Pamięć, refleksja, zaduma…

Na stosunkowo nowym pomniku spotykam napis: Życie się zmienia, ale się nie kończy. Pomnik jest taki, jak wiele innych na naszym cmentarzu, ale jedyny z takim przesłaniem. Motto jest bardzo wymowne w treści i objaśnia wszystko, co najważniejsze z punktu widzenia chrześcijanina. Wszyscy znamy te słowa, bo przecież w czasie każdej Mszy Świętej wypowiadamy głośno Wyznanie wiary zaczynające się od słów: Wierzę w Boga Ojca…i kończące się  zapewnieniem, że …wierzymy w ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny. Powtarzamy te słowa w każdym pacierzu. Słyszymy je w pieśniach i modlitwach należących do rytuału uroczystości pogrzebowych, w których uczestniczymy, a jednak…Jednak trudno nam to wszystko zaakceptować i w momencie gdy dotknie nas tragedia utraty kogoś bliskiego popadamy w czarną rozpacz, z której przez miesiące, a nawet przez lata trudno nam się wydobyć.
   Uczestniczyłem kiedyś w pogrzebie, na którym homilię wygłaszał ksiądz profesor bioetyki PAT w Krakowie. Poruszony jego słowami, po powrocie do domu – aby nie zapomnieć – zanotowałem sobie główne tezy jego nauki, w której objaśniał katolickie przeżywanie odejścia bliskiego człowieka. Odchodzeniu powinny towarzyszyć następujące uczucia:
         smutek wynikający z rozstania – co jest oczywiste,
         wdzięczność za to, że mogliśmy poznać zmarłego, a będąc jego dzieckiem, uczniem, znajomym, przyjacielem zyskiwać w kontakcie z nim wiedzę wszelaką,          nadzieja na spotkanie z nim w niebie.

   Prawdy te akceptuję i staram się upowszechniać je wśród swoich bliskich.

Dzisiaj, po raz czwarty na tym blogu zabieram się za opisanie swoich przemyśleń związanych z nadchodzącym Świętem Wszystkich Świętych i następującym po nim Dniem Zadusznym. Polecam zainteresowanym mój tekst sprzed roku pt. Wszystko umiera. http://tatulowe.blog.onet.pl/Wszystko-umiera,2,ID393713379,n

Aby zapewnić ciągłość tych opowieści dopowiem tylko, że miniony rok przyniósł mi sporo doświadczeń związanych z odchodzeniem ludzi znajomych i przyjaciół. Wielokrotnie uczestniczyłem w uroczystościach pogrzebowych, w tym również w ostatnich pożegnaniach ludzi młodszych ode mnie. Spacerując po alejkach cmentarza ze smutkiem odkrywam, że na nowych pomnikach i płytach nagrobnych wyczytać można i taką informację, że coraz krótsze okresy życia posiadali odchodzący ludzie. To jakiś symbol czasów w jakich żyjemy. Średni wiek ludzi wydłuża się, a nowo zasiedlane dzielnice cmentarzy pokazują zupełnie co innego. Tak jakby powiedzenie:
Młodsi mogą, a starzy muszą umrzeć – przestało obowiązywać.

   Jutrzejsze Święto Wszystkich Świętych mamy obchodzić radośnie. Tak zalecają duchowni, a za nimi dziennikarze oraz autorzy blogów. Powinniśmy wspominać życie, a nie śmierć tych, których już z nami nie ma. Powinniśmy kultywować pamięć o życiu tych, którzy wyprzedzili nas w drodze do lepszego, wolnego od trosk i kłopotów świata, czytam w wielu tekstach. W wielu kulturach i religiach świata, święta zmarłych obchodzi się na cmentarzach, gdzie w duchowej asyście zmarłych spożywa się posiłki, czy też śpiewa się ulubione przez zmarłych pieśni. Tak czynią np. Meksykanie, Cyganie oraz grekokatolicy. Możemy i my?

   Dla tych, którzy powątpiewają w świętość swoich przyjaciół i krewnych – ocenianych według kryteriów Kościoła, pozostaje pociecha zawarta w słowach wielkiego filozofa. Polecam Leszka Kołakowskiego i jego dzieło pt.: Mini wykłady o maxi sprawach  gdzie w rozdziale O świętych  czytamy m.in.

Jest zrozumiałe, że ci, których Kościół świętymi ogłasza, sami do Kościoła należeli. Wolno nam jednakowoż pytać o świętość również tych, co poza rzymskim Kościołem żyli, do innych wiar się przyznawali ( albo i do żadnej), a nawet w Boga nie wierzyli. Kogo mamy ochotę świętym, czy świętą nazwać?

