Tu jest moje miejsce…

      Książka o której chcę dzisiaj opowiedzieć, to pierwsze, tak obszerne opracowanie poświęcone naszej małej ojczyźnie, Bogorii. Można tu znaleźć omówienie ważnych dokumentów lokacyjnych Bogorii jak i historię rodu Bogoriów – założycieli i właścicieli miasta Bogoria. Książka pisana sprawną ręką i gorącym sercem lokalnego patrioty, który poświęcił wiele pracy na dotarcie do źródeł historycznych po to, aby dać świadectwo minionym czasom, a zarazem otworzyć pole do aktywności bogorianom mogącym uzupełnić prezentowane treści o własne rodzinne pamiątki, zdjęcia i przekazy rodzinne. To może prowadzić do poszerzenia bazy informacyjnej, przydatnej do kontynuacji tej swoistej sagi. Oby ta zapowiedź zaowocowała kolejnym opracowaniem poszerzającym wiedzę o naszej ojczyźnie – ziemi naszych ojców. Oby udało się zjednoczyć patriotycznie nastawionych bogorian wokół tego zadania. Będę wspierał te inicjatywy. Zdięcie na końcu tekstu

   W tytule dzisiejszej opowieści użyłem słów z piosenki śpiewanej przez Andrzeja Cierniewskiego. Dla zaakcentowania tego, co chcę powiedzieć zaproszę wszystkich do wysłuchania tej piosenki. Oto link: http://zen11.wrzuta.pl/audio/aGQLaI19Clc/andrzej_cierniewski_-_tu_jest_twoje_miejsce

 Słowa piosenek, czy wierszy przedstawiające czyjś stosunek do swojego miejsca zamieszkania zawsze przemawiały do mnie w niezwykle silny sposób. Wielokrotnie już nawiązywałem w Tatulowych opowieściach do moich własnych doświadczeń z okresu lat młodzieńczych, jak i dojrzałego już życia, jakie nabywałem zamieszkując gdzieś z dala od domu. Zawsze wynikało to z  bardziej lub mniej przemyślanych, ale moich własnych decyzji. W młodości coś mnie pchało w świat – aby dalej od domu. Tak trafiłem do odległej o 400 km Bydgoszczy, aby tam pobierać naukę zawodu w szkole średniej. Fascynacja wielkim miastem i możliwościami, jakie ono niosło to jedna strona medalu, a pojawiająca się z czasem tęsknota za rodzinnymi stronami – to druga strona tego samego medalu. Odwiedzałem Bogorię tylko na okres wakacji i ferii zimowych. Zawsze jechałem do domu z jakimś zaciekawieniem dotyczącym zmian, jakie tu zastanę. Niestety, już pierwsze spojrzenie z okien autobusu zatrzymującego się na przystanku w rynku przynosiło rozczarowanie. Ciągle były to jednak te same parterowe, a czasem piętrowe domy, nie zawsze otynkowane i o nie malowanych fasadach, a do tego położone jakby za daleko od siebie. Nie było alejek, ławeczek, nie mówiąc już o urokliwych latarenkach. To powstało znacznie później. W tamtych czasach dominowała szarość i brak dbałości o wygląd zewnętrzny. Myślę, że głównie z powodu biedy. Ludzie tu zamieszkujący żyli wzorem swoich ojców – bardzo oszczędnie ściubiając grosz do grosza, aby pomóc swoim dzieciom urządzającym się w wielkim świecie. Oni sami utrzymywali swój poziom życia na niskim poziomie, bo mając własną krówkę, świnkę, kury i kawałek pola mieli niemal wszystko, aby żyć. Ten mechanizm niewiele się zmienił. Dzieci nadal wyjeżdżają do szkół i wsiąkają w Polskę. Na ojcowiźnie mało kto pozostaje. Tyle, że dzisiaj już mało kto uprawia pole lub chowa zwierzęta w pozostawionych na wszelki wypadek chlewkach.

Moje przyjazdy do Bogorii i powroty do Bydgoszczy niosły zawsze podobne doświadczenia. Już po kilku dniach pobytu, w czasie których spotkałem się z wszystkimi znajomymi, aby obgadać wszystkie młodzieńcze przeżycia i nowinki znowu tęskniłem za powrotem. Gdy już wróciłem to mimo potwornego zmęczenia szedłem w miasto, aby sprawdzić, co się zmieniło i co grają w kinach.

Późniejsze wyjazdy i rozstania to już zupełnie inna opowieść. Mając własna rodzinę trzeba jeszcze przeżyć rozstania z żoną, dziećmi czy starzejącymi się i wymagającymi wsparcia rodzicami. Czy tęsknota za nimi zacierała jakoś tęsknotę za miejscem, skąd nasz ród? Myślę, że nie, a wręcz przeciwnie, potęgowała ją. Kto to sam przeżył, ten może opowiedzieć jakie myśli przychodziły mu do głowy gdy słuchał na obczyźnie np. piosenki Matko moja, ja wiem. Proponuję wsłuchać się w te słowa : http://www.youtube.com/watch?v=e2yvjatUjpY

Dla tych, co nie włączają głośników, przypomnę jedną zwrotkę:

Matko moja ja wiem, ile nocy nie spałaś

gdym opuszczał Twój dom, aby iść w obcy świat.

