Płacz z płaczącymi…

    Skaczę ostatnio po tematach, ale to życie je tak podsuwa w jakimś przedziwnym porządku. Ja wierzę, że nie dzieje się to przypadkiem. Często sprawdzam co myślą na ten temat ludzie i powiem Wam, że wielu ludzi tak właśnie odbiera to, co niesie los. Zapraszam do poczytania opowieści o tym, jaką miałem ostatnią sobotę. Czytaj dalej

Jesień już jest z nami

 Jesiennie 044 Jeśli ktoś nie zauważył (hahaha), to ja przypominam. 23 września, na kartce w moim kalendarzu zauważyłem napis:  POCZĄTEK JESIENI. Za oknem jeszcze ciepło i słońce, a więc można przegapić moment przyjścia nowej pory roku. Kto słuchał radiowej Jedynki, lub oglądał telewizję ten wiele razy w ciągu dnia miał okazję zadumać się nad tym, co z tej okazji mówili dziennikarze. Wskazywali na to, że jeszcze będzie pięknie i ciepło. Jeszcze nie zebrano płodów ziemi i nie przygotowano zapasów na zimę. Dotyczy to zarówno ludzi jak i zwierząt. Jesień to pora zbiorów i sprawdzania słuszności ludowego porzekadła, które głosi:  Kto w lecie próżnuje, w zimie nędzę czuje. Postraszyła już Bozia naszych rolników zsyłając pierwsze chłody. Gdzieś tam w górach poprószyło i były nawet przygruntowe przymrozki. Trzeba się więc spieszyć z wykopkami, a i z siewami też nie ma co zwlekać, bo gdzieś w tyle głowy rolników zapewne drzemią słowa przodków:
– Gdy nie zasiejesz w dobrej chwili, przez całą zimę będziem pościli, albo: – – – Kto sieje na Świętą Jadwigę (15 października) zbiera figę. Jeśli więc trzeba siać na kopniskach, to naprawdę należy się spieszyć. 
Dzisiaj w telewizyjnej prognozie pogody, pan zapowiadacz również posłużył się przepowiednią ludową i ogłosił :
– Kiedy jesień wita słońcem, śnieg popada przed jej końcem. Czy zatem wypada cieszyć się z letniej aury pod koniec września?
Gdy zdecydowałem, że napiszę o jesieni postanowiłem zajrzeć do Internetu. Szukałem tekstów piosenek zwłaszcza, bo te które błąkały mi się po głowie jakoś nie wyczerpywały zagadnienia i nie odpowiadały na pytanie co mi w tej porze roku w duszy gra. Jest tam wszystko co każdemu pozwoli poczuć się tak jak lubi się czuć z kontakcie z jesienną sztuką. Do wyboru, do koloru. Jesień w wierszach, Jesień w piosence, Jesień w literaturze, Jesienne zdjęcia, Jesień w malarstwie… Poczytałem nieznane teksty, przypomniałem sobie znane słowa piosenek, a wszystko w aurze jesiennych pejzaży, obrazów, zdjęć…Niektóre teksty warto sobie przypomnieć. Dla przykładu fragment tekstu piosenki śpiewanej przez Stare Dobre Małżeństwo:
I
dzie jesień pełna barw
Ma woalkę z mgieł
I z babiego lata tren.
W zamyśleniu przychodzi
Zwiewna jak ognisk dym…
A „Barwy jesieni” Czerwonych Gitar pamiętacie?
Jesienne chmury znów pędzi wiatr.
W dalekie strony w daleki świat
Zielone drzewa, które chroniły nas
W żółte kolory zamienia czas…

   Gdziekolwiek jestem to staram się obserwować zmiany zachodzące w przyrodzie aby zrobić zdjęcia nowym, a zawsze fascynującym mnie zjawiskom. Kolory jesieni już pojawiły się i z różną intensywnością cieszą oko co wrażliwszych, a bacznych obserwatorów przyrody. Dzisiaj, aby nie palnąć głupstwa dokonałem konfrontacji swojej wiedzy na temat jesiennych kolorów ze szkolnym kolegą – biologiem Bartoszem. Potwierdził, że to co ja zapamiętałem ze studiów jest prawdą. Rośliny posiadające wszystkie barwniki jakimi obdarzyła je natura, w okresie lata są pod dominującym wpływem chlorofilu. Z nastaniem chłodów, skróceniem długości dnia świetlnego i jeszcze innymi zmianami warunków, chlorofil przestaje dominować i wtedy pojawiają się te cudne żółcie, czerwienie, beże, brązy, fiolety wywodzące się z pozostałych barwników jak karotenoidy, czy antocyjany w czystej postaci lub jako mieszaniny barw.
Proste, prawda? Nie ma tu żadnych czarów. Tak jak i nie ma nic romantycznego w babim lecie, które jest dziełem pajęczaków i w dodatku wstrętnie lepi się do twarzy, gdy chodzimy po lesie za ostatnimi grzybami szurając butami o liście.