Łatwiej, rzecz jasna, powiedzieć, kto świętym na pewno nie jest, przy czym oprócz tysiąca znamion oczywistych należy wspomnieć o jednym: na pewno nie jest świętym ten, co się za świętego uważa. Święci za grzeszników się mieli, obca im była pycha doskonałości mniemanej, a co dobrego czynili, nie na pokaz czynili. Wśród świętych Kościoła są ludzie wszelkiego stanu i rzemiosła: uczeni i nieuczeni, od papieża i króla do żebraka i kmiotka, i to samo możemy orzec o świeckich świętych…

   Dalej, autor uznając znaczenie religijnego doświadczenia w drodze do świętości poprzez służbę Bogu, inną aniżeli przez świecką służbę ludziom, a więc poprzez modlitwy, umartwienia, kontemplacje boskości podkreśla, że …To co pozostaje nie odróżnia już chyba świętości świeck
iej od religijnej. Świętym mamy ochotę nazwać tego, kto całe swoje życie i wszystkie wysiłki chce obracać na służbę bezinteresowną innym ludziom, kto bezinteresownie we wszystkim co czyni, dobro czyni i innym dobro rozdaje…

   Świętość w znaczeniu świeckim dopuszcza stopnie. Nie jest tak, by świat dzielił się na dwie wyraźnie różne kategorie – zbawionych i potępionych. Wolno nam mówić o świętości, w której ludzie w różnych rozmiarach, z różną intensywnością uczestniczą…

   Różnica pomiędzy świętymi, a całą resztą jest jednak wyraźna, jakościowa: święci to ci, których Bóg do siebie natychmiast po śmierci przygarnie. W przypadku świętych w świeckim znaczeniu nie mamy nigdy takiej pewności i tak dokładnych kryteriów niemniej mamy czasem poczucie, że obcujemy z ludźmi świętymi.

   Kończąc rozważania na temat świętości autor próbuje odpowiedzieć na pytanie: – Czy świętych w znaczeniu, o którym mowa jest więcej wśród wierzących, czy wśród sceptyków, niewierzących i niepewnych? Po ciekawym przeciwstawieniu sobie okoliczności przemawiających za i przeciw stwierdza:

chociaż są na pewno jakkolwiek nieliczni, prawdziwi świeci wśród jednych i drugich, to jednak nie ma a priori powodów by spodziewać się u tych, albo raczej u tamtych większego zagęszczenia tej dziwnej, a rzadkiej jakości.

   Mam nadzieję, że nie zamęczyłem Państwa tymi przydługimi cytatami, ale dla swojego usprawiedliwienia powiem, że mam odczucie, iż wielu z nas powinno na nowo spojrzeć na życie swoich bliskich i dokonać ponownej oceny ich postaw, słów które zapadły w pamięć, czy też dokonań. Te święta sprzyjają takim rozmowom i przemyśleniom. Proszę też o uważne rozejrzenie się wokół. Na pewno znajdziemy wśród znajomych kogoś, kto odpowiada wzorcom o jakich mówi filozof. Ja znam taką osobę, która spełnia kryteria świętości . Aby przekonać Was o absolutnej wyjątkowości tej osoby pozwolę sobie zaprosić Państwa na jej blog:

 http://siostramalgorzata.blog.onet.pl Po przeczytaniu kilku opowieści z jej życia ocenicie sami jak należy traktować kogoś takiego jak Siostra Małgorzata Chmielowska. Ona swoje problemy pozostawia sobie, a wszystkie siły poświęca swoim podopiecznym bezdomnym i zdomnym –jak to sama określa. Nieustannie walcząc o środki na ich utrzymanie przeprowadza jednocześnie tych ludzi od beznadziei do nadziei w to, że to wszystko w co wierzy siostra i z czego czerpie swoje siły to nie są tylko puste słowa z jakiejś starej historii sprzed 2 tysięcy lat, ale coś znacznie wartościowszego.

Na koniec jeszcze jeden cytat. Tym razem z Elementarza Księdza Twardowskiego:

  Dzień Zaduszny jest dniem nareszcie kochającej się społeczności ludzkiej. W tym dniu ludzie żywi mało myślą o sobie, bo myślą o zamarłych i mówią o nich dobrze. Nie pamiętamy głupstw, jakie popełniali, a wydobywamy dobro, które było nieraz tak ukryte. Mąż ze wzruszeniem myśli o żonie; z chryzantemą w ręku wygląda jak zakochany, chociaż nieraz może od niej uciekał. Żona już nie narzeka, ze mąż pił, ale wzrusza ja jego złote serce. Ktoś zapomniał, że sąsiad stukał szczotką w sufit, a przypomniał sobie, jak dał staruszce dwadzieścia złotych. W życiu przeważnie jest tak: narzeczeni widzą swoje zalety, małżonkowie – swoje wady; żywi w żywych widzą wady, ale w umarłych zalety.

Jak optymistyczny jest Dzień Zaduszny, skoro uczy dobrego myślenia o ludziach?

  W dalekiej Afryce, wśród ludów posługujących się językiem swahili zmarłych, którzy pozostają w pamięci innych, nazywa się żywymi zmarłymi. Oni na dobre stają się martwymi tylko wtedy gdy wszyscy, którzy ich znali już nie żyją.

   A u nas ?

Czy warto się uczyć?

