Hawajskie spotkanie

   Podążając za wytyczonym schematem poszukiwania inspiracji wszędzie gdzie tylko można, wiele się spodziewałem po kolejnej wyprawie na sobotni wypoczynek nad jezioro Bass Lake, położone w pobliżu Knox w sąsiednim stanie Indiana. Zostaliśmy zaproszeni przez znajomą Małgosi, panią Betty, która ma tam dom na  spotkanie w kręgu znajomych i przyjaciół. Szczególne emocje wzbudzała w nas przyjęta przez gospodynię konwencja uroczystości w stylu hawajskim. Ponieważ nie mieliśmy w domu niczego ze strojów co by odpowiadało takim klimatom, więc należało jeszcze pomyśleć o zakupie lub pożyczeniu od znajomych takich ciuchów. Wszystko udało się załatwić i wreszcie wyruszyliśmy w drogę. Tym razem też było blisko, bo tylko 3 godziny jazdy autostradą. Siedząc obok kierowcy mogłem obserwować świat za oknem. Nie był tak urozmaicony jak w drodze do Lake Carroll, przynajmniej jeśli brać pod uwagę uprawy rolne.

   Przed domem powitała nas zawołaniem Alloha ! cała w kwiatach i uśmiechach pani Betty niosąc naręcza wieńców i wianuszków wykonanych z barwnych, szyfonowych tkanin. Uzupełniliśmy nasze stroje i już bez zakłopotania mogliśmy dołączyć do licznej grupy gości. Na skutek spóźnienia nie zdążyliśmy już na ceremoniał podzielenia upieczonego prosiaka, co było podobno celebrowane niczym dzielenie tortu na przyjęciu weselnym. Szkoda. Nie ominęło nas za to konsumowanie tego prosiaka i wielu innych potraw, a także napojów serwowanych w sposób nazywany tu bufetem, a u nas szwedzkim stołem.

   Nie samym jedzeniem jednak człowiek żyje. Dla mnie taki wyjazd to głównie okazja poznania nowych miejsc i nowych ludzi. Tym razem miejsce spotkania okazało się urocze. Bazę uroczystości stanowił dom, położony nad jeziorem posiadający duży pokój zwany livingroom`em z przeszkloną ścianą i drzwiami wychodzącymi na duży kamienny taras. Z niego już tylko kilkadziesiąt kroków do pokonania i wchodzimy na molo. Jest tak niskie, że siedząc na nim można moczyć nogi. Brodząc po płytkiej i cieplutkiej wodzie można doznać relaksującego masażu stóp za sprawą drobnego piasku ustępującego pod naciskiem naszych stóp. Nic więc dziwnego, że wielu gości korzystało z tej przyjemności spacerując i rozmawiając.

    Spotkałem tam bardzo ciekawych ludzi, a rozmowy z nimi pozostaną na długo w mojej pamięci. Urocza gospodyni krążyła pomiędzy bawiącymi się gośćmi dbając o to, aby nikt nie czuł się zaniedbany. Bardzo interesująca okazała się rozmowa z polską rodziną  pochodzącą z Argentyny. Dowiedziałem się od nich, że Polacy i Argentyńczycy są bardzo do siebie podobni w podejściu do życia i  zabawy. Mają podobny temperament, są gościnni i serdeczni. Brzmiało to bardzo sympatycznie, ale wyprowadzanie podobieństw w  podejściu do rozwiazywania problemów rozwojowych przez  elity polityczne naszych krajów już mniej cieszyło. Podobno zbyt wiele zależy tak u nich jak i u nas w Polsce od układów w ramach politycznego establiszmentu i prywaty. Pytania o przybliżenie obrazu życia Polaków w Argentynie i o siłę tamtejszej Polonii pozwoliło mi zweryfikować moją wiedzę na ten temat. Rozmówcy urodzeni w Argentynie świetnie mówią po polsku i szczycą się tym, że zachowali język i tradycje polskie. Druga rozmowa, tym razem z p. Adamem pozwaliłaby postawić tezę, że jego życiorys mógłby posłużyć za bogaty materiał do scenariusza dobrego filmu. Ten starszy pan o sylwetce wojskowego, tłumiąc chwilowe oznaki wzruszenia opowiedział nam jak wiele przeżył. Urodzony w Nowogródku podlegał restrykcjom władz radzieckich  po 17 września 1939 r . Będąc 12 letnim chłopcem stracił ojca, a sam z pozostałą rodziną został zesłany na Syberię. Po 1942 r  zwolniony z zesłania na skutek amnestii dla Polaków trafił  po wielu dramatycznych przejściach do Anglii. Tam przez trzy lata pływał w marynarce handlowej. Porzucił jednak to zajęcie i po wielu perypetiach dotarł do USA, gdzie przyszło mu wszystko rozpoczynać od nowa, Wybrał zawód stolarza, bo to był zawód bardzo wtedy poszukiwany i od prostego robotnika, poprzez funkcje foremana aż po udziałowca fabryki drewna budowlanego budował swoje życie. Twierdzi, że człowiek jest twardszy od kamienia, bo tak wiele może przeżyć. I on jest tego przykładem. Nigdy się nie załamywał i zawsze wytrwale parł do celu. Posiadał zawsze naturę optymisty. Bardzo ciekawy i miły pan wprowadził mnie również w swoje przepisy na powodzenie w układaniu sobie życia na emigracji.

