Koło się zamknęło

      

Pożegnanie absolwentów ZSZ w dniu 14 czerwca 2011r

 

   Często omijały mnie okazje szkolnego świętowania różnych uroczystości szkolnych gdyż pracując w dwóch szkołach po prostu nie zdążałem akurat tam, gdzie coś szczególnego się działo. Tu akurat zdążyłem w samą porę. Ponieważ zawsze noszę aparat fotograficzny przy sobie więc z marszu wykonałem kilka zdjęć, a później poprosiłem kogoś z obserwatorów o wykonanie mi zdjęcia z absolwentami na tle hasła, które zostało napisane jakby specjalnie dla mnie. Obserwatorami tej sceny byli wszyscy zebrani tam nauczyciele z Panem Dyrektorem ZSE na czele. Ten fakt będzie miał w tej opowieści szczególne znaczenie. Ponieważ zdjęcie jest słabej jakości, to zacytuję pełną treść hasła:

Chciałbym kiedyś tu powrócić,

Chciałbym kiedyś tu zapukać,

By dzisiejszy dzień poszukać…

   Wtedy już wiedziałem o tym, że ostatecznie kończę pracę zawodową w staszowskim ekonomiku, a wiec podobnie jak ta młodzież odchodzę z tej szkoły, a nawet napisałem już wtedy i opublikowałem tekst pt.: Hej wakacje to rzecz miła… w którym zapowiadałem swoje odejście z pracy na dłuuugie wakacje zwane emeryturą

   Odeszli ze szkoły absolwenci ZSZ, odeszli wreszcie na zasłużone wakacje wszyscy pozostali uczniowie. Szkoła odzyskała wakacyjną ciszę przerywaną sporadycznie krokami kogoś z personelu lub interesantów kończących proces rekrutacji na kolejny rok szkolny. W tej atmosferze doczekałem dzisiejszego dnia, na który zwołano Plenarne Posiedzenie Rady Pedagogicznej dla podsumowania wszelkich działań szkoły w minionym roku szkolnym. Niezwykle rozbudowany porządek obrad przyniósł wiele satysfakcjonujących informacji o osiągnięciach jakie, dzięki mądremu zarządzaniu i ofiarnej pracy całego grona pedagogicznego udało się zrealizować z korzyścią dla naszych uczniów i dla społeczeństwa – nie tylko lokalnego. Są tu realizowane z sukcesami projekty unijne przynoszące możliwości rozwoju bazy dydaktycznej, wymianę międzynarodową młodzieży z wszelkimi szansami rozwojowymi jakie niosą te sposoby inwestowania w Kapitał ludzki. To cieszy wszystkich pracujących ofiarnie dla Naszej szkoły. Dyrektor ZSE Jan Ungeheuer wielokrotnie podkreślał zasługi poszczególnych osób jako, że zawsze stara się doceniać wkład pracy każdego i pozytywnie motywować do dalszych działań. Nawet niedociągnięcia, których nikt się nie ustrzeże podkreślano w sposób życzliwy i koleżeński. To krzepi poszczególnych ludzi i cementuje cały zespół.

   Ostatnim punktem programu było:

A teraz chciałbym pożegnać odchodzącego na emeryturę, najstarszego w gronie kolegę, który ostatnie 22 lata poświecił naszej szkole, powiedział dyrektor, po czym przybliżył niektóre moje działania służące szkole i środowisku. Otrzymałem kwiaty i życzenia. Zaśpiewałem ze wszystkimi tradycyjne Sto Lat. Próbowałem jakoś podziękować za wspólną pracę, ale głos uwiązł mi w gardle i nie wyszło to najlepiej. Mam nadzieję, że to zostanie mi wybaczone nawet przez siedzących naprzeciw kolegów, którzy – jak to dzisiaj na moją prośbę obliczyli – mają do emerytury jeszcze jakieś 40 lat. Niezwykle poruszyła mnie pamiątka jaką przygotował na moje odejście dyrektor szkoły. Otrzymałem bowiem z rąk dyrekcji pięknie wykonany album pt. Migawki ze staszowskiego ekonomika będący zbiorem fotografii z życia szkoły, w których uwieczniono moją skromną osobę. Okazuje się, że na starych zdjęciach nie tylko ja jestem młody. Młodzi są również ludzie, którzy pracują nadal, jak i młodzi są ludzie, którzy dawno już odeszli do lepszego życia. Ci, którzy wcześniej nie widzieli albumu podlegali podobnym do moich wzruszeniom. Jeszcze dopisano w nim piękne motto naszego wielkiego Patrona i podparto życzenia długim łańcuchem autografów. Jeszcze parę indywidualnych uścisków i zapytań o najbliższą przyszłość i …sala opustoszała.

