Pan zwariował !?!?!?

 

   Taki zarzut świętego oburzenia usłyszałem od uczennicy, gdy wpisywałem jej do dziennika zasłużone Jeden plus. Zdębiałem zaskoczony wyczynem zawsze uśmiechniętej dotychczas dziewczyny.    – Czy nie czujesz nic niestosownego w swoim wyskoku, zapytałem? W klasie zapanowała cisza. Po chwili sięgnąłem do dziennika, aby odnotować ten wyczyn w rubrykach przeznaczonych do zapisywania szczególnych osiągnięć uczniów, uwzględnianych przez wychowawcę przy wystawianiu ocen z zachowania. Ktoś z jej kolegów powiedział nieśmiało:
Tak się jej wyrwało. Po chwili doczekałem się jej cichego :
Przepraszam

Dalej lekcja toczyła się już utartym trybem. Czytaj dalej

Mistrzostwa Ratowników PCK

     

    Szkolna drużyna ratowników PCK przed mistrzostwami

 

   W dniu 20 kwietnia w naszym mieście powiatowym odbyły się Rejonowe Mistrzostwa Drużyn Ratowniczych PCK. Były to dla mnie któreś już z kolei mistrzostwa. Na ogół nigdy nie było problemów z naborem chętnych do reprezentowania szkoły, bo zawsze wśród uczniów znajdowałem takie osoby, które chciały nie tylko poprawić sobie oceny z przedmiotu, ale i nauczyć się potrzebnych przecież każdemu umiejętności w zakresie pierwszej pomocy. Wiadomo: Strzeżonego Pan Bóg strzeże.

   W tym roku napotkałem jednak na barierę niemożności. Po pierwsze – termin przerwy świątecznej, a później żałoba narodowa nie sprzyjały organizowaniu dodatkowych zajęć. Uczniowie, którzy w ubiegłym roku brali udział w mistrzostwach  akurat w tym samym czasie odbywali praktyki zawodowe w zakładach pracy, a więc …odmówili współpracy. W szkole równolegle trwały przygotowania do różnych imprez absorbujących niemal wszystkich aktywnych uczniów. W tej sytuacji nie mieliśmy zbyt wiele okazji do ćwiczeń i jeszcze w przeddzień nie byłem pewny czy wziąć udział w rywalizacji. Ostatecznie jednak udało się przypomnieć teorię i z grubsza przećwiczyć postępowanie zespołowe przy czynnościach ratowniczych niezbędnych do wykonania przy poszkodowanych w różnego rodzaju wypadkach.

   Organizatorzy zaskoczyli nas doskonałą symulacja urazów. Pracownicy Pogotowia Ratunkowego przywieźli ze sobą atrapy ran i złamań kości oraz nie szczędzili farb, aby sugestywnie podmalować poszkodowanych. Krew się lała obficie, a sińce i krwawe podbiegnięcia wyglądały jak prawdziwe. Osoby grające rolę poszkodowanych świetnie odgrywały ból, strach czy reakcje normalnego w takich razach wstrząsu pourazowego. Sędziami byli również autentyczni ratownicy pogotowia i surowo oceniali wiedzę jak i manualną sprawność naszych ratowników.

   Z drużyną zobaczyłem się dopiero po ukończeniu czynności ratowniczych na ostatniej stacji urazowej. Byli bardzo przejęci. Podliczali punkty karne, które zarobili za dostrzeżone przez sędziów niedociągnięcia i gorączkowo szukali wyjaśnienia – dlaczego ? Czuło się autentyczne przeżywanie emocji, nawet pod wpływem symulacji ran i obrażeń, gdyż  z czymś takim zetknęli się po raz pierwszy w życiu.

   Nadeszła wreszcie pora ogłoszenia wyników. Drużyny ustawiły się w szpaler i wszystko stało się jasne. Zwyciężyła szkoła, która nie była kandydatką do zwycięstwa i tam zapanowała atmosfera niekłamanej radości. Ich opiekun podbiegł do nich i uradowany tak jak oni wycałował z dubeltówki każdego z osobna. Faworyci byli smutni, bo nie liczyli się z porażką. Moi przyjęli swój wynik ze spokojem, bo jak na pierwszy raz, to uplasowanie się tuż obok pudła – jak mawiają sportowcy, uznali jednak za swoje osiągnięcie.

   Organizatorzy w podsumowaniu wyrazili wszystkim słowa uznania za duży wkład w poznanie niezwykle przydatnej wiedzy i wyrazili nadzieję, że wyniki będą mobilizować wszystkich do dalszego doskonalenia umiejętności ratowniczych.

Ja również podziękowałem moim ratownikom tak, jak mogłem najpiękniej i postawiłem każdemu z nich piątki z PO – za wykazanie się wiedzą i umiejętnościami praktycznego udzielania pierwszej pomocy przedlekarskiej.

    Tak zakończyły się nasze lokalne mistrzostwa. Nie czułem się przegrany, ale jakby troszkę zawiedziony wynikiem. Starałem się jak mogłem, aby mimo nakreślonych z grubsza trudności i przeszkód wziąć udział w zawodach  i …nie dać plamy. Wyszło tak jak opisałem.

