Wyleczony ze złudzeń

   Pierwsza niedziela spędzona w Chicago zaczęła się niemal tak samo jak każda. Zwyczajny poranny rozruch, potem śniadanko i zgłaszanie propozycji do opracowania planu dnia.

   Potrzeby duchowe zrealizowaliśmy w pobliskim kościele Św. Gertrudy, gdzie w godzinach przedpołudniowych jest odprawiana Msza Św. w języku polskim. Kościół zasadniczo inny w wystroju niż większość znanych mi polskich kościołów. Nowe budownictwo sakralne tutaj, to jednak proste rozwiązania architektoniczne podporządkowane wygodzie wiernych. Dziwi mnie układ sklepienia, które tylko środkiem – jakby w nawie głównej osiąga wysokość typową dla kościołów. Proste ściany i taki sufit są otoczone okienkami mającymi doświetlić wnętrze, jednak nie wiadomo dlaczego wyłożone są jakąś mozaiką ceramiczną w kolorach pochłaniających światło. W efekcie wnętrze jest dość ciemne. Inny rys chicagowskich kościołów to powszechne włączanie świeckich w sprawowanie liturgii, co jest dla mnie wciąż trudne do zaakceptowania. Do komunii ustawiamy się więc w kolejkę, na końcu której jest jednak ksiądz, a nie osoba świecka zwana tu szafarzem. Rezygnujemy też z możliwości przyjmowania Chrystusa pod postacią wina, chociaż sporo osób podchodzi do szafarzy stojących z kielichami po obydwu stronach ołtarza. Z ogłoszeń dowiadujemy się, że kościół obniża opłaty za korzystanie z nauki religii w kościele ze względu …na kryzys ekonomiczny  dotykający rodziny Polaków tu zamieszkałych. Inny szczegół to ogłaszany brak możliwości obsługi dwóch kolejnych pierwszych piątków miesiąca przez polskich księży. Wiernym zaproponowano spowiedż po angielsku, albo wizytę w innych kościołach mających polską obsadę księży.

   Wracając z kościoła odsłuchujemy pocztę głosową w telefonie, z której wynika, że mój zięć Mariusz ma zaproszenie za dwie godziny do rozgłośni Polskiego Radia 1030 AM, na cykliczną audycję „Między nami mężczyznami”, w czasie której panowie rozmawiają  „na żywo”na różne zadane wcześniej tematy. Tym razem tematem audycji były złudzenia, a ściślej stracone złudzenia. Okazało się, że prowadząca audycję pani redaktor zaprasza i mnie – ojca znanej w kręgach polonijnych, również z anteny tego radia pani Małgosi.

   Zaintrygowany i zaciekawiony tzw. „kuchnią radia” decyduję się jechać z Mariuszem jako obserwator. Na parkingu przed budynkiem rozgłośni poznaję w osobistym kontakcie p. Ewę, do której w ubiegłym roku napisałem długi, odręczny list biorąc udział w konkursie na temat zanikającej sztuki pisania listów. List mój był kiedyś odczytany na antenie radia oraz bardzo przychylnie skomentowany, co dostarczyło mi sporo satysfakcji z udziału w tym konkursie.

   Moja prośba o przyznanie mi roli obserwatora w procesie nagrywania audycji została przez p. Ewę odrzucona zdecydowanym ” nie – tylko pełny i czynny udział”. Cóż było robić. Wchodzę w to, chociaż odczuwam pewien niepokój o to czy sprostam wyzwaniu.

 

                  

             

              Nagranie audycji radiowej

   Od chwili podjęcia decyzji gorączkowo myślę nad tym co mam do powiedzenia na  temat utraconych złudzeń i jak o tym mówić, aby było poprawnie i ciekawie. Postanawiam mówić o emigracyjnej doli wielu Polaków, którzy przyjeżdżali tu do USA ulegając złudzeniom niemal pewnego powodzenia. Panowało przecież utrwalone mniemanie, że każdy kto wyjeżdżał do Ameryki przywoził majątek. Tu na miejscu często brutalnie tracili złudzenia. Oszukani czy wykorzystani przez cwaniaków nie mieli z czym, albo i za co wracać do kraju zasilając rzesze tzw. „bumów”. Ja sam, w moim emigracyjnym doświadczeniu przeżyłem takie odarcie ze złudzeń gdyż przez pół roku nie mogłem znaleźć pracy i przetrwałem jakoś ten czas tylko dzięki życzliwej pomocy kilku ludzi. Gdy już znalazłem sobie pracę i sprawdziłem się w niej to i zupełnie odmienił się mój los. Odzyskałem wiarę w to, że liczą się jednak wartości a nie cwaniactwo

   W toku trwającej audycji poruszaliśmy i inne aspekty problemu utraty złudzeń, czy rezygnacji z marzeń stawiając jednak na potrzebę kontynuacji działań zmierzających do realizacji postawionych sobie celów.  Jak uchronić się przed niewątpliwie bolesnym doświadczeniem związanym z utratą złudzeń?

