Kamienie milowe – Szwajcaria

Marianne w różowej czapeczce i ciemnych okularach.
Za nią Jej mąż Peter. W tle przepiękny szczyt Matterhorn

W moim pierwszym, wygranym zresztą na loterii samochodzie Syrena 105 miałem naklejoną na desce w pobliżu prędkościomierza kolorową, samoprzylepną naklejkę: STOP ! MILES STONES.
Wybrałem ją spośród wielu oferowanych w sklepie Motozbytu nalepek kierując się atrakcyjnym kolorem, kształtem i krojem liternictwa. Nie wiedziałem wtedy co oznacza ten napis. Tego dowiedziałem się od żony, która jedyna w rodzinie znała język angielski dzięki rocznemu wyjazdowi do wujka w Kalifornii , co jak się okazało bardzo wpłynęło na jej późniejsze życie. STOP! KAMIENIE MILOWE.    Tłumaczyłem sobie ten napis jako potrzebę bacznej obserwacji drogi tak, aby nie przeoczyć znaków i szczęśliwie dotrzeć do celu. Przez fakt, że patrzyłem na ten napis przez kilka lat zanim nakleiłem w to samo miejsce inną, nową naklejkę wbiłem go sobie do świadomości, a z czasem nabrał on bardziej głębokiego znaczenia. Kamienie milowe, to przede wszystkim znaczące wydarzenia naszego życia. Każdy człowiek posiada takie wyjątkowe oznaczenia swojej drogi życiowej. Takie kamienie milowe, przy przekraczaniu których zaczęło się w ich  życiu coś, co z upływem czasu okazało wielce znaczące, a nawet czasami rozstrzygające o życiu. Szkoła, studia, poznani ludzie, nowe miejsca do których rzucił nas los niosły ze sobą zmianę sposobu myślenia i postrzegania świata czy nawet system wartości ukształtowany w domu rodzinnym. To były te kamienie milowe.
   Ja już wielokrotnie tu na blogu nawiązywałem do tego wątku. Dzisiejszy powrót do tematu wynika z potrzeby podsumowania w tych kategoriach pewnej znajomości, która znacząco wpłynęła na życie mojej rodziny.
   Miała na imię Marianne. Była Szwajcarką. W lipcu 1967 r w dalekim San Jose w Kalifornii Marianne z mężem Peterem odwiedzili znajomą swojej matki, pochodzącą również ze Szwajcarii Amelię Baran, u której przebywała daleka kuzynka z Polski, obecnie moja żona Elżbieta. Tam się nasze panie poznały i ta znajomość, mimo problemów językowych uczącej się dopiero języka Eli szybko przerodziła się w przyjaźń. Wizyty, rewizyty, telefony zbliżyły je do siebie na tyle, że po powrocie do swoich ojczystych krajów prowadziły mniej lub bardziej ożywioną korespondencję. Z czasem stało się tak, że listy towarzyszyły składanym sobie wzajemnie życzeniom świątecznym lub informacjom o ważnych wydarzeniach z życia rodzinnego. Marianne urodziła w 1968 roku córeczkę Irenę, a w dwa lata później Ritę. Ela zapewne też informowała Marianne o swoim życiu, aby w końcu 1970 roku powiadomić ją o naszych zaręczynach i zaplanowanym na czerwiec 1971 ślubie.
W reakcji na te nowiny Marianne przesłała dla Elżbiety na konto w Banku Handlowym w Warszawie pieniądze potrzebne na sfinansowanie naszej już  wspólnej podróży do Szwajcarii, która byłaby przy okazji naszą podróżą poślubną. To co dzisiaj wydawać by się mogło wspaniałym darem losu, z którego trudno  byłoby nie skorzystać, w owym czasie okazało się ciężarem nie do udźwignięcia. Uwikłani w sprawy rodzinne i zawodowe nie byliśmy wystarczająco przedsiębiorczy i ustosunkowani, aby załatwić choćby paszporty i wizy niezbędne do wyjazdu. Czy ten niezrealizowany wyjazd mógł jakoś decydująco wpłynąć na nasze dalsze życiowe losy, tego już nigdy się nie dowiemy. Ot żyliśmy tak jak dotychczas, a poziom naszych kontaktów powrócił do poprzednich i nadal serdecznych relacji.
   Gdy przyszły na świat nasze dziewczynki oprócz listów otrzymywaliśmy sporadycznie również paczki z ubrankami i kosmetykami dla dzieci. Kto pamięta tamte czasy ten zrozumie ile taka pomoc dla nas znaczyła. Na wieść o wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego Marianne zaniepokojona o nasz los wysyłała nam wiele paczek z żywnością i ubraniami dla dzieci. Niestety, dotarła do nas tylko jedna paczka, w której była za to specyfikacja rzeczy wysłanych i pytania o to, czy przysłane rzeczy nam się podobają, czy są w dobrych rozmiarach itp. Poczuliśmy się jakby nas okradziono. Niestety reklamacje ugrzęzły gdzieś w typowo polskim bałaganie tamtych czasów. Odżałowaliśmy stratę. Ważniejsze było to, że ktoś o nas myślał i chciał pomóc na miarę swoich możliwości.

