Zwariowany tydzień

   Od wczoraj jestem już w Chicago. Opowiem teraz jak tu trafiłem, czyli przebieg ostatniego tygodnia.

   Praca. Najważniejsze wydarzenie to spotkanie z klasą, podczas którego nastąpiło rozdanie świadectw. Moi podopieczni chętnie przyjęli zaproponowane przeze mnie na wstępie: – Tyle spraw już z Wami w ciągu roku omawiałem, że proponuję na dzisiaj spuszczenie zasłony milczenia na problemy jakie stanowiły źródło różnic i pretensji pomiędzy nami.

   Po krótkim omówiemiu wyników – średnia ocena w klasie wyniosła 4.1,  a więc całkiem dobre to były wyniki – przeszedłem do rozdania świadectw. Każdemu składałem indywidualme gratulacje z komentarzem wskazującym na tzw. rezerwy proste, dające szanse na zanaczną poprawę wyników w następnej klasie – już maturalnej. Ponieważ nie będę już miał z nimi zajęć w przyszłym roku, spotkanie to miało charakter pożegnalny. Otrzymałem sporo kwiatów i czekoladek. Rozstaliśmy się w dobrym nastroju. Z uczniami. Niestety, zupełnie inaczej żegnałem już szkołę. Nie z mojej winy zresztą.

   Dom. Szał przygotowań przed wyjazdem na dwumiesięczny pobyt w USA to nie tylko pakowanie waliz, ale i porządkowanie wielu spraw. Starsi pamiętają z czasów PRL hasło BHP: Zostaw swoje miejsce pracy w takim stanie, w jakim chciałbyś je zastać. W odniesieniu do domu zastosowanie tej zasady to ogrom pracy, jaką wykonała głównie żona, aby móc powrócić do takiego domku, jakiego obraz ukryty ma gdzieś pod powiekami, który zabieramy ze sobą. Jak wiele bieganiny musieliśmy zaliczyć wiedzą wszyscy, którzy wyjeżdżali kiedyś na dłużej.

   Świętowanie. W natłoku zdarzeń związanych z przygotowaniami do wyjazdu przyszło mi przeżyć i Dzień Ojca. Szczególny dla mnie temat – Ojciec. Ci, którzy są ze mną już dłużej zapewne pamiętają i ten fakt, że już wielokrotnie nawiązywałem w tych opowieściach do roli ojca w rodzinie, a więc swoje poglądy na tę sprawę wyłożyłem już taj jasno jak tylko możliwe. Zaciekawiony jednak tym, co piszą inni, wielokrotnie sprawdzałem w Onet.blog posty polecone jako warte przeczytania. Stwierdziłem, że mój wkład w dyskusję na ten ważny temat byłby tak samo smutny, jak polecane posty i dodatkowo współbrzmiący z minorową w wymowie treścią polecanych postów. Przeważały negatywne wypowiedzi kumulujące się w jednym z polecanych tytułów Ojciec to zły wynalazek. Znacznie lepiej potraktowano to w Polskim Radiu, gdzie treść telefonów i SMS-ów sprzyjała kreowaniu pozytywnwgo wizerunku współczesnego ojca. Dlatego nie zabierałem głosu. Ja też jestem za upowszechnianiem pozytywnych wzorców. Nie tylko w tym względzie.

   Moje osobiste świętowanie rozpoczęło się rankiem, kiedy otrzymałem SMS-a od mojej Ani, a zakończyło się rankiem następnego dnia, kiedy licząc po amerykańsku kończył się ten dzień dla mojej Małgosi. Czakając na moje poranne wejście na Skype Małgosia napisała całkiem sympatyczną rymowankę zapowiadającą to, co mnie czeka u niej w domu w czasie wakacyjnego pobytu. Zacytuję:

Najlepszemu z Tatulów, jedynemu bowiem,
tylko tyle, niewiele, choć spóźniona powiem.
Niech się trzyma, pisuje, uśmiechami wspiera –
bo córczyne na obczyźnie serce duma wzbiera.
Gdy w asyście czytelników, dyplomów, sukcesów
do Stanów wkrótce trafi, by w tonie karesów
zasiąść sobie w Wierzbowie, z dłutkiem się zadumać
i z dwoma chłopiętami po angielsku kumać.
Z córą i żoną chadzać drogami krętemi
tej pięknej, choć przepaścistej, <amrykańskiej> ziemi.
Niech więc daruje moję niepamięć chorobą złożoną
i uśmiechnie swe liczko. Serce – wszak jest ono –
czeka, tęskni i czuwa. Wypatruje lotu,
kwiaty zbiera, dom sprząta, godziny odlicza
oczekując kochanego Tatowego oblicza.

