Cudowny weekend w Lake Carroll

   Przeżyliśmy kolejny weekend z Małgosią ulegając często zadziwieniom i zachwytom. Wszystko za sprawą zaproszenia do odwiedzin w pięknym miejscu, wyjątkowo nadającym się na taki wypoczynek. Tym miejscem jest Lake Carroll, gdzie pomieszkują w weekendy Małgosia i Wojtek Walczakowie. Ich córki Magda i Weronika były przed kilku laty uczennicami naszej Małgosi, pracującej wówczas w Polskiej Szkole Sobotniej im. Św. Trójcy w Chicago. Trzeba dodać, że były jednymi z najbardziej wyróżniajacych się i ulubionych uczennic, skoro mimo upływu lat i ogromnego oddalenia nadal utrzymują kontakty z byłą nauczycielką. Magda świetnie sobie radzi jako dyrektor do spraw marketingu dużej firmy ubezpieczeniowej w Australii, a Weronika uczy języka angielskiego młodzież szkolną, w nie mniej odległej Japonii. Ich rodzice, podobnie jak my, żyją życiem swoich córek, tęskniąc za nimi w okresie oddalenia i ciesząc się każdą chwilą w czasie gdy są razem, składając sobie dość często wzajemne wizyty. Temat dzieci oraz nauczycielstwa był więc dominującym tematem naszych rozmów jako że niemal wszyscy mamy dorosłe dzieci i jesteśmy czynnymi lub byłymi nauczycielami.

   Wróćmy jednak do chronologicznego opisu zdarzeń.

   Po nerwowych przygotowaniach wyjechaliśmy w sobotę z małym opóźnieniem w podróż do miejcowości odległej od Chicago o ok. 150 mil, czyli o trzy godziny jazdy. Dla nas było to aż trzy godziny, a dla miejscowych tylko trzy godziny. Tak różne jest tutejsze poczucie odległości. Cała troska podróżujących zwrócona była na naszych młodych pasażerów: pięcioletniego Artura, który bardzo cieszył się zapowiadaną wycieczką i dwuletniego Tomka, który jest dobrym podróżnikiem, ale czasem potrafi wyrażać zniecierpliwienie jazdą tak głośno, że trudno wytrzymać. Tym razem jednak, otoczeni troskliwymi babciami Elą i Helenką oraz wpatrzeni w ekranik małego odtwarzacza bajek z płyt DVD nie stwarzali większych problemów. My, dorośli spędzaliśmy czas na miłej rozmowie oraz obserwacji tego, co widzieliśmy za oknami samochodu, A kraj za miastem jest tu zasadniczo inny od polskiego pejzażu, malowanego makami i bławatkami rosnącymi pośród złocących się teraz zbóż. Inna jest tutejsza wieś, na którą składają się raczej biedne budynki farm rozrzuconych pośród monokultury upraw, w których dominuje ciemnozielona kukurydza i czasami soja. Tam gdzie jest uprawa, tam nie ma żadnych chwastów, co dobrze świadczy o kulturze rolnej tutejszych farmerów.

   Gdy wreszcie dojechaliśmy na miejsce, po raz pierwszy przeżyliśmy pozytywne zaskoczenie. Gospodarze powitali nas nie przed jakimś domkiem letniskowym – po tatusiu – jak się nam wydawało, lecz na 4-akrowej posiadłości i przed dużym nowiutkim domem, który jest w parterowej części wykończony i wyposażony na tip-top, jak to określają niektórzy. Gospodarz oprowadził nas z dumą po całym domu, opowiadając jak w znacznej części sam go wybudował lub wykończył, gdyż prowadząc sporą firmę kontraktorską miał po temu wszelkie możliwości materiałowe, sprzętowe i wykonawcze. No i miał silną motywację – przyszłość swoich dziewczyn, których wspólna fotografia zdobi biurko taty. Działka pod dom, wydarta dużym nakładem sił i środków leśnym zaroślom znajduje się w najwyższym punkcie parceli. Wokół duże drzewa liściaste i… bagatela około 2 ha trawnika troskliwie pielęgnowanego i koszonego co tydzień. Cisza, przerywana tylko śpiewem ptaków i pełny kontakt z naturą. W czasie naszego pobytu odwiedziło nas stado saren i dzikich indyków, co jest podobno codziennym zjawiskiem. To one są tam prawdziwymi gospodarzami, gdyż poza weekendami dom jest pusty i nikt im nie zakłóca spokoju. Właściciele mieszkając na stałe w Willmette tam pracują i tam zarabiają pieniądze na dokończenie tej leśnej rezydencji.