   Ja jestem szczęśliwcem ,bo mam blog. To, co uwięzło mi w gardle, teraz mogę tu spokojnie napisać licząc, że przeczytacie i podzielicie się z innymi.

Kochani, tytuł dzisiejszej opowieści w moim wypadku ma wartość symboliczną. Rozpoczynałem pracę 15 lutego 1970 roku w budynku leżącym o rzut beretem od naszego ekonomika i tu ją kończę. Pracę zmieniałem wielokrotnie, a w pierwszych kilkunastu latach średnio co 5 lat lub nawet częściej. Byłem referentem do spraw produkcji i gastronomii PZGS, następnie lustratorem CRS (dzisiaj trzeba by to nazwać audytorem) Prezesem GS dwukrotnie, kierownikiem gminnej służby rolnej, terenowym doradcą rolnym, nauczycielem – również dwukrotnie, a do tego rolnikiem, piekarzem, stolarzem i czym tam jeszcze w życiu wypadło być. Przez dwie kadencje przewodniczyłem społecznie Radzie Nadzorczej Spółdzielni Mieszkaniowej, a przez trzy szefowałem Komisji Rewizyjnej ZNP. Byłem więc szefem, jak i zwykłym robotnikiem z półrocznym okresem bezrobocia( w Chicago). Poznałem wszystkie możliwe style kierowania różnymi firmami i sam dałem się poznać z tej strony setkom ludzi. Wiele z tych doświadczeń opowiadałem tysiącom już absolwentów naszej szkoły jako uzasadnienie pewnych życiowych prawd, które poznawałem osobiście na wyboistych drogach życia. Wiele z tych doświadczeń można znaleźć na blogu i do niego zapraszam licząc na tę formę kontaktu z Wami. Jedno tylko chciałem podkreślić na koniec tej wypowiedzi, co warto pamiętać, jako że to jest bardzo stara prawda. Konfucjuszowi przypisana jest ta sentencja: Jeśli kochasz to co robisz , to nie pracujesz.

   Ja to sprawdziłem na sobie. To głównie dlatego osiadłem w ekonomiku do końca swojej kariery zawodowej. Odkryłem w sobie to coś dość późno i gdy spróbowałem tej pracy, to zrezygnowałem z prezesostwa, aby być zwyczajnym nauczycielem. I tak pozostało po dziś dzień. Pracujecie w dobrej szkole, która szczyci się wysokim odsetkiem dziedziczenia zainteresowań zawodami będącymi wciąż w ofercie edukacyjnej . Nowe zawody są niezwykle przydatna na dzisiejszym rynku pracy, co czyni Waszą pozycję w ofercie edukacyjnej jeszcze bardziej interesującą dla młodych ludzi. Dowodem na to jest choćby obecny nabór na rok następny utrzymujący się na wyższym poziomie niż szacowany przez organ prowadzący. Przyszłość należy do Was.

 

Ps.

W dzień po zakończeniu roku szkolnego pod tekstem Ogólniak, czy technikum, a może zawodówka? pojawił się komentarz tej treści.

Jestem nauczycielem akademickim na dobrej wyższej uczelni technicznej. Skończyłam technikum, później studia (nie planowałam ich na początku), mam doktorat. Myślę o tym, żeby swoje dzieci posłać do techników, a jeśli będą chciały później na studia. W technikach zdobywa się umiejętności, których żadne liceum nie nauczy, po prostu człowiek po szkole technicznej całkiem inaczej myśli. Mamy w Katedrze dwóch doktorantów – obydwaj po technikum. Ze smutkiem chcę dodać, że to minister rodem z naszej uczelni zlikwidował technika i stworzył gimnazja. Pozdrawiam.


~Niedzwiedziczka, 2011-06-23 08:2

Wnioski wyciągnijcie sami

Zapraszam do utrzymywania kontaktów poprzez blog . A co do zdjęcia zamieszczonego w treści, to proszę sobie wyobrazić, że dyrektor ZSE Jan Ungeheuer, to samo zdjęcie umieścił w albumie, który mi dzisiaj wręczono.