   Podróż. Bardzo długa i męcząca. Wyjazd do Warszawy o godz. 5. Szczęśliwie dla nas korki w rejonach budowy lub remontów dróg oraz w rejonie skrzyżowania w Jankach pod Warszawą były, ale w miarę małe. Dotarliśmy więc na lotnisko na godzinę przed odlotem. Droga do Zurichu bez sensacji. Miejsce przy oknie okazało się dużą atrakcją, gdyż okresowo pojawiające się luki w chmurach pozwoliły na obserwację tego, co poniżej. Dotarliśmy do Zurichu z półgodzinnym opóźnieniem więc… spieszyliśmy się z przemieszczeniem się do miejsca odlotu, które znajdowało się w znacznej odległości. Gdyby podróżować z małymi dziećmi lub z osobą niepełnosprawną to mogłoby być źle. Dotarliśmy jednak na czas. Na pokład weszliśmy w grupie pasażerów z Polski i uzupełniliśmy wolne miejsca pośród wielonarodowego i wielorasowego składu pasażerów. Znowu trafiłem, na ponad 9 godzin lotu na miejsce przy oknie. Mogłem robić zdjęcia, a nawet mimo zakazu nakręcić mały filmik w czasie startu i lądowania samolotu. Okropnie dłużył się czas. Na zmianę czytałem i gapiłem się w okno. Lot do USA ma w sobie ten efekt, że wylatuje się w dzień i zalatuje w dzień. Różnica czasu 7 godzin jest tego przyczyną. Żona podobnie spędzała czas z tą różnicą, że zajęta była dodatkowo obserwacją siedzącej przed nami pary Polaków wracających z Warszawy do Chicago. Była zauroczona tym, jak oni patrzyli na siebie, jak się do siebie uśmiechali i dotykali się często z czułością. Opowiadając mi już pod koniec lotu swoje wrażenia dodała z wyrzutem w głosie: – A ty mnie nawet nie potrzymałeś za rękę! To, że czułem się nadzwyczaj źle nie usprawiedliwiło mnie nawet na jotę. Odpowiedziałem więc wymijająco: – Wczoraj mieliśmy Międzynarodowy Dzień Przytulania. Oni widocznie wciąż jeszcze trwają w tamtym nastroju. A może wracają z podróży poślubnej? Może właśnie doszli do wniosku, że warto zaplanować następną taką podróż do kraju ojczystego?

   Dolecieliśmy umęczeni do kresu możliwości. Dobiegała bowiem 18 godzina podróży. Spieszyliśmy do pomieszczeń odprawy paszportowej. Niestety. Tam czekało nas dobre 2 godziny oczekiwania na odprawę. Gdy wychodziliśmy wreszcie po odebraniu bagaży i gdy po raz ostatni przeświatlali nam bagaż dziwnym trafem zginięła nam jedna z walizek. Akurat z moimi rzeczami. Widzieliśmy przez ostatnie drzwi dzielące nas od wolnego świata Małgosię z chłopcami. Krzyczałem do niej, że staramy się zgłosić fakt zaginięcia walizki lecz mamy z tym kłopot, gdyż nie ma przedstawiciela szwajcarskich linii lotniczych. Nasze zde
nerwowanie sięgnęło zenitu. Gdy wreszcie znalazł się urzędnik i kazał podać numer naszego domowego telefonu dwie miłe panie podwiozły nam na wózku zagubione walizki. Jedna z nich była nasza. Kazały nam zabrać zgubę i… wreszcie przekroczyliśmy te drzwi otwierające się tylko w jedna stronę, by wpaść w objęcia zniecierpliwionej długim oczekiwaniem Małgosi. Chłopcy przyjęli nas przyjaźnie. Jeszcze chwila i byliśmy w domu. Nareszcie w domu. 
 

4 uwagi do wpisu “Zwariowany tydzień

  1. ~..Weronika.. pisze:

    Jeżeli chodzi o szkołę to rzeczywiście dobrą średnią miała pana klasa 🙂 gratuluje :)a co do wakacji to zazdroszczę panu tego.. 2 miesiące za granicą mam nadzieje że wstawi pan jakieś zdjęcia z pobytu tam..Pozdrawiam i życzę udanych wakacji 🙂

    Polubienie

    • ~Tatul pisze:

      Weroniko, jestem pewny, ze ja będę Tobie zazdrościł miejsc, w które się udasz. Cierpliwości. Na wszystko przyjdzie czas.Zdjęcia już są. Będą i następne.Pozdrawiam

      Polubienie

  2. ~Brzoza pisze:

    Ten samolot, ktory Pan sfotografowal, to na pewno moj! Przeciez lecialam w zupelnie przeciwnym kierunku na wakacje! Tak wiec- do zobaczenia w przestworzach- jak bedziemy powracali!

    Polubienie

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.