   Mój zaprzyjaźniony i polecany blog Ławeczka Volusia zamieścił ostatnio bardzo pouczający tekst adresowany do uczniów, a mam nadzieję, że także do ich rodziców oraz do nauczycieli  W połowie semestru, do którego szczęśliwie dobiegamy warto już zastanowić się, czy nakład naszej pracy wnoszony w naukę tego, co oferuje szkoła jest odpowiedni. Czy należy zdwoić wysiłki, czy raczej wyhamować oszczędzając siły na coś bardziej zajmującego i dającego lepsze perspektywy niż kończenie szkoły średniej? Jest to spojrzenie czyste od skażeń jakie ma każdy nauczyciel, a więc …Zresztą oceńcie sami. Zapraszam do bloga Volusia:

http://volus.blog.onet.pl/Czego-warto-sie-uczyc,2,ID416257150,n

Decydowanie

  Cykliczna audycja Cztery pory roku, czyli cały dopołudniowy program mojego radia (Jedynka PR) poświęcono różnym aspektom decydowania. Bardzo mnie to zainteresowało, ale niestety już wcześniej podjąłem decyzję o roboczym wykorzystaniu wolnej soboty i mogłem usłyszeć tylko fragmenty wypowiedzi redaktorów prowadzących audycję oraz niektóre tylko wypowiedzi ekspertów i telefonujących słuchaczy. Szkoda. Pracując poza domem myślałem jednak o tym, co usłyszałem w radio jak i o tym, co ja sam przeżywam gdy staję wobec konieczności podjęcia jakiejś decyzji. Czytaj dalej

Praca i pieniądze

   W ramach przedmiotu Podstawy przedsiębiorczości, który ma przygotować licealistów do radzenia sobie na rynku pracy, realizujemy wiele tematów związanych z wyborem zawodu, poszukiwaniem pracy, pisaniem dokumentów aplikacyjnych, prowadzeniem rozmowy kwalifikacyjnej, samozatrudnieniem, rejestrowaniem własnej firmy, itd. Itp. Oprócz tego, co zawiera podręcznik mówię swoim uczniom o tym wszystkim, czego sam doświadczyłem w związku z pracą zarobkową, która rozpoczęła się w 1970 roku i zmierza już do ostatecznego finału. Wykorzystuję swoją wiedzę i ogromne doświadczenie uzyskane w bardzo zróżnicowanej pracy, tak w zakresie jej charakteru jak i stopnia ponoszonej odpowiedzialności – od prostego robotnika, poprzez różne prace na tzw. samodzielnych stanowiskach, następnie kilkuletnie prezesowanie w dwóch spółdzielniach handlowych, aż po nauczycielstwo. Sięganie do własnych doświadczeń traktuję jako przedkładanie młodzieży dowodów na to, że sama praca jak i to, o czym uczą się z podręcznika, to nie jest jakiś jeszcze jeden przedmiot szkolny, który jakoś trzeba zaliczyć, ale najprawdziwsza rzeczywistość, z którą się zetkną raczej wcześniej niż później.Te dygresje wtrącane do wykładów, czy ćwiczeń mają również spełnić rolę przerywnika i tak oczekiwanego przez uczniów urozmaicenia lekcji, pomagającego jednak zrozumieć treść i sens przekazu. Tak przynajmniej ja staram się podchodzić do swoich obowiązków. Czytaj dalej

Wdzięczni bez granic, za wszystko i za nic

Słowa wdzięczności trzeba wypowiadać, to tytuł posta  ze stycznia bieżącego roku pisany z okazji Dnia Dziadka. To znaczy, że święto Babci i Dziadka stało się jedynie pretekstem do rozważań nad przyczynami naszej niechęci do wyrażania wdzięczności za coś, co otrzymujemy od kogoś choćby się nam to nawet prawnie należało. Jakoś tak się porobiło, że my zwyczajnie nie lubimy być wdzięczni za coś. Wolimy nie poznać naszego dobrodzieja na ulicy niż przemówić słowami wyrażającymi życzliwość i wdzięczność właśnie. Czytaj dalej

Dlaczego potrzebujemy nauczycieli ?

   W miarę zbliżania się Dnia Edukacji Narodowej zacząłem zbierać opinie uczniów  oraz gromadzić różne informacje, które mógłbym wykorzystać do napisania kolejnego posta. Zadałem wielu uczniom to samo pytanie :
Gdyby przyszło uczniom pisać wielki zbiorowy list do wszystkich nauczycieli, to co byś dodał(a) od siebie do jego treści?
– Jak powinny wyglądać lekcje, aby spełnić ich cel edukacyjny i wychowawczy, przy dobrej atmosferze wynikającej z zaufania i wzajemnego szacunku
? Czytaj dalej

Jaka jest ta nasza młodzież?

   Napisałem już sporo o szkolnych problemach z młodzieżą i o samej młodzieży, która jak się okazuje jest bardzo krytyczna wobec siebie samych. Chodzę z głową pełną pytań jakie spodziewałem się znaleźć pod ostatnim tekstem. Pytań, a jeszcze bardziej oskarżeń o to, że przesadzam, że jednostkowe postawy zaprezentowane w liście  przez jakiegoś nastolatka traktuję tak, jakby to był obraz całości bardzo różnych przecież ludzi. Sam już nie wiem co o tym sądzić. Tym bardziej, że ostatni czas dostarczył mi  wielu okazji do przemyśleń z których wynika, że nie ma jednej odpowiedzi na pytanie zawarte w tytule. Słynne powiedzenie Wisławy Szymborskiej: – Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono odnosi się przecież nie tylko do dorosłych postawionych przez życie wobec jakichś ekstremalnych sytuacji, w których trzeba się jakoś zachować, ale wobec wszystkich ludzi. Również młodych.

