielu już lat są wspierane przez polityków różnych szczebli, służbę zdrowia, media, artystów, dziennikarzy i kogo tam jeszcze wypadałoby wymienić, bo wszyscy biorący udział w tym światowym już show mają poczucie uczestnictwa w czymś wielkim. Podglądają go ludzie z całego świata tropiąc ścieżki jakimi Owsiakowi udało się porwać ludzi do filantropijnej pracy i ofiarności. Muszą nas podziwiać skoro nazywają ten wyczyn polskim fenomenem.
Niestety, z podobną konsekwencją inni ludzie i organizacje wciąż atakują Owsiaka podważając jego dobrą wolę i uczciwość oraz zarzucają mu wywieranie złego wpływu na młodzież, zwłaszcza poprzez lansowanie hasła „Róbta co chceta”, którego Owsiak nie używa już od kilkunastu lat. A cóż to szkodzi? Jeśli z tego zawołania można zrobić narzędzie walki, to czemu nie skorzystać?
   W Internecie spotkałem dzisiaj taki tekst.
Gdyby sprzedać czas antenowy ofiarowywany za darmo Owsiakowi i dochody z tej sprzedaży przeznaczyć na wyposażanie dziecięcych szpitali, efekt finansowy byłby zapewne wielokrotnie większy. Gdyby firmy i banki, które w ramach reklamy futrują organizację Owsiaka policzyły ile z ich ( a pośrednio naszych) pieniędzy idzie, zamiast na respiratory, na hałaśliwe imprezy, stałoby się jasne, że gra nie jest warta świeczki.
Zapraszam do przeczytania całości tej publikacji:

http://izabela.nowyekran.pl/post/46772,wielka-orkiestra-pomocy-samemu-sobie

   Ktoś inny wkleił do facebook’a  plakacik, z którego dowiadujemy się jaka jest proporcja środków gromadzonych i wydawanych przez Caritas i WOŚP. Z porównania tych dwóch organizacji wynika, że Caritas działając bez medialnej reklamy i nie robiąc szumu wokół siebie gromadzi i wydaje rocznie na pomoc dla chorych dzieci, dla bezdomnych i poszkodowanych w klęskach żywiołowych sumy dziesięciokrotnie wyższe od tych jakie zbiera WOŚP.
Ktoś inny dodał do plakaciku swój komentarz o takiej treści:

Dla tych co nie widzą alternatywy dla owsiakowej orkiestry okraszonej ideologią „róbta co chceta”. A może by tak ugotować obiad dla chorej sąsiadki

   To oponenci Owsiaka i jego dzieła. A co piszą zwolennicy? Zapraszam do jednego z blogów, na którym znajdziemy już tylko pochwałę działalności WOŚP. Oceńcie Państwo sami:

http://kuala.blog.onet.pl/Do-skarbonki-grosik-wrzuc-albo,2,ID444633757,n
   Poruszający tekst, prawda?
A inni? Oto blog posła na Sejm i ostatni jego artykuł na temat 20 Finału WOŚP

http://piotrzoladek.blog.onet.pl/Zagraj-z-nami-w-niedziele,2,ID445893639,n
I jeszcze dla przykładu Marszałek Woj. Świętokrzyskiego

http://adamjarubas.blog.onet.pl/20-jubileuszowy-final-Wielkiej,2,ID445893122,n 

   Takich wypowiedzi zapewne ukaże się jeszcze bardzo dużo. Tak po jednej jak i po drugiej stronie frontu. Czy damy się przekonać oponentom, czy też poprzemy po raz dwudziesty zbiórkę funduszy – tym razem na zakup najnowocześniejszych urządzeń dla ratowania życia wcześniaków oraz pomp insulinowych dla kobiet ciężarnych z cukrzycą, to się okaże w czasie kontaktu z młodymi ludźmi, którzy po raz dwudziesty staną na naszej drodze z puszkami i czerwonymi serduszkami WOŚP w najbliższą niedzielę.
Warto zauważyć, że 20 lat działalności WOŚP, to już drugie pokolenie wolontariuszy angażujących się w realizację wspólnego dzieła pomocy dla wciąż niedoinwestowanej służby zdrowia…czy może dla nas, tej służbie podlegających pacjentów?

  

Listy – zanikająca i unikalna sztuka

Przed kilku dniami, już po północy, gdy włączyłem swoje radio, natrafiłem na ciekawą rozmowę prowadzoną z nieznaną mi z nazwiska starszą panią, która wspominała swoje życie, mogące wystarczyć na kilka scenariuszy filmowych. Osią tej opowieści była jej młodzieńcza jeszcze miłość, wojna i powojenne prześladowania jej męża – oficera AK przez Służbę Bezpieczeństwa. Zawsze nastawiam ucha na takie audycje upatrując w nich autentycznego przekazu informacji o czasach, które na szczęście dawno i oby bezpowrotnie minęły.  Czytaj dalej