Kolizja na drodze

  

 

   Zakończenie piątkowych zajęć jest dla mnie początkiem weekendu. Zrozumiałe jest, że wracałem z pracy w dobrym nastroju. Pogoda piękna, ludzie uśmiechnięci – przynajmniej ci spotkani w sklepie, który odwiedziłem po drodze – podtrzymywały mój dobry nastrój. Nie przewidziałem jednak tego, co mnie miało jeszcze spotkać na 100 m od domu. Droga, biegnąca z góry – którejś tam kolejności odśnieżania – pokryta była lodem i przemielonym kołami samochodów śniegiem. Ten odcinek drogi zawsze dostarczał mi dreszczyków emocji, gdy przychodziło przecinać ją na ostrym zakręcie, aby skręcić w ślepą uliczkę prowadzącą do domu. Rozpędzone samochody jadące z przeciwka dostrzegalne były niemal w ostatnim momencie i dlatego, gdzieś tak od roku drogowcy zainstalowali tam lustro. Niestety, w czasie ferii świątecznych jakaś grasująca po ulicach banda pijanych wyrostków zniszczyła i powywracała wiele znaków drogowych, a także potłukła to lustro na skrzyżowaniu. Odśnieżanie drogi wytworzyło rodzaj tunelu, z którego w razie potrzeby nie sposób się wyrwać. Gdy zobaczyłem wyłaniający się z za zakrętu autobus musiałem lekko przyhamować. Samochód natychmiast zamienił się w sanie jadące sobie tylko znanym torem. Próba korekty tego niekorzystnego dla mnie toru jazdy nie dała żadnego rezultatu. W efekcie …doszło do kolizji, w której straciłem osłonę klosza kierunkowskazu i lekkiego zarysowania błotnika.

   Zatrzymałem się tak jak i autobus, aby ocenić skutki kolizji. Kierowca autobusu, któremu prawie nic się nie stało rozpoczął głośne pouczanie mnie o moim błędzie i winie. Ja wysiadłem, aby ocenić swoje i jego straty, a później zjechałem kilka metrów, aby nie blokować drogi. Kierowca zawiadomił właściciela autobusu o przygodzie więc wypadało czekać na jego przyjazd, wysłuchując po raz któryś z rzędu uwag typu:

– Gdyby pan nie przyhamował, to niech pan patrzy na ślady – nic by się nie stało!

– Pan nie rozumie, że musiałem przyhamować jak pana zobaczyłem, bo inaczej wjechałbym w sam środek pańskiego autobusu. Jechałem na luzie, a więc wolno, tylko że hamulec nic nie pomógł na tym roztopionym śniegu, objaśniałem cierpliwie.

– Miał pan szczęście, że nie trafił pan w koło, bo byłby znacznie gorszy skutek, ciągnął swoje kierowca.

   Nadjeżdżające z obydwu stron auta zaczęły zatrzymywać się z zaciekawienia raczej niż z konieczności. Na szczęście dość szybko nadjechał właściciel autobusu. Jednym spojrzeniem ocenił sytuacje i zapytał:

– Czy ma pan jakieś pretensje w tej sytuacji?

– Nie, nie mam żadnych pretensji, odpowiedziałem. Tak wyszło. Jeżdżę tędy setki razy i przez kilkadziesiąt już zim i nigdy dotąd nic mi się takiego nie przytrafiło. Taki pech i już.

  No trudno panie Cześku, stało się. Ja nie mam też pretensji o to lekkie przetarcie lakieru za tylnym kołem, odpowiedział. Jechaliśmy tu z duszą na ramieniu, bo jak usłyszałem, że autobus miał wypadek to myślałem,  że są duże szkody, a wczoraj dopiero ktoś wjechał mi w tył nowego samochodu. To jest nic. Niech pan jedzie spokojnie do domu. Pech to pech.

   Prawda, że w pechowym co prawda powrocie do domu miałem też i nieco szczęścia? Czy wszyscy kierowcy biorący udział w kolizjach podobnie kończyli swoje spory o swoje rację w ustalaniu winy?

Ostrożności nigdy za wiele. Nie dajmy się uśpić rutynie.  Licho nie śpi, albo śpi licho – a do końca zimy jeszcze daleeeeeko !!!!