 

 

Z metra cięty…

   Maciej Maleńczuk z zespołem Pudelsi wyśpiewuje w piosence: ”Uważaj na niego” takie oto wezwanie:
Uważaj na niego dziewczyny kolego uważaj na niego
Jest z metra cięty prosto z Pani wyjęty
uważaj właśnie dlatego.

O kim mówimy, że jest „z metra cięty”? Sprawdziłem w wyszukiwarce i odkryłem, że już ktoś przede mną szukał wyjaśnienia tej kwestii: Czytaj dalej

Dzień Taty

   W większości domów w tych dniach to mama zadba o kwiaty, o odpowiedni strój, o stosowny wierszyk, olaurkę i o to wszystko, co trzeba, aby Tatuś w Dniu Ojca był należycie doceniony przez dzieci.

 

   Zbliża się doroczne święto Ojców i Ojczulków, Tatusiów i Tatulków. Mniej szumnie obchodzone od Dnia Matki, bo wiadomo Matka to … Sami wiecie jak zakończyć to zdanie. My ojcowie zostajemy poza głównym nurtem życia rodzinnego i można powiedzieć, że dzieje się tak niejako na nasze własne życzenie. Wygodnie jest nam odsyłać nasze dzieci ze wszystkim do matki, bo jesteśmy zmęczeni, bo nie mamy cierpliwości, bo życie przerasta często naszą wyobraźnie – szczególnie gdy dzieci podrastają i tracimy z nimi kontakt. A tracimy ten kontakt dlatego, że nie ma nas w życiu naszych dzieci, a przynajmniej nie ma nas wtedy, kiedy najbardziej nas potrzebują – zanim nauczą się radzić sobie bez nas. Wtedy to może już być za późno. Czy nie za ostro zacząłem kolejną opowieść? Czy nie nazbyt jednostronne są te oceny? Zastanówmy się więc wspólnie.

   Zacznę od tego, że opublikowałem już sporo różnych wypowiedzi na temat rodziny i to widzianej zarówno od strony rodziców jak i dzieci. Od strony szkoły i społeczeństwa. Chociażby tę, zamieszczone w poniższym  tekście:

http://tatulowe.blog.onet.pl/Aby-zostac-kierowca-trzeba-zdo,2,ID345769065,n

 

   Przypomnę również o tym, że piszę bloga o nazwie Tatulowe opowieści. Tatul to moja własna ksywka nadana mi przez moje córunie.

Piszę w jakiejś części do nich i dla nich, a przy okazji dzielę się własnymi spostrzeżeniami i przemyśleniami z innymi ludźmi na szerokim forum jakie daje Internet. Fakt, że licznik wejść na blog powoli, ale pnie się wciąż w górę jest dla mnie wielką radością. To dowód na to, że w zalewie wszelakich informacji na jakie można natrafić w Internecie znajduje się jakaś liczba stałych czytelników poświęcających moim opowieściom swoją uwagę. To mnie nakręca i mobilizuje do kontynuacji. Otóż na tej niwie przytrafił mi się niedawno niezwykły rodzynek. Mój znajomy z Naszej-klasy, były uczeń tak ocenił moją blogową działalność:

…Przyznaje, że z Pana blogiem nie jestem na bieżąco, ale czyta się przyjemnie. Nazwa adekwatna do zamieszczonych treści, bo rzeczywiście można poczuć się jak słuchacz opowieści ojca wracającego po ciężkim dniu do domu i dzielącego się z rodziną tym, co przeżył w ciągu dnia. Bardzo przyjemny blog. W necie jest pełno portali niosących pusty i płytki przekaz, z którego niewiele wynika. Miło poczytać Tatulowe Opowieści..

. Prawda, że sympatyczne słowa?

   Nie przytaczałbym tutaj tego fragmentu listu, gdyby nie kontekst w jakim moje teksty były odczytywane. To opowieści ojca powracającego z pracy…Czy to nie wskazuje na brak takich rozmów?

