Dzień wyjazdu

   „Co ma wisieć, nie utonie”. Znając to polskie przysłowie przewidywaliśmy wszyscy, że nadejdzie ostatni dzień pobytu w Chicago. Cały ciężar pakowania i „zacierania śladów” – jak nazwałem próby „pozostawienia swojego pokoju w takim stanie, w jakim chcielibyśmy go zastać” wzięła na siebie żona. To PRL-owskie hasło BHP było jak widać dobrze pomyślane skoro nadal pcha się pod pióro w takich przypadkach. Ja usiłowałem zakończyć rozpoczęte dzieła „handy-mana” – u nas zwanego majsterklepką.

   Poprzedniego dnia uzyskałem zgodę na przycięcie nadmiernie wybujałego krzewu dzikiej róży, który znalazł sobie miejsce w żywopłocie . Tak się rozpędził w swoich staraniach, że zupełnie zdominował ten obszar zieleni i jego długaśne pędy spokojnie pięły się po gałęziach rosnącego w pobliżu srebrnego świerka. To już był istny busz. Kiedy tylko spojrzałem na niego z okna kuchni myślałem: -albo ja, albo zarośnie wszystko tą różą. Znając Małgosię od tej słabej – jak na ogrodnika – strony, pozwalającej rosnąć wszystkiemu co żyje tak jak sobie chce, wziąłem na siebie tę brudną robotę polegającą na wykarczowaniu nadmiarów. Przed nocą zdążyłem jedynie obciąć zbędne pędy. Resztę pracy musiałem wykonać rano. Zanim wstaną chłopcy. Ciąłem więc kolczaste pędy na krótkie kawałki i upychałem je do papierowego worka przeznaczonego na odpady roślinne, z których robią kompost. Ta wspaniała robota, po której długo jeszcze miałem ślady na rękach zajęła mi jednak sporo czasu. Zanim mnie wezwano zdołałem jeszcze pociąć na plasterki (na ozdoby) gałęzie krzewu, którego drewno dawało obiecujące kontrasty barwne oraz ostatecznie przeszlifować ramę przywiezionego z Polski lustra, w którym przeglądało się kilka pokoleń antenatów i… tyle zdążyłem zrobić.

   Potrzebą chwili stało się zapewnienie opieki chłopcom na czas wyjazdu ich mamy po ostatnie zakupy. Udało mi się wyprowadzić ich z domu i zachęcić do wspólnej zabawy w piaskownicy. Przesiewaliśmy piasek oczyszczając go z liści wierzby osłaniającej ten teren. To znaczy – ja przesiewałem, a chłopcy wywozili ciężarówkami w odpowiednie miejsce. Po powrocie Małgosi pojechaliśmy wszyscy do szkoły gdzie Artur rozpoczynał następnego dnia naukę.

   Szkoła im. J.F.Kennedy`ego to właściwie zespół szkół od przedszkola, które Tunio ukończył w czerwcu poprzez Kindrergarten, do którego będzie chodził teraz, po szkołę podstawową – to pieśń przyszłości. Solidaryzując się z Tuniem i jego szkołą wszyscy włożyliśmy na siebie takie same koszulki Tshort, z nadrukiem określającym nas jako członków klubu wspierającego tę szkołę. Dzięki temu pozytywnie wyróżnialiśmy się w wieloetnicznym tłumie ludzi przybyłych w takich samych jak nasze celach. Spacerowaliśmy po szkole oglądając wszystkie sale, ze stołówką i salą gimnastyczną włącznie. Najdłużej przebywaliśmy w sali, gdzie nauki będzie pobierał nasz wnuk . Poznaliśmy panią Lang, nową nauczycielkę Tunia, a on sam odnalazł na wieszaku swoją przewieszkę – identyfikator oraz przeznaczone dla niego miejsce przy okrągłym stole. Wszelkie poczynania Tunia, jak spotkania z byłą i obecną panią, z innymi nauczycielkami oraz uroczą panią dyrektor zostały obfotografowanie tak przez jego mamę jak i przez nas – dziadków. Będzie miła pamiątka.