   Na to pytanie chyba każdy sam musi sobie odpowiedzieć, bo ilu ludzi tyle różnych sposobów odbierania świata. Trzeba zachować ufność dziecka w dobre intencje innych ludzi, ale trzeba również zachować przezorność człowieka doświadczonego życiem, i …próbować wciąż od nowa osiągać cel swoich marzeń.

   Nie wiadomo kiedy godzinna audycja dobiegła końca. Wracałem rozemocjonowany wydarzeniem i dopytywałem Małgosię oraz żonę, które słuchały audycji o to jak odebrały moje wypowiedzi. Podobno dobrze wypadłem. Zyskałem jeszcze jedno doświadczenie. Wiem już jak realizuje się audycje w Polskim Radio 1030 AM , których wielokrotnie słuchałem przez Internet, zawsze wtedy zwłaszcza kiedy  Małgosia lub Mariusz brali w nich udział.

   Szkoda tylko, że nie usłyszał mojej wypowiedzi na żywo nasz kuzyn Zdzisław. Był on właśnie tym człowiekiem, który przed 25 laty pomagał mi stanąć na własnych nogach i zrealizować plany z jakimi w 1984 r przyjechałem do Chicago.  Opowiem Mu osobiście o tym, co chciałem przekazać w audycji

Zwariowany tydzień

   Od wczoraj jestem już w Chicago. Opowiem teraz jak tu trafiłem, czyli przebieg ostatniego tygodnia.

   Praca. Najważniejsze wydarzenie to spotkanie z klasą, podczas którego nastąpiło rozdanie świadectw. Moi podopieczni chętnie przyjęli zaproponowane przeze mnie na wstępie: – Tyle spraw już z Wami w ciągu roku omawiałem, że proponuję na dzisiaj spuszczenie zasłony milczenia na problemy jakie stanowiły źródło różnic i pretensji pomiędzy nami.

   Po krótkim omówiemiu wyników – średnia ocena w klasie wyniosła 4.1,  a więc całkiem dobre to były wyniki – przeszedłem do rozdania świadectw. Każdemu składałem indywidualme gratulacje z komentarzem wskazującym na tzw. rezerwy proste, dające szanse na zanaczną poprawę wyników w następnej klasie – już maturalnej. Ponieważ nie będę już miał z nimi zajęć w przyszłym roku, spotkanie to miało charakter pożegnalny. Otrzymałem sporo kwiatów i czekoladek. Rozstaliśmy się w dobrym nastroju. Z uczniami. Niestety, zupełnie inaczej żegnałem już szkołę. Nie z mojej winy zresztą.

   Dom. Szał przygotowań przed wyjazdem na dwumiesięczny pobyt w USA to nie tylko pakowanie waliz, ale i porządkowanie wielu spraw. Starsi pamiętają z czasów PRL hasło BHP: Zostaw swoje miejsce pracy w takim stanie, w jakim chciałbyś je zastać. W odniesieniu do domu zastosowanie tej zasady to ogrom pracy, jaką wykonała głównie żona, aby móc powrócić do takiego domku, jakiego obraz ukryty ma gdzieś pod powiekami, który zabieramy ze sobą. Jak wiele bieganiny musieliśmy zaliczyć wiedzą wszyscy, którzy wyjeżdżali kiedyś na dłużej.

   Świętowanie. W natłoku zdarzeń związanych z przygotowaniami do wyjazdu przyszło mi przeżyć i Dzień Ojca. Szczególny dla mnie temat – Ojciec. Ci, którzy są ze mną już dłużej zapewne pamiętają i ten fakt, że już wielokrotnie nawiązywałem w tych opowieściach do roli ojca w rodzinie, a więc swoje poglądy na tę sprawę wyłożyłem już taj jasno jak tylko możliwe. Zaciekawiony jednak tym, co piszą inni, wielokrotnie sprawdzałem w Onet.blog posty polecone jako warte przeczytania. Stwierdziłem, że mój wkład w dyskusję na ten ważny temat byłby tak samo smutny, jak polecane posty i dodatkowo współbrzmiący z minorową w wymowie treścią polecanych postów. Przeważały negatywne wypowiedzi kumulujące się w jednym z polecanych tytułów Ojciec to zły wynalazek. Znacznie lepiej potraktowano to w Polskim Radiu, gdzie treść telefonów i SMS-ów sprzyjała kreowaniu pozytywnwgo wizerunku współczesnego ojca. Dlatego nie zabierałem głosu. Ja też jestem za upowszechnianiem pozytywnych wzorców. Nie tylko w tym względzie.