   Wszystkich poznanych  w czasie tych wakacji ludzi, jak i wszystkich znajomych, z którymi spotkałem się po latach pytałem o ten sam problem. – Czy przyznawanie się do polskości pomagało czy przeszkadzało im w podbijaniu Ameryki i budowaniu tutaj swojego miejsca na ziemi?

   Z uzyskanych odpowiedzi można by  zbudować bardzo ciekawe opracowanie, wiele mówiące o ludziach i ich losach, ale nie to było moim celem. Z ogółu wypowiedzi  wynika co następuje:

   Trzeba przyznawać się do polskości, bo to oznacza w istocie tylko przynależność etniczną i kulturową. Nade wszystko jednak trzeba być porządnym człowiekiem i rzetelnie wykonywać swoje obowiązki. Wtedy nie będzie miało znaczenia to skąd kto pochodzi, a będzie się liczyło tylko to, co w istocie składa się na obraz człowieka, z którym warto robić interesy, zatrudniać go, spędzać z nim czas i wchodzić we wszelkie relacje społeczne. W niezwykle zróżnicownym etnicznie społeczeństwie amerykańskim można spotkać się również z porównaniami do innych nacji. Tu jednak Polacy wypadają korzystnie. Dzięki swojej przedsiębiorczości i zapobiegliwości łatwo przyuczają sie do nowych zawodów, przyswajają język angielski i adaptują się do tutejszych warunków. Polacy prowadzą różnorodną działalność w ramach small businessu, ale spotykamy naszych również na wyższych szczeblach drabiny społecznej. Kupują domy, samochody i żyją godnie oraz jak wskazuje choćby to opisywane dzisiaj przyjęcie w stylu hawajskim, również z fantazją.

   Młodzież również nie wstydzi się polskości. Świadczy o tym choćby stale rosnąca liczba polskich szkół sobotnich oraz uczącej się w nich młodzieży.

Inspiracja

   Pisanie bloga jest procesem twórczym. Co kilka dni wypada umieścić na jego stronach kolejnego posta, aby utrzymywać stały rytm, do którego przywykli nasi czytelnicy. No, a przecież sedno sprawy tkwi nie w ilości, ale jakości tego co piszemy, prawda? Każdemu z nas potrzebna jest INSPIRACJA. Gdzie jej szukać?

   Wczoraj, rankiem, gdy dom jeszcze spał sprawdziłem, jak codzień to czynię pocztę, komentarze na blogu i na Naszej-klasie. Ponieważ nie znalazłem zbyt wielu nowin zrobiłem sobie kawę i sięgnąłem po stosik kolorowych gazet przygotowanych do wyrzucenia do kontenera z napisem recykling. Pochodziły z lutego i marca 2009. W pierwszym z przeglądanych tygodników natrafiłem na wywiad  z Charlesem Aznavour`em. Zabrałem się do uważnego czytania ponieważ znam go i cenię od zawsze. Wiem, że śpiewał, pisał poezję i prozę, grał w wielu filmach, i że nadal tworzy, śpiewa, nagrywa płyty i je sprzedaje na coraz trudniejszym rynku, gdzie pełno pirackich nagrań i gdzie trwa niezwykle agresywna walka o gusta słuchaczy, z którymi się nie dyskutuje, a jego muzyka jest specyficzna, niszowa.

   Jak on to robi? Tego właśnie chciałem się dowiedzieć.

   Ukończył 84 lata. – To o dwie dychy więcej niż ja, pomyślałem. Czytam więc, że niespożytą energię czerpie… z przyjemności śpiewania i robienia zawsze nieco innych rzeczy. Jego ojciec mawiał, że nieruchomo stojąca woda zaczyna w końcu brzydko pachnieć. Od bardzo wczesnego dzieciństwa rozumiał, że zawsze trzeba być w ruchu, w przeciwny razie człowiek staje się stary…Przyznaje , że jest piosenkarzem wiekowym, ale nie chce być starym piosenkarzem… Jest niezwykle twórczy, bo przeszłość w zawodzie piosenkarza jest zła, ważna jest przyszłość…

   Tu mógłbym już przerwać cytowanie,gdyż to co dotychczas napisałem  mogłoby wystarczyć jako inspiracja do kilku kolejnych postów. Ja zawsze w zetknięciu z jakimiś nowymi, a interesującymi mnie treściami odnoszę do siebie to czego doznałem. Tu znajduję potwierdzenie dla swoich pomysłów na życie. Mogę spokojnie powiedzieć: Tak, Mistrzu. Trafiają do mnie Twoje słowa. Potwierdzeniem niech będzie choćby ten blog, w którym aż roi się od opisów sytuacji z mojego życia potwierdzających , że warto przezwyciężać opór materii i robić swoje na różnych polach aktywności zawodowej, rodzinnej i tej z zakresu osobistego rozwoju. Aktywność i twórcza postawa to jedyna szansa, aby wciąż czuć się młodym, szczególnie jeśli pracuje się z młodzieżą. Pamiętamy ?:

Trzeba z żywymi naprzód iść

po życie sięgać nowe,

a nie w uwiędłych laurów liść

 z uporem stroić głowę..