   Po tej pouczającej dla nas wszystkich wizycie wybraliśmy się do parku na ostatnią zwyczajowo już realizowaną przed wyjazdem sesję zdjęciową. Też ku pamięci. Ponieważ z jakiegoś powodu wjazdy do parku były zamknięte Małgosia zaparkowała samochód w miejscu gdzie odbywają się treningi i zawody modeli latających. Był tam duży trawnik, na przedłużeniu którego, aż po granicę lasu pozostawiono skoszoną i wysuszoną już trawę. Pachniało swojsko świeżym sianem. Dla nas to ciągle żywe wspomnienie, a dla chłopców nowe doświadczenie. Nic więc dziwnego, że zapanowała atmosfera wspaniałej zabawy. Chłopcy biegali i obrzucali się sianem. My próbowaliśmy ich gonić . Małgosia robiła filmy i zdjęcia aż po wyczerpanie się baterii, śmiejąc się przy tym serdecznie. Uzyskałem tam na łące, od Tunia zgodę na podstrzyżenie mu przydługich już włosów. Było to dla mnie symbolem akceptacji, bowiem wcześniej nie chciał nawet o tym słyszeć. Pomyślałem, że miałoby to rangę symbolu. Postrzyżyny jako symbol inicjacji – szkolnej tym razem. To nic, że on nie jest księciem Ziemowitem, ale jest prawnukiem Ziemowita. Niestety, nie udało się tego zrealizować. Zbyt późno dostałem to przyzwolenie.

   Już tylko godziny dzieliły nas od odlotu. Mariusz akurat nadjechał z pracy i mógł zająć się chłopcami, a my ze ściśniętymi gardłami spożyliśmy posiłek, pożegnaliśmy się i w drogę na pobliskie lotnisko O`Hare.

   Odprawa bagażowa przebiegła sprawnie. Przy okazji przekonaliśmy się jaka jest potęga Internetu. Bilety zamówione i opłacone przez Internet funkcjonują w systemie, więc tylko wpisanie nazwiska i… wszystko jasne.  Szybko, sprawnie i z uśmiechem pana z linii lotniczych Swiss Air pozbyliśmy się bagażu i poszliśmy do restauracji gdzie udało się nam zająć ten sam stolik, przy którym żegnaliśmy się już wielokrotnie. Czteroosobowy stolik jakby czekał na nas mimo, że salę wypełniał tłum ludzi wszelkich ras i kultur.

   Od Rosjan podobno pochodzi zwyczaj pożegnań, poprzedzonych słynnym „ pasiedim pażałsta” My też przy wszystkich pożegnaniach zawsze spędzaliśmy jakiś czas na taki posiedzeniu sobie, aby pogadać, pomyśleć lub napisać do siebie list – taki od serca, który otwieraliśmy dopiero po rozstaniu. Tym razem Małgosia udzieliła nam ostatniej instrukcji użytkowania zakupionego sprzętu elektronicznego, a później w przyniesionym specjalnie na tę okazję zeszycie odrysowała nasze dłonie prosząc, aby na tych rysunkach napisać słowa – klucze , jakieś dewizy życiowe czy myśli uznawane za najważniejsze. Ja wiem co napisałem i co napisała moja żona, ale nie wiem co napisała na rysunku swojej dłoni Małgosia. Może kiedyś się dowiem?

   Gdy nadeszła pora właściwego pożegnania, ja próbowałem
żartować i odsuwać na dalszy plan to, co ciśnie się na usta w takich sytuacjach. Mimo to moje Panie płakały i uspokajały się wzajemnie. Aby nie przedłużać tej chwili pierwszy ruszyłem w kierunku odprawy paszportowej.

