Poczekalnia

  

 

   Wczoraj wybrałem się wreszcie do lekarzy, aby jeszcze w czasie ferii posprawdzać to i owo, bo…kijem tego, kto nie dba swego ! – jak głosi mądrość ludowa.

   Wszyscy znamy rzeczywistość panującą w przychodniach lekarskich. Trzeba mieć zdrowie i wolny czas, aby chorować. Zapis na wizytę u specjalisty przyszło mi realizować po tygodniowym oczekiwaniu. Do przychodni dotarłem wkrótce po jej otwarciu, ale mimo tego, gdy po dwóch godzinach wywieszono listę pacjentów na ten dzień znalazłem na niej swoje nazwisko dopiero na 25 miejscu. Ponieważ zanosiło się na kilka godzin oczekiwania rozgościłem się na dobre w zajmowanym przy kaloryferze kąciku i sięgnąłem po kupioną w szpitalnym kiosku Politykę. Postanowiłem nie traktować czasu oczekiwania jako zmarnowany i dlatego zabrałem się do czytania i obserwacji tego, co wokół się dzieje.

   Obszerna poczekalnia znajdująca się na skrzyżowaniu trzech długich korytarzy prowadzących do różnych poradni wyglądała z rana jak skrzyżowanie ulic w mieście. Pacjenci doprowadzani przez krewnych lub samotnie pokonujący po jednym stopniu nieprzyjazne im schody mieszali się z ubranymi na biało pielęgniarkami, odbierającymi w tym czasie pozostawione na noc w sterylizatorni pojemniki ze sprzętem. Od czasu do czasu ktoś dosiadał się do już siedzących na ławkach, tak jak ja pacjentów lub wychodził po załatwieniu swoich spraw. Chyba każdy z nas zna te klimaty różnych poczekalni, bo trudno przeżyć życie nie poświęcając iluś tam godzin na oczekiwanie w różnych poczekalniach. Ja poczyniłem następujące obserwacje.

   Oto naprzeciw mnie zasiedli starsi państwo. On, na oko 80 -latek, starannie ubrany, dystyngowany  pan z laseczką i ona, młodsza od niego o jakieś 10 – 15 lat kobieta. Na pierwszy rzut oka wyglądali na małżeństwo, jednak po dłuższej obserwacji nienaturalne wydało mi się to,  że prawie w ogóle nie rozmawiali ze sobą. Widoczne natomiast było kto kim się opiekuje. To ona wybrała miejsce naprzeciw gabinetu, ona sprawdzała listę, ona pomogła mu zdjąć kożuch i odniosła go do szatni, a później gdy odczuwał chłód przyniosła mu go z powrotem i narzuciła luźno na ramiona. Po wizycie pomogła mu założyć ten kożuch i wyprowadziła go na zewnątrz. To nie mogła być żona. To musiała być  opiekunka tego pana. Pomyślałem, że doczekaliśmy czasów gdy można dorobić opiekując się ludźmi starszymi bez wyjeżdżania w tym celu do USA, czy jak teraz się to robi – do krajów UE.

   Tuż obok mnie przysiedli zupełnie inni ludzie. On, staruszek o bardzo zaawansowanym już stopniu niedołężności przyprowadzony został przez 35 – 40 letnią córkę. Ona bardzo troskliwie podtrzymująca go podczas pokonywania schodów i w drodze do ławki załatwia wszystko co trzeba i bez przerwy rozmawia z ojcem informując go co, jak i kiedy nastąpi. Nawet gdy wychodzi na chwilę do toalety to informuje go dokąd i po co tam idzie. Widać ciepły stosunek córki do ojca i troskę o jego dobre samopoczucie.

   Po ich odejściu na ich miejsce sadowi się zażywna babcia, którą przywiózł do przychodni 20 letni wnuczek. Starsza pani dowiadując się, że właśnie przed chwilą była wyczytywana bardzo żałuje, że jej wtedy nie było. Wnuczek chodzący nerwowo z rękami w kieszeniach uspokaja ją słowami:

– siądź se i poczekoj. Jak cie czytali, to teraz jak wyjdzie ten, co weszedł na twoje miejsce, to ty zaroz wejdziesz.

Babcia usiadła, ale widoczne było, że się niepokoi czy tak się stanie jak mówi wnuczek. Stało się  tak jak przewidywali i wkrótce była już po wizycie.

   Miejsce obok zaleli teraz panowie prowadzący rozmowę o sprawach zawodowych. Dowiedziałem się przy okazji, że lokalnie produkowana masa bitumiczna nadaje się wyłącznie na drogi lokalne i powiatowe. Na drogi wojewódzkie już się nie nadaje, głównie z powodu braku w tym terenie odpowiedniego kruszywa, bo skały wapienne są zbyt miękkie do budowy dobrej nawierzchni dróg. Prawda, że wzbogacająca to wiedza i oświetlająca wystarczająco jasno przyczynę marnej jakości naszych asfaltówek?

   Czas mijał leniwie aż i ja doczekałem się swojej wizyty i to dużo wcześniej niż oczekiwałem, gdyż z powodu siarczystych mrozów sporo ludzi nie dojechało na wyznaczoną dla nich godzinę. Dzięki tej oszczędności czasu zdążyłem jeszcze zarejestrować się do lekarza rodzinnego. Tu byłem już tylko czwarty w kolejce. Czekając miałem okazję przeglądnąć ulotki leżące na stoliku i …a jakże – również porozmawiać. Na poczekalnię weszły dwie młode kobiety – niedawne absolwentki mojej szkoły Ania i Kasia. To Kasia podwiozła Anię z córeczką do lekarza pediatry. Gdy weszły do gabinetu zagadnąłem siedzącą obok Kasię.

Piękną córę ma Ania.  A jaka jest podobna do mamy. Jak się jej układa? A co u ciebie, Kasiu?

– Oj proszę pana. Ance dobrze się układa. Ma kochającego męża, który troszczy się o nią, o dom i dziecko… A ja już jestem po rozwodzie…

– Co, tak szybko się rozstaliście? Przecież dopiero co wychodziłaś za mąż?