   Lektura wierszy czy tekstów piosenek związanych z jesienią napawa smutkiem. Czy jednak wszyscy piszący, czy tylko śpiewający o jesieni mają łzy w oczach z powodu pożegnania z latem? Przypuszczam, że te smuteczki to nie tyle skutek odchodzenia letniej aury, co efekt rozstań ludzi, którzy przeżyli jakieś letnie przygody z nadzieją na kontynuację, a ta nadzieja  okazała się jeszcze jednym złudzeniem. Konieczność powrotu do żony, czy męża jest przyczyną rozpaczy. Czy mam rację?

  Ja mam jeszcze jedno skojarzenie z jesienią: Dla mnie Jesień, to snujące się dymy z wypalanych liści, czy też badyli ziemniaczanych i chwastów .

Gdy mijam takie miejsca długo jeszcze potem czuję w samochodzie zapach tych dymów, a przy okazji wspominam również zapamiętany z dzieciństwa smak pieczonych w takich ogniskach ziemniaków.

   Nade wszystko jednak jesienne klimaty odnoszę do jesieni mojego życia. Mam świadomość poruszania się od wielu już lat w „smudze cienia”. To taka biologiczna konsekwencja wczesnych narodzin.

Jak długo będę jeszcze cieszyć się urokami kolejnych jesieni, wiosen? Bóg raczy wiedzieć. Dopóki jeszcze tli się płomyk życia śpiewam za kimś tam:

Żegnaj lato na rok, stoi jesień za mgłą,
Czekamy wszyscy tu, .

pamiętaj żeby wrócić znów.

Ćwiczenia Obrony Cywilnej …z kontekstem historycznym

 

 

   Tydzień temu dowiedzieliśmy się w szkole o planowanych w naszym powiecie ćwiczeniach Obrony Cywilnej mających na celu: – Osiąganie gotowości obronnej czasu kryzysu wywołanego wybuchem terrorystycznym. Zaplanowano w nich również coś dla naszej szkoły. To u nas miano wykryć podłożony przez kogoś ładunek wybuchowy, a więc i konieczność ewakuacji ok. 500 uczniów, nauczycieli i pracowników obsługi. Przygotowując uczniów – jak co roku to czynię – do tego zadania akcentowałem potrzebę szybkiego, ale i bezpiecznego zarazem opuszczenia budynków szkolnych w sposób zgodny z przyjętą procedurą i poleceniami nauczycieli.

   Ćwiczenia odbyły się 15 tego września i jak się okazało były bardzo udane. Dzisiaj, 17 tego września na kolejnych lekcjach przysposobienia obronnego omawiałem przebieg ewakuacji akcentując mocne strony ćwiczeń jak i pewne niedociągnięcia, które trzeba będzie usunąć, aby osiągnąć pełną sprawność. To wszystko przecież dla naszego dobra. Trzeba być świadomym zagrożeń, bo : Licho nie śpi, albo śpi licho, jak mawiają dobrze zorientowani.

   Takie umiejętności są ciągle w cenie, bo i zagrożenia są bardzo realne. Przedstawiając młodzieży teoretyczne założenia do przeprowadzonych ćwiczeń wskazałem na realizm nakreślonych – teoretycznych na szczęście zagrożeń. Przeczytałem im jak to pomiędzy dwoma sąsiadującymi krajami Polandią i Ostlandią zaobserwowano narastające przejawy wrogości. Ostlandią dąży do odzyskania pełni wpływów w byłych swoich republikach. Polandią czuje się zagrożona podsycaną przez media Ostlandii wrogością wobec sąsiednich państw. Grozi jej wstrzymanie dostaw ropy naftowej, gazu ziemnego i rudy żelaza. Itd. Itd.