   Kolejne zadziwienie pojawiło się w związku z odwiedzinami w domu siostry Wojtka mającej nad brzegiem Lake Carroll swoją, nie mniej okazałą rezydencję z własną przystanią, w której stoi zacumowana łódź motorowa i dwa ślizgacze. Rzut oka na okolicę wskazał na to, że byłem w pięknej, letniskowej miejscowości, gdzie niemal każdy z 1200 domów wybudowanych nad brzegiem jeziora to okazałe rezydencje. Popołudniowa przejażdżka łodzią po jeziorze potwierdziła pierwsze wrażenia. Byliśmy wśród ludzi szczęśliwych i spełnionych. Bogatych dorobkiem materialnym, ale i tym, co otrzymali od natury w czasie pobytu na jej łonie. Dlatego nie szczędzą sił i pieniędzy, aby te rezydencje budować i coraz lepiej je wyposażać. Spędzają tam aktywnie niemal każdy weekend, aby odbudować siły potrzebne na kolejny tydzień pracy w Chicagolandzie.

   Wróciliśmy z przejażdżki po jeziorze do naszego leśnego domu, aby zasiąść do kolacji z grilla na dużym tarasie z widokiem na ścianę lasu. Długie Polaków rozmowy dotyczyły wielu spraw, ale głownie naszych dzieci i ich perspektyw życiowych. Gospodarze opowiadali barwnie o wrażeniach z podróży do Japonii, gdzie odwiedzili Weronikę oraz o warunkach życia w Australii gdzie wizytowali Magdę. Powiało wielkim światem. Byliśmy tam wraz z nimi. Trwaj chwilo…

   Następnego dnia po rodzinnym śniadaniu pojechaliśmy do kościólka w Shannon. Mała miejscowość i mała parafia. Stąd kościól wypełniony był jedynie w trzeciej części ludźmi w średnim i młodym wieku. Niemalże wcale nie było młodzieży w wieku szkolnym. Ksiądz proboszcz wygłosił bardzo interesujące kazanie o wpływie szatana na życie we wspólczesnym świecie. Ponieważ mój angielski jest niewystarczający do zrozumienia całości wypowiedzi księdza, zaraz po wyjściu z kościoła (ksiądz żegnał każdego z wiernych przez podanie ręki i wymianę paru słów) poprosiłem znajomych o streszczenie treści kazania. Oto jego sens:

   Nieustannie toczy się w świecie walka dobra ze złem. Dobro to Bóg, a zło to szatan, który wykorzystuje w swojej walce iście sztańskie narzędzia, po które sami sięgamy z ochotą wchodząc w jego strefe wpływów. Do tych narzędzi zalicza się narkotyki, alkohol, chciwość, pychę i inne przywary natury ludzkiej. W pogoni za rozrywką i uciechami oraz za mamoną zaniedbujemy własny rozwój duchowy, zaniedbujemy dzieci i rodzinę. Sami jesteśmy sprawcami upadku autorytetów i rozkładu więzi rodzinnych oraz społecznych…

   Dla mnie i chyba wszystkich obecnych w kościele było to sensowne opisanie współczesnego świata, bo widoczne było duże zainteresowanie słuchających.

   Po powrocie z kościoła, podczas sprawdzania w komputerze Wojtka moich stron internetowych, zauważyłem komentarz Brzozy, która poinformowała o przypadku zaatakowania przez nożownika trzech kobiet w kościele w moim Staszowie. Wiem z plotek krążących po Staszowie, że sprawca był pod wpływem amfetaminy i szedł zaatakować księdza proboszcza. Komentowałem już to zdarzenie na blogu więc nie będę się powtarzał, ale pozostając pod wpływem słów kaznodziei z Shannon zapytam czytających: – czy ksiądz nie mówił prawdy? Czy nie była to swoista klamra spinająca te dwa kościoły dążące do tego samego celu, chociaż przemawiających w różnych językach i do różnych ludzi?

   Pożegnaliśmy gościnne domy w Lake Carroll i ich przemiłych właścicieli. Dzięki nim coś u
dało się nam przeżyć, coś lepiej zrozumieć i wypocząć.

   Małgosiu, Wojtku, Marysiu, Leszku – serdecznie Wam dziękujemy!