 

Koniec wakacji

   Ostatnie już dni pobytu w Chicago mijają szybko. Kończą się wakacje. Jedne z najpiękniejszych w moim życiu. Najważniejsza ich część to sfera rodzinna. To ponowne poznawanie się z wnukami, oswajanie się z ich reakcjami na nas i próba cierpliwego znoszenia ich wybryków. Wizyta (proszę nie mylić z wizytacją) u dzieci to również poznawanie ich w działaniu. Tym, na niwie zawodowej, towarzyskiej i przede wszystkim rodzinnej. O ich relacjach z dziećmi najlepiej świadczy scena powitania rodziców po powrocie z pracy. Gdy któreś z nich wracało  z pracy – zwłaszcza dotyczy to taty – pryskały jak bańka mydlana wszystkie z trudem wypracowane pozytywne relacje jakie w ciągu dnia, gdy byli pod naszą opieką, zdołaliśmy z nimi nawiązać. – Tato, Tato!!! rozbrzmiewał gromki okrzyk, chłopcy porzucali wszystko i biegli na ich spotkanie. Rodzice przytulają, wypytują o sprawy dnia i dalej już przestaje się liczyć ktokolwiek. Niepotrzebni mogą odejść. Liczą się tylko rodzice. Oni wszystko zrozumieją i nawet nie okażą zdenerwowania na kolejne nawet najbardziej dzikie wyczyny chłopców.  Chłopcy ostro rywalizują ze sobą, a to prowadzi do sporów, często kończących się płaczem. Konflikty jednak szybko ustępują bez interwencji z zewnątrz, bo oni nie mogą żyć bez siebie. Zawsze trapiło nas pytanie. – Jak układać relacje pomiędzy pięciolatkiem i niespełna trzylatkiem, aby panowała zgoda pomiędzy nimi? Zmuszać starszego, aby ustąpił młodszemu? Czy może karcić młodszego za to, że chce tego samego co starszy brat? A może pozostawić te sprawy samoistnemu rozwiązaniu, bacząc jedynie aby nie zrobili sobie krzywdy? Ja wiem, że są to niby proste pytania, ale każdy kto znalazł się pomiędzy takimi chłopcami wie, że nie jest to wcale łatwe. Wiele obserwacji na temat wychowania dzieci przekazaliśmy ich rodzicom, ale wiele przemyśleń zabieramy ze sobą. Mamy świadomość, że nie wolno ingerować w tę niezwykle delikatną sferę życia naszych dzieci. Oni są rodziną, a my gośćmi.

   W sferze towarzyskiej też spotkało nas wiele interesujących zdarzeń. Zaliczam do nich spotkania ze znajomymi Małgosi, niezwykle interesującymi ludźmi świata kultury i sztuki, odwiedzającymi Muzeum Polskie jako goście lub w nim pracującymi. Takie były również spotkania w kręgu najbliższych znajomych i przyjaciół naszych dzieci, z którymi prowadziliśmy „długie Polaków rozmowy”, o ich doświadczeniach zebranych tu w Ameryce. Tych z pierwszych lat pobytu i obecnych, czasem gorzkich z powodu kryzysu ekonomicznego, który dotyka niemal wszystkich. Dzięki temu mogłem porównywać swoje doświadczenia sprzed 25 lat i lepiej zrozumieć rzeczywistość panującą tu w Chicago i u nas w Polsce. Będę oczywiście wracał do niektórych wątków z tych spotkań i rozmów w swoich, kolejnych opowieściach.

   Wreszcie sfera – powiedziałbym turystyczno – poznawcza. Tu doświadczyliśmy z żoną ogromnego wzbogacenia doznań i doświadczeń. Przejechaliśmy z Małgosią wiele mil w drodze do miejsc, które chciała nam pokazać. Nawet drogą z pracy, czy z kościoła wybierana była tak, aby zobaczyć jeszcze inny kawałek miasta. A że było co oglądać najlepiej świadczy zrobienie przez nas z Małgosią kilku tysięcy zdjęć. Jest na nich uroda miejsc, które oglądaliśmy i jesteśmy my wszyscy wraz ze znajomymi, z którymi lub u których przeżywaliśmy chwile godne utrwalenia. Są na nich wreszcie i nasze wnuki, które już często miały dość fotografowania nie rozumiejąc naszej potrzeby udokumentowania tego właśnie okresu ich wzrostu i rozwoju.