– No bo po co miałam zwlekać, jak on znikał na całe tygodnie, nie pracował i nic nie przynosił do domu? Do tego pił i
zadawał się z innymi kobietami. Ciężko mi było i to bardzo, ale nie załamałam się. Mama była wtedy za granicą żeby zarobić, a ja sama z dzieckiem. Nie mogłam iść do pracy żeby zarobić na bieżące potrzeby swoje i dziecka. Ciężko mi było, ale wytrzymałam. Nic nie dał na utrzymanie dziecka i do dzisiaj, chociaż przychodzi raz w tygodniu zobaczyć się z dzieckiem, to jeszcze niczego dziecku nie przyniósł. Dostaję alimenty od państwa, a od niego ani grosza.

– To co, nie poznałaś się na nim przed ślubem?

– No widzi pan, cztery lata go znałam, ale zawiódł mnie na całej linii. Jeszcze i jego miałam utrzymywać?

– A dziecko twoje ile ma miesięcy, spytałem?

– Jest taka, jak dziewczynka Anki – 17 miesięcy. Jest fajna i dobrze się chowa. Teraz mam już lepiej, bo mama wróciła i zajmuje się dzieckiem, a ja mogłam iść do pracy. Trochę zarobię i jakoś będzie.

– Dużo zarabiasz?

– Jeszcze nie wiem, bo dopiero od 10-tego rozpoczęłam i jeszcze nie miałam wypłaty…

   Anka wyszła od lekarza wyraźnie uśmiechnięta. Dziecko też było radosne. Ubierała go szybko, bo Kasia musi ją odwieźć i zdążyć do pracy.

Zapytała tylko w biegu.

Co tam u pana? Czy jeszcze pan pracuje w szkole? A inni nauczyciele są ci sami?

   Prawda, że jak na jedno popołudnie spędzone w poczekalniach to nie mogę narzekać na nudę i brak wrażeń?

   Dzisiaj rano w Onet.pl w kąciku Waszym zdaniem znalazłem polecany tekst z jednego z blogów: Babcia nie jest już potrzebna. Zajrzałem do tekstu i stwierdziłem, że niemal dosłownie takie same problemy podnosiłem i ja pisząc kiedyś na tym blogu o smutnym losie staruszków oddawanych do domów opieki dlatego, że zabrakło dla nich miejsca i chyba jeszcze bardziej serca w ich domach rodzinnych. Zupełnie podobne były też komentarze pisane przez ludzi nie wyobrażających sobie pozbycia się z domu mamy, czy taty dlatego, że stali się starzy i niedołężni. Natomiast ci, którzy wybrali takie rozwiązanie bronili swoich decyzji tym, że nie mają warunków by opiekować się staruszkami bo…muszą przecież pracować. Przecież w domach starców mają dobre warunki i fachową opiekę – argumentowali.

   Bezpośrednio pod  wstępniakiem dotyczącym staruszków umieszczono następny: Alimenciarze śmieją się wszystkim w twarz – dług „niedzielnemu tatusiowi” rośnie – za  jakiś czas napisze on, że jest biedny, bez pracy, a miłosierne państwo mu go umorzy…

   Zajrzałem do polecanego tekstu, z którego wynikało, że problem dotyczy ok. 300 tys. matek żyjących z funduszu alimentacyjnego zamiast na koszt niedzielnych tatusiów, którym państwo nie potrafi się dobrać do skóry.

   Porównajcie proszę moje opisane wyżej obserwacje z poczekalni z polecanymi dzisiaj pod rozwagę i pod dyskusję ogromnie ważnymi problemami społecznymi, które rzutują na jakość życia ludzi starych jak i tych najmłodszych – małych dzieci będących ofiarami nierozważnych decyzji ich rodziców – często również będących jeszcze dziećmi.

   To kawał życia, prawda? Zastanawiam się, czy koniecznie trzeba czytać  prasę, czy też przeglądać fora internetowe, aby dowiedzieć się czegoś o tych problemach? Czy nie wystarczy w tym celu wykorzystać posiedzeń w poczekalniach, gdzie można zobaczyć to i owo oraz pogadać z ludźmi?

  

Kolęda, czyli o wizycie duszpasterskiej słów kilka

Wciąż przeżywamy jeszcze tzw. okres świąteczny. Wczoraj odwiedził nasz dom z wizytą duszpasterską nasz ks. proboszcz. Czekając na jego wizytę zaglądnąłem do Internetu, aby przejrzeć co tam poleca Onet.pl w działach: Gorący temat, Warto przeczytać, czy też w kąciku Waszym zdaniem.   Miałem pecha, bo niemal wszędzie pastwiono się nad księżmi. Czy wizyta duszpasterska ma sens? Czy tylko kasa leży u podłoża tej wizyty? Czytaj dalej

Słowa wdzięczności trzeba wypowiadać

 

 

 

   Przed świętem Babci i Dziadka  zajrzałem do Internetu w poszukiwaniu wierszyków, czy też wierszowanych życzeń pisanych na tę okazję. Otworzyłem dwa pierwsze linki jakie wskazała przeglądarka i znalazłem tam całkiem pokaźną ilość wzruszającego materiału do przemyśleń. Treść tych dzieł to głównie piękne podkreślenie zasług tej najważniejszej rodzinnej instancji, niezbędnej dla utrzymania rodzinnego ciepełka. W życiu każdego chyba człowieka dziadkowie odegrali istotną rolę wychowawczą. Pisałem o tym w ubiegłym roku – do sprawdzenia w archiwum – opatrując tekst zapożyczonym gdzieś tytułem Babcia Anioł-dziadek stróż, co chyba dobrze oddaje charakter relacji z wnukami. Żałować należy każdego, komu nie dane było zaznać tej ciepłej babcinej opieki i troski, ale cóż poradzić – takie życie. Wracając do okazjonalnej poezji – aby nie być gołosłownym zaproszę wszystkich do jej czytania licząc na to, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. Młodzi czytelnicy odnajdą jakąś wskazówkę dla siebie, a starsi może odrobinę radości – na wypadek gdyby ich wnuki zapomniały wysłać życzenia czy choćby zatelefonować do swoich babć i dziadków. Oto adresy tych dzieł: http://lena.libra-wrd.pl/Wierszoteka/Babcia.htm