   Pytam uczniów o to, co wiedzą o rocznicy 17 września 1939 r.? Z jakim krajem kojarzy im się Ostlandia? Czy data 15 września może mieć jakiś związek z obchodzoną dzisiaj rocznicą?

   Pisałem niedawno o poziomie wiedzy historycznej wśród uczniów klas pierwszych liceum, czyli w istocie o jakości kształcenia w gimnazjach. Dzisiaj nie zaskoczę nikogo żadną rewelacją. Jednostki jedynie wiedzą coś o treści i znaczeniu obchodzonych właśnie rocznic. Pozostali milczą. Jeden z czytelników moich opowieści skwitował ostatnio ten wątek moich wypowiedzi dość jednoznacznie. Najnowszej historii powinna uczyć nie tylko szkoła ale również rodzina. Dlaczego te tematy nie są treścią rozmów młodzieży z dziadkami, którzy jeszcze pamiętają tamte czasy? Ponieważ podzielam ten pogląd zachęcałem zasłuchanych uczniów zawołaniem ks. Twardowskiego: –Spieszmy się pytać ludzi. Tak szybko odchodzą…

   Wspominam często okres swojej młodości. Tu też posłużę się pewnym doświadczeniem. O tym co stało się 17 września 1939 r dowiedziałem się dopiero gdy zamieszkałem w domu mojej żony, od jej Ojca. On doświadczył tego na własnej skórze, gdyż w grupie kilku młodych ludzi uciekali przed Niemcami, tak jak czyniło to bardzo wielu Polaków, na wschód. Kiedy już dotarli na nasze kresy wschodnie spotkali tam drugiego wroga – sowietów. Opowiadał o chaosie i beznadziei jaka ogarniała ludzi, którzy poczuli, że nie ma dla nich dobrego wyjścia. Postanowili wracać. Niestety, Rosjanie (cywile) zrabowali im rowery skazując ich na przedzieranie się nocami głównie i pieszo w stronę swoich rodzin. Ta opowieść była dla mnie prawdziwą lekcją historii. Tę wiedzę później poszerzałem czytając wszystko co wpadło mi w ręce. Od tamtego czasu miałem wiele życiowych okazji spotkania ludzi posiadających taką jak mój teść wiedzę historyczną. A jak już nawiązałem rozmowę to pytałem, pytałem i chłonąłem wiedzę jaką się ze mną dzielili. Nie ma tu miejsca na szczegóły, ale wspomnę tylko pewną Słowaczkę, obok której siedziałem w czasie lotu z Pragi do Nowego Jorku i od niej dowiedziałem się jak wielki pretensje mieli do nas Czesi i Słowacy za przedwojenne zajęcie przez nas ich Zaolzia i za udział w tłumieniu ich Praskiej Wiosny 1968 r. Od pewnego Żyda, któremu remontowaliśmy mieszkanie w Chicago dowiedziałem się o ich pretensjach wobec Polaków i Polski za przejawy antysemityzmu, za działalność szmalcowników i wreszcie za upaństwowienie ich majątków. Od pewnego Niemca spotkanego w chicagowskim szpitalu – a właściwie od jego żony dowiedziałem się jak bardzo on, z pochodzenia Mazur, mieszkaniec przedwojennych Prus Wschodnich nienawidzi Polski i Polaków. Od pewnego przewodnika – spolonizowanego Ukraińca, w czasie wycieczki po Bieszczadach dowiedziałem się wiele o praktycznym wymiarze Akcji Wisła, w czasie której zaraz po wojnie, przymusowo wysiedlono Ukraińców z terenów Polski południowo – wschodniej i rozproszono ich niemal po całej Polsce. Pokazywał nam ślady po ich domostwach znaczonymi już tylko żółtymi kwiatkami rosnącymi tam nadal w zdziczałym buszu jaki opanował dawne siedliska ludzkie. Mógłbym przedłużać wyliczankę o dalsze takie Kamienie Milowe dla swojej wiedzy historycznej. Na takie Milowe Kamienie nałożyć należy przychodzący później rozwój zainteresowań losem polskich Żydów wyrzuconych z kraju w 1968 r., wysiedlonych przymusowo Niemców, którzy zawsze będą pragnąć powrotu do swoich ziem ojczystych. Moją uwagę przyciągał również los rozrzuconych po Polsce Łemków i Bojków zakładających różne stowarzyszenia pomagające im żyć w Polsce, czy wreszcie los autochtonów z Mazur czy Śląska, których niezmiernie skrzywdzono nie dając im wiary w ich polskość i zmuszając ich do emigracji.