   Kończy się okres naszego pobytu u dzieci w Chicago. Wszyscy mając świadomość przemijania czasu i zdarzeń wiedzieliśmy, że i ten długi nasz urlop kiedyś się skończy. Teraz właśnie dobiegamy do owej granicy. Niemal wszyscy w rodzinie mamy plany szkolne. Ja za parę dni wracam do szkoły. Mój starszy wnuk Artur rozpoczyna naukę w nowej szkole zwanej tu Kinder Garden (i nikt tu nie ma obaw o to, że 5-cio latkowi odbiera się dzieciństwo). Małgosia rozpoczyna dalsze etapy doskonalenie się w zawodzie bibliotekarza. Mnóstwo spraw i zapętleń zwala się na głowy każdego z nas. Trzeba będzie sobie z tym poradzć. Nie mam jednak obaw co do tego, że damy radę. Naładowaliśmy akumulatory nową energią i mamy zapas sił do realizacji nowych wyzwań i obowiązków.

   Wyjeżdżamy. Pora pożegnań w czasie osobistych spotkań dobiega końca, a ponieważ są osoby, z którymi już się nie spotkamy chciałem tą drogą podziękować im za życzliwość i serdeczność jaką nas obdarzyli. My zabieramy ze sobą najlepsze wspomnienia, które będą wypełniać czas pozostający do następnego spotkania. Podziwiamy więzi jakie stworzyliście w gronie bliskich znajomych i przyjaciół  więc mamy pewność, że nasze dzieci i wnuki nadal będą odczuwać Wasze wsparcie i je odwzajemniać .

Wszystkiego co najlepsze życzę

„….wspominać będę lato…”

Małgosiu, nie stawiaj pytań o to: – co ja zrobię bez was? My jesteśmy nadal tak blisko jak tylko można – tyle, że po drugiej stronie ekranu. Możemy nawet codziennie rozmawiać na Skyp`e, a jak trzeba nie wyłączać go wcale.

Ja, wolontariusz MPA

   Pozwólcie, że dzisiaj powrócę do poruszanego już na tym blogu tematu jakim jest bezinteresowna praca dla innych w ramach wolontariatu. Okazuje się, że w dobie wyścigu za pieniędzmi i zajmowaniem się tylko tym co przynosi korzyść, można jednak spotkać spore obszary odmiennego traktowania przez ludzi swojego czasu i wysiłku. Czytaj dalej

Dom jeszcze inaczej

   Ostatnia opowieść nie wyczerpała tematu, ani nie dostarczyła odpowiedzi na wiele z postawionych pytań. Nie wiem dlaczego, ale przez kilka dni od umieszczenia jej na blogu nawet nie drgnął licznik określający liczbę czytelników zaglądających na moją stronę. Gdyby nie kilka komentarzy pod ostatnim postem, to nie miałbym żadnego potwierdzenia, że ktoś do mnie zaglądał i czytał to co piszę. Bliscy, z którymi o tym rozmawiałem, pocieszają mnie zapewnieniem, że to sprawa wakacji. Ludzie są poza domami i mają wiele ciekawszych sposobów spędzania wolnego czasu niż przeznaczanie go na czytanie moich opowieści. Cóż robić. Nie chciała przyjść góra do Mahometa, to Mahomet musi pójść do góry – jak powiada przysłowie.

Czytaj dalej

Dom wieloznaczny

   Pisałem już kiedyś o domu. Akcentując materialny i duchowy wymiar tego pojęcia stawiałem nie łatwe pytania: – Czym jest dla mnie dom? Czy tylko przestrzenią ograniczoną ścianami? Lepiej lub gorzej urządzonym i wyposażonym miejscem do życia? Czy może obok tego wszystkiego jest dla mnie lekiem na każde zło? Miejscem, do którego chętnie wracamy po pracy? A może miejscem przeklętym, skąd chcielibyśmy się czym prędzej wyrwać, gdyż nikt nas tam nie kocha, nie rozumie, a może nawet prześladuje i krzywdzi ? A może miejscem skąd odeszli nasi najbliżsi pozostawiając nas pogrążonych  w bólu i samotności?