   To jednak nie jest jeszcze koniec dzisiejszej opowieści. Po powrocie do domu zastałem e-mailowy liścik od Martyny – kapitana mojej drużyny ratowniczej, który urzekł mnie – starego belfra  – swoją treścią. Za zgodą Martyny zamieszczam go tu w całości. Oto co napisała Martyna:

 

   Dziękuje Panu serdecznie za przygotowanie do zawodów. Mimo to, że nie wypadliśmy najlepiej, uważam, że te zawody były czymś więcej niż zwykłą rywalizacją. Była to piękna lekcja, lekcja prawdziwego życia. Zdałam sobie sprawę jak ważna jest znajomość udzielani
a pierwszej pomocy. Każda minuta ma wielkie znaczenie. Niezależnie od tego kim jesteśmy, udzielając pomocy stajemy się kimś lepszym i przede wszystkim czujemy się potrzebni. Bardzo chciałabym związać z tą właśnie pracą swoją przyszłość. Właśnie dlatego, żeby czuć, że ktoś mnie potrzebuje, a wracając po zdarzeniu do domu mieć satysfakcję, że zrobiłam wszystko, aby pomóc drugiej osobie. Wydaje mi się, że nie ma większej radości niż  myśl, że ktoś dzięki Tobie poczuł się lepiej, bądź, że uratowałaś komuś życie. Wiem, że dziś były to tylko czyste symulacje, Zawody, które z pewnością zmobilizują mnie do dalszej pracy.
Pozdrawiam Martyna

   Prawda, że pięknie? Czy traktowanie takich słów jako swoistej nagrody dla mnie jest uzasadnione?

   Ja tak odbieram te słowa. Są spontaniczną reakcją na przeżycie, jakiego Martyna doznała  w czasie osobistego kontaktu z ludźmi potrzebującymi natychmiastowej pomocy. Zmierzyła się z realistycznie odtworzonymi sytuacjami na drodze, w domu, wszędzie, jak i z potrzebą działania w warunkach ryzykownych  dla samego ratownika.

   Wierzę, że podjęty zamiar pójścia tą drogą będzie udanym wyborem życiowym, który przyniesie jej satysfakcję i spełnienie.

   Opieram tę wiarę na obserwacji kariery pięciu absolwentów LO z tego samego rocznika, którzy wybrali studia licencjackie o profilu ratownictwo medyczne i po ukończeniu ich pracują w pogotowiu ratunkowym, uzupełniając zaocznie studia magisterskie.

Konfucjusz sformułował przed wiekami wprawdzie, ale wciąż aktualną mądrość:

JEŚLI KOCHASZ TO CO ROBISZ, TO NIE PRACUJESZ.

Tego Ci życzę Martyno.

  

 

Wiosna, wiosna wkoło…

  

   Zastanowiła mnie scena pokazana w jednej z naszych telewizji już po pogrzebie Prezydenta, w której pani prowadząca program zwróciła się do kilku osób w studio z pytaniem : – A wiecie jak zmienił się przez czas żałoby widok z okna? Człowiek siedzi wciąż w domu przed telewizorem i nie wie jak przez te parę dni zazieleniły się  trawniki. Pomyślałem, że ta pani ma rację. Jeśli nawet wyruszaliśmy z konieczności z domu, to nie zawsze byliśmy w stanie zauważyć ten fakt, że … trawa jest wieczna, jak miłość i pomimo długiej i ciężkiej zimy przetrwała i jest tam gdzie nawet jej nie posiano.

  Skończyła się żałoba narodowa chociaż w wymiarze lokalnym i rodzinnym trwa ona nadal, bo wciąż trwają pogrzeby ofiar katastrofy. Wiele zmarłych osób wciąż czeka na rozpoznanie i ostateczny pochówek. Nadal nic nie wiemy na temat przyczyn katastrofy i okoliczności w jakich przyszło umierać ludziom, członkom delegacji mającej wziąć udział w rocznicowych uroczystościach w Katyniu. Trwamy w okresie, który określiłbym  terminem The day afterDzień po, Nazajutrz . Ten stan będzie trwał jeszcze długo i przeżyjemy go według własnej oceny, wynikającej z naszej osobistej wrażliwości. Otrzymaliśmy multimedialną lekcję, uzupełnioną ćwiczeniami praktycznymi  z zakresu wiedzy obywatelskiej, światopoglądowej, historycznej – wszelkiej. Ziarno zostało posiane w dobrze uprawioną glebę, a na żniwa trzeba cierpliwie poczekać. Jakie będą te żniwa? Każdy rolnik wie, że to zależy od wielu czynników. Opady, w tym szczególnie gwałtowne burze mogą powalić łan. Susza może zniweczyć największe nawet nadzieje. Do tego choroby, szkodniki i warunki zbioru.

Jakie więc będą plony ? A jakie te żniwa? Jak na razie ja mam same wątpliwości. Tak wiele jest teorii spiskowych, takie nieprawdopodobne hipotezy, że można stracić wrodzony optymizm wywodzący się z założenia: – Jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było.

   Politycy wybici  z rytmu 9 -dniową obowiązkową żałobą wymuszającą ciszę,  teraz ze zdwojoną energią przystępują do działania. Kalendarz wyborczy narzuca niespotykane tempo. Kandydaci o małych szansach wycofują się, a nowych trzeba dopiero wyłonić. W sposób naturalny musimy znowu się podzielić. Jedni nadal będą płakać z płaczącymi, a inni będą radować się z radosnymi. Jeszcze inni zajmą się bieżącym życiem, które nie stanęło przecież w miejscu. Wracamy zatem do normalności, bo nie można wciąż płakać. – Przez łzy nie widać drogi, jak powiedział mądrze ktoś bardzo mądry. A iść trzeba i do tego trzeba dobrze widzieć drogę, po której wypadnie zmierzać do celu.