   Podkreślę więc jeszcze raz. Zainteresowanie wątkami pogmatwanej polskiej historii rozbudzili we mnie ludzie, z którymi zetknął mnie los. Dzięki ich życzliwości i otwartości posiadłem wiedzę o jaką trudno zdobyć z książek. Posiadłem wiedzę gdyż pytałem, a później czytałem wszystko co miało związek z poznanymi faktami.

   Z wyżej wymienionych powodów jeszcze raz powtórzę zmodyfikowane zawołanie księdza Twardowskiego;  Kochana Młodzieży

Spieszmy się pytać ludzi zanim odejdą i zabiorą ze sobą bezcenną wiedzę !

 

Minęło bardzo wiele lat od tragicznych wydarzeń wojny. Młodzież nie zna szczegółów z jej przebiegu, a często nawet nie chce o nich słyszeć. Czy świat jest teraz bardziej bezpieczny niż przed wybuchem tej najstraszniejszej z wojen?

Licho nie śpi, albo śpi licho to powiedzenie warto pamiętać w kontekście naszego bezpieczeństwa

Nie chcemy Śledzika w "naszej klasie.pl"

  

 

   Wracam jeszcze raz do poruszonego w ostatnim poście tematu. Wszyscy, którzy poznali mój punkt widzenia oraz przeczytali komentarze dotyczące Śledzika, a przy okazji zaglądają dzisiaj do naszej-klasy.pl mogli przekonać się jak bardzo pomysł z nowym komunikatorem nie spodobał  się klasowiczom. Od rana widać budowę „Frontu odmowy” w wyrażaniu sprzeciwu. Wszyscy (niemal) poprzez zwykłe kopiuj-wklej , zamieszczają wymyślony przez kogoś tekst wyrażający nadzieję, że jak 70 proc. uczestników  wyrazi sprzeciw, to ONI wycofają Śledzika. To są fakty, a z nimi się nie dyskutuje. Mnie poruszyło coś innego.

Nie miałem wcześniej czasu aby o tym napisać więc czynię to teraz.

   W pierwszych dniach działania Śledzika przeczytałem rozpaczliwe wypowiedzi znanej mi dziewczyny, która sądząc po treści wpisów przeżywała dramat porzucenia, czy też zdrady. Liczyła zapewne, że młodzi ludzie korzystający z naszej-klasy jakoś jej pomogą dobrym słowem, czy konkretnym wsparciem. Śledziłem zatem te wpisy oczekując komentarzy. Ja sam skomentowałem, ale o tym później. Moja znajoma zamieszczała m.in. takie wypowiedzi:

 

– Myślałam, że miłość jest piękna do czasu, aż ktoś mnie skrzywdził. Zastanawiałam się co ja zrobiłam, że Bóg mnie tak skarał. Zabrał mi wszystko co dawało mi szczęście…

 

– Nie chcę dorastać, nie chcę wkraczać w świat dorosłych. Skończyłam zaledwie 18 lat, a już mam dość tej całej dorosłości. Dorosłość jest przereklamowana ! Żądam reklamacji !! Ludzie mówią, że można żyć bez miłości – ja z miłości umieram…Ludzie…

 

– Stoję jak figurka na rozstaju dróg, które prowadzą w nieznanym kierunku. Nie wiem jak znaleźć tę właściwą drogę

 

   Przyznacie, że bardzo dramatycznie brzmią te wypowiedzi. To chyba typowe dla nastoletnich zakochań reakcje. Zbyt szybko nazywają miłością to, co bywa zwykłym zauroczeniem. Stąd dramatyczne reakcje.

   Ponieważ na kilka tego typu wpisów pojawił się jedynie komentarz mówiący o nie dobraniu „drugiej połowy jabłka” oraz podpowiedź jakiegoś chłopaka wyrażającą się w słowach: – pier… go! Postanowiłem sam skomentować te wypowiedzi. Prosiłem autorkę, aby nie mieszała w to Boga, a raczej z większą ostrożnością obdarzała zaufaniem kolejne sympatie. Napisałem jej, że miłość jest piękna i warto dla niej żyć, a to co jej się przytrafiło zdarza się prawie wszystkim. Tak się nabywa doświadczenia. Z dwojga złego chyba lepiej, że teraz przeżywa rozstanie, niżby miało to nastąpić po ślubie gdy mogłaby być obarczona dziećmi.