   Jestem nauczycielem i mam już ponad dwudziestoletnie doświadczenie w pracy z młodzieżą szkół średnich. Wobec uczniów  staram się być kimś takim jak ojciec, czy dziadek w tym pożądanym przez młodych ludzi wzorcu kogoś, kto interesuje się ich sprawami. Mam swoje satysfakcje  wynikające z pełnienia takiej roli. Nie będę teraz o tym pisał. Powiem tylko, że bardzo im brakuje takiego kontaktu. Gdy mówię im o różnych (pozalekcyjnych) sprawach, czy pozwalam sobie na dłuższe dygresje to wtedy widzę ich autentyczne zainteresowanie samą gawędą, na jakikolwiek temat. Jak wyglądają buzie takich zasłuchanych uczniów to wiedzą ci, którzy mają przyjemność pracować z młodzieżą i obserwować ich reakcje. Takich bezpośrednich relacji wyraźnie im brakuje. Nie pytam o to jakie warunki panują w ich domach, bo mógłbym być skarcony za wtykanie nosa w czyjeś prywatne życie. Wystarczy mi satysfakcja płynąca z tego, że przynajmniej w naszej szkole nie czują się obco, a nawet twierdzą, że atmosfera ekonomika jest jedną z mocnych stron naszej szkoły. Czasem jednak udaje się czegoś dowiedzieć o ich życiu przy okazji różnych, takich moich przedsięwzięć jak na przykład to z ostatniego tygodnia. Kończy się rok szkolny. Wszyscy już mają oceny, więc jest okazja na prowadzenie luźniejszych rozmów. Ponieważ zbliżają się wakacje, postanowiłem zwrócić uwagę na problem różnic w odczuwaniu szczęścia przez poszczególnych ludzi. W tym celu wydrukowałem sobie wierszyk Adama Asnyka.

Oto on:

A. Asnyk

 

Siedzi ptaszek na drzewie…

 

Siedzi ptaszek na drzewie

I ludziom się dziwuje,

Że najmędrszy z nich nie wie,

Gdzie się szczęście znajduje.

 

Bo szukają dokoła,

Tam gdzie nigdy nie bywa,

Pot się leje im z czoła,

Cierń im stopy rozrywa.

 

Trwonią życia dzień jasny

Na zabiegi i żale,

Tylko w piersi swej własnej

Nie szukają go wcale.

 

W nienawiści i kłótni

Wydzierają coś sobie,

Aż zmęczeni i smutni

Idą przespać się w grobie.

 

A więc, siedząc na drzewie,

Ptaszek dziwi się bardzo,

Chciałby przestrzec ich w śpiewie…

Lecz przestrogą pogardzą.

 

   Nie zamęczając nikogo tokiem analizy wiersza z wplataniem elementów psychologii pozytywnej nakazującej cieszyć się każdą chwilą, każdym doznaniem jakichś radosnych przeżyć, w rozmowie z uczniami posłużyłem się tym wierszem aby go odnieść do przykładów z życia dzieci. Jakie były tego efekty? Otóż tak to leciało:

– Czy pamiętacie swoje wycieczki do lasu, z których przynosiliście mamusi czy tatusiowi nanizane na długą trawkę poziomeczki i wręczaliście je ze słowami: – to dla ciebie mamo, tato? Nasze szczęście to takie właśnie poziomeczki, czy jagódki nabite na trawkę. Szczęście nie spadnie na nas wraz ze spadkiem po bogatym dziadku, czy wygraną w totolotka. Szczęście to suma takich szczęśliwych momentów z codziennego życia . Momentów mocno kiedyś przeżytych i zapamiętanych.

                      

   Czy uwierzycie, że mało który z uczniów potwierdzał takie – wydawałoby się oczywiste postępowanie dziecka. Czasem ktoś mówił, że mu się takie momenty zdarzały …jak był małym dzieckiem. Teraz nie chodzą na spacery. Nie mają też komu przynosić dowodów troski i miłości, bo tata, mama ciągle w pracy …

  Jakiś taki chłód dawało się wtedy odczuć w klasach. Samo rozumienie podnoszonych przeze mnie aspektów tak oczekiwanego przez nastolatków szczęścia wydawało się bardzo odległe od mojego rozumowania.

   Czy te obrazki nie opowiadają jakiejś głębszej prawdy o tym, jak my, rodzice dbamy o relacje z dziećmi?

  .Jeszcze coś o życzeniach jakie pewnie otrzymamy za dwa dni od swoich pociech. Wybrałem kilka wersji z takich życzeń jakie można znaleźć w Internecie:

 

Dla taty

 

Kiedy deszcz kapie i straszy,

Gdy muszę zjeść talerz kaszy,

Gdy rower wciąż łańcuch gubi,

Gdy myślę, że mnie nikt nie lubi,

Wtedy

Przytulić się do taty muszę szybko,

Tatuś nazwie mnie zwykle

…srebrną rybką,

pożartuje, w nos da prztyczka i pomoże.