   Teraz trzeba nam wszystkim rozejrzeć się uważnie wokoło i dostrzec to co przygotowała nam natura na okres The day after. Traktujmy to jako zaliczkę, bo wciąż mamy kwiecień – plecień i dość chłodne noce, ale za 10 dni Wiosna gruchnie majem i trzeba choćby psychicznie się na to przygotować. Wyjdźmy więc z domów. Popatrzmy na relaksującą barwę wiosennej zieleni, na pąki kwiatowe i na rozkwitające już roślinki.

   One też przetrwały ciężką zimę, a proszę zobaczyć jak spieszą się, aby radować nasze oczy swoją barwą, kształtem

Życie choć piękne, tak kruche jest…

Jedna z komentatorek bloga wpisała do tekstu „Przerwane uroczystości”(https://tatulowe.wordpress.com/2010/04/10/przerwane-uroczystosci/) komentarz będący tytułem piosenki zespołu Golden life – Życie choć piękne, tak kruche jest. Odszukałem tę piosenkę i wysłuchałem jej z uwagą. Odtąd krążyła mi już po głowie ta strofa i odżywała szczególnie pod wpływem przekazów radiowych i telewizyjnych z miejsca katastrofy. Czytaj dalej

Ciszej nad tą trumną !!!

Ostatni tekst pisany w dniu tragedii pod Smoleńskiem, gdy znałem już liczbę ofiar, a nie znałem przyczyn ani okoliczności katastrofy nabierał z każdym dniem nowych znaczeń. Wielu czytelników zdecydowało się na komentarze, które wzbogacały pierwotną treść i przysparzały mu nowych wartości o unikalne przemyślenia i obserwacje rodzące się pod wpływem zachodzących wydarzeń i komentarzy prezentowanych w mediach. Ja sam próbując odnieść się do pojawiających się komentarzy napisałem wiele o tym, co nasuwało się na myśl wobec tragedii, komentowanej pod  różnym kątem w przekazach medialnych i w zetknięciu z tzw. życiem. Moim życiem zawodowym, rodzinnym i wszelkim innym. Czytaj dalej

10 kwietnia 2010. Przerwane uroczystości

 Sobotnie do-południe, z woli dyrektora szkoły miałem spędzić jako opiekun pocztu sztandarowego naszej szkoły zaproszonego na uroczystości związane ze ślubowaniem uczniów klas pierwszych staszowskiego LO.
Po raz pierwszy w historii naszego miasta, właśnie w LO zorganizowano dwie klasy szkolące młodych ludzi według innowacyjnego programu edukacji pro obronnej. W jednej z nich realizuje się poszerzony program biologii dającej lepsze podstawy do dalszego szkolenia ratowników medycznych, a w drugiej poszerzony program WOS. Obydwie klasy obok przysposobienia obronnego realizują program przysposobienia wojskowego z elementami musztry. Zanosiło się więc na uroczystość zbliżoną w swoim wymiarze do przysięgi wojskowej, którą większość z nas pamięta z własnych przeżyć lub z uczestnictwa w przysiędze brata, kolegi czy narzeczonego . Czytaj dalej

Widok z okna

  

   Bezpośrednio po świętach, u sąsiada na drugiej stronie ulicy zapanował wzmożony ruch. Rankiem pojawiła się brygada ludzi wykonujących ocieplenia budynków. Ani śladu po świątecznym rozleniwieniu. Pełna mobilność. W godzinkę postawili rusztowanie i natychmiast przystąpili do klejenia pierwszych płyt styropianu. Moja żona, słowami wyrażającymi pełne uznanie dla sprawności ekipy zwróciła moją uwagę na ich wyczyny i dobrą organizację pracy. Przyznałem jej rację i podkreśliłem przy okazji fakt, że chłopaki czekali na sezon budowlany dość długo, to i nie ma się czemu dziwić. Złapali sporą robotę więc się uwijają, bo każdy chce zarobić. Ich pracodawca też długo czekał na rozpoczęcie sezonu budowlanego więc i jemu zależy na czasie. Przy kolejnym w ciągu tego i następnych dni podkreśleniu dynamiki robót dodałem: – Czy wyobrażasz sobie mnie na tym rusztowaniu jak się uwijam przez 12 godzin bez śladów zmęczenia i do tego uśmiecham się do szefa oraz dowcipkuję z współpracownikami, a nawet podśpiewuję sobie?  Żona spoważniała. Wiedziała, że mówię prawdę, a widok z okna nasunął mi smutne wspomnienia z pobytu na „saksach”. Ja wiem skąd pochodzi ich entuzjazm, bo pracowałem na takich zasadach w USA przez ponad 2 lata i wiem jak to smakuje.  Czasem dopada człowieka takie zmęczenie fizyczne, że bardzo trudno przychodzi ciągłe udawanie jak jesteś szczęśliwy z tego powodu, że masz pracę i możesz zarobić. Pojawia się też zwykle potworne znużenie tym, że każdy dzień jest podobny do innych dni, a kolejne zlecenia realizowane czasem w całkiem atrakcyjnych miejscach niczego nie wnoszą do życia „robola”, bo i tak nie ma czasu na zachwyty. Trzeba ciągle się spieszyć i wciąż udawać twardziela. Godzić się na pracę pod chmurką i to często bez zabezpieczeń gwarantujących bezpieczeństwo pracy i bez ubezpieczenia zdrowotnego. No i pracować ze świadomością, że nie ma ludzi niezastąpionych. Na nasze potknięcie czeka sporo chętnych do każdej pracy i niemal na każdych warunkach. Gdy się ma przy tym wyższe wykształcenie, gdy się zaznało innych rodzajów pracy, w tym na stanowiskach kierowniczych, to czuje się również potężną frustrację odbierającą radość życia.