   Moje osobiste świętowanie rozpoczęło się rankiem, kiedy otrzymałem SMS-a od mojej Ani, a zakończyło się rankiem następnego dnia, kiedy licząc po amerykańsku kończył się ten dzień dla mojej Małgosi. Czakając na moje poranne wejście na Skype Małgosia napisała całkiem sympatyczną rymowankę zapowiadającą to, co mnie czeka u niej w domu w czasie wakacyjnego pobytu. Zacytuję:

Najlepszemu z Tatulów, jedynemu bowiem,
tylko tyle, niewiele, choć spóźniona powiem.
Niech się trzyma, pisuje, uśmiechami wspiera –
bo córczyne na obczyźnie serce duma wzbiera.
Gdy w asyście czytelników, dyplomów, sukcesów
do Stanów wkrótce trafi, by w tonie karesów
zasiąść sobie w Wierzbowie, z dłutkiem się zadumać
i z dwoma chłopiętami po angielsku kumać.
Z córą i żoną chadzać drogami krętemi
tej pięknej, choć przepaścistej, <amrykańskiej> ziemi.
Niech więc daruje moję niepamięć chorobą złożoną
i uśmiechnie swe liczko. Serce – wszak jest ono –
czeka, tęskni i czuwa. Wypatruje lotu,
kwiaty zbiera, dom sprząta, godziny odlicza
oczekując kochanego Tatowego oblicza.

   Podróż. Bardzo długa i męcząca. Wyjazd do Warszawy o godz. 5. Szczęśliwie dla nas korki w rejonach budowy lub remontów dróg oraz w rejonie skrzyżowania w Jankach pod Warszawą były, ale w miarę małe. Dotarliśmy więc na lotnisko na godzinę przed odlotem. Droga do Zurichu bez sensacji. Miejsce przy oknie okazało się dużą atrakcją, gdyż okresowo pojawiające się luki w chmurach pozwoliły na obserwację tego, co poniżej. Dotarliśmy do Zurichu z półgodzinnym opóźnieniem więc… spieszyliśmy się z przemieszczeniem się do miejsca odlotu, które znajdowało się w znacznej odległości. Gdyby podróżować z małymi dziećmi lub z osobą niepełnosprawną to mogłoby być źle. Dotarliśmy jednak na czas. Na pokład weszliśmy w grupie pasażerów z Polski i uzupełniliśmy wolne miejsca pośród wielonarodowego i wielorasowego składu pasażerów. Znowu trafiłem, na ponad 9 godzin lotu na miejsce przy oknie. Mogłem robić zdjęcia, a nawet mimo zakazu nakręcić mały filmik w czasie startu i lądowania samolotu. Okropnie dłużył się czas. Na zmianę czytałem i gapiłem się w okno. Lot do USA ma w sobie ten efekt, że wylatuje się w dzień i zalatuje w dzień. Różnica czasu 7 godzin jest tego przyczyną. Żona podobnie spędzała czas z tą różnicą, że zajęta była dodatkowo obserwacją siedzącej przed nami pary Polaków wracających z Warszawy do Chicago. Była zauroczona tym, jak oni patrzyli na siebie, jak się do siebie uśmiechali i dotykali się często z czułością. Opowiadając mi już pod koniec lotu swoje wrażenia dodała z wyrzutem w głosie: – A ty mnie nawet nie potrzymałeś za rękę! To, że czułem się nadzwyczaj źle nie usprawiedliwiło mnie nawet na jotę. Odpowiedziałem więc wymijająco: – Wczoraj mieliśmy Międzynarodowy Dzień Przytulania. Oni widocznie wciąż jeszcze trwają w tamtym nastroju. A może wracają z podróży poślubnej? Może właśnie doszli do wniosku, że warto zaplanować następną taką podróż do kraju ojczystego?

   Dolecieliśmy umęczeni do kresu możliwości. Dobiegała bowiem 18 godzina podróży. Spieszyliśmy do pomieszczeń odprawy paszportowej. Niestety. Tam czekało nas dobre 2 godziny oczekiwania na odprawę. Gdy wychodziliśmy wreszcie po odebraniu bagaży i gdy po raz ostatni przeświatlali nam bagaż dziwnym trafem zginięła nam jedna z walizek. Akurat z moimi rzeczami. Widzieliśmy przez ostatnie drzwi dzielące nas od wolnego świata Małgosię z chłopcami. Krzyczałem do niej, że staramy się zgłosić fakt zaginięcia walizki lecz mamy z tym kłopot, gdyż nie ma przedstawiciela szwajcarskich linii lotniczych. Nasze zde
nerwowanie sięgnęło zenitu. Gdy wreszcie znalazł się urzędnik i kazał podać numer naszego domowego telefonu dwie miłe panie podwiozły nam na wózku zagubione walizki. Jedna z nich była nasza. Kazały nam zabrać zgubę i… wreszcie przekroczyliśmy te drzwi otwierające się tylko w jedna stronę, by wpaść w objęcia zniecierpliwionej długim oczekiwaniem Małgosi. Chłopcy przyjęli nas przyjaźnie. Jeszcze chwila i byliśmy w domu. Nareszcie w domu. 
 