Rower jedzie,

Kasza pyszna,

A deszcz?

Niech pada sobie na dworze.

=================

Dzisiaj Dzień Taty ! Mojego Taty ! I wszystkich Ojców na świecie ! Niosę dla Taty z ogródka kwiaty… Zarzucę Tacie na szyje cieple ręce… Powiem do ucha : Tatku, posłuchaj… Chce Cię uściskać…nic więcej

 

… gdy opowiadasz mi bajeczki.

Lubię gdy na kolanach mnie sadzasz

i na każdą psotę zawsze się zgadzasz.

Lubię gdy uśmiechasz się do mnie,

po prostu kocham Cię ogromnie

 

Dziękuję Ci Tato za serca pogodę

A kiedy dorosnę, to Cię nie zawiodę

 

Dziękuję Ci za to,

Że dopasowywałeś swoje życie do mojego.

Dziękuję za poczucie,

Że nie ma dla Ciebie na tym świecie nic droższego,

Niż nasza miłość

(Oprócz Twojej miłości do mojej Mamy).

Dzięki Tobie czuję się chcianym dzieckiem,

Potrzebnym i wartościowym człowiekiem.

Dziękuję Ci za to, że jesteś.

—————————-

Tatku – Ty mnie życia uczyłeś

wszystko, co miałeś mi poświęciłeś

nikt nie ofiaruje nigdy mi więcej

dziś Ci, więc daję serce w podzięce

——————–

 

Za Twe czułe serce, za mądre nakazy

w dniu Twojego święta dziękuję – sto razy!

 

Choć jestem duży – bez swego Taty

bez przerwy wpadałbym w tarapaty…

Kiedy więc przyjdą jakieś kłopoty

od razu Tacie oznajmiam o tym…

A wtedy zaraz łatwiej i prościej uda się

wybrnąć z wszelkich trudności…

===========================

 

   Wybrałem jedynie takie życzenia, które oddają naturę zapotrzebowania naszych dzieci na to, czego im najbardziej brakuje. Myślę, że treść tych życzeń wymaga przemyślenia. Nasze postępowanie wobec dzieci jest wciąż możliwe do skorygowania. Ciągle jeszcze jest na to czas. Nasze dzieci, nawet jeśli mają już po 40 lat ciągle mają w sobie wystarczająco dużo dobrej woli, aby nam wybaczyć zaniedbania i zrozumieć ich przyczyny, aby się pojednać z nami.

   W książce: List do Ojca będącej zbiorem nadesłanych na apel redakcji Gazety Wyborczej napisanych, ale nigdy nie wysłanych listów do swoich ojców czytamy:

   Mamy problem z ojcami. Zleciliśmy sondaż. Aż 92 proc. ankietowanych Polaków oceniło, że ojcowie powinni angażować się w rodzinę na równi z matką. Ale – pytani, czy tak jest – najczęściej zaprzeczali.

…badani pamiętali, że w dzieciństwie o problemach mogli rozmawiać tylko z matką, z ojcem – prawie wcale. Jedynie w jednym ojcowie mieli przewagę – częściej bili.

…ten problem z ojcami mamy wszyscy – bez względu na wiek, wykształcenie, pochodzenie, stan majątkowy, światopogląd.

Wyszło, że z ojcem najczęściej jest tak, że go nie ma. Nawet jeśli jest!

   Ta książka to wstrząsający opis obrachunków z własnymi ojcami, którzy często już dawno zmarli nawet nie zdając sobie sprawy z ran jakie pozostawili na psychice swoich dzieci.

… Warto pamiętać o tym, że nic nie ujdzie uwadze dzieci. Zapamiętają wszystko, najdrobniejsze nawet kłamstwo, nieszczerość, brak wiary, chwilę wahania. Zapamiętają każdy spacer, rozmowę, pocałunek, bajkę opowiedzianą na dobranoc. Zapamiętają wszystko to, co w ich odczuciu było najważniejsze.

Nawet jeśli od ojców dostały tylko życie.