   W dalszej części wywiadu znalazłem jeszcze interesującą definicję sukcesu. Oto słowa piosenkarza: Sukces w ogóle mnie nie porusza. Sukcesem nie są pieniądze jakie można  zarobić, czy zarobiło się w ciągu życia – sukces to publiczność. Sukcesem jest przekonać do siebie większość ludzi, takich jakimi oni są…

   Tu też poczułem się trafiony. Chociaż nie mam pieniędzy i zupełnie czym innym się zajmuję, to zawsze próbuję przekonać do siebie innych ludzi, z którymi przychodzi mi się stykać na płaszczyźnie zawodowej czy prywatnej. I mimo, że bardzo się staram, to wciąż niezwykle daleko mi do celu.

   Wreszcie dochodzę do tytułowej inspiracji. Pod koniec wywiadu, jak to zwykle bywa w takich razach, autor pyta Mistrza: – Co jest dla pana natchnieniem i gdzie je pan znajduje? Inspiruje mnie ulica, mówi pytany. Prawda znajduje się wszędzie, choćby na ulicy. Przede wszystkim trzeba się nauczyć obserwować ludzi. Prawda jest w mediach, codziennie można czytać gazety, oglądać telewizję, słuchać radia. Tam są tematy – niektóre nam umykają, inne nie…

   Czy mój przypadek nie jest potwierdzeniem słów mistrza? Czy nie większość z napisanych tu tematów wskazuje na taką właśnie drogę inspiracji? Coś zobaczyłem, coś przeczytałem czy usłyszałem, coś zrozumiałem i nie chcę tego zatrzymać dla siebie. Dzielę się z innymi tym czymś. Czy jestem przez to uboższy, czy bogatszy?

   Czy myśl ludzka nie jest podobna do miłości, w tej definicji, z której wynika, że… jeśli się nią dzieli, to się ją mnoży?

   No i pomyślcie, czy powstałby ten tekst gdybym nie sięgnął po stare gazety?

 

  

Co nas kręci?

 Zaglądnąłem wczoraj na stronę Onet.pl, aby zobaczyć co słychać w dalekim kraju i pomiędzy ważnymi i mniej ważnymi tematami  znalazłem w dziale Waszym zdaniem takie oto problemy do dyskusji:

– Czy sponsoring to już prostytucja ?

– Światem rządzi kasa i seks

– Czy kobieta przyjmująca drogie prezenty to już prostytutka, czy doceniona właściwie kochanka?

– Przyznajcie się, ile z was jest prostututką własnego męża ?

– Jestem utrzymanką i dobrze się z tym czuję

   Przyznacie, że to wielce bulwersujące tematy, co?

   Przeczytałem treść zamieszczoną pod wskazanymi linkami oraz przeglądnąłem sporą część dyskusji jaką one wywołały. I co wyczytałem? Ano, jak zwykle w takich razach mamy bardzo różne podejście do drażliwych społecznie tematów. Dzięki temu powstaje ciekawy obraz tzw. opinii społecznej. Od świętego, czy raczej świętoszkowatego oburzenia, a więc skrajnej negacji, poprzez różne stanowiska, aż po postawy zrozumienia a nawet akceptacji dla jednego ze sposobów zarabiania na życie, bo … to przecież jeden z najstarszych zawodów świata – do którego przystępują już gimnazjalistki, często nie z własnej woli. Wiele osób nie jest pewnych siebie i nie wie jak by postąpiła w skrajnych sytuacjach. W. Szymborska jest autorką  dobrej na taką okazję sentencji, która brzmi: Tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono.

   Utrzymanka, kochanka czy jak by jej nie nazwać, to nie jest współczesny wynalazek.Teraz mamy jednak zupełnie inne czasy, inną mentalność, moralność, inne podejście do wielu spraw, no i mamy media, a dzięki nim możliwość mówienia o tych sprawach w sposób otwarty, bo anonimowy, co zresztą nie jest warunkiem koniecznym. A więc rozmawiamy.

   W styczniu br. w Polityce znalazłem artykuł Barbary Pietkiewicz Sponsorówki. Sprawdziłem i polecam zainteresowanym do sprawdzenia http://www.polityka.pl/sponsorówki/Tekst01,1137,278213,18/

Przeczytamy w nim m.in. że: na 900 tysięcy studiujących u nas dziewcząt, ponoć co dziewiąta dorabia sobie ciałem.

   Autorka opisuje ten proceder i jego żródła, ale i poddaje ocenie. Wszystkie sposorówki zakładają zerwanie z tą praktyką, z chwilą ukończenia studiów, czy zrealizowania jakiegoś ważnego – ich zdaniem – życiowego celu. Niestety, nie wszystkim się to udaje. Wszystkie mają pewnie moralnego kaca z faktu bycia k…, a nie prostytutką, w tym obiegowym rozumieniu sprawy, że : K… to charakter, a prostytutka to zawód.