   Dlaczego o tym piszę skoro taką pracę wykonują codziennie tysiące Polaków i to nie tylko w kraju, ale niemal w całej Europie znajdując w tej pracy pełne zadowolenie psychiczne i finansowe?

   Przed kilkoma dniami przeczytałem polecanego w Onet.blog.pl posta autorstwa jakiejś nastolatki, która przypomniała  zawołanie wielu rodziców usiłujących zachęcić do nauki swoje dzieci apelem; – Jak nie będziesz się uczył, to będziesz ulice zamiatał! Ona oburzała się na takie stawianie sprawy wywodząc swoje oburzenie z powiedzenia, że: żadna praca nie hańbi. Wiele osób komentujących tamten tekst solidaryzowało się z autorką podkreślając, że ktoś musi przecież zamiatać i sprzątać bo dzięki temu milej, a również i zdrowiej się nam wszystkim żyje. W tej dziedzinie również potrzeba wysoko kwalifikowanych ludzi, gdyż i tu dotarła chemizacja i mechanizacja pracy. Sprzątający muszą mieć ponadto prawo jazdy, a pracując za granicą muszą również porozumiewać się z pracodawcami i klientami w ich języku. Czy zatem każdy może być profesjonalnym sprzątaczem?

   Na tle tego co napisałem pragnę postawić pytanie. Jak  powinno być zorganizowane szkolenie do robotniczych zawodów i nabór do tych zajęć, aby nie było rozgoryczenia i poczucia klęski w karierze zawodowej ludzi, którzy ukończyli jakieś szkoły, a z różnych względów muszą pracować poniżej swoich aspiracji? Jakich przeobrażeń w mentalności ludzkiej należy dokonać, aby nie zmuszać dzieci nie chcących, i nie lubiących się uczyć do nauki, która tak naprawdę niczego im nie daje w sferze kwalifikacji, a  kosztuje sporo pieniędzy, czasu, a przy okazji rodzi pierwsze frustracje? Czy wszyscy muszą mieć maturę, aby lądować na stanowiskach pracy, gdzie nikt nie wymaga od nich wiedzy na poziomie inteligenta. Może dla wykonywania wielu robotniczych zawodów wystarczyłoby ukończenie obowiązkowego gimnazjum plus jakieś kursy nastawione na naukę praktyczną? Po co męczyć mało zdolnych młodych ludzi nauką w szkołach ponadgimnazjalnych i skazywać ich na wieczną frustrację wynikającą z programowego niedopasowania społecznego?

   Za oknem, po trzech dniach widać już całkiem inny dom. Wkrótce styropian zostanie pokryty akrylowym podkładem, a po jego wyschnięciu farbą. Ciekawe jaki kolor zafunduje nam sąsiad?

Chłopcy sprawnie zdemontują rusztowania i pewnie tego samego dnia zmontują je w nowym miejscu. Również i tam znajdzie się ktoś, kto będzie podziwiał ich sprawność i zorganizowanie.

Wesołego po świetach

  

   W programie I Polskiego Radia, już od wczesnych godzin porannych reklamowano audycję Cztery pory roku, w której wiodącym tematem miała być kwestia: – Czy trudniej jest wstać z łóżka, czy przeżyć skutki przejedzenia po świątecznym szaleństwie? Usłyszałem tę reklamę tylko dzięki temu, że moje poranne wstawanie miało dość ścisły związek z problemami trawiennymi.  Pomyślałem natychmiast, że dylemat podnoszony w Jedynce jest dość sztuczny, bo wielu ludzi podobnie jak ja zrywający się z łóżka i pędem biegnący do łazienki nie ma czasu myśleć nad tym co jest łatwiejsze. Muszą zdążyć, więc wstawanie przychodzi im łatwo…a później ? Później jest już tylko ulga więc tym bardziej nie ma o czym rozmyślać.

   Teraz, gdy słucham reklamowanej rankiem audycji prowadzonej z udziałem słuchaczy, to znajduję w cytowanych wypowiedziach słuchaczy sporo swoich własnych przemyśleń i refleksji. Interesujące były również wypowiedzi zaproszonego psychologa i dietetyka na temat sposobów dojścia do siebie po przeżytych świętach. Uspokoili wszystkich zatroskanych o skutki zdrowotne świątecznych wyczynów i podali przepisy na ścieżkę dojścia do normalności. Wrócimy do siebie. To pewne. Czy będziemy pamiętali o wnioskach ekspertów i swoich własnych spostrzeżeniach przygotowując się do kolejnych świąt?

   Moje rodzinne święta po raz pierwszy od blisko 40 lat małżeństwa przebiegały nieco odmiennie od tradycji. Przeżycia leżące w sferze duchowego Sacrum były zupełnie takie same jak przez te wszystkie przeżyte lata. Uczestniczyliśmy z żoną we wszystkich obrzędach kościelnych w ramach Triduum Paschalnego oraz Wielkiej Niedzieli, a więc wysłuchaliśmy i mam nadzieję, że przyswoiliśmy sobie większość przekazywanych wiernym treści religijnych i wartości ogólnoludzkich.

