Cześć Szwagierku …

 Od kiedy pamiętam zawsze zwracał się do mnie tym zwrotem. Naszym spotkaniom zawsze towarzyszył Jego szczery uśmiech i żywe zainteresowanie tym, co wydarzyło się w czasie od ostatniego spotkania, lub z czym właśnie do niego przychodzę. Zawsze był życzliwie nastawiony do wszystkich Członków mojej rodziny, jak i do innych ludzi, z którymi przyszło mu się spotykać. A było tych ludzi dużo. Chociażby z racji wykonywanego od kilkudziesięciu lat zawodu mechanika, ślusarza, tokarza i wielu zawodów pokrewnych, które pochłonęły go bez reszty jeszcze w wieku nastolatka, gdy pozostał przy ojcu, aby kontynuować jego dzieło.   Wielu z tych ludzi przybyło wczoraj do kościoła, aby odbyć z nim ostatnią jego podróż, do rodzinnego grobu. Żegnający go ksiądz prałat Henryk Kozakiewicz, proboszcz parafii św. Bartłomieja w Staszowie, gdzie mieszkał, w bardzo sugestywny sposób przybliżył postać i dzieło życia zmarłego Roberta. Mówiąc o nim, nawet nie próbował ukrywać swojego wzruszenia. A że mówił pięknie i w bardzo ciepły sposób oddał sprawiedliwość tak zmarłemu jak i jego najbliższym, to i wielu ludzi  uległo podobnemu wzruszeniu. My z najbliższej rodziny, którzy znaliśmy niemal każdy dzień jego życia wiedzieliśmy też jak walczył ze skutkami wyniszczającej choroby, która spadła na niego zaledwie sześć miesięcy temu. Ufał bezgranicznie opiekującej się nim żonie Ani, a poprzez nią również lekarzom. To dzięki nim wierzył do ostatka, że wygra tę walkę. Jeśli się buntował, to jedynie przeciw obezwładniającemu ciało osłabieniu, które coraz bardziej ograniczało jego aktywność życiową do tej skrajnej postaci jaką wyznacza najpierw obręb własnego domu, później mieszkania, pokoju i wreszcie własnego łóżka. Przy łóżku zawsze czuwała żona i dzieci spełniające każdą prośbę i potrzebę słabnącego Męża i Ojca. Odszedł we śnie polekowym, w niedzielę wieczorem 30 października.
Czas, w jakim przyszło mu się żegnać z życiem, to szczególny okres w życiu katolickich rodzin w Polsce. Wszyscy przemierzają niekiedy ogromne odległości, aby w Dniu Wszystkich Świętych i w Dniu Zadusznym pojawić się cmentarzach, gdzie spoczywają ich bliscy. Ozdabiają groby kwiatami, zapalają znicze, modlą się i wspominają. Spotykając się z krewnymi, którzy przybyli w takim samym celu odświeżają i zacieśniają rodzinne związki. My wszyscy z rodziny Roberta, uczestnicząc w tych ceremoniach mieliśmy do przeżycia ten dodatkowy aspekt  jego śmierci, że mimo pożegnania się z nim odczuwaliśmy jego nieobecność na cmentarzu, na którym miał się pojawić dopiero w dniu pogrzebu, czyli po uroczystościach Święta Zmarłych. Takie są jednak zwyczaje.
W czasie pogrzebu „mojego Szwagierka „, wspominałem kazanie pogrzebowe wygłoszone przez księdza, profesora bioetyki z PAT w Krakowie, wygłoszone kiedyś w naszym kościele z okazji pożegnania babci jego przyjaciela. Główne tezy tego kazania skupiały się na katolickim przeżywaniu odejścia człowieka, któremu powinny towarzyszyć:
– smutek, co jest oczywiste,
– wdzięczność za to, że mogliśmy poznać zmarłego i przebywając w jego towarzystwie zyskiwać na kontakcie z nim,
– nadzieja na spotkanie z nim w Niebie.
Wszystkie te uczucia towarzyszą mi od czasu, gdy uświadomiłem sobie, że czas życia „mojego Szwagierka” był policzony .Wobec nieogarniętej umysłem tajemnicy śmierci człowieka, ta interpretacja pomaga przetrwać przeciwności losu zarówno tym, którzy odchodzą jak i tym, którzy pozostając czekając na swoją kolej, na dopełnienie się naszego scenariusza, który na szczęście nie jest nam znany.
Cześć Szwagierku. Do zobaczenia w przyszłym życiu..