 

http://www.edukacja.edux.pl/p-396-dzien-babci-i-dziadka.php

 

   Czytając piękne wierszyki czy przeplatane nimi scenariusze zajęć dla przedszkolaków związanych z obchodami Święta Babć i Dziadków dotarła do mnie taka refleksja. Wypowiadane ustami dzieci wierszyki napisali przecież zupełnie dorośli ludzie. Nie ma pewności czy ci autorzy doznali od swoich dziadków tego, o czym tak pięknie piszą. Widać jednak, że wiedzą co trzeba podkreślać, aby to było wychowawcze dla dzieci, a zarazem stało się wzruszającym dziękczynieniem nie tylko dla własnych babć. Zastanawiam się jednocześnie dlaczego na przedszkolu i pierwszych klasach podstawówki kończy się całe edukacyjne i wychowawcze zainteresowanie tematem? Czyżby gimnazjaliści nie mieli już za co dziękować tym, którzy pomagali ich rodzicom w wychowaniu następnego pokolenia w rodzie ? A licealiści, czy oni są już na tyle dorośli, że sami pamiętają o swoich dziadkach i ich zapotrzebowaniu na słowa pamięci i dowody wdzięczności? A jeśli nawet dostrzegą kartkę w kalendarzu to czy pójdą – tak sami z siebie – odwiedzić swoje babcie?

   Pracując w szkole wielokrotnie miałem okazję przypominać nastolatkom o Świecie Babci i Dziadka. Pytałem przy okazji czy wybierają się z życzeniami? Dowiadywałem się wtedy, że raczej rzadko to czynią, bo daleko, bo jakoś tak zeszło itd. Spotkałem i takie wypowiedzi: – Tak, odwiedzam dziadków co jakiś czas. Zawsze udaje mi się wysępić trochę kasy na swoje potrzeby.

   Porównując treść dziecięcych(?) wierszyków z rzeczywistością robi się trochę smutno z tego powodu, że to tak właśnie było…ale minęło. Bo co pozostaje z dziecięcych, żarliwie wypowiadanych deklaracji ?

 

Babcia jest najlepsza w świecie,

każde dziecko o tym wie.

Czy to zima, czy to w lecie

zawsze bardzo kocha mnie.

Z dziadkiem można iść na spacer

i do parku i do zoo.

Dziadek wszystko wytłumaczy,

mądry jest jak mało kto.

Dziś życzenia im składamy.

Niech nam żyją 1000 lat!

Ukochamy, uściskamy

i podarujemy kwiat.

 

BAJKA DZIADKA

 

Usiądź obok dziadka, dziadek ci opowie

Jak gdzieś za górami żyli raz królowie.

Jak na szklanej górze tęskniła księżniczka

Jak ktoś smacznie mieszkał w chałupce z pierniczka.

A jeśli się zdrzemniesz troszeczkę za wcześnie

Koniec pięknej bajki sam odnajdziesz we śnie

.

U BABCI JEST SŁODKO

 

Chotomska Wanda

 

Kiedy tata basem huknie,

kiedy mama cię ofuknie,

kiedy patrzą na człowieka okiem złym –

to do kogo człowiek stuka,

gdzie azylu sobie szuka,

to do kogo, to do kogo tak jak w dym?

U babci jest słodko,

świat pachnie szarlotką.

No, proszę, zjedz jeszcze ździebełko

i głowa do góry!

Odpędzę złe chmury

i niebo odkurzę miotełką.

Nie ma jak babcia,

jak babcię kocham –

bez babci byłby kiepski los.

Jak macie babcię,

to się nie trapcie,

bo wam nie spadnie z głowy włos!

U babci jest słodko,

świat pachnie szarlotką.

a może chcesz placka spróbować?

Popijasz herbatkę

i słońce nad światem

już świeci jak złoty samowar.

Wszystkie wnuki, nawet duże,

nawet takie po maturze,

nawet takie z długą, brodą aż po pas,

niech do babci lecą z kwiatkiem

i zaniosą na dokładkę

tę piosenkę, którą śpiewa każdy z nas.

 

BABCIE BYWAJĄ RÓŻNE

 

Babcie bywają różne,

lecz każda pamięta,

że jednakowo zawsze

kochają wnuczęta.

To samo je cieszy,

to samo raduje:

nasz pocałunek, uśmiech

i słowo… Dziękuję

 

BABCIA

 

Cz. Janczarski

Jedzie Jacek tramwajem,

Rozsiadł się wygodnie

I patrzy, jak po mieście

Spacerują przechodnie.

Przy Jacku stoi babcia.

– Siedź sobie, wnuczku drogi!

Stara babcia postoi,

Choć ty młode masz nogi …

Wysiadł Jacek, a babcia

Ciężkie paczki zbiera.

Czy ktoś by z was pochwalił

Tego kawalera?

 

   No właśnie. Rzeczywistość często bywa zupełnie inna. Jaka ona bywa?

   Zapytałem w wigilię Bożego Narodzenia mojego znajomego rówieśnika – ojca czwórki dzieci i dziadka czternastu wnuków – o to, gdzie spędzają święta. Rozmowa miała następujący przebieg:

– Gdzie spędzacie święta?

– No jak to gdzie? Tu gdzie mieszkamy z żoną, odpowiedział.

– To tak sami, we dwoje? Ja myślałem, że wyjedziecie do dzieci, czy one    tu do was przyjadą?

– A gdzie tam. Nawet życzeń nie przysłali. No z wyjątkiem syna Roberta, który dzwonił wczoraj z Anglii.

– To dość smutnie brzmi  powiedziałem, na pewno zadzwonią gdy pokaże się pierwsza gwiazdka na niebie , pocieszyłem go na pożegnanie.

– Ano zobaczymy, odpowiedział dość smutno.

   Z wcześniejszych opowiadań jego żony wiedziałem, że mimo posiadania skromnych emerytur zawsze pamiętała o urodzinach każdego z wnuków i zawsze im coś wysyłała, choćby to było bardzo skromnym prezentem. Jak ona się czuła w te święta? Nie pytałem, bo wiem. Przy okazji zapytam jak jej wnuki spisały się przy okazji Święta Babci. Pomyślmy o tym wszystkim w Dniu Babci i jutrzejszym Dniu Dziadka. Pomyślmy o swoich babciach pamiętając o tym, że:

Odczuwać wdzięczność i jej nie wyrazić to tak samo jak kupić komuś prezent i go nie wręczyć.