   Jutrzejszy ranek przywita nas bardzo symboliczną datą 10.10.2010 r. To przecież data szóstej miesięcznicy katastrofy smoleńskiej, która wyzwoliła w nas wszystkich wielkie pokłady ludzkiego współczucia dla ofiar i ich rodzin. Te tłumy czekające w wielogodzinnych kolejkach przed Pałacem Prezydenckim, aby oddać hołd parze prezydenckiej, to przecież głównie młodzież. Dyżury harcerzy przed pałacem to też przykład wielodniowego poświecenia się młodych ludzi, pragnących pomóc innym ludziom przybywającym w odruchu współczucia do odległego i obcego miasta.

Bardzo poruszające są dla mnie przykłady wolontariatu młodych na rzecz osób chorych, dzieci niepełnosprawnych, czy też zaniedbanych wychowawczo. Znam najlepiej chyba los młodych ludzi z moich szkół, którzy ucząc się  w szkołach zawodowych bardzo ciężko pracują nie tylko tak, jak przystoi uczniowi, ale tak jak to czyni pełnoletni i pełnopłatny pracownik. A przecież jeszcze mają jakieś obowiązki w domach. Mają naukę i jakieś życie osobiste.

   Tak sobie rozmyślając nad rzeczywistością przyszło mi przeżyć w piątek szkolne święto. Obchodziliśmy uroczyście pierwszą rocznicę nadania szkole imienia Jana Pawła II. Miałem możliwość obserwowania zachowań i postaw paru setek młodych ludzi, którzy nie są przecież aniołkami. Są wytworem tych samych czasów, które ukształtowały młodzież przedstawioną w liście mojego korespondenta. Mają podobne podejście do obowiązków , do rozrywki, do używek, do kościoła i wartości jakie stamtąd płyną, a w czasie uroczystości zachowywali się ( z wyjątkiem jednostkowych przypadków) wzorowo. Piękny program słowno muzyczny poświecony naszemu wyjątkowemu Patronowi nasycony był jego wypowiedziami kierowanymi do młodych ludzi w czasie kolejnych Jego pielgrzymek do Polski. I to była dobra lekcja wychowawcza i to nie tylko dla uczniów. Również dla nas nauczycieli i dla rodziców.

   Jak jest nasza młodzież? Taka, jak warunki w jakich wzrasta. Taka jak otoczenie, w którym przebywa. Taka, jaka jest szkoła, do której uczęszczają młodzi ludzie.

   Zrozumiałem również, że wszyscy jesteśmy szczęśliwcami bo wszyscy żyjemy w małym środowisku, gdzie wciąż jeszcze obowiązują tradycyjne zasady postępowania. Gdzie wciąż wiemy, że warto być porządnym człowiekiem bo: – Wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi.

 

   I jeszcze jedno spostrzeżenie. Ostatnio furorę zrobiło przypomnienie w programie I Polskiego Radia przeboju z 1966 r. pt. Skandal w rodzinie. Zespół Chochoły. Tekst Rene Glaneau do piosenki francuskiej.  Posłuchajcie jakie było życie przed laty:

 http://www.youtube.com/watch?v=tfCDYntdqFg

Przemoc w szkole

  Po napisaniu poprzednich tekstów o wychowaniu naszych nastolatków, po poleceniu tych tekstów przez Onet.pl , po przeczytaniu wszystkich komentarzy pod nimi wraz z moimi odpowiedziami na nie, a także po odbyciu wielu rozmów z nauczycielami i uczniami na te niewątpliwie kontrowersyjne tematy postanowiłem  nie kończyć tamtych wątków, ale dorzucić jeszcze troszkę paliwa do dyskusji.

Szczególnie gdy zobaczyłem ten wywiad:

http://www.onet.tv/gwiazdy-przeciw-przemocy-w-szkole,7636935,10,klip.html#

Poczytałem również sporo o akcji pt. Gwiazdy przeciwko przemocy w szkole podjętej przez młodzieżowy magazyn BRAVO. Temat często gości również w radio i telewizji publicznej, która realizuje przecież misję na rzecz edukacji również. Sprawa chyba dojrzała do poważnego potraktowania przez wszystkich uczestników systemu edukacji szkolnej i poza szkolnej skoro tyle się o niej mówi.

   W szkole, w czasie dyżuru usłyszałem taką oto rozmówkę prowadzoną przez kilka dziewczyn z klasy pierwszej technikum:

         A to suka!!!, mówi ładna drobna blondynka

         Co powiedziałaś ?, spytałem.

         To nie o nauczycielkach, odpowiedziała zmieszana tym, że dosłyszałem to co nie było przeznaczone dla moich uszu.

         To powiedz, kto cię tak zdenerwował?

         A taka jedna dziewczyna. Przyczepiła się do mnie i koniecznie chce mnie sprowokować do bicia.

         Mam nadzieję, że nie dasz się sprowokować, co? To nie jest dobra metoda rozwiązywania jakichkolwiek problemów, powiedziałem.