Hej wakacje to rzecz miła…

   Jak na belfra przystało, dzisiaj będzie o szkole i wakacjach.

Hej wakacje to rzecz miła, wyśmienita rzecz,

już nauka się skończyła, książki poszły precz…

   Pamiętamy jeszcze słowa tej piosenki?

  Od samego rana w moim radio ”Jedynka” tematem dyżurnym był ostatni dzień roku szkolnego. Wywiady z dziećmi – najlepiej małymi, bo to takie wdzięczne i spontaniczne wypowiedzi – podnoszą atmosferę oczekiwania na ten ostatni już dzień, po przeżyciu którego będzie już samo szczęście. Tylko się pławić w tym – legalnym już nieróbstwie – które młodzi wolą nazywać zasłużonym wypoczynkiem.  Wyłączam oczywiście tych, którzy pracują zarobkowo, lub pomagają w domach.

   Dzisiaj, tak jak zawsze, musiałem jakoś pogodzić obecność na dwóch imprezach, w dwóch odległych o 12 km szkołach. Szczęście mi sprzyjało, gdyż z racji różnego czasu rozpoczynania Mszy świętych otwierających uroczystości, mogłem rozpocząć świętowanie w kościele Ducha Św. w Staszowie, razem z Ekonomikiem. Koncelebra trzech księży katechetów zapowiadała uroczysty charakter spotkania. Najbardziej uroczyste i ważne było jednak, w moim przynajmniej odczuciu, kazanie.

   Nasz katecheta, ks. Tomasz, którego pracę przedstawiałem już przy okazji opisu Rekolekcji Wielkopostnych, rozpoczął jak zwykle z humorem, ale i z głębokim przesłaniem. Oto główne wątki jego nauki:

   – Każdy z nas otrzymuje od Stwórcy czas do wykorzystania. Dzielony jest on na pewne okresy. Są to okresy dzieciństwa, czasu nauki szkolnej,  czasu dojrzewania i dalsze.

   – Otrzymaliśmy też od Stwórcy wolność w zakresie wykorzystania tego danego nam czasu.

   – Dzisiejszy dzień, to dzień obrachunku dokonywanego przed samym sobą.

   – Każdy z tu obecnych, czy to uczeń, czy nauczyciel, czy ksiądz katecheta, czy dyrektor szkoły dokonuje dzisiaj takiego obrachunku. Pytamy sami siebie: Czy należycie wykorzystaliśmy dany nam czas? Czy zrobiliśmy wszystko, aby dane nam szanse wykorzystać? Przekazać wiedzę, skorzystać z tej wiedzy, popracować, aby zdobyć jakieś przydatne doświadczenie i odpocząć sensownie.

   Poruszony treścią tej nauki rozejrzałem się po kościele, aby zobaczyć ile osób z obecnych równie mocno poruszą te słowa. Niestety rzeczywistość poraża. Gdyby bowiem odliczyć dzieci ze szkół podstawowych – dla których ten przekaz mógł być nie do końca zrozumiały – to kościół świeciłby pustkami. Gorzko wspomniałem słowa dwu dziewczyn, z którymi wchodziłem do kościoła, mówiących o koleżance, która jako Świadek Jehowy zrozumiała, że Pasterka u chrześcijan polega na chodzeniu wokół rynku, w czasie gdy z kościoła dobiegają kolędy (kościół jest tuż obok rynku). Takie poczyniła obserwacje.

   Ja, jak na refleksyjnego belfra przystało, zadałem sobie pytania sugerowane przez kolegę z pracy ks. Tomasza. Co wyszło z tych przemyśleń? Pozostawię jednak dla siebie większość z osiągnięć, jakie sobie przypisuję, a tym bardziej z niedociągnięć do jakich się przyznaję. Mam tu na uwadze mądrość Alberta Hubbarta, który powiedział: Nie tłumacz się – przyjaciele tego nie potrzebują, a wrogowie i tak nie uwierzą.

   Wspomniałem też na okoliczności pracy w szkole, w ostatnich tygodniach nauki. Większość uczniów walczyła o lepsze oceny niż to wypadało ze średniej. Nie po to jednak, aby lepiej umieć, więcej zrozumieć, czy dalej zajść w drodze do poznania. Próbowali innych, znanych pewnie od wieków uczniowskich metod. Uśmiechem, prośbą czy nawet oskarżaniem o brak sprawiedliwości… bo Kasia, Zuzia, Mania… mają takie same oceny cząstkowe, a otrzymały wyższe oceny końcowe? W takim razie proszę do odpowiedzi, zapraszam zadąsane panny.