   Dom, to również wyznacznik prestiżu. W takim domu się mieszka, ale bez jakichś związków uczuciowych. Łatwo się go sprzedaje, bo to tylko rzecz, lokata pieniędzy, inwestycja. Dom nie ma przecież duszy. Co z tego, że w tym domu przeżyliśmy wszystko co się liczy w życiu?

   Pytania, które cytuję powróciły do mnie teraz, gdy dużo podróżujemy po Ameryce. Oglądając z okien samochodu, a także w czasie spacerów piękne domostwa jak i zwyczajne klockowate, parterowe domy zawsze zastanawiam się kto w nich mieszka. Nie łatwo to ocenić, gdyż na ogół trudno dostrzec kogoś w ich otoczeniu. Ludzie tu mało spacerują. Otoczenie domów też wiele mówi o ich właścicielach. Obok standardowego zagospodarowania działki – trawnik, parę iglaków starannie utrzymanych i przyciętych -spotyka się również gorzej utrzymane, wypalone słońcem ale i takie , że aż dech zapiera. Przystajemy wtedy i robimy zdjęcia, aby utrwalić ich piękno dla siebie i znajomych dla ewentualnego wykorzystania w swoich domach.

   Na tle przeciętnego wyglądu zadbanych domów i ulic z nich utworzonych spotykane od czasu do czasu zaniedbane i opuszczone domostwa przedstawiają bardzo smutny obraz. Szczególnie negatywne doznania odczuwaliśmy w podmiejskim Benesville, gdzie władze miasta Chicago wykupiły już od większości właścicieli  ich domy, pod planowaną rozbudowę lotniska O`Hare. Mnóstwo domów, a nawet całe ulice często zupełnie nowych i pięknych kiedyś domostw obracają się teraz w ruinę. Na frontowej szybie widnieje widoczny z daleka dokument potwierdzającej prawo własności i ostrzeżenie o zakazie dokonywania jakichkolwiek zmian. Domy i garaże wracają w objęcia natury kryjąc się za buszem zaniedbanych już teraz krzewów i chwastów, które zdominowały roślinność nie koszonych trawników i radzą sobie nawet na podjazdach do garaży i chodnikach. Poprosiłem kiedyś Małgosię, aby wjechała w ten fragment umarłego miasta i w milczeniu oglądaliśmy to co tam można zastać. Zrobiłem kilkanaście zdjęć, aby obok je zaprezentować. Tu też stawialiśmy sobie pytania. Jak ludzie tam mieszkający znieśli ten wyrok wydany na ich domy? Czy odszkodowania  uspokoiły ich smutki? A co z ludźmi, którzy czekają na wykupienie i chodzą czy przejeżdżają codziennie obok tych pustych domów? A może zadowoleni z planów rozwojowych jednego z największych lotnisk świata uzyskali tak dużo pieniędzy, że poprawili swój byt? Któż to wie? Przy tegorocznym załamaniu się rynku nieruchomości w USA i ogromnym spadku cen mogło się i tak zdarzyć, prawda?

   A co z pytaniami postawionymi na wstępie?

   Alicja Majewska śpiewa w jednej ze swoich pięknych piosenek:

 

To nie sztuka wybudować nowy dom,

Sztuka sprawić by miał w sobie duszę…

  

   Odwiedzając z Małgosią i jej rodziną domy jej znajomych i przyjaciół coraz bardziej jestem przekonany o głębokim sensie tych słów. Przecież nie dom stanowi o uczuciach jakie w nas wzbudza, ale ludzie, z którymi w nim wspólnie mieszkamy, Prawda?

 

PS.

Wszystkim osobom, które udzieliły nam gościny pragnę tą drogą serdecznie za to przyjęcie podziękować

W trzy godziny z Hawajów do Wenecji

   Nawiązując do klimatu poprzedniej opowieści chciałbym dopowiedzieć, że wyjazd z Bass Lake nie był jednak końcem naszych fascynacji. Opuściliśmy gościnny dom pani Betty tuż przed przybyciem spóźnionego z nieznanych mi przyczyn, mistrza ceremonii tej hawajskiej zabawy. Miał on uczyć nas hawajskich rytmów i zbiorowego pląsania, aby w końcu przeprowadzić konkursy na mistrza poszczególnych tańców. To nas niestety ominęło. Spieszyliśmy się z wyjazdem, aby zdążyć na finał Nocy weneckiej organizowanej w tym dniu nad jeziorem Michigan w Chicago.