         Wiem o tym i trzymam się, ale już mnie to wykańcza, dodała.

         A co jest przyczyną konfliktu, spytałem. Chłopak?

         Tak, poszło o chłopaka, odpowiedziała prześladowana dziewczyna.

   Dzwonek na lekcje przerwał naszą rozmowę. Wrócę do niej jak będę miał lekcję w tej klasie

  Pytałem później w kilku klasach: – Czy takie przypadki są częstym problemem zakłócającym spokój młodzieży w naszej szkole?

Okazuje się, że zjawisko to nie jest żadnym problemem w klasach drugich i starszych. Te konflikty przywożą ze sobą pierwszaki wprost ze swoich gimnazjów, gdzie wcześniej toczono walkę o przywództwo w stadzie i to przyszło teraz za nimi. Starsi uczniowie wyrwani ze swoich środowisk i rzuceni w zupełnie nowe środowisko, szybko stają się inni dostosowując się do nowego układu sił w klasie i na nowo układając relacje. Stają się szybko bardziej podobnymi do dorosłych ludzi.

   Czy zatem wszystkiemu winna jest reforma oświaty, w wyniku której utworzono gimnazja? Czy wyodrębnienie przedwcześnie dorosłych uczniów spośród zbiorowości uczniów podstawówki i zgromadzenie ich w odrębnej szkole, czyli w gimnazjum jest pierwotną przyczyną zła? Ten temat obrósł już w bardzo dużą liczbą komentarzy, ocen i ekspertyz. Ja nie mam zamiaru dokładać do tego dorobku swoich opinii. Przytoczę jedynie niektóre wyniki badań przeprowadzone wśród młodzieży gimnazjów i licealistów jakie zaprezentował Ks. Krzysztof Pawlina w artykule pt. Młodzi niezadowoleni z samych siebie .(Niedziela Nr 36 z 5.09.2010 r.) Oto niektóre pytania zadane uczniom i ich odpowiedzi:

– Co najbardziej nie podoba ci się w zachowaniu twoich rówieśników i  dlaczego? Tylko 6,7 proc gimnazjalistów i 1.9 proc. licealistów stwierdza, że wszystko jest OK. A więc są świadomi rozmiarów zła 

– Negatywne zachowania przeszkadzają wielu młodym ludziom. W tym na brak dojrzałości narzeka 16,8 proc. gimnazjalistów i 32 proc. licealistów. Pod brakiem dojrzałości rozumieją: głupie zachowanie, ignorancja, frajerstwo, infantylność, skarżenie się, obrażanie się, uważanie się za dorosłych. 

– Brak wychowania i kultury ( przeklinanie, wulgarność, chamstwo, brak szacunku wobec starszych, bycie niemiłym, prostactwo, arogancja) jest krytycznie oceniane przez 21,6 proc. gimnazjalistów i 17.9 proc. licealistów
– Wyśmiewanie i obgadywanie krytycznie ocenia 27.5 proc. gimnazjalistów i 12.9 proc. licealistów. Tu jest bardzo duża różnica ocen i chyba ważna przyczyna konfliktów, gdyż młodzi pod tym określeniem rozumieją znęcanie się, ośmieszanie innych, głupie żarty, złośliwość i dokuczanie.

   Zwróćmy uwagę na rozmiary problemów oraz na to, gdzie młodzież nabywa tych bardzo negatywnie ocenianych również przez świat dorosłych cech. Nie ma dymu bez ognia. Jakie drzewo taki klin, jaki ojciec taki syn – mawiali nasi przodkowie.

Wspomniane badania kończyło pytanie:
Co najbardziej jest dla ciebie dokuczliwe i uciążliwe w życiu?

   Okazuje się, że największym ciężarem życiowym dla młodego człowieka jest…szkoła. Tak uważa 63 proc. gimnazjalistów i 56.7 proc. licealistów. Na drugim miejscu młodzież wymieniła zachowanie rówieśników . Tak sądzi 16.8 proc. gimnazjalistów i 17.6 proc licealistów. Młodzi mówią o kolegach: rozpuszczona młodzież, mając na myśli brak szacunku do człowieka, ordynarne zaczepianie, nachalność i wymuszanie.

   Wnioski z tej analizy są bardzo pouczające i odsyłam państwa po szczegóły do tej gazety. Ja przytaczam jedynie opinie młodych ludzi o samych sobie. Aby dopełnić ten obrazek zamieszczę jeszcze wspomniany w poprzednim tekście  list 16 – latka, jaki otrzymałem w wyniku poruszenia jakie wywołałem w nim postem pt. Dokąd będziemy udawać.