Sprawdzałem później czy ktoś nawiązał do przedstawianych w Śledziku wpisów i moich komentarzy, ale ani autorka, ani nikt inny nie zabrał już głosu w tej sprawie. I to wydaje mi się smutne. Wiemy wszyscy, że – Młodzi wszystko wiedzą, ich rodzice we wszystko wierzą, a starzy we wszystko wątpią.

 

Dlaczego zatem nikt z rówieśników nie zareagował?

 

Sprawdziłem w necie tekst pewnej piosenki, śpiewanej dawno, dawno temu przez zespół Trubadurzy. Tytuł: Cóż wiemy o miłości http://www.ewa.bicom.pl/karaoke/k58.htm

 

Cóż wiemy o miłości mając 16 lat
Nic, albo prawie nic
Nie wiedzieć nic najprościej,
Serce najbielsza z kart
A w oczach tylko ty
Póki wierzymy w prawdę ust
Póki kochamy pytam znów
Cóż wiemy o miłości
Gdy już umyka z rąk
Jeszcze wierzymy w nią

Czas rwie na strzępy ludzki los
Ktoś za kimś poszedł w świat
Komuś się zdaje już nie pierwszy raz
Że nie zwiędnie kwiat
Cóż wiemy o miłości mało i coraz mniej
Im dłużej życie trwa
Bo przecież o miłości jednak najwięcej wiesz
Mając 16 lat

 

Pytam więc jeszcze raz:   dlaczego nikt z rówieśników nie pomógł mojej znajomej ?

 

Śledzik w naszej – klasie.pl

   

   W ostatnim czasie „nasza – klasa.pl” wprowadziła nowy sposób komunikowania się pomiędzy znajomymi zarejestrowanymi na tym portalu. Nazwano go ”Śledzik”- co może mieć związek ze śledzeniem tego, o czym gwarzą sobie znajomi. To najważniejsze chyba dla młodzieży forum społecznościowe (może poza Gadu-Gadu), przynajmniej pod względem czasu spędzanego w necie ma teraz nowe, nieznane wcześniej oblicze. Kiedy tylko wchodzę na swoje konto, aby zobaczyć co mam nowego rzuca mi się w oczy dialog prowadzony pomiędzy moimi znajomymi, którzy zabrali głos w jakiejś sprawie. Odczuwam czasem wstyd z tego powodu, że są i moimi znajomymi. W mowie często przeplatanej bluzgami i wulgarnością pokazują to co w starym polskim przysłowiu dawno powiedziano: Poznać po mowie, co u kogo w głowie. Ja rozumiem ich zaskoczenie faktem, że to co napisali pozostaje utrwalone w ich profilu i pokazuje wszystkim jaki poziom reprezentują.

   Spotkać tam można takie na przykład teksty: O k….wdepnąłem w g…. nazywane śledzikiem. Jak z tego wyjść? Wśród odpowiedzi , pomiędzy różnego rodzaju bełkotem znalazłem i taką: jest w klawiaturze klawisz z napisem POWER. Naciśnij go i będziesz miał spokój. Tę wypowiedź akurat popieram, a jej autora bardzo cenię.

   Nie wiem jaka idea przyświecała twórcom Naszej-klasy, ale widzę w tym pomyśle wartościową próbę walki o kulturę słowa i odpowiedzialność za to co piszemy. Dotychczas było dobrze. Piszący, pozostając  anonimowymi uczestnikami różnych debat pozwalali sobie na wszystko, w tym na bylejakość, wulgarność a nawet na zwykłe chamstwo.

   Teraz słowa przyklejają się do ich autora, a to już nie jest fajne dla amatorów tego rodzaju debaty – bądź co bądź publicznej. Czy ta innowacja coś zmieni? Zobaczymy. Boję się, że ci, którzy połapali się w tym jak działa Śledzik po prostu zamilkną. Ostrożniejsi nie wchodzą do Śledzika.

   Na zdjęciu obok jest czyjaś myśl: człowiek pijany jest nieokrzesany. Dodałbym od siebie . Stan upojenia jedynie wyzwala dzikie instynkty i ujawnia prawdziwe oblicze – „okrzesanie” autora wypowiedzi.