   Ja, stary czytelnik Polityki, uznałem ten temat na tyle ważny, że zdecydowałem się wykorzystać wspomniany artykuł na godzinie wychowawczej w mojej klasie, gdzie byli sami18 latkowie. Gdy jedna z uczennic odczytała cały tekst, zapanowała cisza. Ktoś z chłopaków powiedział : – ano bywa i tak . Ponieważ nie udało się wywołać dyskusji,  podsumowałem temat akcentując skutki takiego stylu studenckiego życia. Podobno mał rację ten, który powiedział: Słodkie życie – słono kosztuje, prawda?

   We wczorajszej dyskusji na temat: Jestem utrzymanką i dobrze mi z tym autorka,podpisująca się nickiem cyniczka uzasadnia swój styl życia i sposób na życie możliwoscią studiowania czwartego już języka obcego oraz stażu w Nowym Jorku, na co nie byłoby jej stać bez pomocy sponsora. Inwestuje więc w siebie z myślą o przyszłości. Odpierała ataki krytyków jej postawy przekonując ich spokojnie, że właściwie nic złego nie robi. Nie rozbija rodziny sponsora i nie chce go mieć na własność. Ot przysługa za przysługę i tyle. Zapewne pozostanie przy swoich poglądach i osiągnie zaplanowany cel. Tu dochodzę do meritum mojej opowieści.

   W ubiegłym tygodniu wybraliśmy się z żoną i córką do kina Muvico w Rosemont, to o rzut kamieniem od domu, jak się to określa. Kino, samo w sobie zasługujące na oddzielne opowiadanie, gdyż jest to ogromny obiekt o 18 salach kinowych, w ofercie popołudniowej miało 4 filmy. Spośród filmów sensacyjnych, przygodowych i komedii postawiliśmy na komedię. Tytuł Bruno nic nam nie mówił, aż do rozpoczęcia projekcji. Szybko rozpoznaliśmy w angielskim aktorze – głowną rolę grał Sacha Baron Cohen skandalistę, który jako Borat Sagdijew szokował niedawno strojem i zachowaniem widownie kinowe całego świata, w sposób dotychczas nieznany w produkcji kinowej. Tym razem przechodzi sam siebie tak w stylu jak i tematyce prowokacji. Nie chcę oceniać filmu ani go specjalnie polecać, ale powiem tylko, że byliśmy wszyscy bardzo nim zbulwersowani. Nie tyle z powodu wybitnie gejowskiej tematyki i męskiej tym razem golizny serwowanej w wymiarach rewolucyjnych, jak na standardy filmu fabularnego, ale z powodu obejrzenia autentycznych postaw zwykłych ludzi pokazanych okiem kamery w sposób obrazoburczy. Aż trudno uwierzyć do jakich reakcji i zachowań są zdolni zwykli ludzie. Oto próbka jedynie:

   Bohater rozmawia z rodzicami na temat udziału ich małych dzieci w produkcji spotów reklamowych i zadaje pytanie: – Czy zgodzi się pani na odchudzenie pani dziecka o 5-6 kg w ciągu tygodnia?

– Myślę, że nie powinno być z tym problemów, odpowiada mama. W innej rozmowie pada pytanie do taty: – Czy zgodzi się pan, aby pański synek wystąpił w mundurze hitlerowca, który wrzuca do pieca krematoryjnego przebranego za Żyda innego chłopca? Odpowiedź brzmi podobnie: – Nie powinno być z tym problemu.

   Rodzice nie grają swoich ról. Oni są autentyczni. Mają cel.  Tym celem jest kariera swojego dziecka!!! Ot i obrazek. Samo życie, powiemy? Co jeszcze jesteśmy w stanie zrobić dla spełnienia postawionego sobie celu? Cyniczka poświęca siebie, a właściwie wszystko co może mieć kluczowe znaczenie w przyszłości. Tak dla niej samej jak i dla ludzi, z którymi będzie kiedyś tworzyć rodzinę. A co chcieli bez chwili zastanowienia poświęcić pokazani w filmie rodzice dla szczęścia ( nieszczęścia) swoich dzieci?

   W tym samym dniu, na czołowym miejscu strony Onet.pl , z której wybrałem bulwersujace tematy umieszczono księgę kondolencyjną po śmierci Leszka Kołakowskiego. Wpisałem się do niej oddając hołd jego wielkości i żal z powodu Jego odejścia do lepszego świata. Wiem sporo o jego dorobku, ale znam tylko jedną jego ksiażkę Mini wykłady o maksi sprawach. Obiecuję sobie sięgnąć do innych jeszcze jego dzieł. Jestem pewny że można w nich znaleźć odpowiedź na stawiane często pytanie: Dlaczego jesteśmy tacy jacy jesteśmy?