– Ale ja dzisiaj nic nie umiem! – słyszę w odpowiedzi.

– A czy wiesz jakie oceny stawia się takim co nic nie umieją? – pytam.

– Wiem – odpowiadały, – ale panie profesorze, przedmiot się nam kończy, a ja nie chcę mieć na świadectwie maturalnym trójki, czy czwórki!

– Przecież uprzedzałem o tym fakcie jeszcze w ubiegłym roku, a i w obecnym przypominałem o tym aż do znudzenia – ripostuję.

– Ale panie profesorze, nie dałoby się poprawić?

   Ile takich rozmów każdy z nas, nauczycieli przeprowadził w ostatnich tygodniach? Ja miałem setki takich rozmówców, i zawsze starałem się wyjść naprzeciw zapotrzebowaniu. Czy wszyscy odeszli z zadowoleniem? Nie wiem i chyba nikt z nauczycieli tego nie wie. Łatwiej zidentyfikować niezadowolonych, gdyż ci już w ostatnim tygodniu nie poznają nas na korytarzach i traktują jak powietrze. Taki los!

   Miniony rok szkolny dla mnie, to obok pracy na półtora etatu w dwóch szkołach – co jest dość męczącym i stresującym obciążeniem – jeszcze inne zajęcia szkolne i domowe. W tym pisanie bloga. Podsumowując, jak kazał ks. Tomasz,  zrobiłem sporo – mam nadzieję dobrej, belferskiej roboty. Mam więc i ja prawo do należnego wypoczynku. I zamierzam to prawo dobrze wykorzystać.

   Za tydzień wyjeżdżamy z żoną do córki Małgosi, aby z jej rodzinką spędzić te wakacje. Już się cieszymy na spotkanie z wnukami i spokojne przebywanie w ich towarzystwie.

   Cały rok działamy pod przemożnym wpływem czyjegoś przekleństwa: Abyś cudze dzieci uczył. W wolnym wakacyjnym czasie zajmę się własnymi dziećmi – i ich dziećmi, a naszymi wnukami.

    Hej wakacje to rzecz miła, wyśmienita rzecz…

Wszystkim uczniom i nauczycielom życzę udanego wypoczynku.

Pamiętajmy, aby nie dać się nudzie – bo: Gdy się ktoś sam ze sobą nudzi, niech pomyśli czym jest dla innych ludzi.

Pozdrawiam

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba…

   W poprzednim poście próbowałem opisać, czym jest dla mnie moja Mała Ojczyzna – Bogoria. Dla podkreślenia faktu, że nie tylko ja odczuwam tak silny związek z miejscem pochodzenia – miałem przytoczyć opis pewnej wizyty, jaką właśnie wtedy przeżywaliśmy w naszej rodzinie. Ponieważ jednak mimo usilnych starań wychodzą mi w tych opowieściach okropne dłużyzny postanowiłem uczynić z tego tematu odrębne opowiadanie. Czytających jednak proszę o łączne potraktowanie dwu ostatnich opowieści. Oto, co chciałem dzisiaj dopowiedzieć. Czytaj dalej

Tu jest moje miejsce…

      Książka o której chcę dzisiaj opowiedzieć, to pierwsze, tak obszerne opracowanie poświęcone naszej małej ojczyźnie, Bogorii. Można tu znaleźć omówienie ważnych dokumentów lokacyjnych Bogorii jak i historię rodu Bogoriów – założycieli i właścicieli miasta Bogoria. Książka pisana sprawną ręką i gorącym sercem lokalnego patrioty, który poświęcił wiele pracy na dotarcie do źródeł historycznych po to, aby dać świadectwo minionym czasom, a zarazem otworzyć pole do aktywności bogorianom mogącym uzupełnić prezentowane treści o własne rodzinne pamiątki, zdjęcia i przekazy rodzinne. To może prowadzić do poszerzenia bazy informacyjnej, przydatnej do kontynuacji tej swoistej sagi. Oby ta zapowiedź zaowocowała kolejnym opracowaniem poszerzającym wiedzę o naszej ojczyźnie – ziemi naszych ojców. Oby udało się zjednoczyć patriotycznie nastawionych bogorian wokół tego zadania. Będę wspierał te inicjatywy. Zdięcie na końcu tekstu

   W tytule dzisiejszej opowieści użyłem słów z piosenki śpiewanej przez Andrzeja Cierniewskiego. Dla zaakcentowania tego, co chcę powiedzieć zaproszę wszystkich do wysłuchania tej piosenki. Oto link: http://zen11.wrzuta.pl/audio/aGQLaI19Clc/andrzej_cierniewski_-_tu_jest_twoje_miejsce