I na szczęście dalekie, skromny dar, biały ręcznik mi dałaś

haftowany przez Ciebie i barwny jak kwiat…

Ja pamiętam pewien wieczór przy adapterze w odległym Chicago i słuchanie tego nagrania z płyty noszącej wyraźne ślady zużycia. Widocznie nie tylko ja słuchałem jej wielokrotnie.

Po latach nauki i po odbyciu służby wojskowej powróciłem do mojej małej ojczyzny – Bogorii. Ponieważ nie było tu dla mnie pracy dojeżdżałem, jak wielu innych do pobliskiego Staszowa. Gdy po 6 latach tułaczki zaproponowano mi stanowisko prezesa miejscowej spółdzielni, to autentycznie poczułem się jak budowniczy Szklanych domów. Pracowałem, jakbym miał do spełnienia jakąś misję. Jakbym miał do spłacenia swojej Bogorii jakiś dług wdzięczności za to, że tu się urodziłem. Próbowałem wszelkimi sposobami wyrwać spółdzielnie z potężnych strat finansowych. Przebudowując jej strukturę chciałem stworzyć podstawy do odmiany jej losu, a tym samym losu zatrudnionych tu niemal 180 osób. Pobudowaliśmy – w większości w drodze tzw. czynów społecznych – pierwsze własne budynki sklepowe i restaurację  na 110 miejsc. W szerokim programie remontowo -modernizacyjnym realizowanym w trybie gospodarczym przywróciliśmy przyzwoity stan obiektom spółdzielni. Straty zaczęły się zmniejszać…

Niestety, nie był to jeszcze czas na stosowanie rachunku ekonomicznego lub na samodzielność decyzyjną władz spółdzielni. Rządził niepodzielnie miejscowy sekretarz PZPR nie ponosząc za nic odpowiedzialności. Odszedłem z tej pracy po 5 latach. Po kilku następnych latach i kilku zmianach składu osobowego zarządów spółdzielnia ostatecznie upadła. Restaurację „Gościniec” przejęła za długi podatkowe gmina i po przebudowie ma tam swój biurowiec. Sklepy przejęła prywatna osoba. Inne obiekty pozbawione gospodarskiej opieki przedstawiają dzisiaj opłakany stan. Serce mi się kraje, gdy patrzę na te ruiny i rudery, w które włożyłem kiedyś tak wiele troski.

Czy moja idea uczynienia z Bogorii interesującego i przyciągającego ludzi regionalnego centrum handlowo-usługowego również zbankrutowała? Nie!

Handel i usługi już niemal w pełni sprywatyzowane zyskały na dynamice. Lepsze jest wrogiem dobrego – jak głosi mądre porzekadło. Teraz jest zupełnie inne zaopatrzenie i inne są warunki sprzedaży. Mamy od lat tego samego, dobrego gospodarza, czyli wójta gminy, z którym niemal przez całe życie zawodowe stykam się na gruncie służbowym, jak i prywatnym. Mądre działania lokalnych władz odmieniły zupełnie naszą Bogorię. Zagospodarowanie rynku i kilkunastu uliczek, a przede wszystkim infrastruktura, to już typowo miejskie otoczenie. Nic więc dziwnego, że nareszcie ściągają tu ludzie pragnący się tu osiedlić na stałe. Te oznaki ożywienia niezmiernie radują wszystkich patriotów lokalnych, bo to jest typowy samonapędzający się mechanizm miastotwórczy.

Ja jestem bardzo szczęśliwy z tego powodu, że tu się osiedliłem i tu mieszkam. Znam wszystkich mieszkających tu ludzi i oni mnie znają. Wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi – głosi polskie przysłowie. Tutaj ta mądrość ludowa ma specjalny wymiar, bo rodzi więzi sąsiedzkie i międzyludzkie. Tworzy lokalną społeczność. Próbuję przekonywać ludzi – choćby na łamach tego bloga – do wartości takiego życia w kontakcie z naturą i innymi ludźmi skupionymi wokół czegoś, co łączy. Nie wiem czy są jakieś pozytywne tego skutki, ale przynajmniej próbuję coś robić w tej sprawie.

Uważam, że nadchodzi czas ucieczek ludzi z zatłoczonych i coraz bardziej nieprzyjaznych wielkich miast do małych miejscowości o względnie dobrym klimacie i innych warunkach składających się na komfort życia blisko natury.

Bogoria, jak i wiele innych podobnych miejscowości upatrują w tym swoich nowych szans rozwojowych, Może to z myślą o tych szansach modernizuje się w Bogorii kolejne ulice, inwestuje w szkolnictwo, kulturę oraz zmienia otoczenie na bardziej miłe oku i duszy?

Nowa, ważna dla bogorian publikacja autorstwa R. J. Rożka – bogorianina od wielu pokoleń