Cudowny weekend w Lake Carroll

   Przeżyliśmy kolejny weekend z Małgosią ulegając często zadziwieniom i zachwytom. Wszystko za sprawą zaproszenia do odwiedzin w pięknym miejscu, wyjątkowo nadającym się na taki wypoczynek. Tym miejscem jest Lake Carroll, gdzie pomieszkują w weekendy Małgosia i Wojtek Walczakowie. Ich córki Magda i Weronika były przed kilku laty uczennicami naszej Małgosi, pracującej wówczas w Polskiej Szkole Sobotniej im. Św. Trójcy w Chicago. Trzeba dodać, że były jednymi z najbardziej wyróżniajacych się i ulubionych uczennic, skoro mimo upływu lat i ogromnego oddalenia nadal utrzymują kontakty z byłą nauczycielką. Magda świetnie sobie radzi jako dyrektor do spraw marketingu dużej firmy ubezpieczeniowej w Australii, a Weronika uczy języka angielskiego młodzież szkolną, w nie mniej odległej Japonii. Ich rodzice, podobnie jak my, żyją życiem swoich córek, tęskniąc za nimi w okresie oddalenia i ciesząc się każdą chwilą w czasie gdy są razem, składając sobie dość często wzajemne wizyty. Temat dzieci oraz nauczycielstwa był więc dominującym tematem naszych rozmów jako że niemal wszyscy mamy dorosłe dzieci i jesteśmy czynnymi lub byłymi nauczycielami.

   Wróćmy jednak do chronologicznego opisu zdarzeń.

   Po nerwowych przygotowaniach wyjechaliśmy w sobotę z małym opóźnieniem w podróż do miejcowości odległej od Chicago o ok. 150 mil, czyli o trzy godziny jazdy. Dla nas było to aż trzy godziny, a dla miejscowych tylko trzy godziny. Tak różne jest tutejsze poczucie odległości. Cała troska podróżujących zwrócona była na naszych młodych pasażerów: pięcioletniego Artura, który bardzo cieszył się zapowiadaną wycieczką i dwuletniego Tomka, który jest dobrym podróżnikiem, ale czasem potrafi wyrażać zniecierpliwienie jazdą tak głośno, że trudno wytrzymać. Tym razem jednak, otoczeni troskliwymi babciami Elą i Helenką oraz wpatrzeni w ekranik małego odtwarzacza bajek z płyt DVD nie stwarzali większych problemów. My, dorośli spędzaliśmy czas na miłej rozmowie oraz obserwacji tego, co widzieliśmy za oknami samochodu, A kraj za miastem jest tu zasadniczo inny od polskiego pejzażu, malowanego makami i bławatkami rosnącymi pośród złocących się teraz zbóż. Inna jest tutejsza wieś, na którą składają się raczej biedne budynki farm rozrzuconych pośród monokultury upraw, w których dominuje ciemnozielona kukurydza i czasami soja. Tam gdzie jest uprawa, tam nie ma żadnych chwastów, co dobrze świadczy o kulturze rolnej tutejszych farmerów.

   Gdy wreszcie dojechaliśmy na miejsce, po raz pierwszy przeżyliśmy pozytywne zaskoczenie. Gospodarze powitali nas nie przed jakimś domkiem letniskowym – po tatusiu – jak się nam wydawało, lecz na 4-akrowej posiadłości i przed dużym nowiutkim domem, który jest w parterowej części wykończony i wyposażony na tip-top, jak to określają niektórzy. Gospodarz oprowadził nas z dumą po całym domu, opowiadając jak w znacznej części sam go wybudował lub wykończył, gdyż prowadząc sporą firmę kontraktorską miał po temu wszelkie możliwości materiałowe, sprzętowe i wykonawcze. No i miał silną motywację – przyszłość swoich dziewczyn, których wspólna fotografia zdobi biurko taty. Działka pod dom, wydarta dużym nakładem sił i środków leśnym zaroślom znajduje się w najwyższym punkcie parceli. Wokół duże drzewa liściaste i… bagatela około 2 ha trawnika troskliwie pielęgnowanego i koszonego co tydzień. Cisza, przerywana tylko śpiewem ptaków i pełny kontakt z naturą. W czasie naszego pobytu odwiedziło nas stado saren i dzikich indyków, co jest podobno codziennym zjawiskiem. To one są tam prawdziwymi gospodarzami, gdyż poza weekendami dom jest pusty i nikt im nie zakłóca spokoju. Właściciele mieszkając na stałe w Willmette tam pracują i tam zarabiają pieniądze na dokończenie tej leśnej rezydencji.

   Kolejne zadziwienie pojawiło się w związku z odwiedzinami w domu siostry Wojtka mającej nad brzegiem Lake Carroll swoją, nie mniej okazałą rezydencję z własną przystanią, w której stoi zacumowana łódź motorowa i dwa ślizgacze. Rzut oka na okolicę wskazał na to, że byłem w pięknej, letniskowej miejscowości, gdzie niemal każdy z 1200 domów wybudowanych nad brzegiem jeziora to okazałe rezydencje. Popołudniowa przejażdżka łodzią po jeziorze potwierdziła pierwsze wrażenia. Byliśmy wśród ludzi szczęśliwych i spełnionych. Bogatych dorobkiem materialnym, ale i tym, co otrzymali od natury w czasie pobytu na jej łonie. Dlatego nie szczędzą sił i pieniędzy, aby te rezydencje budować i coraz lepiej je wyposażać. Spędzają tam aktywnie niemal każdy weekend, aby odbudować siły potrzebne na kolejny tydzień pracy w Chicagolandzie.