 Słowa piosenek, czy wierszy przedstawiające czyjś stosunek do swojego miejsca zamieszkania zawsze przemawiały do mnie w niezwykle silny sposób. Wielokrotnie już nawiązywałem w Tatulowych opowieściach do moich własnych doświadczeń z okresu lat młodzieńczych, jak i dojrzałego już życia, jakie nabywałem zamieszkując gdzieś z dala od domu. Zawsze wynikało to z  bardziej lub mniej przemyślanych, ale moich własnych decyzji. W młodości coś mnie pchało w świat – aby dalej od domu. Tak trafiłem do odległej o 400 km Bydgoszczy, aby tam pobierać naukę zawodu w szkole średniej. Fascynacja wielkim miastem i możliwościami, jakie ono niosło to jedna strona medalu, a pojawiająca się z czasem tęsknota za rodzinnymi stronami – to druga strona tego samego medalu. Odwiedzałem Bogorię tylko na okres wakacji i ferii zimowych. Zawsze jechałem do domu z jakimś zaciekawieniem dotyczącym zmian, jakie tu zastanę. Niestety, już pierwsze spojrzenie z okien autobusu zatrzymującego się na przystanku w rynku przynosiło rozczarowanie. Ciągle były to jednak te same parterowe, a czasem piętrowe domy, nie zawsze otynkowane i o nie malowanych fasadach, a do tego położone jakby za daleko od siebie. Nie było alejek, ławeczek, nie mówiąc już o urokliwych latarenkach. To powstało znacznie później. W tamtych czasach dominowała szarość i brak dbałości o wygląd zewnętrzny. Myślę, że głównie z powodu biedy. Ludzie tu zamieszkujący żyli wzorem swoich ojców – bardzo oszczędnie ściubiając grosz do grosza, aby pomóc swoim dzieciom urządzającym się w wielkim świecie. Oni sami utrzymywali swój poziom życia na niskim poziomie, bo mając własną krówkę, świnkę, kury i kawałek pola mieli niemal wszystko, aby żyć. Ten mechanizm niewiele się zmienił. Dzieci nadal wyjeżdżają do szkół i wsiąkają w Polskę. Na ojcowiźnie mało kto pozostaje. Tyle, że dzisiaj już mało kto uprawia pole lub chowa zwierzęta w pozostawionych na wszelki wypadek chlewkach.

Moje przyjazdy do Bogorii i powroty do Bydgoszczy niosły zawsze podobne doświadczenia. Już po kilku dniach pobytu, w czasie których spotkałem się z wszystkimi znajomymi, aby obgadać wszystkie młodzieńcze przeżycia i nowinki znowu tęskniłem za powrotem. Gdy już wróciłem to mimo potwornego zmęczenia szedłem w miasto, aby sprawdzić, co się zmieniło i co grają w kinach.

Późniejsze wyjazdy i rozstania to już zupełnie inna opowieść. Mając własna rodzinę trzeba jeszcze przeżyć rozstania z żoną, dziećmi czy starzejącymi się i wymagającymi wsparcia rodzicami. Czy tęsknota za nimi zacierała jakoś tęsknotę za miejscem, skąd nasz ród? Myślę, że nie, a wręcz przeciwnie, potęgowała ją. Kto to sam przeżył, ten może opowiedzieć jakie myśli przychodziły mu do głowy gdy słuchał na obczyźnie np. piosenki Matko moja, ja wiem. Proponuję wsłuchać się w te słowa : http://www.youtube.com/watch?v=e2yvjatUjpY

Dla tych, co nie włączają głośników, przypomnę jedną zwrotkę:

Matko moja ja wiem, ile nocy nie spałaś

gdym opuszczał Twój dom, aby iść w obcy świat.

I na szczęście dalekie, skromny dar, biały ręcznik mi dałaś

haftowany przez Ciebie i barwny jak kwiat…

Ja pamiętam pewien wieczór przy adapterze w odległym Chicago i słuchanie tego nagrania z płyty noszącej wyraźne ślady zużycia. Widocznie nie tylko ja słuchałem jej wielokrotnie.

Po latach nauki i po odbyciu służby wojskowej powróciłem do mojej małej ojczyzny – Bogorii. Ponieważ nie było tu dla mnie pracy dojeżdżałem, jak wielu innych do pobliskiego Staszowa. Gdy po 6 latach tułaczki zaproponowano mi stanowisko prezesa miejscowej spółdzielni, to autentycznie poczułem się jak budowniczy Szklanych domów. Pracowałem, jakbym miał do spełnienia jakąś misję. Jakbym miał do spłacenia swojej Bogorii jakiś dług wdzięczności za to, że tu się urodziłem. Próbowałem wszelkimi sposobami wyrwać spółdzielnie z potężnych strat finansowych. Przebudowując jej strukturę chciałem stworzyć podstawy do odmiany jej losu, a tym samym losu zatrudnionych tu niemal 180 osób. Pobudowaliśmy – w większości w drodze tzw. czynów społecznych – pierwsze własne budynki sklepowe i restaurację  na 110 miejsc. W szerokim programie remontowo -modernizacyjnym realizowanym w trybie gospodarczym przywróciliśmy przyzwoity stan obiektom spółdzielni. Straty zaczęły się zmniejszać…