   Ożywienie naszych kontaktów nastąpiło w 1992 r , kiedy to dzięki ponowieniu zaproszenia mogliśmy już całą rodzina wyjechać, aby odwiedzić Mariannę i jej rodzinę. Realizowała się w ten sposób nasza podróż życia do jakiej nie doszło w 1971 r. My byliśmy już od 21 lat małżeństwem, a nasze córki były w wieku pozwalającym na pełne czerpanie nauki z jakże odmiennego od naszego życia jakie mogliśmy poznać w Szwajcarii. Wszyscy czerpaliśmy pełnymi garściami wszystko to, co nam zorganizowali nasi wspaniali przyjaciele. To były nasze wspólne wakacje, gdyż oni zamknęli na ten czas prowadzoną w swoim domu w Biel Benken na przedmieściach Bazylei restaurację, aby razem na dwa samochody przemierzać wzdłuż i wszerz całą Szwajcarię. Byliśmy chyba wszędzie, gdzie można było zobaczyć coś wyjątkowego, coś co wyrastało jeszcze ponad i tak przepiękne każde miejsce tego bogatego, alpejskiego  kraju.
Zwiedziliśmy Zurych, Lucernę, Lugano, Berno i wiele mniejszych miast na trasach przejazdów. Poznaliśmy i byliśmy goszczeni przez wielu przyjaciół Marianny i Piotra zwiedzając przy okazji leżące w pobliżu granicy miasteczka Francji i Włoch. Każdy posiłek spożywany na szlaku jak i w domu to biesiadowanie z humorem, z serdecznymi rozmowami o życiu i o nas samych. To nieustanne porównywanie warunków życia bogatej Szwajcarii i siermiężnej, a w dodatku wciąż niestabilnej  politycznie Polsce. Rozpadała się wtedy targana wojną Jugosławia i rozwodziła się jednocześnie – na szczęście pokojowo – Czechosłowacja. Dla żyjącej zgodnie społeczności Szwajcarów mówiących czterema urzędowymi językami i dodatkowo niemal powszechnym angielskim było po prostu niepojęte. Przeżywali szczególnie rozgrywający się właśnie dramat rozpadającej się Jugosławii, gdyż poprzez bratową Piotra pochodzącą z tamtych stron byli zainteresowani losem jej rodziny żyjącej na obszarach objętych konfliktem zbrojnym.
W Polsce premierem rządu zostawała właśnie Hanna Suchocka, o czym poinformował nas śledzący wiadomości ze świata Peter.

   Ówczesne dysproporcje w poziomie życia naszych rodzin najlepiej obrazowała następującą scenka:
Gospodarze przedstawiając nas swoim kolejnym znajomym mówili, że goszczą parę nauczycieli z Polski, a ci niewiele wiedząc o Polsce kiwali wertykalnie głowami i mówili zwykle: – Wiem, wiem. Moja ciotka, czy znajoma jest nauczycielką. To middle class. Zarabia 5 do 6 tys. franków szwajcarskich miesięcznie i na wszystko może sobie pozwolić (frank był wtedy nieco tańszy od dolara).
Gdy wyjaśniałem co u nas w Polsce oznacza klasa średnia skoro nauczycielska pensja ledwie wystarczyła na opłacenie w obydwie strony biletów autobusowych z Kielc do Zurychu, to już kiwali głowami horyzontalnie. Często nie byli w stanie zrozumieć jak my sobie radziliśmy w dotychczasowym życiu. Wróciliśmy do kraju i weszliśmy w nasze zwykłe koleiny życia. Nasze kontakty listowne, a ostatnio również e-mailowe też wróciły do poprzedniej intensywności.