   Wróciliśmy z przejażdżki po jeziorze do naszego leśnego domu, aby zasiąść do kolacji z grilla na dużym tarasie z widokiem na ścianę lasu. Długie Polaków rozmowy dotyczyły wielu spraw, ale głownie naszych dzieci i ich perspektyw życiowych. Gospodarze opowiadali barwnie o wrażeniach z podróży do Japonii, gdzie odwiedzili Weronikę oraz o warunkach życia w Australii gdzie wizytowali Magdę. Powiało wielkim światem. Byliśmy tam wraz z nimi. Trwaj chwilo…

   Następnego dnia po rodzinnym śniadaniu pojechaliśmy do kościólka w Shannon. Mała miejscowość i mała parafia. Stąd kościól wypełniony był jedynie w trzeciej części ludźmi w średnim i młodym wieku. Niemalże wcale nie było młodzieży w wieku szkolnym. Ksiądz proboszcz wygłosił bardzo interesujące kazanie o wpływie szatana na życie we wspólczesnym świecie. Ponieważ mój angielski jest niewystarczający do zrozumienia całości wypowiedzi księdza, zaraz po wyjściu z kościoła (ksiądz żegnał każdego z wiernych przez podanie ręki i wymianę paru słów) poprosiłem znajomych o streszczenie treści kazania. Oto jego sens:

   Nieustannie toczy się w świecie walka dobra ze złem. Dobro to Bóg, a zło to szatan, który wykorzystuje w swojej walce iście sztańskie narzędzia, po które sami sięgamy z ochotą wchodząc w jego strefe wpływów. Do tych narzędzi zalicza się narkotyki, alkohol, chciwość, pychę i inne przywary natury ludzkiej. W pogoni za rozrywką i uciechami oraz za mamoną zaniedbujemy własny rozwój duchowy, zaniedbujemy dzieci i rodzinę. Sami jesteśmy sprawcami upadku autorytetów i rozkładu więzi rodzinnych oraz społecznych…

   Dla mnie i chyba wszystkich obecnych w kościele było to sensowne opisanie współczesnego świata, bo widoczne było duże zainteresowanie słuchających.

   Po powrocie z kościoła, podczas sprawdzania w komputerze Wojtka moich stron internetowych, zauważyłem komentarz Brzozy, która poinformowała o przypadku zaatakowania przez nożownika trzech kobiet w kościele w moim Staszowie. Wiem z plotek krążących po Staszowie, że sprawca był pod wpływem amfetaminy i szedł zaatakować księdza proboszcza. Komentowałem już to zdarzenie na blogu więc nie będę się powtarzał, ale pozostając pod wpływem słów kaznodziei z Shannon zapytam czytających: – czy ksiądz nie mówił prawdy? Czy nie była to swoista klamra spinająca te dwa kościoły dążące do tego samego celu, chociaż przemawiających w różnych językach i do różnych ludzi?

   Pożegnaliśmy gościnne domy w Lake Carroll i ich przemiłych właścicieli. Dzięki nim coś u
dało się nam przeżyć, coś lepiej zrozumieć i wypocząć.

   Małgosiu, Wojtku, Marysiu, Leszku – serdecznie Wam dziękujemy!

Rocznica powstania ZOO w Brookfield

     W dniu 1 lipca uczestniczyliśmy z żoną w nieplanowanej imprezie, jaką była dla nas wyprawa z Małgosią i jej dziećmi do ZOO w Brookfield, leżącym na przedmieściach Chicago. W przeddzień rocznicy, w rozmowie telefonicznej szef Małgosi wiedząc, że ma gości z Polski oraz małe dzieci zaproponował jej przyjazd do ZOO, które zorganizowało na szeroką skalę zakrojone, uroczyste obchody 75 rocznicy działalności. Pomysł był wspaniały, bo chłopcy bardzo potrzebują urozmaicenia w przeżywaniu każdego dnia, a i nam taka wyprawa mogła dostarczyć wielu wrażeń. I dostarczyła. Czytaj dalej

Independence Day – 4th of July w moim oglądzie

   Wczoraj przeżyliśmy jedno z ważniejszych świąt amerykańskich, zwane Dniem Niepodległości. Obserwacje czynione przeze mnie z małej podchicagowskiej miejscowości, są siłą rzeczy ograniczone do tutejszej specyfiki życia toczącego się poza nurtem wielkiego świata.

   Ludzie pracujący w instytucjach mieli w tym roku dodatkowy dzień wolny od pracy, bo gdy święto wypada w dniu wolnym od pracy to jest to automatycznie rekompensowane dniem wolnym poprzedzającym święto. Kontraktorzy i mały biznes usługowy pracowali tak jak w każdy inny piątek i sobotę. W miasteczku widoczne były przygotowania do święta. Szczególnie w okolicach domów widać było krzątających się ludzi, a ryczące silniki kosiarek, podkaszarek i pił do żywopłotów wskazywały z daleka o co toczy się walka. Przed niektórymi domami pojawiły się flagi amerykańskie. Słychać było również sporadycznie przeprowadzane próby pirotechniczne, będące zwiastunem tego, co miało nastapić wieczorem 4 lipca w finale uroczystego świętowania.