 

Warto może wysłuchać w tym dniu i tej piosenki:

http
://www.youtube.com/watch?v=UD_92d8s0EI

Studniówka jako egzamin dojrzałości…towarzyskiej

  

 

   Minęła kolejna sobota. Kolejna grupa abiturientów odsypia właśnie trudy szalonej, studniówkowej nocy. Wkrótce ukażą się w Naszej – klasie. pl pierwsze amatorskie zdjęcia i pierwsze opinie o urodzie pokazywanych tam ludzi. Pojawią się też pierwsze podsumowania. Mam nadzieję na obejrzenie zdjęć i nagrań jak i na relacje słowne. Ciekawe czy opinie i nadzieje uczniów, których wypowiedzi umieściłem w poprzednim tekście udało się zrealizować. Jak się dowiem – to opowiem.

   Dzisiaj chcę uzupełnić poprzednio poczynione refleksje o elementy, które podsunięto mi w trakcie rozmów z uczniami i absolwentami na temat przyszłych i minionych, niekiedy dość dawno studniówek.

   W moim ekonomiku studniówka odbędzie się w najbliższą sobotę. Rodzice tym razem zadecydowali, że nie będą wynajmować lokalu lecz własnymi siłami zorganizują ten bal w sali gimnastycznej szkoły. Przygotowania do balu trwają . Już dość dawno temu, na specjalnym zebraniu z udziałem młodzieży rozdzielono pomiędzy rodziców i młodzież wszelkie zadania i teraz wystarczy już tylko je zrealizować. W wypowiedziach uczniów przeważa nadzieja na dobrą zabawę i pełna determinacja w staraniach, aby tak właśnie się stało. Jak będzie – zobaczymy. Ja będę gościem na tej zabawie i sprawdzę czy tak będzie. Z przeprowadzonych rozmów wynika, że do sukcesu w tym względzie nie trzeba wiele. Wystarczy, że na tę jedną noc znikną wszelkie podziały:

– na prymusów i lizusów,

– na ładnych i mniej ładnych,

– na bardziej lub mniej zabawowych,

– na bogatych i biednych,

– na miastowych i „wsioków”,

– na lepiej lub gorzej ubranych, czy zadbanych.

   Gdyby tak jeszcze udało się nie wyrzucać sobie wzajemnie tego kto więcej, a kto mniej z siebie dał dla dobra wspólnej zabawy? A może jeszcze udałoby się nie trzymać krótko przy sobie przyprowadzonego partnera, a po prostu bawić się wspólnie? Choćby tak, jak udaje się to czynić o północy, kiedy wszyscy fantazyjnie poprzebierani wybiegają na parkiet i żywiołowo tańczą „ tupanego”.

   Prawda, że niewiele trzeba z siebie dać aby spełnione zostały warunki dobrej zabawy?

   Pisząc poprzedni tekst wykorzystałem tylko najbardziej charakterystyczne wypowiedzi młodych ludzi przygotowujących się do zabawy. Sporo ciekawych głosów pojawiło się również w komentarzach. W tak zwanym międzyczasie, pytałem wielu ludzi o wspomnienia z ich studniówek i rzadko były to jednoznacznie pozytywne opinie. To co w ich wspomnieniach kładło się cieniem na atmosferze zabawy zamieściłem powyżej. Na ogół wszędzie był podział na naszych i pozostałych. Nasi, byli na ogół lepiej zadbani i trzymali się razem. Ci, którzy mieli za partnera swojego chłopaka lub dziewczynę bawili się tylko ze sobą, a w dodatku znikali gdzieś na długi czas. Ci z wypożyczonymi partnerami ( brat koleżanki, siostra kolegi) często cierpieli męki gdy okazało się, że partner źle tańczy, izoluje się od towarzystwa… bo nie może znaleźć wspólnego tematu, albo wypił zbyt dużo. Co wtedy robić z takim partnerem. Część dziewczyn ratując się przed utratą resztki marzeń pozostawiało siedzących samotnie przy stole lub w gronie podobnych sobie spędzających czas smutasów i dołączały do tańczących grupie rówieśników. Inni wychodzili wcześniej z zabawy zabierając ze sobą gorycz zawodu.

   Trochę smutne jest to co piszę, ale mam nadzieję, że nie wykraczę tym tekstem niczego złego. Mam nadzieję, że będzie wprost przeciwnie jeśli moje słowa zostanę przemyślane i wzięte pod uwagę. 

    W najbliższą sobotę będziemy dzięki temu świadkami udanej pod każdym względem i wspaniałej zabawy.

   Jestem pewny, że STUDNIÓWKA – jako swoisty egzamin dojrzałości…towarzyskiej zostanie zdany śpiewająco.

Udanej zabawy !

Mój – nasz pierwszy bal

  

 

   Młodzież, która już rozpoczęła bale studniówkowe nie zna Kaliny Jędrusik ani śpiewanej przez nią piosenki „Mój pierwszy bal”. Przypomnę więc pierwszą zwrotkę i refren. To wystarczy nam do wprowadzenia się w atmosferę naszego pierwszego balu:

 

Mój pierwszy bal

 

Ze szkolnego mundurka, z pokoiku na piętrze,

z fotografii z warkoczem, ze spacerów na wietrze,

coraz mniej dziś pamiętam, coraz rzadziej się śmieję,

pozostało mi jedno wspomnienie:

 

Mój pierwszy bal,

te walczyki leciutkie jak świerszcze,

pierwszy bal,

czyjeś oczy wesołe, na szczęście.

Pierwszy bal.

Bal z myszką, bal z łezką, bal za mgłą,

i walczyki co jeszcze się śnią…

Mój pierwszy bal, sentymentalny bal,

troszeczkę żal,

mój pierwszy, jedyny bal.