Niestety, nie był to jeszcze czas na stosowanie rachunku ekonomicznego lub na samodzielność decyzyjną władz spółdzielni. Rządził niepodzielnie miejscowy sekretarz PZPR nie ponosząc za nic odpowiedzialności. Odszedłem z tej pracy po 5 latach. Po kilku następnych latach i kilku zmianach składu osobowego zarządów spółdzielnia ostatecznie upadła. Restaurację „Gościniec” przejęła za długi podatkowe gmina i po przebudowie ma tam swój biurowiec. Sklepy przejęła prywatna osoba. Inne obiekty pozbawione gospodarskiej opieki przedstawiają dzisiaj opłakany stan. Serce mi się kraje, gdy patrzę na te ruiny i rudery, w które włożyłem kiedyś tak wiele troski.

Czy moja idea uczynienia z Bogorii interesującego i przyciągającego ludzi regionalnego centrum handlowo-usługowego również zbankrutowała? Nie!

Handel i usługi już niemal w pełni sprywatyzowane zyskały na dynamice. Lepsze jest wrogiem dobrego – jak głosi mądre porzekadło. Teraz jest zupełnie inne zaopatrzenie i inne są warunki sprzedaży. Mamy od lat tego samego, dobrego gospodarza, czyli wójta gminy, z którym niemal przez całe życie zawodowe stykam się na gruncie służbowym, jak i prywatnym. Mądre działania lokalnych władz odmieniły zupełnie naszą Bogorię. Zagospodarowanie rynku i kilkunastu uliczek, a przede wszystkim infrastruktura, to już typowo miejskie otoczenie. Nic więc dziwnego, że nareszcie ściągają tu ludzie pragnący się tu osiedlić na stałe. Te oznaki ożywienia niezmiernie radują wszystkich patriotów lokalnych, bo to jest typowy samonapędzający się mechanizm miastotwórczy.

Ja jestem bardzo szczęśliwy z tego powodu, że tu się osiedliłem i tu mieszkam. Znam wszystkich mieszkających tu ludzi i oni mnie znają. Wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi – głosi polskie przysłowie. Tutaj ta mądrość ludowa ma specjalny wymiar, bo rodzi więzi sąsiedzkie i międzyludzkie. Tworzy lokalną społeczność. Próbuję przekonywać ludzi – choćby na łamach tego bloga – do wartości takiego życia w kontakcie z naturą i innymi ludźmi skupionymi wokół czegoś, co łączy. Nie wiem czy są jakieś pozytywne tego skutki, ale przynajmniej próbuję coś robić w tej sprawie.

Uważam, że nadchodzi czas ucieczek ludzi z zatłoczonych i coraz bardziej nieprzyjaznych wielkich miast do małych miejscowości o względnie dobrym klimacie i innych warunkach składających się na komfort życia blisko natury.

Bogoria, jak i wiele innych podobnych miejscowości upatrują w tym swoich nowych szans rozwojowych, Może to z myślą o tych szansach modernizuje się w Bogorii kolejne ulice, inwestuje w szkolnictwo, kulturę oraz zmienia otoczenie na bardziej miłe oku i duszy?

Nowa, ważna dla bogorian publikacja autorstwa R. J. Rożka – bogorianina od wielu pokoleń

 