   W naszym domu też panowała atmosfera świąteczna. Panie przygotowywały wystawny obiad i piekły ciasta napełniając dom obiecującymi zapachami. Spodziewaliśmy się zapowiedzianej telefonicznie wizyty gościa, który odszukał nas w Polsce – pisałem o tym w poście „Do kraju tego…” – a teraz przy okazji święta postanowił nas odwiedzić tu, w Ameryce, aby poznać rodzinę naszej Małgosi. Jego plan podróży to przykład tutejszego sposobu świętowania. Tom odwiedził wcześniej swoich braci w Detroit, a jego żona Jenny odwiedziła swoja mamę mieszkającą na południowych przedmieściach Chicago. W dniu święta Tom przyleciał porannym samolotem do Chicago, skąd odebrała go przybyła na lotnisko samochodem Jenny, aby dalej już razem przyjechać do nas. Przywieźli nam, jako pamiątki z Polski zdjęcia zrobione przez Toma w naszym domu, w kościele i na cmentarzu w Bogorii. Tom opowiadał nam w pierwszych słowach, jak wielkie wrażenie zrobiły na zamieszkałej w USA rodzinie jego zdjęcia z Bogorii oraz film video nakręcony przez Piotrka i podarowany Tomowi jako pamiątka z jego sentymentalnej podróży do kraju dziadków. Opowiadał, sam mocno poruszony, jak wujkowie i rodzeństwo, ze łzami w oczach przyjmowali od niego na pamiątkę pojemniki z ziemią zabraną z okolic cmentarza w Bogorii. Serdeczna rozmowa prowadzona przy stole w czasie całego, niestety tylko dwugodzinnego pobytu dotyczyła wszystkiego, co składa się na nasze życie, a co jeszcze dotąd nie było obgadane. Toast za spotkanie i poznanie się, kilka grupowych zdjęć i… pojechali do mamy Jenny, aby z nią spędzić dalszą część święta. My pozostaliśmy w ciszy własnego domu.

   Wieczorem, gdy nasze dzieci wybrały się na wspólne świętowanie w kręgu przyjaciół do domu Gosi i Andrzeja, my pozostaliśmy w domu z wnukami i mogliśmy tylko przez okna obserwować i słyszeć wielką kanonadę w naszym i w kilku pobliskich, podobnych miasteczkach. Była to jednak tylko namiastka tego, co działo się w samym centrum Chicago. Dochodzące stamtąd odgłosy kanonady przypominały bombardowania wojenne. Chłopcy z zaciekawieniem wpatrywali się w okna przebiegając raz na jedną, a następnie na drugą stronę domu. Mały Tomek dzięki temu uspokoił się i szybko zapomniał o tym, że przed chwilą bardzo płakał za mamą. Pokazywał na kolejne rozbłyski kolorowych rac mówiąc: bum! bum!

   Ja opowiedziałem żonie i chłopcom swoje przeżycia sprzed 25 lat, gdy na podobnie długi weekend związany z Dniem Niepodległości zabrał mnie ze sobą mój pracodawca, do domku swojego przyjaciela w Galenie, odległej o 3 godziny jazdy samochodem od Chicago. Oni świętowali, a ja w tym czasie wykonywałem pracę polegającą na wyłożeniu płytkami ceramicznymi łazienki oraz siddingu na frontowej ścianie piętrowego domku, którego dach z obydwu stron sięgał ziemi. Pracowałem w ciągu dnia, a wieczorami byłem już jednym z nich, odpoczywających współnie przy ognisku. Na świąteczny dzień zabrali mnie ze sobą na wycieczkę stateczkiem po Mississippi – piękne wspomnienia – a wieczorem na pokaz sztucznych ogni na miejscowym stadionie. Ten pomysł pójścia na pokaz wydawał mi się początkowo bez sensu, ale jednak do dzisiaj pamiętam jego przebieg. Przy pełnych trybunach oglądaliśmy 30-minutowy pokaz, którego finałem był przejazd dużego wozu konnego, z tych jakimi zdobywano Dziki Zachód. Do poszczególnych elementów wozu przymocowane były ładunki pirotechniczne, których wybuchy były tak skoordynowane, że oddawały efekt ognistego wozu drabiniastego z kręcącymi się w szalonym tempie kołami. Pamiętam wrażenie, jakie wywarł ten pokaz na otaczających nas ludziach. Obiecuję sobie, że jeszcze kiedyś skorzystam z okazji zobaczenia pokazu ogni sztucznych np. w centrum Chicago, gdzie nakład środków na ten cel musi być niewspółmiernie większy od tamtego, oglądanego w małej Galenie.