 

   Ja, taki bal przeżyłem w 1967 r w Bydgoszczy…ze szkolnego mundurka, z fotografii z warkoczem, ze spacerów na wietrze…Odżywają wspomnienia tamtych dni i do dzisiaj pamiętam spacer na wietrze gdy nad ranem odprowadzaliśmy pieszo koleżanki do ich domów, a później wracaliśmy do internatu gdzie mieszkałem. Ileż planów snuł wtedy człowiek?

   W ubiegłym roku odszukałem w Naszej – klasie.pl swoją szkołę i swoją klasę, a nawet wkleiłem do galerii szkoły zdjęcie z tego balu jakie zachowało się w moich zbiorach. Jeśli ktoś zechce spojrzeć jak to wtedy wyglądało, to zapraszam?

http://nasza-klasa.pl/school/8604/photos/66

Chłopcy, tak jak i dzisiaj w ciemnych garniturach, ale dziewczyny już obowiązkowo w granatowych spódniczkach i białych bluzeczkach do których przyszyte były tarcze szkolne, mimo, że był to nasz bal maturalny. Na zdjęciu można również zobaczyć stół i to co na nim postawiono. Czy to jest w czymkolwiek podobne do obrazu dzisiejszych studniówek? Moja studniówka była zorganizowana w szkole , a za salę balową służyła nam przystrojona własnym sumptem stołówka.

   Od 1989 r pracuję już na stałe w szkołach średnich i przez te minione lata byłem zawsze zapraszany wraz z żoną na bale studniówkowe. Organizowano je głównie w szkole, a później gdy powstały większe lokale gastronomiczne i domy weselne ich miejscem stawały się już wyłącznie wynajęte na tę szczególna noc lokale. Na większości studniówek byłem obecny nie tylko z obowiązku, ale przede wszystkim dla przyjemności jaką dawała świetna zabawa i szczególna opieka jaką otaczali nas rodzice i uczniowie. Zawsze po studniówce otrzymywaliśmy gratis piękne profesjonalne zdjęcia wykonywane przez wynajętego fotografa. Mam sporo takich zdjęć w swoim albumie. Łza się w oku kreci gdy spojrzę czasem na młodego jeszcze faceta, który tańczył głównie z moją żoną, a czasem również z koleżankami i…uczennicami.

   Zawsze jednak szczególne wrażenie wywierały na mnie studniówkowe odkrycia jak nagle dorosłe i piękne stawały się nasze dziewczyny w balowych fryzurach i pięknych sukniach. Zaskakiwał nas efekt przeobrażenia się kopciuszków szkolnych, ubranych na co dzień w dżinsy i jakąś bluzeczkę w damy. Niczym piękne motyle, które właśnie opuściły przyciasne koszulki poczwarek. Chłopcy ubrawszy garnitury już nie czuli się już tak swobodnie. Jakoś uwierały ich te stroje, a krawaty też nie chciały pozostawać tam gdzie je zawiązano. Ręce same wędrowały tam gdzie ich miejsce …Mam ręce w kieszeniach, a kieszenie jak ocean…Mnie to zawsze raziło ale rozumiałem, jak trudno jest im przywyknąć do nowej roli. Do tego jeszcze trzeba tańczyć w blasku kryształowych żyrandoli, a to nie oznacza zwycz
ajnych młodzieżowych podrygiwań lecz również te… walczyki leciutkie jak świerszcze…

   Dzisiejsze bale są stanowczo odmienne od naszych, bo odbywają się w luksusowych warunkach jakie stworzono w wynajmowanych za duże pieniądze lokalach. Bale studniówkowe licząc koszt wstępu i inne wydatki m. in. na kreacje, fryzjera, kosmetyczkę, solarium itd. to dzisiaj bywa suma ok. 1000 zł. Czy każdego na to stać? Czy rodzice mieliby siłę odmówić swojemu dziecku udziału w takiej imprezie ze względów finansowych? Zapytałem dzisiaj o to uczniów dwóch klas maturalnych, z dwóch szkół, do których mam zaproszenia na studniówkę. Odpowiedzi były jednoznaczne. NIE!. Rodzice nie odmówią, bo doceniają tradycję i znaczenie tego balu w życiu młodych ludzi. Nie odmówią, bo sami z łezką w oku wspominają swoje studniówki i chcą zapewnić takie same wspomnienia swoim pociechom. Oto kilka charakterystycznych wypowiedzi:

 

Ola

 

Osobiście uważam, że bal studniówkowy jest jednym z najważniejszych balów w życiu

i powinien zostać tak zorganizowany, by każdy wspominał o nim przez długie, długie lata …

Myślę, że studniówka na szkolnym parkiecie to bardzo dobry pomysł …

ale koszty są trochę za wysokie i myślę, że są osoby, dla których te ponad 400 zł to dużo …

Ponadto uważam, że dla każdego udana studniówka to coś innego …

Ja np. bardzo dużą uwagę skupię na stroju, fryzurze i makijażu

(ale to chyba tak, jak każda kobieta ;]) ważne też jest towarzystwo …

Moi rodzice osobiście są „za”, ale też troszkę nie podobała im się cena imprezy …

 

Kasia:

 

Mnie oczywiście odpowiada zarówno styl jak i forma studniówkowych balów .Niezwykłe rozpoczęcie gwarantuje nam

Polonez tańczony przez pary, a o północy moc uśmiechów na twarzy daje nam tańczony tak zwany „tupany”.Młodzież ma

okazje tutaj także ukazania swych pomysłów i twórczości artystycznej.Wprawdzie cała kwota wydana na tą jedyna

imprezę dla nas jest jak dla mnie troszkę wygórowana. Zapewne patrząc na dzisiejsze realia nie każdego stać żeby

wydać tyle pieniędzy na sama studniówkę, a trzeba jeszcze kupić strój i wiele innych rzeczy w moim otoczeniu

spotkałam sie nawet z opinią że tyle pieniędzy to za dużo bo to jest tylko zabawa na jedna noc i tyle, a pieniądze

wydawane sa to całkiem spore sumy. Osobiście uważam ze aby studniówka sie udała wystarczy trochę optymizmu i po

prostu dobrze sie bawić. Nie myślę w tym dniu o problemach nie potrzebnych sprawach bo to w końcu jeden wyjątkowy

dzień i może nawet nie powtarzalny.