   Część świątecznej tradycji należących do sfery profanum była już odmienna, gdyż po raz pierwszy w naszej rodzinnej historii świąteczne śniadanie spożywaliśmy w gronie zawężonym do najbliższych osób. Staraliśmy się  utrzymać tak samo uroczysty charakter śniadania jak to zwykle bywało, ale … najważniejsza przy naszym stole osoba Marysia nie uznała przyjętych konwenansów i wstała od stołu zaraz po nasyceniu głodu, a za nią ruszyli i jej rodzice. Marysia miała inne pomysły na spędzanie świątecznego czasu. My podążyliśmy za nią poszukać oznak budzącej się do życia wiosny. Aparat fotograficzny utrwalił efekty tej wyprawy i trzeba przyznać, że dziecko lepiej wie co robić ze sobą po nasyceniu głodu. To należy upowszechniać.

   Przeżywaliśmy również wizyty i rewizyty, w czasie których tradycyjnie, po polsku byliśmy goszczeni i gościliśmy innych. Często wypowiadano wtedy równie typowe zaklęcia: – litości, tylko nie namawiajcie nas do jedzenia!!! Ledwie oddycham po niedawnym posiłku…

   Chyba każdy przyzna, że to bardzo racjonalne podejście do tradycji świątecznego biesiadowania tylko, że trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie: Co teraz zrobić ze zwałami wszelkiego żarcia jakie nasze panie domu przygotowały na tę okazję?

  

Kto pyta nie błądzi

  Zapytałem w poprzednim poście: –  czy potrzebna nam pociecha? Wyczekiwałem komentarzy poszerzających podnoszone przeze mnie treści i było mi jakoś nieswojo, gdy nie znajdowałem kolejnych wpisów. Tak było do wczoraj, bo…wczoraj nadszedł tak znaczący komentarz, że postanowiłem uczynić go samodzielnym postem. Przeżywamy okres Triduum Paschalnego. Jesteśmy jak nigdy usposobieni do głębszych rozważań, więc zapraszam do czytania i komentowania.

Oto wypowiedź uczonego na postawione przeze mnie pytanie:- Czy potrzebne nam pocieszenie?