   Późnym wieczorem włączyłem telewizor. W polskim programie Oblicza Ameryki pokazano m.in. sondaż uliczny z miast amerykańskich na temat obchodzonego święta. Podobnie jak w takich razach w Polsce pytani ludzie mylili daty lub po prostu nie znali historii tego święta i znaczenia Proklamacji Niepodległości podpisanej przez T. Jeffersona 4 lipca 1776 roku dla kraju.

   To już chyba ogólnoświatowe zjawisko. Obywatele korzystają jak tylko można z dobrodziejstwa istniejących demokratycznych państw i systemów społecznych, bez koniecznej refleksji nad tym, jakim nakładem cierpień i ofiar walki naród uzyskał dzisiejsze przywileje.

   Amerykanie mają w swoim słownictwie i na tę okazję dobre powiedzenie: fact up! – co po naszemu można wyrazić słowami: takie są fakty, z faktami się nie dyskutuje itp.

A szkoda.

Rocznicowe remanenty blo(a)giera

   Mija właśnie rok od narodzin tego bloga.

   Pierwszy post – do sprawdzenia w archiwum – nosił patetycznie  sformułowany tytuł: Pierwszy, historyczny post. Był opatrzony datą 3.07.2008 i był bardzo krótki. Odzwierciedlał moje nadzieje na to, że sprostam sporemu przecież wyzwaniu oraz, że ta działalność będzie dla mnie źródłem satysfakcji. Czy tak się stało?

   Jak dzisiaj podliczyłem, zdołałem napisać w ciągu tego roku 98 opowieści ( z dzisiejszą), o objętośći łącznej sięgającej kilkaset stron. To dużo jak na człowieka zajętego pracą nauczycielską na półtora etatu. Średnio biorąc nowe opowieści ukazywały się co 3.8 dnia, co sprzyjało podtrzymywaniu zaciekawienia wg. schematu: – Co też nowegoTatul wymyślił ? Starałem się poszukiwać tematów uniwersalnych, dających szansę  zainteresowania młodzieży – głównie liczyłem tu na moich uczniów, jak i dorosłych czytelników .

   Liczba odwiedzających mój blog wskazuje na to, że pozyskałem spore grono, chyba już stałych czytelników, którzy w ogromnej przewadze pozostają jednak anonimowi.

   Pisząc bloga, mam świadomość faktu, że umieszczone w przepastnych zasobach Internetu treści żyją już własnym życiem i stają się  wartością ogólnospołeczną. Dlatego starałem się pisać na tematy ważne społecznie i warte rozmowy na każdym poziomie. Zarówno te dotyczące bieżących spraw jak i ponadczasowe. Kilkanaście już razy Onet.blog uznał za celowe polecenie moich tekstów w dziale Warto przeczytać. Odczytywałem to jako sygnał uznania dla kierunku jaki obrałem w tej debacie. Za każdym razem polecenia szybko rosła liczba odwiedzających moją stronę i komentujących podnoszone tezy, lub bezpośrednio moje poglądy na świat prezentowane w tekście. W jedny przypadku, przy tekście pt. Nie wystarczy umieć pracować, trzeba jeszcze pracować, w którym brałem w obronę karygodne moim zdaniem wykorzystywanie w pracy uczniów zasadniczych szkół zawodowych odnotowałem rekord. W ciągu doby odwiedziło mnie ponad 35 tysięcy czytelników. Niczym tajfun przelecieli przez tekst, czasem nie czytając go do końca. Zaszokowali mnie tymi odwiedzinami jak i pozostawionymi komentarzami. Ale był to raczej wypadek przy pracy, a nie jakaś reguła. Dowiedziałem się jednak przy okazji, że o popularności bloga mogą zadecydować kontrowersyjne tematy, a nie merytoryczna wartość publikowanych tekstów. Taka jest rzeczywistośc blogosfery. Ja mimo pokus pozostałem jednak przy swojej już tematyce. Skutek? Moja blogowa codzienność jest spokojna, wyciszona i kulturalna – co jest przecież dużą wartością w realiach blogowej debaty, prowadzonej na różnych forach na takim poziomie, na jaki ja sobie nie mogę pozwolić. Komentarze (jest ich coraz mniej) są przychylne i często bardzo wzbogacające treść moich postów o nowe wątki. To moim zdaniem podnosi wartość bloga. Zyskałem wśród czytelników sporo ludzi życzliwych, a nawet przyjaciół, którzy podzielają moje poglądy na świat. To jest moja radość i satysfakcja płynąca z rocznej pracy nad sobą, która jakoś też służy innym ludziom.

   Ciągle uczę się pisania. Dopytuję się też każdego, kto sygnalizuje odwiedzanie mojej strony, o ocenę czytanych tekstów i o sugestie  do tematów jakie poruszm, jak i formy przekazywania kolejnych tekstów. Jak dotąd jedynie kilka osób udzieliło mi takiej odpowiedzi. Mam nadzieję, że dzisiaj  przy okazji jubileuszowego obrachunku otrzymam więcej takich informacji. Jeśli otwarte strony bloga nie zachęcają do pogłębionej wypowiedzi, to może wzorem innych autorów blogów zaproszę : Napisz do mnie: Czeslaw_Brudek@op.pl

Z góry dziękuję i pozdrawiam .

Tatul