 

Wszystkim Ojcom, Ojczulkom, Tatusiom i Tatulkom składam najlepsze życzenia z okazji Ich święta

Dla tych co będą pisać karki z życzeniami mała ściąga:

 

Dziękuję, że znosiłeś to,

Czego nie sposób było znieść,

że robiłeś coś z niczego,

że dawałeś, mając puste kieszenie,

że wybaczałeś, choć nie przepraszałam,

że kochałeś, gdy kochać się nie dało,

że mnie wychowałeś

i że wszystko Ci się udało.

 

Wiemy jak ciężko pracujesz, Tato!

Bardzo Cię wszyscy kochamy za to.

A także za twe szlachetne serce,

W którym RODZINA pierwsze ma miejsce!

W ten Dzień Świąteczny przyjmij w podzięce

Za wiarę, mądrość, ojcowską rękę.

Wysłuchaj życzeń, co z serca płyną:

Niech smutki wszelkie Ciebie ominą!

 

Tak bardzo Cię kocham, Tato

Dziękuję Ci za Twój uśmiech,

Który ogrzewa mnie

W różnych chwilach życia,

A najbardziej dziękuję Ci za to,

Że jesteś.

 

Jakie to szczęście, że będąc już dorosłą osobą,

Dzięki Tobie czasami czuję się jak dziecko.

A to takie błogie uczucie…

   Bądź ze mną, z nami wszystkimi jak najdłużej,     Bo mnie i całej rodzinie tak dobrze z Tobą…

Ogólniak, czy technikum? A może zawodówka?

   Wczoraj, z woli dyrekcji mojego ekonomika byłem członkiem komisji nadzorującej etap praktyczny egzaminu potwierdzającego kwalifikacje zawodowe dla uczniów technikum logistycznego i technikum organizacji usług gastronomicznych. Nie wszyscy abiturienci przystąpili do tego egzaminu mimo, że może dać im dużą przewagę nad absolwentami ogólniaków. Szczęśliwcy otrzymają dyplom potwierdzający kwalifikacje technika w zawodzie, który sobie wybrali. Daje im to nieporównywalnie większe szanse na rozchwianym rynku pracy w porównaniu z absolwentami liceów ogólnokształcących, którzy ucząc się tylko o jeden rok krócej nie mają przecież żadnego zawodu. Jeśli do tego podejmą studia na kierunku powiększającym nadwyżkę absolwentów nad zapotrzebowaniem rynku pracy, to już możemy mówić o dramacie. Osiem lat nauki (3+5)i …gorycz bezrobocia. Czy tak być musi? Czytaj dalej

Hej, wakacje to rzecz miła…

   Kto jest nauczycielem, ten wie jak ciężki okres przeżywają teraz uczniowie.  Niestety, jak wynika z moich długoletnich obserwacji, tylko mały odsetek uczniów zachowuje systematyczność i teraz spokojnie czeka na wystawienie ocen.  Ci, którzy odkładali na nieokreślone później solidne zabranie się za naukę – przeżywają teraz wyjątkowo gorący czas.  Mało kto godzi się na taką ocenę jaka mu wychodzi.  Zdecydowana większość chce poprawiać ocenę, a byłoby najlepiej gdyby to nauczyciel ją poprawił, bez dodatkowych kartkówek czy dopytywania.  Bardzo wielu uczniów jako przyczynę słabych ocen jednoznacznie wskazuje na nauczyciela, a nie na siebie.  To nie oni zaniedbali swoje, często jedyne obowiązki i przychodzili nieprzygotowani na kolejne lekcje.  To nauczyciel, który nie rozumie współczesnych problemów, jakimi żyje młodzież wyrwał ich do odpowiedzi i tak pytał, że im się wszystko pokręciło.  Albo zrobił zapowiedzianą kartkówkę, ale tak pilnował, że nic nie dało się ściągnąć.  Taki bezwzględny typ.

Ciekawe, czy on jak był młody to nie ściągał?- padają zarzuty.  Padają ponadto pytania typu: – A po co mi ten, czy inny przedmiot? Nie zdaje się tego na maturze, a na studiach mi się to nie przyda…  Pan myśli, że tylko pana przedmiot jest najważniejszy.  A inne, to co?  Bywają czasem kuriozalne wprost zarzuty: Pan oszalał? Co pan będzie z tego miał, że postawi mi pan trójkę, czy dopa.  Co się pan tak uwziął na mnie?  Inni mają takie same oceny cząstkowe, a otrzymali wyższe oceny końcowe.  Pan jest niesprawiedliwy!!!