Ach, te dzieci

 Minął Dzień Dziecka. W mediach poświęcono mu całkiem sporo czasu. Z satysfakcją słuchałem jak komentatorzy – zupełnie podobnie do mnie – podkreślali wiele problemów, z jakimi borykają się matki i ich dzieci na skutek złego prawa. Okazuje się, że nasze państwo nie jest pro dziecięce ani prorodzinne. Deklaracje sobie, a życie sobie. Z grymasem ironicznego uśmiechu patrzyłem, jak politycy wykorzystywali dzieci w prowadzonej kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Nie ma potrzeby wymieniać ich z nazwiska, prawda? Nie oni pierwsi korzystają z wizerunku dziecka, oby ocieplić swój wizerunek. Biorą na ręce, uśmiechają się, otwierają dla dzieci i młodzieży stadiony czy inne obiekty, wręczają jakiś sprzęt szkołom czy świetlicom. Każdy chwyt jest dobry, byle uzyskać korzystny dla siebie efekt wyborczy. Tylko, że życie skrzeczy.
   Nie przybyło przedszkoli ani żłobków. Rodzice nie zachwycili się kolejną reformą w oświacie i nie posłali do szkoły swoich sześciolatków.
Test kompetencyjny na zakończenie szkoły podstawowej zdało kilka procent absolwentów. Podobno zbyt trudne były pytania. Teraz ten narybek zasili gimnazja, w których znowu niewiele ich nauczą. Ponieważ jednak muszą te gimnazja ukończyć, to się ich przepchnie do liceów. Licea i technika przyjmą wszystkich gimnazjalistów jak leci, a nawet obniżą kryteria naboru, aby zapewnić sobie idące za nimi pieniądze konieczne do przetrwania, tzw. subwencję oświatową – wiadomo: niż demograficzny. Wymagania maturalne obniża się od dawna, więc większość zda. Niemal wszyscy trafią na uczelnie wyższe. Ci słabsi do płatnych, w których otwarcie stosuje się zasadę – skoro zapłacił, to musi ukończyć!!!
   Znacie ten taniec chocholi? Czy służy on naszej młodzieży? Czy służy to w konsekwencji nasze OJCZYŹNIE, która podobno buduje gospodarkę opartą na wiedzy?Jeszcze parę słów o młodzieży, czyli o nieco starszych dzieciach.
Bardzo cieszy mnie wciąganie ich w orbitę wielkiej polityki. Widzieliśmy już XV Sesję Sejmu Dzieci i Młodzieży, do którego powołano laureatów konkursów z zakresu objętego przedmiotem wiedza o społeczeństwie. Ci młodzieżowi posłowie posiedli już jakąś wiedzę mogącą procentować w przyszłości. Ciekawy był też pomysł powierzenia młodym ludziom na jeden dzień władzy wykonawczej wojewody, komendanta wojewódzkiego policji i innych urzędów w woj. mazowieckim. Mogli zapoznać się z pracą administracji i podzielić się z nami wnioskami, jakie im się nasunęły w czasie tego doświadczenia. To, że rzecznik wojewody po takim doświadczeniu widział potrzebę zmiany warunków pracy urzędników polegającej na: – dostarczeniu im rozrywki, aby nie byli tacy smutni nie martwi mnie. Później to się zmieni. W mojej szkole odbyły się dzisiaj prawybory do Parlamentu Europejskiego. Młodzież zasiadła w komisji wyborczej. Młodzież głosowała. Szkoda, że niezbyt chętnie, gdyż w wyborach wzięło udział 44 proc. uczniów. Po podliczeniu wyników głosowania okazało się, że zwycięstwo przypadło Platformie Obywatelskiej przed PIS i PSL.
To, że młodzież niechętnie angażuje się w politykę, czy sprawy lokalne jest winą nas, dorosłych. Odpuszczamy im naukę patriotyzmu, jaką powinni odbywać przy nas, w naszych rodzinach. My nie mamy poczucia potrzeby wywierania wpływu na wynik wyborów, więc i nie angażujemy w to naszych dorosłych już dzieci.

   Pamiętajmy o tym, że 7 czerwca 1989 roku większość z nas poszła do urn wyborczych i oddała głos na SOLIDARNOŚĆ. Odmieniliśmy w ten sposób los naszej Ojczyzny. Zapewniliśmy sobie wolność mimo, że wydawało się to absolutnie niemożliwe. Nie możemy i teraz wątpić w to, że nasza kartka wyborcza ma nadal ogromną siłę pod warunkiem, że z niej skorzystamy dając szansę dobrym, a odrzucając populistów i krzykaczy .

   Miejmy nadzieję na to, że gdy ordynacja wyborcza przyzna prawo internetowego oddawania głosów w wyborach, to nasi młodzi obywatele nie wychodząc z domów zmienią zupełnie realia naszego świata polityki.

Wróci normalność, uczciwość. Będą liczyć się kompetencje.

   Pamiętajmy, aby iść do wyborów i koniecznie zabrać ze sobą nasze dorosłe dzieci. Niech poczują się panami u siebie, w swoim kraju. Niech się uczą obywatelskich postaw.

Skoro nasze państwo nie jest dość sprawne, aby zapewnić dobrą przyszłość naszym dzieciom, to spróbujmy o to zadbać sami.

    Na koniec pod rozwagę przytoczę słowa naszego wieszcza Adama Mickiewicza. Mam wrażenie, że coraz bardziej pasują do naszej sytuacji:

Gęby za lud krzyczące sam lud w końcu znudzą

I twarze lud bawiące na końcu lud znudzą.

Ręce za lud walczące, sam lud poobcina,

Imion miłych ludowi lud pozapomina.

Wszystko przejdzie po huku, po szumie, po trudzie

Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie…

   Wieszczowi należy się wierność w cytowaniu, ale w rozważaniu tych słów podstawcie sobie państwo w miejsce ciemni jakieś inne adekwatne do czasów dzisiejszych słowo.