   Nasze wakacje w Szwajcarii – tak przy okazji jednocześnie pierwsze nasze prawdziwe wakacje w życiu – stały się niewątpliwie ważnym kamieniem milowym w życiu naszej rodziny. Wspomnienia tamtego lata bardzo często przywołuję w rozmowach, a także na zajęciach z uczniami. Wiele się wtedy nauczyłem zarówno w odniesieniu do życia w wymiarze prywatnym jak i biznesowym. Zaciągnęliśmy wtedy u naszych przyjaciół dług, który należałoby spłacić czymś podobnym, czyli zorganizowaniem dla nich wakacji w Polsce. Ciągle mieliśmy nadzieję, że powstaną kiedyś warunki do rewanżu. Niestety, wiele wakacji zajęła nam przebudowa rodzinnego domu, później sprawy zdrowotne, wyjazdy do Małgosi mieszkającej w Chicago i tak wyszło, że nie udało się jak dotąd zrealizować tego planu. Nasze wakacje i plany życiowe nie pokrywały się z planami naszych przyjaciół. Teraz już stało się to niemożliwe. Oto wczoraj nadszedł ze Szwajcarii list, a właściwie napisane po niemiecku zawiadomienie o tym, że Marianna zmarła w dniu 14 marca, a w dniu 19 marca w Oberwil odbył się jej pogrzeb.

   Smutek zapanował w naszej rodzinie. Odeszła osoba pełna serdeczności i ciepła, zawsze otwarta na drugiego człowieka. Jednocześnie poznaliśmy ją jako pełną energii kobietę biznesu, która roztaczała wokół siebie taką atmosferę, że przychodzący całymi rodzinami na obiady do jej restauracji goście czuli się tam jak członkowie rodziny będącej w gościnie. Nie zapomnę tego jak uczyła nas wznoszenia toastów. Nie akceptowała naszego gromadnego stukania się kieliszkami. Uczyła nas jak powinno się wznosić toast w gronie przyjaciół.
Należało trzymając za nóżkę kieliszka(dla uzyskania czystości dźwięku) stuknąć w kieliszek drugiej osoby i patrząc mu w oczy z uśmiechem wymówić jego imię. Na zasadzie wzajemności ta druga osoba wymawiała wtedy nasze imię. „Kupiliśmy” ten zwyczaj i szeroko propagujemy wznoszenie toastów po szwajcarsku. Marianna postawiła na naszej drodze ważne doświadczenie i będziemy dozgonnie wdzięczni jej i jej bliskim za wspólne przeżycie tych 51 lat .

Wszystkim należy życzyć takiej przyjaźni.

 

 

Byliśmy szczęśliwi…

11 uwag do wpisu “Kamienie milowe – Szwajcaria

  1. brzoza1113@onet.pl pisze:

    Ludzie odchodza. I dlatego musimy o nich pamietac. Nie umieraja „na zawsze” i nigdy ” do konca”. Ale jak dlugo przetrwaja wspomnienia tak dlugo beda oni w nas zyli. Przyjazn jest bardzo wazna czescia zycia. Czasami zastanawiam sie czy nie wazniejsza od milosci? Milosc jest uczuciem, ktore rodzi sie niespodziewanie. Natomiast przyjacielem zostaje ktos, kto nas w jakis sposob „oswoi”. A to wymaga duzo czasu. Przyjaciel to ten, przy ktorym bedziemy czuc, ze jest w jakis sposob naszym dopelnieniem. Na przykladzie Pana postu wnioskuje, ze przyjazn byla nawet wtedy, kiedy Panstwo sie nie widywaliscie przez lata. Teraz zabraklo jednego przyjaznego ogniwa. Najwazniejsze sa wspomnienia- i tych zycze Panstwu jak najlepszych! Bo Marianne zyje nadal tylko „gdzies tam”, gdzie i my kiedys przybedziemy. Pozdrawiam wiosennie, chociaz u nas snieg.

    Polubione przez 1 osoba

    • ~Tatul pisze:

      ~Brzozo, czekając na pierwszy komentarz zastanawiałem się czy zostanę dobrze zrozumiany, i czy dobrze oddałem relacje pomiędzy Marianną i moją Elżbietą. Pani komentarz wskazuje na to, że przekaz jest czytelny. Pani przyjacielskie podejście do mojej blogowej działalności, samo w sobie jest wartością, którą bardzo sobie cenię. Podobnie postrzegamy znaczenie wielu kluczowych dla każdego wartości charakterologicznych i to też ma dla mnie duże znaczenie. Odnosząc to do przyjaźni, mogącej jak widać nawiazać się między ludźmi mimo znacznych odległości, róznic językowych i wielu nieuświadomionych nawet różnic, to trzeba podkreślić, że taki właśnie zwiazek między paniami M i E istniał i przetrwał wiele lat. Ktoś mądry powiedział, że…” nie tyle oczekujemy od przyjaciół pomocy co pewności, że na taką pomoc zawsze możemy liczyć”. Tu wystąpił ten właśnie przypadek i dlatego smutek po stracie przyjaciela jest dotkliwy. Postać Marianny i jej przyjacielskie nastawiewnie pozostanie na zawsze w naszej pamięci.Dziękuję za mądre i pokrzepiające słowa.Mam nadzieję, że jakiś lokalny „halny „dotrze do Pani krainy i stopi śniegi zasłaniające jeszcze przez ostatnie chwile budzącą się do życia przyrodę.Pozdrawiam wiosennie