– Cześć , mam 16 lat i chcę coś od siebie napisać , bo widzę , że często dorośli nie mają pojęcia o tym co tak naprawdę się dzieje dzisiaj z młodzieżą . Po pierwsze : lekcje wychowania do życia w rodzinie to jakiś żart , w podstawówce ograniczało się do  jakiś totalnych głupot na temat miłości w rodzinie i tyle…o seksie było prawie nic ,temat toksyczny a podstawówka dzisiaj to wcale nie za wcześnie żeby o tym mówić…nie żartuje , z własnego doświadczenia wiem , że dzieci już w tym wieku zaczynają pić i klnąc jak jasna cholera itd. , w gimnazjum miała to być działka nauczycielki od historii i wosu która powiedziała , że nic nam mówić na te tematy nie będzie bo ją to krępuje i tak to wygląda , co do roli kościoła to wolne żarty , mogę szczerze powiedzieć , że młodzież w większości ma dziś kościół w d…. totalnej a chodzi do niego tylko , żeby mieć w domu i szkole spokój , teraz jestem w liceum i 2/4 klasy to prawie ateiści jak i ja sam , więc kościół nie jest „dla nas” żadnym autorytetem , raczej obiektem drwin i śmiechów i wku…… się z powodu spotkań przed bierzmowaniem na które trzeba było chodzić…co do samej młodzieży , picie i palenia na porządku dziennym często już teraz od samej podstawówki , w gimnazjum dostęp do narkotyków banalny , sam miałem w klasie dwóch rówieśników „dilerów” , jeden przychodził na dyskoteki naćpany i najebany , nosili do szkoły noże , nawet łomy , nauczycieli młodzież się nie boi , raczej oni ich , ba , sam widziałem na wf jak „kolega” groził nauczycielowi a ten wtedy mu odpuścił , chwalenie się tym jak kto się najebał i czym – norma . chwalenie się jakim kto narkotykiem się napie….ł – norma , bójki , ustawki , zastraszanie – norma , ba, nawet grożenie nożem , szczerze mnie dziwi , że tylko raz doszło do dźgania ( słynny ostatnio przypadek ) , seks – gada się o nim dużo , na wycieczkach macanki , sam nigdy się nie spotkałem z seksem , ale w szkole nie brakowało różnej maści „prześcieradeł”, k…. zwykłych .Co do języka , totalnie zepsuty , widać po mnie nawet , dla mnie kurwa to już zwykły przecinek a w sumie jestem jednym z lepszych uczniów z dobrymi ocenami , nie mamy żadnych autorytetów praktycznie , na wszystko wyjebane to norma , jakby to powiedzieć , młodzież jest całkowicie zdemoralizowana , nawet najlepsi uczniowie piją , palą , posuwają , są jakieś wyjątki , ale to oazy na pustyni . Napisałem to w sumie w dość lekkiej formie , ale przesadzić w niczym nie przesadziłem , oto obraz dzisiejszej młodzieży z perspektywy tego w sumie lepszego ucznia , który chce iść na studia i walczy żeby nie pić i nie palić czy ćpać , a p….. to bym chętnie p….. i myślę , że większych oporów bym nie miał, na wycieczkach już dużo macałem , ale seksu jeszcze nie uprawiałem , przynajmniej mam zamiar się zabezpieczać heh . Paradoksalnie lubię sport , czytać książki typu ” lot na kukułczym gniazdem” i chce się uczyć , ale zarazem uwielbiam wyuzdany sex  to jak to się dziś wszystko przeplata…
Napisałem to , żeby choć trochę otworzyć dorosłym oczy , nawet dzieci z najlepszych domów i te niby aniołki takie są , wszyscy tacy jesteśmy…Pisze tu , bo nie wiem czy mam taki wolny Internet , ale komentarz pod wpisem się nie pojawia już drugi raz.

  Tekst zamieszczam w wersji oryginalnej, a tylko wykropkowałem niektóre słowa. Dla jasności w temacie dodam, że jego autor wyraził na to zgodę, bo pisał go po to właśnie, aby dorośli mieli pojęcie jak to jest z dzisiejszą młodzieżą.

   Z góry uprzedzam atak: Wiem, że młodzież jest różna, a wszelkie uogólnienia są krzywdzące dla wrażliwych i dobrych ludzi. Myślę, że warto rozmawiać???

 

 

 

Dokąd będziemy udawać…ciąg dalszy

   Wczoraj wieczorem, dostąpiłem zaszczytu dostrzeżenia  i polecenia przez Redakcję Onet.pl mojego tekstu pod powyższym tytułem w kąciku „Waszym zdaniem”. Cały wieczór, noc, aż po niedzielny ranek czytało go całkiem spore grono czytelników. Pojawiło się też sporo ciekawych, a co szczególnie ważne niezwykle wyważonych w tonie komentarzy. Otrzymałem też, bezpośrednio na pocztę Onet niezwykle ciekawy list pisany przez 16 letniego ucznia, który chciał mnie uświadomić co do faktycznego stanu ducha i zwyczajów panujących wśród  gimnazjalistów i starszej młodzieży. Do jego listu powrócę jeszcze kiedyś, a dzisiaj chciałem przedstawić Państwu argumenty człowieka zajmującego się zawodowo etyką filozofii zawarte w odrębnym liście,  jaki otrzymałem przed paroma godzinami. Ze względu na wagę jego argumentacji przedstawię go tu, w treści posta, aby nie zginął w natłoku licznych komentarzy.