Jak wiadomo każdy rodzic ma swoje zdanie co do takich balów.Moja mama zawsze mi przypomina jak to było kiedyś jak

wyglądały bale maturalne. Uczniowie nie musieli sie wyróżniać porównywać, która z dziewczyn ma ładniejsza sukienkę

fryzurę czy coś w tym stylu. Nie, wtedy dziewczyny miały czarne lub granatowe sukienki, białe bluzeczki i niczym sie

nie wyróżniała żadna z nich. Oczywiście polonez był i nadal pozostał tradycją studniówek.

Moim zdaniem studniówka to przepiękny bal przed maturą i powinniśmy go wyjątkowo przeżyć, ale oczywiście bez jakiejś

tam wielkie pompy”, jak to niektórzy uważają.

 

Jola:

 

Moja mama uważa ,że studniówka to najpiękniejsza impreza i jedyna taka w życiu więc powinno się na nią pójść.

Faktem jest to że trochę ta impreza kosztuje…Wiadomo sukienka, buty, fryzjer i takie tam pierdoły ale warto bo sa

potem miłe wspomnienia.Ja również tak uważam. Najpiękniejsze w tym wszystkim są przygotowania do tej wspaniałej

imprezy. Każdy kto idzie na studniówkę myśli że dobrze się wybawi i zapamięta ją mile na całe życie

po to aby w przyszłości mieć co opowiadać wnukom ….Na pewno każda dziewczyna i każdy chłopak marzy żeby przeżyć

taka imprezę chociaż zdarzają sie  tacy, którzy nie idą, ale myślę, że jest to z powodu barku pieniędzy – to przykre,

ale niestety tak też sie zdarza więc ja jestem jak najbardziej za studniówkami. Moim marzeniem na mojej

studniówce jest zatańczyć poloneza bo mam słabość zarówno do melodii tak i do figur  tego pięknego tańca.

 

Agnieszka

 

Zapytałam moją mamę, która miała studniówkę w latach 70-tych i wspomina ją mile. Mama nie protestowała

gdy moi bracia szli skosztować „szkolnej zabawy”. Jedyne co ją przeraża to zamęt i przepych wywołany wokół imprezy.

Stwierdziła, że dziewczyny za bardzo przejmują się wyglądem, lecą do kosmetyczki itd. a jednocześnie suknie balowe

zamieniają
na kiczowate kiecki odkrywające coraz to więcej ciała. Według niej ludzie zapominają czym jest prawdziwa

zabawa, a ze studniówki urządzili sobie maraton, wyścig.

 

Natalia

 

Studniówkę przeważnie organizują ‚vipy’ klasowe, które pochodzą z zamożnych rodzin i rzadko kiedy biorą pod uwagę

sytuację finansową swoich kolegów i koleżanek . Byle z pompą , byle wystawnie i dużo. Cóż z tego, że połowa pójdzie

na zmarnowanie. Ważne żeby nasza studniówka była lepsza od poprzednich balów. Ich poświęcenie jest tak wielkie, że

wynajmują nawet dekoratora wnętrz, bo po co psuć sobie głowę, czas i tracić siły nad wystrojem, skoro można wynająć

do tego człowieka. A pieniądze? No cóż _jak to niektórzy nazywają swoich rodziców – starzy dadzą bo przecież nie

odmówią. Taka noc zdarza sie raz w życiu…chociaż większość pamięta z tego balu tylko poloneza. Szkoda mi

najbardziej rodziców, którzy muszą przez długi czas oszczędzać i zaciskać pasa by dziecko nie czuło sie gorsze od

swoich kolegów i nie musiało wymyślać głupich pretekstów dlaczego nie idzie na studniówkę. Przecież nie powie, że

ją/jego nie stać, bo będą sie śmiać. Kiedyś może to miało jakiś sens, a teraz to głupota do potęgi entej

 

Dawid

 

Czy przygotowanie i cały wydatek nie przekracza już możliwości przeciętnego ucznia?
– Myślę, że miło jest patrzeć jak wysiłek włożony w organizacje tego typu imprezy opłaca sie i zabawa podoba sie każdemu. Dlatego wkładamy całe serce w przygotowania (a może i pieniądze?) i czekamy na BAL.

Co jest najważniejsze, aby studniówka sie udała?
– Na pewno ważnym czynnikiem będzie zespól muzyczny, bo jeśli muzyka będzie drętwa, ludzie nie będą sie bawić, a impreza zostanie skwitowana negatywnie. Poza tym musi zawiązać sie pozytywna relacja pomiędzy uczniami i nauczycielami(gośćmi), oczywiście w granicach rozsądku ale jednak.

A co na ten temat mówią rodzice?
– Sami już mieli swoje studniówki i chyba wiedza, że to bardzo ważne przeżycie. Może dlatego próbują nam zapewnić jak najlepsza zabawę zgadzając sie na wszystkie zachcianki.

 

  Dawid ma rację. Studniówka to jeszcze jeden egzamin. Taka wprawka przed kolejnymi egzaminami jakie czekają na dzisiejszych abiturientów za sto dni i w następnych latach. Często powtarzam, że najgorsze jest pierwsze 18 lat …nauki. Później już idzie całkiem łatwo.

Do szkoły za karę…

  Dzisiejszy układ cyfr w dacie – 10.01.10 – mógł zapowiadać np. koniec świata. Same dziesiątki pisane wprost, wspak i znowu wprost rzadko się spotyka, ale skoro dla końca świata zarezerwowano już datę 12.12.2012 to tego się trzymajmy. Dzisiejszy dzień i tak jest wyjątkowy bo realizuje się XVIII Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Szkoda tylko, że aura dziś jest mało łaskawa dla młodych wolontariuszy, którzy tłumnie wyruszyli do pracy mimo mrozu, opadów deszczu na przemian ze śniegiem, wiatru i gołoledzi. Wyszli nam naprzeciw, abyśmy mogli dołożyć swój grosik do fenomenalnej akcji WOŚP i wsparli cel, jakiemu służy już 18 lat. Myślę, że ten fenomen to Jerzy Owsiak, który potrafi porwać tłumy młodzieży, która jemu właśnie daje się porwać do działania.