 

Powrót do szkoły

   Koniec wakacji to pora powrotu do pracy. Myśl o powrocie do szkoły towarzyszyła mi przez całe wakacje. Trudno po latach pracy bez urlopów i wakacji całkowicie nastawić się na wypoczynek i nie myśleć o pracy. Chciałbym tak móc wyłączyć się, niczym za przekręceniem jakiegoś przełącznika. Starałem się. Niestety, nie wyszło. Zaprzyjaźniony blog o nazwie Belferblog prowadzony na łamach Polityki, już w sierpniu poddawał pod dyskusję nauczycieli, a chyba nie tylko ich, takie oto tematy:” Nauczyciele szukają pracy”; ”Jakie kursy nas czekają”; „Ostatni tydzień wakacji”. Jak można więc spokojnie zażywać relaksu. Wszystkim chyba czytającym takie teksty udzielała się atmosfera narastającej gorączki. Mnie się udzielała.

   Następnego dnia po powrocie do Polski, wziąłem udział w posiedzeniu rady pedagogicznej jednej ze szkół, a kolejnego dnia w następnej radzie i wtedy wszystko stało się już jasne. Wiedziałem jakich przedmiotów będę uczył w tym roku szkolnym i w jakim wymiarze.

   Przedsmak tego co mnie czeka poczułem w trakcie egzaminu kwalifikacyjnego jaki zorganizowano w przededniu inauguracji nowego roku szkolnego. Przypadło mi w udziale sprawdzić w jakim stopniu opanowały materiał z PO dwie dziewczyny, które w poprzednim roku opuściły bardzo dużo lekcji i musiały zaliczyć ten przedmiot w trybie egzaminu kwalifikacyjnego właśnie. Różne były tego przyczyny, bo jedna została matką i teraz ma 4-miesięczne dziecko, a druga ewidentnie wagarowała. Poziom przygotowania się, a właściwie brak tego przygotowania był bardzo podobny. Konieczne było podanie pomocnej dłoni, aby podsunąć gotową odpowiedź na temat: Zagrożenia czasu wojny. Przyszło mi na myśl podsunąć temat rocznicy wybuchu II Wojny Światowej. Tyle się o tej rocznicy mówiło w mediach, że wydawało mi się najzupełniej pewne, iż każdy musiał to słyszeć, widzieć i doznawać na samo wspomnienie traumy wojennej uczucia „gęsiej skórki”.

Niestety chybiłem. Obydwie dziewczyny nic nie wiedziały ani o dacie wojny, ani o obchodach 70 rocznicy jej wybuchu. Nie znały Putina i funkcji jakie on pełni oraz nie miały pojęcia o czym miał on mówić. Prowokacyjnie już zadane pytanie: – A czy znacie nazwisko Hitler? przyniosło równie szokujące dla mnie odpowiedzi. Jedna z dziewczyn nic nie słyszała o Hitlerze, a druga coś słyszała, ale bez związku z wojną! Dziewczyny oczywiście zdały ten egzamin dzięki temu, że coś jednak wiedziały o innych zagadnieniach. Ja natomiast pozostałem z wielką rozterką. Gdzie my jesteśmy? O co spierają się politycy domagając się od świata prawdy historycznej? Czy młode pokolenie interesuje to, co przeżyli ich przodkowie w czasie wojny, a nam wszystkim w dniach obchodów rocznicy wybuchu II Wojny podnosiło ciśnienie za sprawą mediów i zamieszczanych tam treści?Jak później sprawdziłem w kilku klasach, młodzież słucha głównie radia RMF MAX – niemal sama muzyka, a w telewizji jeśli już coś ogląda, to broń Boże programów informacyjnych, czy publicystyki.  Nadeszła wreszcie i ta symboliczna data 1 września. Zostawiam wojnę, a pragnę zaakcentować to co się działo w szkole.

   Inauguracja roku szkolnego rozpoczyna się zwykle Mszą Świętą. To już niemal rytualny scenariusz wszelkich uroczystości świętowanych w Polsce od wielu już lat. Szkoła ma tu szczególne miejsce, bo od dawna mamy w szkole przedmiot „Religia”. Rozpoczynanie roku szkolnego od modlitwy jest więc tak oczywiste jak „najoczywistsza oczywistość” – jak mawia pewien polityk. Idę do kościoła. Co widzę? Kościół mogący pomieścić około 2 tysięcy wiernych jest niemal pusty . Widać trochę nauczycieli, trochę rodziców z pierwszoklasistami i dzieci z podstawówki. No i  może troszkę z gimnazjum. Gdzie jest reszta?