   Poruszony przez Pana temat na blogu jest jak najbardziej aktualny. W bardzo wyważony sposób zasugerował Pan ważny problem, który jest przez wielu przemilczany, a przez wielu jest spychany i przechodzi z rąk do rąk Nikt jakoś nie kwapi się do tego, aby realnie z nim się zmierzyć. Pisze Pan o perwersyjnych zabawach jakich dopuszczają się dziś młodzi ludzie. To prawda, że traktują oni seks jak eksperyment słabo zresztą kontrolowany. Dla nich nie ma on większej wartości niż tylko zabawa. Amerykański psycholog, John Lee wyróżnił coś takiego jak miłość ludyczna. Ludus traktuje miłość i seks jak zabawę. Drugi człowiek traktowany jest jak przedmiot, którym można się pobawić, a kiedy znudzi się lub też zaczyna sprawiać kłopoty wtedy rzuca się go w kąt jak niepotrzebna lalkę. Miłość jako zabawa to forma gry, gdzie nie ma żadnej odpowiedzialności. Liczy się tylko i wyłącznie dobra zabawa, przyjemność i satysfakcja czerpana z chwilowych doznań. Skąd bierze się taki obraz miłości. Wynika ona z pewnych przemian jakie dokonały się niestety w naszej kulturze zachodniej. Kiedyś miłość, mówiąc najbardziej ogólnie, wiązała się z odpowiedzialnością, a dziś niestety oderwano je od siebie. Pozostała sama miłość karykaturalnie pojmowana jako zabawa, gra miedzy dwojgiem ludzi, którzy pogubieni i sfrustrowani próbują jakoś zaznać jeszcze czegoś przyjemnego, ot na osłodę życia. J. Lee mówi jeszcze o miłości pragmatycznej. Jest to miłość oparta na zysku i kalkulacji. Jestem z drugim człowiekiem na tyle, na ile bycie z nimi przynosi mi jaką korzyść, przeważnie chodzi tu o korzyść materialną. Moim zdaniem dziś pośród młodych ludzi dominuje tendencja do traktowania miłości, przede wszystkim jako wolnej gry, zabawy. Świadczy o tym dobitnie zabawa w ”słoneczko”, która jest niczym innym jak tylko grą na własnej seksualności. Ta zabawa jak widać młodym przyniosła dużo radości, ale i konsekwencje jej teraz są opłakane. Ciąża i dzieci jak konsekwencje „słoneczka „ (o ironio!) . Myślę, że młodzi dziś są na tyle pomysłowi, że wymyślą ( może nawet niebawem) jeszcze nie jedna taką zabawę seksualną, która dla nas dorosłych będzie prawdziwym testem wytrzymałości. To wszystko to tylko konsekwencja pojmowania seksu jako gry i niczego więcej.      Młodzi ludzie nie widzą w tym żadnego problemu. Jedna z osób komentujących pański tekst powiedziała, że młodzi nie znają granic, nie mają poczucia przyzwoitości. Nie mają to prawda. Pan pyta dlaczego nie mają. Nie chcę silić się na odpowiedź na to pytanie, bo to mnie osobiście przerasta. Powiem tak: jest ogólny kryzys wychowania i autorytetu. To racja co Pan pisze, zgadzam się w tym w 100%. Ten kryzys odbija się na młodych ludziach, którzy za autorytet uważają np. celebrytów, ludzi moim zdaniem pogubionych, sfrustrowanych, to oni w moim przekonaniu są wzorcem dla traktowania miłości i seksu jako zabawy wolnej od jakiejkolwiek odpowiedzialności. Katarzyna Lubelska napisała dobry tekst, Miłość w czasach pop kultury, polecam to wszystkim. Książka ta świetnie pokazuje jak media kształtują dziś wizerunek miłości i jakie to ma konsekwencje dla człowieka, nie tylko młodego, ale i starszego, któremu też media potrafią skutecznie zamieszczać w głowie.