   Podróż w kierunku zachodzącego słońca sama w sobie była wielką przyjemnością. Tak pięknie zachodziło słońce tego dnia. Co chwilę robiłem zza okien samochodu zdjęcia co ciekawszych elementów krajobrazu w barwach godnych uwiecznienia. Do Chicago wjechaliśmy tuż przed zmrokiem. Kto zna to miasto, ten wie jak piękna jest trasa biegnąca wzdłuż ulicy Lake Shore Drive nad samym brzegiem jeziora. Po lewej stronie widać zachwycającą właśnie wieczorną feerią świateł panoramę Down Town ze słynnymi wieżowcami, a po prawej parki, skwery, trasy rowerowe i spacerowe a w tle wielkie jak morze jezioro.

   Noc wenecka organizowana jest jako wielka atrakcja turystyczna w poszczególnych miastach leżących nad wielkimi jeziorami. W Chicago ta noc przypadła na 25 lipca. W gęstniejącym mroku mogliśmy dostrzec jeszcze całe mrowie łodzi, żaglówek i różnej wielkości jachtów pięknie oświetlonych lampionami. Gromadziły się one w ciągu dnia wzdłuż wybrzeża, aby wieczorem w paradnym szyku cieszyć oczy zgromadzonych tłumnie ludzi. Małgosia usiłowała ustawić swój samochód w najbardziej dogodnym do oglądania tego, co miało nastąpić, miejscu. Jak się okazało nie ona jedna myślała w ten sposób. Policja zablokowała jednak te miejsca i kierowała amatorów dobrych widoków na dość odległe parkingi. Nie było wyjścia. Zawróciliśmy na trasę biegnącą wzdłuż jeziora wykonując zgrabne koło. Jak się okazało ten manewr okazał się dla nas bardzo szczęśliwy, gdyż powróciliśmy na trasę akurat w chwili, gdy rozpoczęła się prawdziwa kanonada sztucznych ogni. Marzyło mi się kiedyś obejrzenie takiego pokazu w centrum Chicago, a więc doczekałem się spełnienia tego marzenia. Przez kilkanaście minut jechaliśmy tak wolno, jak tylko pozwolili na to inni obserwatorzy pokazu jadący w samochodach obok nas i światła drogowe. Staraliśmy się nie uronić niczego, co przygotowano dla oczu i dla uszu turystów, gdyż pokazowi towarzyszyła stosowna muzyka rozlegająca się z gęsto rozmieszczonych wzdłuż trasy głośników. Przez otwarte okna nagrywałem aparatem fotograficznym to wspaniałe widowisko. Trudno opisać słowami urodę tego pokazu i najlepiej byłoby pokazać filmiki, jakie zrobiłem, ale nie jest to niestety możliwe ze względu na rozmiary i jakość zdjęć. Samochód w ruchu nie jest najlepszym miejscem robienia filmów z tzw. wolnej ręki. Musicie zatem uwierzyć mi na słowo, że było to piękne widowisko. Imponowała też liczba ludzi zgromadzonych na trasie i głośno reagujących na kolejne, kolorowe rozbłyski. Nasz przejazd był świetnie skorelowany z pokazem, gdyż w miarę mijania centrum salwy sztucznych ogni stawały się coraz rzadsze, aż wreszcie zwyczajna, codzienna ciemność zapanowała nad miastem.

   Teraz dopiero mamy kompletne wrażenia z weekendowego wypadu za miasto. To, co mnie spotkało mogło się wydarzyć tylko w Ameryce. Tylko tu w ciągu trzech godzin mogliśmy się przemieścić z Hawajów do Wenecji i przeżyć to, co opisuję.