   Dzisiaj miałem również wywiadówkę dla rodziców moich licealistów z pierwszej b. Nie wiem czy to jedynie sprawa pogody, ale rodzice nie spisali się, gdyż frekwencja sięgnęła jedynie marnych 30 proc. I byli to w większości rodzice tych lepszych uczniów. Poszczególni nauczyciele przedstawili swoje spostrzeżenia po pierwszym półroczu pracy z uczniami w nadziei, że wszystko jeszcze da się poprawić, podciągnąć i uzupełnić. Wkładali w swoje wystąpienia tak wiele serca, że mnie pozostało już tylko podsumować wszystkie niedomagania i ukazać na szerszym tle osiągnięcia naszych uczniów.

   Posłużyłem się w tym celu hasłem zasłyszanym w jakiejś telewizyjnej debacie: – Człowiek ma dwa kapitały. Pierwszy to zdrowie – i tu wskazałem na problemy nastolatek katujących się ekstra dietami dla uzyskania modnej, bo lansowanej przez media sylwetki a la chuda anorektyczka.

Drugi kapitał to wiedza, do której nie zdoła doprowadzić ucznia żaden, nawet najlepszy nauczyciel jeśli on sam nie ma zamiaru i ochoty tej wiedzy zdobywać.

   Uzasadnienie do tego wstępu znalazłem w artykule z Gazety, pod tytułem Do szkoły za karę, a nie by zdobyć wiedzę.

   Postanowiłem mianowicie – zamiast się wymądrzać – odczytać rodzicom raport z trwających ponad dwa lata badań prowadzonych na uczniach ze szkół podstawowych i gimnazjów w bydgoskiem. Nie będę tu przytaczał całego artykułu, bo główne wnioski tego raportu znane są wszystkim ludziom spotykającym się w szkole, zarówno nauczycielom jak i uczniom, ale nie zawsze znane są rodzicom. Niech więc wiedzą, że:

(…) Większość uczniów ma problem z czytaniem. Nie dostrzegają całych słów, przestawiają i odwracają litery, czytają wolno, mają trudności z rozpoznawaniem kształtów i przedmiotów. Nie jest dobrze z rozumieniem pojęć. Gimnazjaliści mają problemy z rozumieniem poleceń. Mają kłopoty z wnioskowaniem, planowaniem i podejmowaniem decyzji. Ciężko im idzie też opanowanie zasad ortografii. Za to świetnie sobie radzą z zapamiętywaniem wzorów, kodów liczbowo- literowych takich jak PIN do telefonu, rejestracji samochodu, numeru Gadu-Gadu czy hasło do poczty e-mail.

   Dalej już tylko omówienie przyczyn leżących po stronie szkoły i… po stronie rodziców, którzy (…) nie pytają po powrocie ze szkoły: – czego się dziś nauczyłeś, ale: – co dziś dostałeś?  A zaraz potem: – a co dostał klasowy prymus? Dzieciaki nie wychodzą z domu z przeświadczeniem, że uczą się dla siebie!

   Jakoś dziwnym trafem uwagi zgłaszane rodzicom odnośnie ich dzieci były bardzo podobne do tych wynikających z badań zleconych przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

   To są moje przeżycia szkolne z jednego dnia. Wychodząc z budynku szkoły zastałem w holu piątkę wolontariuszy – uczniów z miejscowego gimnazjum, którzy przyszli się ogrzać i pewnie skorzystać z łazienki. Wrzucając każdemu do skarbonki po pieniążku zapytałem ilu uczniów bierze udział w Finale WOŚP. Dowiedziałem się, że ok. 40 osób, co jak na wiejską szkołę jest znaczącą liczbą. Szedłem później pokonując zwały śniegu pozostawione na chodniku, za inną grupą wolontariuszy pod kościół, gdzie kończyło się kolejne nabożeństwo i oni spieszyli się, aby zająć dogodne miejsca przy bramach wyjściowych. Kolejny raz spotkałem ich w rejonie cmentarza, gdzie pojawili się przyciągnięci sporą grupą ludzi uczestniczących w pogrzebie. Bo gdzie można zbierać pieniążki w małych miejscowościach jeśli nie w okolicy kościoła i to jeszcze w taką ‚bidę’, że: psa nie wyganiaj z domu…?

   Po powrocie z wywiadówki usłyszałem w Jedynce PR końcówkę dyskusji polityków i dziennikarzy na temat szans wyborczych oficjalnie zgłoszonych dotychczas kandydatów na prezydenta. Przeważała opinia, że: – żaden z nich nie jest w stanie porwać społeczeństwa do bardzo pożądanego zrywu…

   Ja znam takiego, co potrafi porywać. Szczególnie pozytywnie reagują na jego wezwanie młodzi ludzie. Ci sami, o których cytowany raport mówił, że do szkoły chodzą za karę. Ten gość nosi żółtą koszulę i śmieszne okulary w grubej, niemodnej oprawie. Nazywa się Jerzy Owsiak.

Owsiak na prezydenta!

Trzy dole

     

    Trzy wiersze i trzy obrazki doli zwierząt?

 

  

 

   W bibliotece, w której pracuje moja Małgosia wpadł mi w ręce tomik poezji Kazimierza Wiehlera. Przerzucając strony zapisane różnymi wierszami zauważyłem ten tryptyk. Sami oceńcie jego treść. Czy zasługuje na uwagę? Czy dotyczy zwierząt, czy raczej ludzi? A może dotyczy wszystkich żywych istot, które w pewnych warunkach rozpaczliwie czepiając się życia szukają pomocy?

   Jest zima. Mroźna i śnieżna. Nasi bracia mniejsi cierpią głód i chłód. Nie zawsze psia buda odpowiada potrzebom jakie dyktuje zima. Pieski w wigilijną noc miały nadzieję na spotkanie ze swoimi „panami”, jak i na skorzystanie z prawa przemówienia do naszych sumień ludzkim głosem. Nie zawsze miały taką okazję. W tej sytuacji żalą się do księżyca. Posłuchajcie jak czasem – zwykle nocą – skarżą się na nas. Cierpliwie znoszą swoją niedolę i czekają bo… inaczej nie potrafią. One są stworzone do tego żeby kochać swego pana i merdać ogonem prosząc o łaskę.