   Ksiądz kończy mszę słowami:   – Umocnieni modlitwą możemy spokojnie stawić czoła wszelkim szkolnym trudnościom…Do kogo on to mówi?

   To jedynie dwa obrazki zaobserwowane w pierwszych dniach nowego roku szkolnego na jakie chciałem zwrócić uwagę.

Czy tylko mnie bulwersuje szkolna rzeczywistość?

 

  

Lot

  

   Pożegnania. Któż nie zna słonego smaku łez i mokrych policzków żegnających się ludzi? Wiemy już jak sami reagujemy na pożegnania i jak reagują nasi bliscy. Przyglądamy się też jak robią to inni. Ja sam pamiętam scenę z lotniska w Warszawie gdzie żegnał się z matką młody – Hindus chyba, który co rusz dotykał jej butów i przykładał swoją dłoń z tym kurzem do swojego serca. Nie rozumiałem tej sceny, ale ją pamiętam mimo, że upłynęło już kilkanaście lat. Może dlatego, że lotnisko jest dobrym miejscem do obserwacji siebie i innych. Tam ludzie żegnają się nie tylko na czas podróży, wyprawy, ale może i nawet na zawsze? Samoloty czasem – na szczęście niezwykle rzadko –nie dolatują do celu, a bywa też, że małżonkowie nie wracają już do swojej drugiej połowy znajdując w nowym miejscu, nowe rozwiązania. Z tego też względu, miejscem gdzie rozstania przeżywa się w sposób szczególnie intensywny jest teren tuż przed lotniskową granicą państwa. Tuż przed stanowiskami odprawy paszportowej.

   Tak było i z nami. Pożegnaliśmy się z Małgosią i ustawiliśmy się w kolejce przed oficerem służby granicznej, mającym wygląd Indianina. Pierwsza poszła Ela – bo zwyczajowo kobietę puszcza się przodem, a kobietę mówiącą po angielsku tym bardziej. Oficer przyglądał się zdjęciu w paszporcie a następnie kierował przenikliwe spojrzenie na twarz Eli. Ten sam gest powtarzał się trzy razy. Już zaczynałem się niepokoić, przewidując jakieś kłopoty. Później dopiero zrozumiałem, że mógł mieć poważne powody do podejrzeń, bo zdjęcie w paszporcie pochodzące sprzed 10 lat dość znacznie różniło się od dzisiejszego wyglądu, również z powodu noszonych obecnie okularów. Poza tym ukrywanie zapłakanych oczu potęgowało podejrzenia. Podpisał jednak wreszcie i sięgnął po moje dokumenty, aby już bez zwłoki podpisać zgodę na przekroczenie granicy. Znaleźliśmy się już w obszarze eksterytorialnym. Pokiwaliśmy Małgosi oczekującej za barierką i przeszliśmy do stanowisk gdzie prześwietlono nasz podręczny bagaż i nas samych – ciągle jeszcze bez butów i paska ze spodni, co uważam ma uzasadnione, ale i poniżające w jakimś stopniu pasażerów. Cóż robić? Strach przed terroryzmem robi swoje. Teraz już bez przeszkód przeszliśmy długim pasażem do miejsca, gdzie podstawiono samolot do Zurychu. Po drodze zatrzymałem się dwukrotnie przed rzeźbami Jerzego Kanara, którego dzieła, po wizycie w jego pracowni rzeźbiarskiej udaje mi się już rozpoznawać. Samolot, który na nas oczekiwał był taki sam jak ten, którym przylecieliśmy do Chicago. Lepsze było jednak jego wyposażenie w sprzęt elektroniczny, ułatwiający pasażerom dość długą podróż. Mam tu na myśli wyposażenie każdego fotela w ekraniki telewizji pokładowej i gniazda umożliwiające podłączenie laptopów. Wkrótce niemal wszyscy korzystali z różnego sprzętu lub z oferty programowej Swiss Air. Ja też zadowoliłem się tym co oferowali, rezygnując z włączania sprzętu jaki wieźliśmy ze sobą. Obserwowałem przebieg i parametry lotu na przemian z oglądaniem filmów i słuchaniem muzyki. Trochę też czytałem i uzupełniałem notatki . Po wejściu w strefę nocy personel zadbał o nasz wypoczynek zasłaniając okna, przez które i tak nie było nic widać. Nad Atlantykiem wpadliśmy w strefę silnych wiatrów co zaowocowało turbulencjami odczuwanymi jak jazda wozem o żelaznych kołach po bruku. Gdy wyjrzałem przez okno, ze zdziwieniem zauważyłem gwiazdozbiór Dużego Wozu, który bardzo dobrze widoczny jakoś dziwnie znajdował się na poziomie okien lecącego na wysokości 10 – 11 km nad poziomem morza samolotu. – Przecież obserwując niebo z ziemi widzimy go tuż powyżej horyzontu. Muszę zapytać o to kogoś, kto na tym się zna – pomyślałem.