Pisze Pan o przygotowaniu do życia w rodzinie. To przygotowanie do życia w rodzinie dokonuje się pod auspicjami Kościoła. To racja. Uczą tego ludzie po studiach teologicznych, katecheci, osobiście jestem przeciwko temu aby katecheta uczył takich rzeczy, aby wprowadzał młodzież w świat wychowania, rodziny. Niech będzie to pedagog czy psycholog, ale nie teolog. Nie odmawiam tu prawa teologom do nauczania czym jest rodzina i życie małżeńskie. Ale o ile wiem to teologia jest nauką o Bogu, a nie o życiu w rodzinie. Ktoś powie, że zawężam rolę teologii do jednego obszaru – niech mu będzie. Przyjmuje z pokorą taką krytykę. Niektórzy zamiast wychowania do życia w rodzinie proponują wychowanie seksualne. Osobiści uważam, że trzeba znaleźć złoty środek. Połączyć wychowanie do życia w rodzinie z wychowaniem seksualnym. Nie można tej sprawy zostawać na boku. Przedmiot ten powinien mieć właśnie tę nazwę : wychowanie do życia w rodzinie. Kiedyś słuchałem co moja koleżanka mówi do ludzi na lekcjach wychowania do życia w rodzinie i przeraziłem się poziomem argumentacji i głupotami jakie tam padały. Niewiedza, ignorancja jest źródłem nieszczęścia i tragedii wielu ludzi. Trzeba mieć świadomość co do swojej własnej seksualności, bez tego nie można jej właściwie przeżywać. Spychanie tego problemu nie jest dobrym rozwiązaniem. Ideologizowanie go też nie jest na miejscu. Dlatego trzeba szukać stale złotego środka miedzy tymi skrajnościami. Trzeba mówić o seksualności i seksie, tylko mówić odpowiedzialnie i roztropnie, tak aby nie zrażać ani też aby nie rodzić przekonania, że seks to tylko zabawa, gra, w którą można pograć i zostawić potem bez konsekwencji. Nie tędy jest chyba w tym wszystkim droga. Kościół obawia się lekcji wychowanie seksualnego, boi się chyba tego, że wiedza o seksualności, może doprowadzić do zakwestionowania wielu norm etyki seksualnej, którą tradycyjnie promuje Kościół. Powiem tu jednak, że z wiedzą, czy bez tej wiedzy normy te już dawno zostały poddane w wątpliwość. Badania statystyczne pokazują, ze seks przedmałżeński jest traktowany przez ludzi, deklarujących się jako wierzących jako coś normalnego i oczywistego, tylko niewielki procent twierdzi, że chce poczekać z tym do ślubu. Co ciekawe, spotyka się w literaturze przedmiotu i takie twierdzenia, że warto poczekać z seksem do ślubu nie tylko dlatego, że tak nakazuje nam religia, ale że jest to norma uzasadniona np. względami zdrowotnymi, czy bardzo indywidualnymi preferencjami. Okazuje się, że można poczekać. Sam ucząc etyki na studiach spotykam się bardzo często z pytaniem: – W czym tu jest problem?. Dlaczego Kościół stoi na stanowisku, że nie wolno uprawiać seksu, nawet jak się ludzie kochają. Pytają czy miłość nie jes
t tutaj warunkiem koniecznym i zarazem wystarczającym do tego aby seks uprawiać, gdzie tu jest mowa o przedmiotowym traktowaniu drugiego człowieka? Dla nich jest to sztuczny problem oderwany od doświadczenia.

Oni tego nie rozumieją i nie czują, dla nich norma ta nie posiada wewnętrznej mocy zobowiązującej. Mam trudności z odpowiedzą na to pytanie, szczególnie kiedy przychodzi mi to uzasadnić drogą tylko racjonalnej argumentacji. A taką przecież posługuje się etyka filozoficzna. Jestem czasem w kropce. Tu trzeba powiedzieć, że takie jest prawo Boże, ale jeśli tak powiemy to wchodzimy na obszar etyki religijnej, gdzie normy uzasadnia się autorytetem Boga, wtedy racjonalna debata się kończy. Młodych to nie bardzo przekonuje, zwłaszcza, że stoi za tym zupełnie inne doświadczenie. Nie chcę tu wychodzić w sprawę norm moralnych i tego dlaczego jedni je akceptują, a inni nie. Powiem tak: może niektóre normy są zbyt wygórowane, aby je człowiek zrealizował. Może nikt nie ma na tyle siły, aby podjąć się ich urzeczywistniania. Po prostu przekraczają one możliwości natury ludzkiej. Narzucone dokonują czegoś w rodzaju represji tej natury. A czy taka ma być moralność? Nie wiem. Za mało wiem, aby na to pytanie zasadnie odpowiedzieć! Przykład z życia:  Kiedyś rozmawiałem ze swoim kolegą księdzem, który uczy w liceum. Opowiadał, że kiedy próbował wyjaśnić młodym dlaczego powinni z tym poczekać do ślubu, to został wygwizdany. Kiedy opowiadał mi o retoryce za pomocą, której starał się dokonać tego dzieła, to już wcale nie dziwię  się, że został przez nich wygwizdany. Ja nie wiem czy sam potrafiłbym im to lepiej powiedzieć i w dodatku ich przekonać, ale to inna sprawa. Rozumiem, że problem jest trudny, jak już napisałem powyżej, trzeba tu roztropnego podejścia do sprawy, wszelkie skrajne posunięcia nie służą dobremu ustaleniu priorytetów i nauczaniu.                    

Sugestia jest taka: Trzeba rozmawiać o kłopotliwych tematach. Nie wolno ich spychać pod dywan, w przyrodzie nic nie ginie, a jak wraca to tylko ze zdwojoną siłą.  Na dzisiaj wielu brakuje odwagi i to po obydwu stronach. Tak po stronie rodziców jak i po stronie Kościoła. Dobrze, że są jednak tacy jak Pan, dla których nawet w perspektywie lokalnej ta sprawa leży na sercu. Ogólnie powiem tak: – Nie podoba mi się to, że kultura promuje pojmowanie miłości jako ludus, jako frywolnej i nieodpowiedzialnej zabawy. Raczej jestem skłonny traktować miłość bardziej poważnie niż tylko jako zabawę, która służy do doznania chwilowych przyjemności. Nie w tym  rzecz, aby tylko ciągle się bawić.

Piotr

   Polecam ten tekst pod rozwagę zarówno młodym jak i starszym czytelnikom. Szczególnie rodzicom i pracującym z młodzieżą nauczycielom i wychowawcom.