   Chciałbym na początku powiedzieć, że dobrze się dzieje, ze Pan Czesław porusza na swoim blogu tak istotne tematy z dziedziny życia religijnego. Panu Czesławowi  należy się podziękowanie i uznanie za to, że porusza takie sprawy, że ma ochotę je poruszać. To dobrze ze w naszej miejscowej wspólnocie jest taki człowiek, który nie boi się trudnych pytań. Oby takich Czesławów było w naszej parafii więcej, wtedy może jej kształt intelektualny wyglądałby inaczej. Mniej byłoby pozorów  a więcej autentyczności. Pan Czesław  jest żywym przykładem człowieka odważnego, który myśli i nie rezygnuje ze stawiania trudnych pytań, na które nie ma szybkich i prostych odpowiedzi. Czasem czytam jego blog i widzę jak nadal się rozwija. Można z tego brać przykład, bo nie wszystkim emerytom chce się rozwijać. Dobrze, że Pan jest w naszej lokalnej wspólnocie takim ?budzikiem? wzywającym do refleksji nas sprawami wiary. Obok Księży robi Pan dobrą robotę podejmując takie zagadnienia. Cieszy mnie to i popieram takie inicjatywy dwoma rękoma. Jak nieustannie to powtarzam prawdziwa wiara i jej praktyka wymaga dyskutowania, czyli używania rozumu. Tam bowiem gdzie brak jest w wierze rozumu, tam jest fanatyzm i fundamentalizm. A wiara to umiejętne połączenie rozumu i uczuć. Trzeba nad tym popracować!  Nie brakuje takich postaw pośród szeroko pojętej pobożności Maryjnej w Polsce. Jest to w moim przekonaniu pobożność, w której rozum jest bardzo mało obecny. W tego typu pobożności raczej dominują emocje.
1. Pierwsza sprawa to kwestia pocieszenia. Pan Czesław porusza ten problem w pytaniu: – czy człowiek potrzebuje pocieszenia? Odpowiedź jest jasna. Tak. Potrzeba pocieszenia to jedna  z fundamentalnych potrzeb psychologicznych człowieka. Bez realizacji tej potrzeby człowiek nierzadko popada we frustrację. Jak długo można żyć bez akceptacji i pocieszenia. Szukamy pocieszenia w innych ludziach,  jako naszych bliskich. To naturalna postawa. Kościół wskazuje nam także, że i w Matce Bożej możemy znaleźć pocieszenie.  Jaki rodzaj pocieszenia daje człowiekowi Matka Boska? Ogólnie powiem tak : jest to z pewnością inny typ pocieszenia, niż ten, który możemy otrzymać od innego człowieka.
2. Pocieszenie jakie dostajemy od innych ludzi nierzadko bywa bardzo płytkie. Czasem się zastanawiam czy człowiek w ogóle potrafi autentycznie i szczerze pocieszać? To pocieszanie ogranicza się przeważnie do powierzchownych gestów i mało znaczących słów. Przypomina niekiedy wyrafinowany werbalizm. Czasem ludzie pocieszają innych aby uspokoić swoje sumienie, uleczyć kompleksy, pokazać się w lepszym świetle jako istoty zdolne do altruizmu. W wielu przypadkach to pocieszenie jest  fałszywe. Bywa i tak, że towarzyszą mu złe moralnie intencje. Pocieszamy innych np. ciesząc się w duchu, że spotkało ich coś złego, że dlaczego tylko my sami mamy mieć problemy, dobrze zatem, że inni je mają, i tak tworzy się chora wspólnota ludzi, którzy cieszą się z cierpienia i nieszczęść innych.  Niektórzy  stwarzają tylko pozory pocieszenia. Prof. Sztompka w swojej książce o kryzysie zaufania pisze, że polskie społeczeństwo cierpi na  chorobę braku zaufania. Jeśli ludzie nie potrafią sobie ufać żadna forma pocieszenia ze strony człowieka wyzutego z  zaufania do innych, jest nieautentyczna i nieprawdziwa. Szkodzi zamiast pomagać. Poza tym pocieszenie nie polega na poklepywaniu po ramieniu, na podnoszeniu płaczu i lamentu, pocieszenie nie polega na jednorazowym akcie, a przede wszystkim nie może mieć tylko werbalnego charakteru, bez przełożenia na działanie. Czasem pocieszamy kogoś, a z tego naszego pocieszania nie wynika nic, co mogłoby jakoś zmienić sytuację drugiego człowieka. To są akty pocieszenia, które nie posiadają charakteru konstruktywnego, maja charakter bierny, stwarzają tylko pozory autentycznego pocieszenia. Dziś niektórzy przypisują  funkcję pocieszenia terapeutom, ale nie każdego dziś stać na dobrego psychiatrę.
3. Kult pocieszenia Matki Boskiej ma swoje korzenie w psychologicznej relacji dziecka do matki. Wiadomo jak bardzo ważną rolę w rozwoju każdego dziecka spełnia matka. Jest ona fundamentem bezpieczeństwa człowieka. Zaspakaja potrzebę akceptacji, zrozumienia. Do matki idziemy kiedy jest nam źle, kiedy czujemy się opuszczeni, kiedy życie nas przygniata, kiedy nasi biscy nas opuszczają i zostajemy sami na placu boju życia, to wtedy idziemy (uciekamy się) do matki. Idziemy do matki, aby przede wszystkim porozmawiać, uzyskać zrozumienie, wsparcie, czasem po prostu przytulić się do jej matczynej piersi, aby poczuć owo ciepło, które tylko ona może dać. Kiedy człowiek nie może tych wszystkich potrzeb urzeczywistnić, to wszystko jak pisze współczesna psychologia odbija się na osobowości człowieka. Bez matki człowiek jest kaleką. Dobrze widać to na przykładzie dzieci sierot, u których właśnie bark matki ujawnia się w zachowaniu do końca ich życia. Kult Matki pocieszenia wyrasta z psychologicznej potrzeby posiadania matki. Ale czy się do niej redukuje!!! Już Freud twórca psychoanalizy pisał, że dobrze byłoby gdyby człowiek posiadał w niebie Ojca, który troszczyłby się o jego sprawy. Ten freudowski Bóg był faktycznie uwznioślonym psychicznym obrazem ojca. Czy i tak jest  z Matką Boską? Czy i ona jest tylko projekcją naszych psychologicznych potrzeb posiadania doskonalej Matki, która dba o nasze ziemskie i wieczne interesy? Matka Boska nie jest psychologiczną projekcją naszych potrzeb. Istnienie ona realnie, jako duchowa osoba, jako pośredniczka miedzy Bogiem, a ludźmi.  
