W trzy godziny z Hawajów do Wenecji

   Nawiązując do klimatu poprzedniej opowieści chciałbym dopowiedzieć, że wyjazd z Bass Lake nie był jednak końcem naszych fascynacji. Opuściliśmy gościnny dom pani Betty tuż przed przybyciem spóźnionego z nieznanych mi przyczyn, mistrza ceremonii tej hawajskiej zabawy. Miał on uczyć nas hawajskich rytmów i zbiorowego pląsania, aby w końcu przeprowadzić konkursy na mistrza poszczególnych tańców. To nas niestety ominęło. Spieszyliśmy się z wyjazdem, aby zdążyć na finał Nocy weneckiej organizowanej w tym dniu nad jeziorem Michigan w Chicago.

   Podróż w kierunku zachodzącego słońca sama w sobie była wielką przyjemnością. Tak pięknie zachodziło słońce tego dnia. Co chwilę robiłem zza okien samochodu zdjęcia co ciekawszych elementów krajobrazu w barwach godnych uwiecznienia. Do Chicago wjechaliśmy tuż przed zmrokiem. Kto zna to miasto, ten wie jak piękna jest trasa biegnąca wzdłuż ulicy Lake Shore Drive nad samym brzegiem jeziora. Po lewej stronie widać zachwycającą właśnie wieczorną feerią świateł panoramę Down Town ze słynnymi wieżowcami, a po prawej parki, skwery, trasy rowerowe i spacerowe a w tle wielkie jak morze jezioro.

   Noc wenecka organizowana jest jako wielka atrakcja turystyczna w poszczególnych miastach leżących nad wielkimi jeziorami. W Chicago ta noc przypadła na 25 lipca. W gęstniejącym mroku mogliśmy dostrzec jeszcze całe mrowie łodzi, żaglówek i różnej wielkości jachtów pięknie oświetlonych lampionami. Gromadziły się one w ciągu dnia wzdłuż wybrzeża, aby wieczorem w paradnym szyku cieszyć oczy zgromadzonych tłumnie ludzi. Małgosia usiłowała ustawić swój samochód w najbardziej dogodnym do oglądania tego, co miało nastąpić, miejscu. Jak się okazało nie ona jedna myślała w ten sposób. Policja zablokowała jednak te miejsca i kierowała amatorów dobrych widoków na dość odległe parkingi. Nie było wyjścia. Zawróciliśmy na trasę biegnącą wzdłuż jeziora wykonując zgrabne koło. Jak się okazało ten manewr okazał się dla nas bardzo szczęśliwy, gdyż powróciliśmy na trasę akurat w chwili, gdy rozpoczęła się prawdziwa kanonada sztucznych ogni. Marzyło mi się kiedyś obejrzenie takiego pokazu w centrum Chicago, a więc doczekałem się spełnienia tego marzenia. Przez kilkanaście minut jechaliśmy tak wolno, jak tylko pozwolili na to inni obserwatorzy pokazu jadący w samochodach obok nas i światła drogowe. Staraliśmy się nie uronić niczego, co przygotowano dla oczu i dla uszu turystów, gdyż pokazowi towarzyszyła stosowna muzyka rozlegająca się z gęsto rozmieszczonych wzdłuż trasy głośników. Przez otwarte okna nagrywałem aparatem fotograficznym to wspaniałe widowisko. Trudno opisać słowami urodę tego pokazu i najlepiej byłoby pokazać filmiki, jakie zrobiłem, ale nie jest to niestety możliwe ze względu na rozmiary i jakość zdjęć. Samochód w ruchu nie jest najlepszym miejscem robienia filmów z tzw. wolnej ręki. Musicie zatem uwierzyć mi na słowo, że było to piękne widowisko. Imponowała też liczba ludzi zgromadzonych na trasie i głośno reagujących na kolejne, kolorowe rozbłyski. Nasz przejazd był świetnie skorelowany z pokazem, gdyż w miarę mijania centrum salwy sztucznych ogni stawały się coraz rzadsze, aż wreszcie zwyczajna, codzienna ciemność zapanowała nad miastem.

   Teraz dopiero mamy kompletne wrażenia z weekendowego wypadu za miasto. To, co mnie spotkało mogło się wydarzyć tylko w Ameryce. Tylko tu w ciągu trzech godzin mogliśmy się przemieścić z Hawajów do Wenecji i przeżyć to, co opisuję.