   Wszyscy to znamy.  Niezależnie od tego, czy funkcjonujemy po tej, czy po tamtej, uczniowskiej stronie katedry.  Wiemy też z praktyki, że to się wkrótce przewali.  Ktoś poprawi ocenę, ktoś pogodzi się z tym, co mu z ocen wychodzi i powstanie tzw. konsensus.  Później jeszcze tylko posiedzenie rady, która to wszystko zatwierdzi, wypisywanie świadectw i stosu różnych papierków, aż wreszcie doczekamy dnia, kiedy nastąpi wręczenie świadectw, uśmiechy, gratulacje, życzenia miłych wakacji.

   Wreszcie cisza.  Na korytarzach wymiecionych z uczniów jeszcze tylko przez kilka dni będą przemykać nauczyciele kończący rok szkolny stosownymi podsumowaniami, sporządzeniem planów na kolejny rok i … WAKACJE!!!

   Tak było do tej pory.  Tak było przez wszystkie lata, odkąd pracuję w szkole.  Tak właśnie przeżywałem zakończenie tego roku szkolnego.

 Ostatni rok pracy nazywałem żartobliwie ostatnią klasą.  Byłem w ostatniej klasie, którą teraz kończę.  Nie otrzymam jednak świadectwa ukończenia szkoły lecz inny, bardzo ważny dokument.  Będzie to legitymacja emeryta.  Za kilkanaście dni rozpocznę swoje wakacje wraz z uczniami.  Będą to – mam nadzieję – długie wakacje.  Jestem do nich dobrze przygotowany, ale jakoś wciąż nie mogę tak bez reszty zaakceptować swojego zjazdu na boczny tor.  Może to przyjdzie z czasem?

Moje prywatne Święto Dziękczynienia

   Wiem, że narażę się wielu ludziom myślącym inaczej, ale nie byłbym sobą gdybym nie oddał choć w krótkim opisie tego, czym żyłem przez kilka ostatnich dni.  A były to ważne i liczące się dla mnie i dla naszej rodziny przeżycia związane z 40 rocznicą naszego ślubu.  Pomimo pewnych oporów wynikających z tego, że rocznica Rubinowych Godów jest jakaś mało okrągła w stosunku do Złotych Godów, które dopiero za 10 lat, zgodziłem się na propozycję żony, abyśmy jakoś uroczyście przeżyli tę rocznicę.  Dałem się przekonać, że te Złote Gody to jednak bardzo odległy czas, który nagle może przestać być dla nas tak łaskawy jak dotąd.  Postanowiliśmy świętować oczywiście w domu.  I jak to mówią po Bożemu.  Żona zamówiła Mszę św. w intencji rodziny już znacznie wcześniej.  Teraz pozostało jedynie odpowiednio przygotować dom na przyjęcie.  Nie było to łatwe, jako że Ela przebywała właśnie w Sanatorium, zaś Ania z Marysią wymagającą nieustannej opieki miała ogromne trudności w opanowaniu chaosu, jaki Marysia tworzyła już po chwili zwyczajnej zabawy.  Tak dotrwaliśmy do piątku.  Wtedy przyjechała do domu na przepustkę Ela i wszystko nabrało potrzebnego tempa.  Kobieta jest jednak domowym menadżerem, jak to niedawno pisałem i to mi się nie po raz pierwszy sprawdziło.  W przeddzień rocznicy napisałem i umieściłem na blogu kolejny tekst Rubinowa rocznica ślubu i już rankiem nadeszły pierwsze podbudowujące nas życzenia.  Przez całą sobotę trwały intensywnie przygotowania.  Przed wyjściem na naszą Mszę mieliśmy wszystko dopięte na ostatni guzik.  Drogę do kościoła pokonywaliśmy w podobnym upale, jak w to było nam dane przeżyć przed 40 laty.  No, może asfalt jest teraz lepszy, bo nie zauważyłem, aby się topił i przylegał do podeszew naszych butów.  Rozmawialiśmy po drodze o tamtych czasach, bo wciąż jesteśmy głęboko zanurzeni we wspomnieniach związanych również z samym świętem.
   Kościół, Msza, życzenia od siostry Anny i jej męża Roberta, okraszone przepiękną wiązanką kwiatów wręczoną pod kościołem – podobnie jak z okazji 25 rocznicy ślubu, rozpoczęły ciąg przeżyć o jakich chciałem dzisiaj napisać.
Błogo, jak kto ma kogo… aby z nim przeżywał chwile radosnych wspomnień, prawda?  My należymy do takich szczęśliwców.  Całą grupą sprawdzonych przyjaciół i krewnych dotarliśmy do domu, gdzie już czekał na nas dostarczony w międzyczasie z kwiaciarni w Staszowie piękny kosz z kwiatami i butelką kalifornijskiego szampana – dowód pamięci zamówiony przez Małgosię z dalekiego, ale bliskiego uczuciowo Chicago.  Po przyjęciu życzeń i upominków wznieśliśmy toast szampanem i zasiedliśmy do stołu.  Jak wesele, to wesele.  Były toasty i mnóstwo wspomnień z tamtego wesela.  Nawet gorzka wódka musiała być osłodzona.