4. Poza tym Matka Boska jest psychologicznie bliższa człowiekowi niż Bóg! Po pierwsze dlatego, że przed Ojcem czujemy większy respekt i nie zawsze skłonni jesteśmy, zwłaszcza kiedy coś przeskrobiemy, opowiadacz mu o tym. Zakładamy, że może nas ukarać. Do matki jakoś nam szybciej kiedy mamy problemy. Poza tym Kim jest Bóg? Co rozumiemy kiedy wypowiadamy słowo Bóg? Dla wielu ciężko jest zrozumieć kim ten Bóg jest, ale już o wiele łatwiej im zrozumieć kim jest Matka Boska. Ona jest psychologicznie bliższa każdemu z nas. Bóg wprawdzie też, ale mało kto to potrafi zrozumieć. Filozofowie przez długi czas chcieli pokazać zupełnie wbrew Pismu Świętemu, że Bóg jest radykalnie różny od człowieka. Chcieli przez to zachować jego doskonałość. Tymczasem Pismo pokazuje nam Boga, który jest i doskonały i bliski nam w naszych słabościach, poza grzechem rzecz jasna. Ale i tak z tego względu, że ludzie Pisma nie czytają (nie wszyscy rzecz jasna) to nie wiedzą o Panu Bogu prawie nic. Ignorancja religijna rośnie jak grzyby po obfitym deszczu. St. J. Lec powiada: ciasnota umysłowa ma tendencje do rozszerzania się. Parafrazując tego wielkiego poetę i satyryka powiem, ciasnota religijna ma stałe tendencje do rozszerzania się. Dotyczy to naszej parafii także!!!! Wprawdzie niektórzy pojmują Jezusa i jego nauczanie. Ale kiedy się powie, że Jezus jest synem Boga, a kiedy jeszcze dojdzie do tego, że Bóg to Trójca Święta, czyli natura w trzech osobach, wtedy pojawia się umysłowy kołowrotek. Koniec ze zrozumieniem.  A przecież Trójca jest jak jasna!!!  Trzeba
pamiętać, że Bóg nie jest aż taki złośliwy, aby wszelkie prawdy przed rozumem ludzkim zakryć. Nie. On tylko ukrywa je niejako pozornie, aby zmusić leniwego człowieka do użycia rozumu. Szkoda, że człowiek z niego nie korzysta w kwestiach wiary. Ale tu dużo by pisać i trzeba by niejednemu odpowiedzialność za taki stan rzeczy w naszej religii wytknąć. Maria jest zatem bliższa człowiekowi. Niektórzy powiadają, że jak koś złoży Matce Boskiej przysięgę to bardziej ją dotrzyma niż ten co Bogu ją złożył. No właśnie, przysięga złożona abstrakcyjnemu Bogu nie ma aż tak silnego oddziaływania na sumienie. Nie zobowiązuje aż tak kategorycznie jak przysięga złożona matce. Matka Boska dzięki temu, że jest przedstawiana jako osoba konkretna, z ciała z krwi jest dla ludzi czymś bardziej realnym, niż Bóg. Bardziej bliższym. Wydaje się nam, że ona bardziej rozumie nasze problemy niż Bóg, który istnieje gdzieś tam w niebiosach? Nic bardziej błędnego!!!
5. Powiada się w potocznej religijności, że Matka Najświętsza dokonuje cudów.  Nie odnosząc się polemicznie do tej sprawy, powiem tak: Jeśli istnieją cuda, a tego nie wiem, to dokonuje ich tylko wszechmocny i wszechwiedzący Bóg. Tylko on posiada atrybut wszechmocy i razem z oddziaływaniem na wtórne przyczyny naturalne może on powodować takie skutki,  które my ze względu na naszą epistemologiczną ignorancję określamy jako cuda. Z naszego punktu widzenia cuda to nic innego jak przypadki. Z Bożego nie! To zjawiska które maja sens i przyczyny.  Z punktu widzenia wszechwiedzy Boga cuda nie istnieją. Wszystko jest bowiem logicznie zaplanowane jak ma być. Raz jeszcze podkreślam – cuda istnieją tylko z perspektywy ograniczonego umysłu ludzkiego, który nie potrafi odszukać przyczyn danych zjawisk. Czasem cuda zapychają luki w naszej wiedzy!!!! Nie istnieją one natomiast kiedy patrzymy na nie z perspektywy Bożej wszechwiedzy i wszechmocy. Bóg bowiem odwiecznie widzi wszystko w jednym TERAZ. Dla niego przecież nie istnieje to co przeszłe i przyszłe.  Cuda mają charakter pragmatyczny, ( przekonuje się, że tylko taki)  niekiedy bowiem pomagają ludziom się nawrócić, prowadzą zatem do wiary. To jest ich dobra strona! Jeśli ktoś w cuda wierzy, to niech wierzy, nie należy mu tej osobistej wiary kwestionować. Byłoby to czymś z punktu widzenia samej wiary niekorzystnym.  Ale jeśli ktoś naukowo o cudach rozprawia, to niech to dobrze uzasadni. W nauce uzasadnienie jest sprawa być albo nie być. Dlatego raz jeszcze powiem abym dobrze został zrozumiany. Nie kwestionuje, że Matka Boska dokonuje cudów, może to tylko dokonywać się przez Boga. Bóg może posłużyć się Nią  jako przyczyną do tego, aby wywołać określone zjawisko, którego my nie znając przyczyn kategoryzujemy jako cud, czyli zjawisko nadprzyrodzone. Funkcja cudu jest przede wszystkim PRAGMATYCZNA. Cała wiara zresztą jak powiada James ma taki charakter. Po owocach ja się poznaje, nie zaś po werbalizmie klepanych formułek i lamentowaniu!!! Trzeba pamiętać jednak, że nawet sam Bóg nie preferuje cudów jako pomocników do wiary. Trzeba tutaj być ostrożnym w definiowaniu, co nazywamy cudem, gdzie i kiedy. W tej kwestii jest bowiem dużo dowolności i subiektywizmu. Ludzie lubią zresztą cud, bo to zwalnia ich z myślenia, a przecież nie lubią oni myśleć. Łatwo jest przyjąć cud i powiedzieć ? TAK BÓG ZROBIŁ I TYLE. NIE MA CO DYSKUTOWAĆ. Przyznam się, że odrzucają mnie takie formy myślenia religijnego. Szkoda gadać! To najgorsza forma myślenia w religii, kiedy cudami stara się wszystko wytłumaczyć.  