      Polubienie

      • brzoza1113@onet.pl pisze:

        Dziekuje pieknie! Ciesze sie, ze mamy podobne podejscie do zycia. A halny pewnie – wedlug Pana slow- pojawil sie i u mnie, bo po sniegu dzisiaj nie ma sladu. Czyli jest wiosennie! Pozdrawiam!

        Polubione przez 1 osoba

  2. jskup@onet.eu pisze:

    jaka piękna opowieść- tyle różnic a jednak da się zachować wieloletnią przyjaźń i to co najważniejsze- jak najcieplejsze wspomnienia. Z pozdrowieniami- Klarka

    Polubione przez 1 osoba

    • Tatul pisze:

      ~Klarko, dziękuję . To co napisałem obejmuje jedynie niewielki ułamek całości wspomnień związanych z osobami wymienionymi w tekście, czy utrwalonymi na zdjęciach. Utrwaliłem je, jako własne, moje i mojej żony wspomnienia i doznania życiowe, wiele dla nas znaczące. Może posłużą również innym dla porównania z tym wszystkim, co każdemu kojarzy się ze słowem przyjaźń.Pozdrawiam serdecznie Mistrzynię blogowych opowieśći

      Polubienie

  3. m_kot@autograf.pl pisze:

    Oj, Marianna – tak mi smutno, chciałam ją zaprosić tu do siebie, też nie mogła. Myślę o Niej od kilku dni i o Jej rodzinie, o tym serdecznym znaku szwajcarskim na naszym życiu. Niech spoczywa w spokoju, śmieje się i dowcipkuje na górze – toż tam wkrótce wielkie święto

    Polubione przez 2 ludzi

    • Tatul pisze:

      …gdzieś na mapie życia, maleńki(szwajcarski) znak…Małgosiu ja wiedziałem, że odbierzesz podobnie tę smutną wiadomość. Przyjmuję Twój punkt widzenia. Marianna, tam gdzie teraz przebywa, również zachowuje swój temperament i wszystkim wokół jest z nią weselej. Jej życzliwość możemy nadal odczuwać i będzie nam łatwiej żyć, prawda?

      Polubienie

    • Tatul pisze:

      Małgosiu, piszesz : – chciałam ją zaprosić, ale…Ja wiem, że Ty jesteś osobą o podobnym do Marianny podejściu do życia. Zapraszasz wielu i gościsz wielu ludzi nie pytając o rewanż. Przyznasz, że mało jest takich ludzi. Między innymi dlatego postanowiłem podkreślić w opowieści tę cechę zmarłej Marianny. Swoimi gestami uczyniła wiele dla Was i dla nas abyśmy zrozumieli co znaczy przyjaźń i pomoc życzliwych ludzi. Odpłacamy teraz tamte zobowiazania. I tak jest dobrze.Pozdrawiam

      Polubienie

  4. Reblogged this on Tatulowe opowieści i skomentował(a):

    Na Instagramie do którego codziennie zaglądam nasiliła się w ostatnim czasie reklama cudnych widoków Szwajcarii. Klikam codziennie pod wszystkimi zdjęciami i filmikami jakie prezentują, a w głowie przewija się fala wspomnień z tego cudnego kraju. Mieliśmy przepiękne wakacje jakie zafundowali nam mieszkający tam przyjaciele Marianne i Peter. To dla nas był jeden Kamieni Milowych naszego życia. Dziś podążam za wspomnieniem wraz z żoną Elżbietą i córkami Małgorzatą i Anną

    Polubienie

  5. Ultra pisze:

    Wspaniała przyjaźń z życzliwymi ludźmi. Nie każdego stać na taki dobroduszny gest, a takie gesty życzliwych duchem mogą zmienić życie drugiego człowieka. Otwarty na świat, znajdzie wyjście z trudnych sytuacji, pomoże sobie i innym. Zmieni jakość jego życia, a i wspomnienia zostaną w sercu na zawsze.
    Pozdrawiam

    Polubienie

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.