 

Sylwestrowe remanenty

  

 

 

   Każdy z nas ma już za sobą tę szaloną noc. Nie dla wszystkich była ona czymś wyjątkowym. Myślę, że jednak dla większości z nas ostatni dzień starego roku był okazją do refleksji nad tym, co przeżyliśmy w minionym roku. Sprzyjały temu media bo wszędzie zapraszano znanych ludzi i zachęcano ich do snucia wspomnień o swoich przeżyciach, sukcesach i porażkach. Ja łatwo ulegam takim klimatom i wtedy stawiam sobie i swoim bliskim pytania o takie właśnie remanenty.

   Wszystkie lub prawie wszystkie istotniejsze wydarzenia z mojego życia, które były czymś wyjątkowym i dlatego pozostawiły trwały ślad w postaci przemyśleń i doświadczeń, do których chętnie wracam przy różnych okazjach przedstawiłem tu, na blogu więc osobiście nie miałem problemów z podsumowaniami. Ci, którzy zaglądają tu od dłuższego czasu znają te fakty wraz z komentarzami jakie przyniosło ich opublikowanie. Ja tylko dodam, że przeglądając swój blogowy dorobek uświadomiłem sobie po raz kolejny jak dalece jestem otwarty na świat opisując swoje prywatne życie. Ponieważ ten internetowy pamiętnik znalazł już sobie pewne grono stałych i wiernych czytelników to i ja poczułem się do regularnego umieszczania w nim kolejnych opowieści. W swoim blogowaniu spotkałem się zarówno ze słowami uznania jak i bolesnej czasem krytyki, której niczym dotąd nie ograniczałem. Słowa uznania dotyczyły najczęściej tego właśnie faktu, że podjąłem się trudnego zadania świadczenia przykładami ze swojego życia o prawdziwości głoszonych publicznie poglądów na różne tematy jak na przykład:  praca szkoły i nauczycieli, obowiązki obywatelskie, ocena polityki uprawianej przez różne opcje polityczne, ekonomia, gospodarka czy wyznawany światopogląd .Pocieszano mnie też często, twierdząc, że praca u podstaw nie przynosi na ogół satysfakcji i mimo, że jest potrzebna to nie będzie doceniona. Ostrzegano mnie również, że poruszanie drażliwych tematów może nawet sprowadzić na piszącego poważne kłopoty. Dzięki Bogu, że nie ma już cenzury, ale panuje przecież niemal instytucjonalny zamach na prywatność. Profesor Janusz Czapliński w artykule Wszystkie ręce na kołdrę-jaki znajdziemy w najnowszej Polityce z 2.01.2010 r. Tak sformułował swoje odkrywcze poglądy w tym względzie: Przesłanie Wielkiego Brata, niezależnie od tego czy to są media, czy służby specjalne, jest proste: zawsze i wszędzie mów i postępuj tak, jakby ci się przyglądał prokurator z kodeksem karnym w ręku i moralnie rygorystyczni znajomi. Twoje Ja prywatne powinno, z wyjątkiem czynności fizjologicznych pokrywać się z Ja publicznym. Dreszcz przechodzi po krzyżu gdy się czyta coś takiego. Całe szczęście, że te złowrogie siły mają pełne ręce roboty przy rozpracowywaniu znacznie ważniejszych osób niż jakiś tam prowincjonalny nauczyciel. Może uda się dalej pisać nie sprowadzając na siebie zbędnych kłopotów?

   Miniony rok uważam więc za całkiem udany. Znalazłem uznanie na niwie zawodowej wyrażone mi przez młodzież wytypowaniem do konkursu Belfer Roku, a później głosowaniem na moja kandydaturę. Mój blog biorąc udział w konkursie Blog Roku nie dostał się co prawda do rozstrzygającej batalii, ale zajął satysfakcjonującą mnie pozycję i jest ciągle dość wysoko notowany w mojej kategorii blogów. Zawdzięczam to swoim czytelnikom – którym przy okazji serdecznie dziękuję za zainteresowanie tym, o czym piszę – jak i temu, że poszczególne opowieści były już wielokrotnie polecane przez Onet jako warte przeczytania. Przeżyłem ponadto z żoną wspaniałe wakacje u córki w Chicago, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć wiele wspaniałych miejsc ochoczo uwiecznianych w fotografii oraz poznać wielu wspaniałych ludzi, których czyny zasługują na szerszą popularyzację. Opatrzność pozwoliła zachować w miarę dobre zdrowie przez wszystkich najbliższych, a oni dzięki temu wykonywali jak mogli najlepiej swoje obowiązki. Wartością godną odnotowania jest też zachowanie w rodzinie przykładnych relacji i powszechnej akceptacji siebie nawzajem.

   Z takim bilansem, jak co roku od wielu już lat żegnaliśmy z żoną mijający rok w naszym parafialnym kościele, na specjalnej dziękczynno – błagalnej Mszy Św. połączonej ze sprawozdaniem z życia duchowego i materialnego parafii. Po raz kolejny przekonałem się jak mało jest ludzi odczuwających potrzebę zakończenia roku przez osobisty udział w Nabożeństwie odbywającym się przed wieczorem w kościele. Ludzi tyle co w ławkach , a wszyscy w wieku bardzo zbliżonym do mojego. Wiadomo, że to jest pora przygotowań do balu sylwestrowego i różnych prywatek. Szkoda więc czasu na jakieś obrachunki, refleksje czy dziękczynienie. Po co psuć sobie nastrój uświadamianiem przez księdza takiej prawdy, że to co nas spotkało nie jest efektem wyłącznie naszej zapobiegliwości i pracowitości. Co najwyżej możemy przyznać, że coś się nam udało osiągnąć bez większego trudu. Mamy fart i tyle! Co ma do tego Pan Bóg? Jak przyjdzie na nas trwoga… to wtedy zwrócimy się do Boga.

   Nowy rok rozpoczęliśmy toastem szampana i złożeniem sobie tradycyjnych życzeń. Wszyscy i tak mamy świadomość, że będzie tak jak sobie to wypracujemy i jak skutecznie będziemy zabiegać o swoje sprawy osobiste i rodzinne. Nic nie staje się samo tylko z tego powodu, że my komuś lub ktoś nam życzy SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!