Cud nie może zwalniać od myślenia i od twórczego poszukiwania. Od zadawania pytań. CUD MA PROWOKOWAĆ DO MYŚLENIA. Tylko taka wiara gdzie są pytania i wątpliwości jest autentyczną wiarą w Boga. Wiara to przede wszystkim poszukiwanie, nie formułki, nie latanie bezmyślne do Kościoła. Kto przychodzi i powiada, że wierzy w 100%  w Boga i wszystko co on objawił, trzeba od niego uciekać i to jak najszybciej. Taki człowiek jest zagrożeniem dla wiary! 100 procentowa wiara z psychologicznego punktu widzenia nie jest możliwa do urzeczywistnienia. Człowiek nie jest z natury do takiej wiary predestynowany. Zresztą gdyby taki charakter miała wiara, to byłaby raczej wiedzą. Byłaby pewnością, a tam gdzie jest pewność absolutna tam nie ma wiary, tylko prymitywne przekonanie! W wierze tej pewności 100% brakuje zawsze. Bóg zresztą tak pomyślał wiarę. Po za tym –  Ślepej wierze źle z oczu patrzy!!!! powiadał kiedyś Jerzy Lec. I racja, ślepa wiara gdzie nie ma rozumu, wiara gdzie są tylko cuda, jako zapychacze luk w wiedzy, nie wiele jest warta.  Nie nazwałbym jej wiarą. Tak naprawdę cudów jest bardzo mało, ale za to cudaków więcej!!! Cudak to ignorant!!! Cud zatem ma dawać do myślenia, pobudzać, inspirować, jeśli zwalnia od myślenia nie jest autentycznym cudem.  Poza tym Ja osobiście nadal nam problem z kryterium cudu!!!! Co to jest, nikt nie bardzo wie. Szkoda, że nikt nie parafii mi tego wyjaśnić!!!
6. Pocieszenie jakie daje Matka Boska jest inne. Przede wszystkim jest to pocieszenie, które oparte jest na zaufaniu. Matka Boska jest osobą, której człowiek w pełni może zaufać. To zaufanie Matce Najświętszej polega na tym na zawierzeniu przez jej pośrednictwo, naszego własnego życia, Bogu. Maria nie pociesza nas pustymi słowami, nie poklepuje nas po ramieniu. Pociesza nas ona przede wszystkim swoim przykładem życia. W przypadku Marii mamy do czynienia z pocieszaniem przez świadectwo. Świadectwo jest  bardzo istotnym elementem pocieszania.  Świadectwo Matki Boskiej oparte jest na jej całym życiu, które polegało na wypełnianiu woli Boga. Maryja jest przede wszystkim wzorem tego, jak w życiu może być wypełniona wola Boga od przysłowiowego A do Z. Maria mało mówi, ona raczej świadczy sama sobą o swoim przywiązaniu do Boga. Jej świadectwo wyrasta z bycia w nieustannej komunii z Bogiem. Ona będą pełna łaski i miłości przyjmuje na sobie łaskę bycia Matką odkupiciela rodzaju ludzkiego. Dlatego całe życie Matki Boskiej jest świadectwem wierności Bogu. Posłuszeństwem wobec jego woli.
7. Pocieszenie Matki Boskiej polega na tym, że każde nam ona się zastanowić nad własnym życiem. Czy ono jest podobne do jej życia!!. Dlatego pocieszenie, jakie daje Maria człowiekowi jest bardzo wymagające. Zmusza człowieka do rewizji jego życia. Kiedy człowiek przychodzi do Matki Pocieszenia ma do spełnienia jedno zadanie. Ma postawić sobie pytanie, skoro jest mi źle, skoro w moim życiu dzieje się tyle zła, to czy jest to życie zgodne ze wzorem jakim jest Matka Najświętsza. Musimy o tym Pamiętać, że jest ona przede wszystkim wzorem danym nam przez samego Boga do naśladowania. Bóg ustanowił dla rodzaju ludzkiego Marię jako niedościgniony wzór, jako paradygmatyczny wzorzec oddana sprawom ostatecznym. Jako wzorzec zaufania Bogu.  Ona jako pierwsza była najwierniejszym uczniem Jezusa. W jej życiu słowa Boga zostały wypełnione w całości.
8. Ale czy my faktycznie rozumiemy pocieszenie jakie oferuje nam Matka Najświętsza? Tu mam pewne wątpliwości. Znając tendencję człowieka wyrażającą się niechęcią do pracy nad sobą i nad podejmowaniem działań prowadzących do zmiany zachowań, jestem sceptyczny co do tego, czy ludzie w ogóle potrafią to pocieszenie przyjąć. Spotkałem już na swojej drodze tylu ludzi, którzy każdego dnia przychodzą do Matki Pocieszenia modlić się o cud w ich życiu, a tego cudu nie ma. Nic się nie dzieje. I ze smutkiem muszę stwierdzić, że go nie będzie. Ludzie modląc się nie widzą tego, że modlitwa ma prowadzić przede wszystkim do przemiany.  Przemiany życia, sposobu myślenia, działania. Jeśli jest tylko lamentowaniem i ciągłym proszeniem o cud, a za tym nie idzie realna zmiana myślenia i działania, to niestety z tego nie będzie żadnych błogosławio
nych owoców. Ludzie czasem myślą, że modlitwa wszystko rozwiąże, tymczasem jest to nieprawa. I dobrze to pokazuje Maria, której życie było istotowym połączeniem modlitwy i działania. Nie wystarczy zatem odmawiać nowenny. Jaką wartość ma modlitwa, która nie znajduje przełożenia na działanie ? sami sobie odpowiedzmy.   Spotkałem kiedyś na jednym z cmentarzy matkę która płakała nad grobem swojego syna, który zapił się na śmierć. Nie potrafiła pogodzić się z tym, że umarł. Pytała się dlaczego tak się stało. Przecież tyle się modliła do N,. M. Panny, jego życie jej ofiarowała. A tymczasem nic to nie dało. Ja zapytam czy ktoś może z rodziny padł na pomysł, aby zaciągnąć go na terapię. Ona się wtedy dziwnie na mnie popatrzyła? Nic nie zrozumiała. Jej Matka Boska nie mogła niestety pocieszyć. Ileż jest takich przypadków biernego oczekiwania na cud, ileż jest takich przypadków gdzie kosztem takiego biernego czekania  jest to, że właśnie umierają ludzie. Czekanie na cud może czasem prowadzić do tragedii?.
9. Maryja pociesza nas w ten sposób. SYNU CÓRKO DZIAŁAJ, BIERZ ŻYCIE W SWOJE RECE. WYKORZYSTAJ TE TALENTY, KTÓRE DAŁ CI TWÓJ BÓG. ŻYJ W ZGODZIE ZE SWOIM SUMIENEM, CZYŃ INNYM TAK, JABYŚ CHCIAŁ/CHCIAŁA ABY I ONI TOBIE CZYNILI. NIE CZYŃ BLIŹNIEMU, CO TOBIE NIE MIŁE?.. OTO POCIESZENIE JAKIE DAJE PANI Z BOGORII. ONO JEST TRUDNE!!! ALE INNEGO POCIESZENIA NIE MA.

Piotr

Zapraszam do wypowiedzi

Czesław