   Nie wiem dlaczego, ale gdy samolot osiągnął wreszcie terytorium Europy, co stało się na wysokości Kanału La Manche poczułem się bardziej bezpiecznie. Woda budzi jednak we mnie większy niepokój szczególnie po katastrofie ostatniego airbusa. Nic się na szczęście nie stało. Lot nad zachmurzoną Francją chwilami tylko odsłaniał uroki tej krainy. Siedząc zawsze, kiedy tylko można przy oknie wykorzystuję chętnie sposobność, aby popatrzeć na świat z góry i zrobić zdjęcia.

   Lądowanie w Zurychu i przemieszczanie się w obrębie dużego portu lotniczego to już niemal rutyna. Kolejny samolot do Warszawy odbyliśmy już zupełnie inną maszyną. Proste wyposażenie i znacznie węższy kadłub pozwalał na obserwację współpasażerów. Mnie zaintrygowało siedzących opodal dwóch panów w dużych kapeluszach, w których oczami wyobraźni domyślałem się sędziwego ojca z długą siwą brodą podróżującego pod opieką mocno zbudowanego syna. Imponowała mi troska syna o dobre samopoczucie mającego wyraźne trudności z chodzeniem ojca. W czasie gdy podano posiłek zauważyłem, że ci panowie mają pod kapeluszami jeszcze jedno nakrycie głowy. W zachowaniu sędziwego pana widoczne było jakieś dostojeństwo i charyzma. Pomyślałem, że to musi być ktoś ważny, a ja nigdy nie dowiem się kim on jest. Na lotnisku pojechał po tych panów mikrobus ze specjalnym podnośnikiem. Widocznie zejście po schodach na płytę lotniska było ponad możliwości naszego współpasażera. Spotkałem ich jeszcze raz, już w hollu dworca, gdy do wiezionego w wózku pchanym przez syna staruszka podbiegł, wyraźnie na niego czekający pan w czarnym płaszczu i z dobrze utrzymanymi, długimi pejsami. Szedł, cały w ukłonach obok wózka i cały czas coś mówił do ucha starszego pana. To był chyba jednak ważny pasażer.

   Odprawa w Warszawie zaskoczyła mnie całkowicie tym, że …zupełnie z niej zrezygnowano. Odbieramy bagaże z taśmociągów i wychodzimy przez zieloną bramkę na poczekalnię hali przylotów. – Mieszkamy w Europie, pomyślałem z uznaniem o tych, którzy nas do niej wprowadzili. Gdy przypomnę sobie, że jeszcze przed dwoma miesiącami w Chicago ponownie robiono mi zdjęcia i skanowano odciski palców, a bagaże sprawdzane przecież przy wsiadaniu do samolotu w Zurychu ponownie mi prześwietlano gubiąc gdzieś przy okazji jedną z walizek, odczułem radość z faktu, że jestem u siebie.

   Czekając na naszego Piotrusia, który po pracy miał nas zabrać z lotniska i dowieść do domu, powiadomiliśmy telefonicznie Małgosię w Chicago i Anię w Bogorii o naszym szczęśliwym przylocie, a czekając obserwowaliśmy powitania innych ludzi, którzy przychodzili z kwiatami lub bez i z większym lub mniejszym wzruszeniem witali się z ludźmi przylatującymi kolejnymi samolotami.

   My na swoje powitania musieliśmy czekać aż do wieczora, gdyż wyjazd z zakorkowanej Warszawy i 200 km trasa zajęły nam parę godzin. Gdy pod wieczór dobrnęliśmy do domu czekała na nas z wystaw
nym obiadem uradowana Ania i przecudna, śmiejąca się do wszystkich Marysia. Podrosła znacznie przez te dwa miesiące i nauczyła się wielu ważnych umiejętności. Za parę dni stanie się jednoroczną jubilatką a to zobowiązuje, prawda?