   Właściwa rocznica przypadała jednak na niedzielę 5 czerwca.  Był to dzień obchodzony w kościele jako: Dzień Dziękczynienia.  To nowe polskie święto kościelne obchodzone w pierwszą niedzielę czerwca.  W 2011 roku (czwarte obchody) święto to wypadło 5 czerwca.  Ideę tego święta tak oto pięknie nakreślił w skierowanym z tej okazji do wiernych liście abp Kazimierz Nycz:
Chodzi o zobaczenie dobra, które nas otacza i podziękowanie za nie. Zachęcam wszystkich do dziękczynienia.  Do dostrzeżenia, że nie jesteśmy samowystarczalni, lecz zależni od drugiego człowieka.  Wdzięczność chroni nas przed postawą roszczeniową.  Także w wymiarze państwa i społeczeństwa, gdyby było więcej wdzięczności za to, co się stało na przykład za sprawą Jana Pawła II czy za rok 1989, to być może mniej byłoby narzekania czy roszczeń.  W życiu człowieka i narodu są takie wydarzenia, których nie można wytłumaczyć inaczej niż działaniem Bożej Opatrzności…

   Słuchając z dużym zainteresowaniem słów hierarchy warszawskiego myślałem przede wszystkim o sobie i o nas, a już mniej o politykach i o Ojczyźnie.  Niewątpliwie wszyscy dostrzegamy dobro, które nas otacza i wypowiadamy wobec siebie i wobec innych słowa wdzięczności za to, czego doznajemy za sprawą otaczających nas ludzi.  Nie oczekujemy od życia i od innych zbyt wiele.  Staramy się być samowystarczalni, jeśli chodzi o materialną stronę życia, ale raczej nie chcemy uwolnić się od uczuciowej zależności od drugiego człowieka.  Tego najbliższego.  Tę zależność przecież ślubowaliśmy sobie i wtedy przed 40 laty i wiele razy później, gdy patetycznie deklarowaliśmy, że stanowimy jedno.   Dobraliśmy się jak te ziarnka w korcu maku. Gdy jednak przez te ostatnie dni rozmyślam o nas i o wszystkim, co poprzedziło zawarcie naszego małżeństwa, to chętnie akceptuję i to ostanie zdanie wypowiedziane przez hierarchę:
W życiu człowieka i narodu są takie wydarzenia, których nie można wytłumaczyć inaczej niż działaniem Bożej Opatrzności.
Stąd moje świętowanie naszej rocznicy było również moim prywatnym Świętem Dziękczynienia, za moich-naszych Rodziców, za moją Elę i za to wszystko, co razem udało nam się przeżyć przez te minione 40 lat.

  

Rubinowa rocznica ślubu

    Od czasu, gdy uświadomiłem sobie, że wkrótce będziemy obchodzić 40 lecie naszego małżeństwa już na stałe zapaliła się gdzieś tam lampeczka i w rytmie piosenki z Czterdziestolatka krążyły mi po głowie wspomnienia związane ze wszystkim, co stanowiło treść naszego małżeńskiego życia z Elą.  Ponieważ początki mojego dorosłego życia jak i opis naszych zaręczyn, czy też wesela można znaleźć w archiwum bloga więc i ja tam zajrzałem, po niemal trzech latach od napisania tych tekstów: Zapraszam starszych czytelników dla przypomnienia sobie jak to drzewiej bywało, a młodych do przeczytania niemal etnograficznego opisu służącego poznaniu tego, co już – chyba na szczęście – odeszło w zapomnienie:  https://tatulowe.wordpress.com/2008/09/06/wesele/ Czytaj dalej